BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepiórka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepiórka. Pokaż wszystkie posty

14 czerwca 2026

Od Orchidei CD. Borowika

Jeszcze przed tragedią związana ze śmiercią Gąski…

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Odpoczywałam sobie spokojnie na drzewie, niemal zapadając w drzemkę, kiedy nagle obok pojawił się średniej wielkości kocurek. Był on dzieckiem przyjaciółki mojej córki, a przynajmniej jeśli mnie pamięć nie myliła.
— Uh. Orchideo. Witaj — zatrzymał się przede mną, prostując się. — Przychodzę do ciebie z pewną nurtującą mnie sprawą, a ty jesteś jedyną, która może znać odpowiedź na moje mniej lub bardziej teoretyczne pytanie.
Kocurek zamrugał, ale zanim zdążyłam mu odpowiedzieć, on kontynuował.
— No bo jesteś jedyną kotką w promieniu dwudziestu lisich ogonów. Znaczy nie. Ale jedyną, którą zobaczyłem. Uh. No… też nie. Ale pierwszą. Tak, tak. Pytanie natury przyrodniczej: czym jest ptak, który nie ma skrzydeł? Ja bym obstawiał wiewiórkę. Chociaż z tułowia to bardziej ślimak…
Kocur spojrzał na mnie kątem oka, chyba czekając na moją odpowiedź. Ja natomiast spokojnie odparłam:
— Borowiku, czy poznałeś kiedyś kota bez łapy lub innej części ciała?
— A co ma taki kot wspólnego z ptakiem bez skrzydeł?
— No bo jeśli jesteś kotem, który nie ma łapy, to czym jesteś?
Kocurek przez chwilę zaczął się zastanawiać.
— Kotem bez łapy...?
— Nie — powiedziałam, poprawiając swoją pozycję.
— Ale to czym w takim razie? Teraz do tego będę się zastanawiać nad kotem bez łapy…
— Nie będziesz musiał, ponieważ odpowiem ci na to pytanie. Otóż nadal będziesz kotem. Tak samo, jak ptak bez skrzydeł nadal będzie ptakiem. To, że nie masz typowej cechy dla danego gatunku, nie znaczy, że jesteś zdyskwalifikowany. Nadal jesteś kotem. A co ważniejsze, nadal jesteś tak samo ważnym kotem, jak wszystkie inne koty. Rozumiesz?
Młody słuchał uważnie moich słów, raz po raz kręcąc głową ze zrozumieniem.
— Tak, chyba rozumiem… Dziękuję za tę cenną lekcję, Orchideo, zapamiętam ją sobie na przyszłe czasy.
— Bardzo się cieszę, że mogłam ci pomóc, Borowiku. Jeszcze wiele cię w życiu może zaskoczyć, młody, acz dzielny wojowniku.
Owinęłam kocię ogonem, w on w odpowiedzi cicho zachichotał.
— No, a teraz leć się bawić, myślę, że zasłużyłeś po swoim treningu — mruknęłam z uśmiechem, a uczeń pokiwał wesoło głową, a po chwili już go nie było, ponieważ gnał do swojego brata w celu wspólnej zabawy.

Kilka dni przed śmiercią Gąski

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Od jakiegoś czasu w Owocowym Lesie zagościł spokój, dzięki któremu obóz na nowo tętnił życiem. Z jednej strony dochodziły mnie chichoty dorosłych wojowników rozmawiających o ostatnim patrolu, z drugiej entuzjastyczne piski zabawy kociąt i podwyższone głosy gadatliwych uczniów. Nie chciałam o tym myśleć, ale wiedziałam, że nie długo sobie na swojej posadzie już nie zabaluje. Tylko jak tutaj przejść na takie bezczynne siedzenie i nic nierobienie? Dzięki różnorakim spacerom, patrolom bądź misjom czułam, że jeszcze się do czegoś nadaje, a świat od razu wydawał się ciekawszy. Za każdym razem aż mnie roznosiło od środka, kiedy musiałam siedzieć w obozie przez różne kontuzje, wygojenie ran i tak dalej. Świat ma mi tyle do zaoferowania, a ja będę siedzieć na czterech literach i nie ruszać się z legowiska starszyzny? Co ja mam tam robić całymi dniami… Wiadomo, mogę spędzać czas ze swoją ukochaną Pieczarką, ale to nie to samo co chodzenie na wspólne patrole, wychodzenie na romantyczne spacery w środku nocy, czy dzielenie się wspólnie upolowaną zwierzyną… Moją głowę przyćmiewały coraz to smutniejsze myśli.
“Biedactwo me… Nigdy nie zaznał tego szczęścia bycia mianowanym… Byłbyś dobrym stróżem, Bruku… Tak, jak twój brat był… Tęsknię za wami, kochani”
Nagle moje przemyślenia przerwało drugie z mych dzieci, Drobinka, która podeszłu do mnie z szerokim uśmiechem i jak zawsze zachowaną gracją w każdym swym ruchu. Jeno ogon raz po raz drgał na delikatnych podmuchach wiatru, wraz z kwiatkami, które wplecione tam były łapkami Gąski, z którą ostatnio spędzało niemal każdą wolną chwilę.
— Cześć, mamo, jak się dzisiaj czujesz? — spytało biała, a jenu śnieżne uszka strzygły w tę i we w tę.
— U-um… Czuję się dobrze, dziękuję Ci stokrotko, że pytasz. A jak Ty się czujesz? Przyszłoś z nowinami? Szczęściem promieniejesz, jak dawno nie promieniałaś.
— Usiądź mamo, łapy aż ci drżą, na ilu patrolach dziś byłaś, hm? — mruknęło zatroskane, kiedy ja siadłam przed nią ze swoim długim ogonem zawiniętym wokół łap.
— Aaaj tam, dziękuję, że się o mnie martwisz słoneczko, przeszłam się na patrol graniczny, a później pobiegałam po lesie, jeśli moje tempo można nazwać tempem biegu… No ale ja już się o swoim życiu naopowiadałam, teraz ty mi, Cegiełko, opowiadaj co tam u Ciebie, jakie masz dla mnie wieści? S-są dobre?
“Kotka” ciepło się zaśmiało, kiwając głową.
— Tak, są dobre, są bardzo dobre mamo! No to… Um… Na pewno pamiętasz Gąskę, prawda?
— Tak… Wszystko u niej w porządku?
— Tak, wszystko u mnie dobrze, dziękuję, że pani pyta — miauknęła szylkretka, która akurat weszła.
— Oo, cześć Gąsko, jak miło, że przyszłaś! Aj tam jaka pani, wiem, że mam trochę księżyców na karku, ale chyba nie tyle, żeby tak na mnie mówić…
Drobinka odchrząknęło, znów zabierając głos.
— Kontynuując… Ja, t-to znaczy my… Uh…
Przerwała na chwilę, po czym głęboko westchnęło.
— Przepraszam, nie wiem, jak ci to powiedzieć...
Nie chciałam jenu przerwać, ale zaczęłam się mimowolnie śmiać.
— Nie musisz, a w zasadzie to nie musicie. Gratuluję wam ślicznotki, jesteście piękną parą.
— A-ale? — zająknęła się szylkretka, później jednak umilkła.
— Takie rzeczy widać, szczególnie że ukrywanie tego nie do końca wam wychodzi. No chociażby teraz, te splecione ogony nie są tak zacieśnione bez przyczyny. Czyż nie?
Partnerka mojego dziecia rozpromieniała, jednocześnie nieco się rumieniąc, a samo me dziecię schowało pyszczek w łapach.
— Czy mogę zadać wam pytanie?
— O-oczywiście mamo…
— W takim razie… mogę powiedzieć Pieczarce? A no i co będzie z twoimi dziećmi Gąsko? W sensie… Będziecie się nimi razem zajmować? Jeśli one w ogóle wiedzą…
— Jak dla mnie możesz powiedzieć Pieczarce… Gąsko?
— Oczywista oczywistość pan… T-to znaczy Orchideo. A co do dzieci… Mamy zamiar za niedługo im powiedzieć i oznajmić, że Drobinka także jest ich rodzicem bądź mamą.
Istoty zetknęły się nosami, a na ich pyszczkach widniało nieopisywalne szczęście.
— W-w takim razie… — wydukałam, a Cegiełka pokiwała głową.
— Będziesz… T-to znaczy w sumie, jesteś babcią.
Te dwie informacje… To były najlepsze wiadomości, jakie usłyszałam tego dnia. I nic nie mogło tego przebić.

Dzień śmierci Gąski

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Ten dzień wydawał mi się dość spokojny, a przynajmniej na razie. Wypełniłam już swoją część obowiązków na dziś, a mianowicie zakończyłam patrol łowiecki, A kiedy już miałam zapaść w drzemkę, przy wejściu do obozu zaczęło robić się zamieszanie. Zmartwiona zszokowanymi i poddenerwowanymi tonami innych Owocniaków sama powoli wstałam, słabo przeciągając się w półmroku, aby następnie zobaczyć, co się dzieje. Gdy spośród zebranych wyłonił się pysk mojego ostatniego żyjącego dziecka, przez ułamek uderzenia serca poczułam swego rodzaju ulgę. Po chwili jednak ujrzałam, że śnieżnobiała stoi cała zalana łzami. Natychmiast musiałam się do niej dostać i dowiedzieć się co jest nie tak.
— Uhh, przepraszam, potrzebuję przejść! — powiedziałam głośno, a koty zrobiły mi minimalny korytarz wprost do Cegiełki. A mi tyle miejsca na szczęście wystarczyło, więc w mgnieniu oka znalazłam się tuż obok jeno. Już miałam pytać, co się stało, kiedy moje bursztynowe ślepia do ostrzegły nieruchome ciało Gąski. Na ten widok po prostu mnie zatkało. Z innej perspektywy wyglądało to pewnie tak, jakbym tępo patrzyła się w ziemię bez ani pół myśli w głowie. Kiedy jednak zielonookie wtuliło się w moją pierś, odzyskałam umiejętność wydawania dźwięków.
— O na Wszechmatkę, co się stało, kochanie?
— M-my… Ona… O-ona… — wydukała, jednak nie mogłu złapać tchu, więc po prostu nadal gorzko szlochało w moich łapach.
Oprócz niej na spacer wybrał się także inny kot, który słabym, acz nieco bardziej zrozumiałym głosem odpowiedział na moje pytanie, ponieważ Drobinka nie była w stanie.
— M-my zbieraliśmy razem materiały na ozdoby i zabawki dla kociąt, k-kiedy nagle Gąska zauważyła coś po drugiej stronie drogi grzmotu i… po prostu na nią… Na nią…
Ostatnie słowo wypowiedział niemal szeptem jednak ja i tak usłyszałam.
— …Wbiegła…
Momentalnie aż zabrakło mi powietrza w płucach, na co wtulone we mnie dziecko zaczęło jedynie cicho popiskiwać.
Po kilkunastu uderzeniach serca również wtuliłam się w stróżkę.
— Jestem tutaj z tobą, maleństwo… — wyszeptałam jenu do ucha, mając jeden wielki mętlik w głowie.

Kilka dni po tragedii

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Nie wiedziałam, czy Drobinka i Gąska zdążyły przekazać dzieciom nowiny, dlatego nadal nie za bardzo zbliżałam się do Borowika oraz Gołąbka, którzy zapewne zaliczyli właśnie traumę.
Kiedy głos Czereśni zaczął nieść się po całym obozie, ja spięłam się na swoim miejscu, ponieważ już wiedziałam, że to moje ostatnie, kiedy mogę nazwać się oficjalną wojowniczką Owocowego Lasu.
— Zebrałem nas tutaj, ponieważ wśród nas jest kot, który już od dawna zasługuje na spokój i zdjęcie tych wszystkich obowiązków z jego barków.
Tutaj lider zrobił pauzę, przejeżdżając uważnym spojrzeniem po wszystkich Owocniakach, końcowo jednak zatrzymując się na moim liliowym futrze.
— Orchideo — wywołał mnie z tłumu, na co ja słabo wstałam i wyszłam przed innych siedzących. — Czy chcesz porzucić rolę wojowniczki i dołączyć do grona starszych?
Mimo iż chciałam to ukryć, w moim głosie kryło się wiele zawahania. Nie chciałam jeszcze przechodzić na emeryturę. Podobało mi się życie wojowniczki i codzienność z nim związana. Nie miałam jednak innego wyboru. To nie do końca było moją decyzją, na jakiej zasadzie będę jako członkini Owocowego Lasu.
— Tak…
— Twoja społeczność dziękuje ci za wierną służbę, jaką jej podarowałaś. Niech Wszechmatka da ci wiele księżyców spokoju!
Spojrzałam za siebie na inne koty, a z jakiegoś powodu mój wzrok zatrzymał się na Borowiku. Jak będzie teraz wyglądać moje życie na nowej posadzie...?

< Borowiku? Odwiedź czasem babcie z bratem, bo jak nie, to będzie płakać. >

28 lutego 2026

Od Orchidei CD. Lisa

— Ojej, chyba wołają mnie do żłobka. Zobaczymy się jutro, Orchideo? — spytał kociak, swoim chwiejnym krokiem kierując się do żłobka.
— Oczywiście, mój mały drapieżniku. Do jutra, słodkich snów! — mruknęłam z czułością, patrząc, jak odchodził.
Po chwili sama także wstałam, początkowo chcąc pójść spać do swojego legowiska, ale zatrzymałam się. Po chwili namysłu, która naprawdę nie trwała zbyt długo, zmieniłam kierunek i pokierowałam się wprost do legowiska liderki, czyli swojej kochanej Pieczarki. Sprawnie wdrapałam się po drzewie, następnie szukając białej wzrokiem.
— Puk, puk? Mogę wejść?
Ślepia w kolorze pierwszej trawiastej łąki Pory Nowych Liści zalśniły w blasku księżyca, który przedzierał się przez gałęzie drzewa.
— Oczywiście, chodź, Orchisiu! — zamruczała liderka, na co od razu ruszyłam w jej stronę.
Na widok mojego liliowo-białego, miękkiego okrycia, w jej oczach zaiskrzyła radość.
Przywitałyśmy się ciepłym przytulasem, a ja wzięłam głęboki oddech, napawając się jej zapachem. Był dla mnie niczym hipnoza, pociągający i uspokajający w sposób, który ciężko opisać jakimikolwiek istniejącymi słowami. Razem ułożyłyśmy się w wygodnych pozycjach, a ona kojąco czyściła mi futro swoim językiem. Zazwyczaj to ja się nią zajmowałam, ale taka zmiana była bardzo przyjemna.
Przeciągnęłam się, wbijając pazury w korę, kiedy zapytałam:
— Czy przeszkadzałoby ci, gdybyśmy dzisiaj spały razem? Wiesz, od kiedy jesteś liderką, śpimy cały czas osobno… Brakuje mi tego…
Długowłosa lekko się uśmiechnęła.
— Z przyjemnością! Wiesz… Mi też tego brakuje i to bardzo…
Odwzajemniłam jej uśmiech, a z mojego pyszczka wyleciało cichutkie mruknięcie zadowolenia. W odpowiedzi kocica przeciągle ziewnęła. Obydwie najwyraźniej byłyśmy zmęczone.
— Dobranoc, stokroteczko — szepnęłam, obserwując z góry powoli cichnący obóz, kiedy moje oczy powoli się zamykały.
— Dobranoc, lilijko — odparła, po czym obydwie zapadłyśmy w głęboki sen.

✩ ★ ✩ ★ ✩

Kiedy Iskrzyk i Lisek mieli około 4 księżyców

Czułam się… Dziwnie. Dotychczas praktycznie przez całe moje życie jakby pędziło tornado. Cały czas coś się działo, więc zanim zdążyłam odetchnąć i jakkolwiek wykurować się po jednym zdarzeniu, już działo się drugie! A teraz? Teraz nagle wszystko w Owocowym Lesie było tak jakby prostsze… Łatwiejsze. Spokojniejsze. Mogłabym wręcz rzec…
Stabilniejsze.
Nie, żeby mi to przeszkadzało czy żebym się nudziła. Chodziło bardziej o takie... No właśnie, dziwne uczucie w środku. Taka niepewność pomieszana z nieufnością i nutą strachu. Cały, calutki czas łapałam się na tym, że myślę, co mogłoby pójść nie tak. Miałam wrażenie, że zaraz to wszystko rozsypie się niczym jakiś prowizoryczny domek zbudowany z jesiennych liści, zdmuchnięty jednym niewielkim świstem wiatru.
Było po prostu ZBYT spokojnie!
A może to już przez starość? W końcu spójrzmy prawdzie w ślepia — stara ze mnie już panna! Kiedy te prawie 100 księżyców minęło? Jakby po prostu przeminęło z wiatrem?... Bliżej mi już do gleby niż narodzin i to zdecydowanie o sporo! Ale… cóż, mimo tych wszystkich wzlotów i (w głównej mierze) upadków, nie chciałam się jeszcze wybierać na tamten świat, jeżeli takowy w ogóle istniał. Tu, w Owocowym Lesie, w domu, było mi dobrze. Nawet bardzo dobrze. Miałam przyjaciół takich jak, chociażby Figa, Jeżyna, Poranek, Topola czy Czernidłak. Nie z każdym z nich miałam taki dobry kontakt jak kiedyś, ale jednak! (Jakimś cudem…) Miałam też moją ukochaną stokroteczkę — Pieczarkę — oraz oczywiście Pumę i moje kochane maleństwa, czyli Kostkę Brukową i Drobinkę lub, innymi słowy, Cegiełkę, jak zwał tak zwał. Nawet jeśli miałam na karku niezłą panienkę, to nadal powodziło mi się między Owocniakami, do których bardzo chętnie podchodziłam. Chociażby Iskrzyk i Lisek! Bardzo lubiłam tę dwójkę! Byli słodkimi kociakami, z którymi z przyjemnością spędzałam czas. Nie mówiłam tego nikomu oprócz Pieczarki, ale te malce były dla mnie niczym własne i z przyjemnością (jeśli tylko oni obydwoje też by chcieli) oficjalnie przygarnęłabym ich pod swoje skrzydła razem ze swoją partnerką. Oprócz dwóch mam zyskaliby także starsze rodzeństwo! Uwielbiałam ich po równo, starając się żadnego z nich nie faworyzować, tak jak starałam się nie faworyzować swoich pociech, ale zdecydowanie więcej czasu spędzałam w towarzystwie małego Liska. Kiwaczek chyba też mnie lubi tak jak ja jego, a przynajmniej mam taką nadzieję. Nieraz wtula się w moje łapy, klatkę piersiową czy ogon. Dokładnie tak jak teraz.
— Naprawdę chciałbym móc bawić się tak jak Iskrzyk, zostać wojownikiem, a może nawet kiedyś kimś więcej… — miauknął ze smutkiem w swoim cienkim, jak na kociaka przystało, głosiku.
— Wiem, maluszku… — mruknęłam miękkim tonem, z troską otulając go swoim długim liliowo-białym ogonem.
Kociak położył się w moich objęciach, a ja zaczęłam płynnie sunąć swoim językiem po jego rudo-białej główce, na co odpowiedział mi cichym mruczeniem zadowolenia. Kocurek oparł swój niewielki pyszczek na mojej łapie, strzygąc jednym uchem. Jego małe kończyny, a raczej ich końcówki zawsze były ubłocone, więc jego zapach miał w sobie aromat gleby i deszczu. Nie w takim złym sensie, tylko raczej w takim, że jego zapach był bardzo charakterystyczny, a na myśl od razu przywoływał w mojej głowie obraz lasów, barw złocistego piasku, bursztynów połyskujących w ostatnich promieniach słońca i masy pysznej zwierzyny, szykującej się na Porę Nagich Drzew.
— Lisku, to, że jesteś inny, wcale nie znaczy, że jesteś zły! Kiedy jeszcze nie było cię na tym świecie, w Owocowym Lesie panowała Sówka. Była moją… Hm… myślę, że mogę nazwać ją dobrą koleżanką, ale za to zastępczynią, a po jakimś czasie i liderką. Była moim skromnym zdaniem dobra, ale tak, wracając do sedna, kiedyś rozmawiałyśmy sobie w cztery oczy i wyznałam jej, że czuję się gorsza od innych, wiesz, co mi wtedy odpowiedziała?
Ciekawskie ślepka rudzika powędrowały do moich bursztynowych ślepi, jakby szukając w nich odpowiedzi na zadane przeze mnie pytanie. A może i czegoś więcej, czego na pierwszy rzut oka nie dało się zauważyć?
— Nie… Chyba nie wiem…
Posłałam mu ciepły uśmiech, kontynuując:
— Nie przejmuj się tym, Przepiórko! Wiesz, co o mnie gadali inni? Że mam zeza, przez którego nawet nie umiem chodzić dobrze po drzewach, a teraz? Teraz jestem przywódczynią Owocowego Lasu, a moje wady wcale nie wyparowały! Tak naprawdę to wszystko zawsze zależy od tego, co, gdzie, kiedy, u kogo komu i jak!
Przerwałam na uderzenie serca lub dwa, spoglądając na Liska, który w tamtym momencie układał się wygodnie na plecach, uważnie mnie słuchając.
— Chwila, jednego nie rozumiem… — miauknął, strzepując śnieżnobiałą końcówką ogonka.
— Czego nie rozumiesz, mój mały drapieżniku? — spytałam, z troską i miłością w głosie, patrząc na każdy jego ruch, nawet ten najmniejszy.
— Czemu nazwała cię “Przepiórką”?
— Ach, no tak. Wiesz, nie od zawsze nazywam się Orchidea. Kiedy Kosodrzewina, moja mama urodziła mnie i Pumę, nazwała mnie “Chmurka”. Kiedy zostałam uczennicą medyka, stało się… coś bardzo przykrego, przez co zmieniono moje imię na “Przepiórka”. Nigdy za nim szczególnie nie przepadałam, ale w końcu po prostu się przyzwyczaiłam. W końcu nie będę prosić lidera o zmianę imienia z byle błahego powodu, czyż nie? Jeszcze później, w Owocowym Lesie stało się coś bardzo przykrego dla wszystkich kotów, ponieważ zaatakował nas sęp. Ale spokojnie, to było już dosyć dawno temu, więc nie ma się czego bać.
Maluch wyciągnął swoje ostre pazurki, które zalśniły w popołudniowym słońcu.
— Spokooooojnie, ja bym nas ochronił! W końcu nie bez powodu jestem lisem! O-och, zobacz na moje pazury i zęby! Czyż nie są ostre? Zaraz bym go tak poharatał, że żaden zły ptak ani inne złe coś by nie przyszło nigdy przenigdy więcej!
Kocię pokazało mi swoje jeszcze cienkie niczym igiełki młodych sosen, wyrastających w Porze Nowych Liści pazury, a ja ciepło się zaśmiałam.
— Jestem tego pewna, mój mały bohaterze.
Lisek też się uśmiechnął, po czym przeciągle ziewnął.
— Mogłabyś dokończyć historię? Proooooszę?
Kiwaczek zamrugał do mnie, robiąc tak zwane "słodkie oczka".
— Dobrze wiesz, że nie musisz brać mnie na słodkie oczy, już kończę.
Kociak zapiszczał z radości, mocniej wtulając się w moją liliową klatkę piersiową.
— No, więc wracając, od tamtej pory, raczej mało który Owocniak patrzy przychylnie na ptaki. W związku z tym, Sówka, już przy końcu swojego panowania zmieniła moje imię na Orchidea. No i tak więc jestem! Bardzo lubię moje nowe imię, moim zdaniem brzmi przecudnie!
— Hmm, a co to w sumie jest Orchidea? Nigdy nie słyszałem tego słowa oprócz twojego imienia, oczywiście. To jakiś ptak? Nie, to by było głupie. W końcu nie po to zmieniałaby twoje imię, żeby dać ci imię po ptaku! Raczej… Może to jakaś rzecz?... Tak w sumie to słów kostka brukowa i cegiełka też nigdy nie słyszałem… wiesz co to? Raczej tak, bo ty wiesz chyba wszystko, co nie?
W odpowiedzi na słowa kociaka poruszyłam swoimi cieniutkimi niczym pajęcze nici wąsami, rozbawiona jego wypowiedziami. Był taki przeuroczy!
— Orchidea to taki kwiat, którego dwunożni hodują w przeźroczystych ogrodach, to znaczy, sam ogród nie jest przeźroczysty, ale jest tak jakby osłonięty przeźroczystym… Przeźroczystym czymś. To się chyba nazywało, umm, szkło? Jakoś tak. Moja mama, zanim trafiła jeszcze do Owocowego Lasu, mieszkała niedaleko tego czegoś, jeśli nie u Dwunożnych, Tak szczerze to już średnio pamiętam. Podobno ta Orchidea może mieć różne warianty i bardzo ładnie pachnie. Kostka brukowa to materiał, który jest używany do robienia podłoża w Betonowym Świecie, czyli tam, gdzie żyją właśnie Dwunożni. Cegiełek natomiast używają do robienia ścian swoich gniazd. Mogą mieć nawet różne kolory! Pamiętam, jak na jednym patrolu znaleźliśmy pudełko pełne właśnie tych materiałów. Były twarde i miały jakby konkretny kształt! Wiesz co, mógłbyś podejść kiedyś do Drobinki lub Bruka i spytać, czy coś pamiętają.
— Chwiiilka, chwilunia, momencik, dlaczego mieliby to pamiętać? — wtrącił rudy, zadając kolejne trafne pytanie w moim kierunku.
— Jesteś bardzo dociekliwy, wiesz? To bardzo dobrze!
Lis uśmiechnął się, a ja odpowiedziałam:
— Cóż, Drobinka i Kostka Brukowa nie są ani moimi, ani Pieczarki biologicznymi dziećmi. To, że nie są naszymi biologicznymi dziećmi, oznacza, że żadna z nas ich nie urodziła. Podczas wspólnego spaceru podczas bodajże patrolu granicznego, znalazłyśmy ich na właśnie na granicy i przygarnęłyśmy. Pokochałyśmy i wychowałyśmy wśród Owocniaków, w Owocowym Lesie, ponieważ miłość ci nie wyznacza to, kto z kim jest spokrewniony, ale to, co uznajemy w naszych serduszkach. Dla mnie nie ma żadnego znaczenia czy urodziłam ich, czy nie. Byli, są i zawsze będą moimi dziećmi, tak samo, jak byli, są i zawsze będą dziećmi mojej partnerki, Pieczarki. A tak poza tym to bardzo mi schlebiasz, ale nie wiem wszystkiego i chyba nie ma żadnego kota ani w ogóle żadnej istoty, która wszystko by wiedziała. Nie wiem czy to w ogóle możliwe, wiesz?
— Nawet ty?...
— Nawet ja.
— To zmienia postać rzeczy! Ale chyba nigdy bym nie zgadł, że nie są waszymi biologicznymi dziećmi… przecież są do was tacy podobni!
— Prawda? — zawtórowałam, a kociak znów ziewnął, ugniatając podłoże swoimi malutkimi, ubłoconymi łapkami.
— Mhm… Jestem troszkę zmęczony…
— Chciałbyś iść tutaj na drzemkę? — spytałam, widząc zmęczenie w jego oczkach.

<Mój jeszcze wcale-nie-synku Lisku?>

06 lutego 2026

Od Przepiórki (Orchidei) CD. Poranku

Dawno, dawno temu

— Lubię gwiazdy, są bardzo piękne i mnie uspokajają... — mruknęłam, podnosząc się.
— Czyli są dla ciebie jak dla mnie chwasty?
— A lubisz chwasty? Tak bardzo, bardzo?
— Noo, tak.
— A więc tak, a teraz chodź, jeśli jutro obydwoje chcemy wstać o normalnej godzinie, to musimy już się zbierać. Albo w innym przypadku nasi mentorzy nas zjedzą. Do zobaczenia! — mruknęłam, idąc w stronę legowiska uczniów.
— Do zobaczenia — odparł.

✩ ★ ✩ ★ ✩

Bardzo, bardzo dawno temu, jeszcze przed wyprawą na sępa

Byłam na polowaniu, dzień jak co dzień.
Wyczułam wiewiórkę, więc odłączyłam się od grupy łowieckiej. Kiedy ją już zobaczyłam, osłupiałam. Była rudo-biała, a jej oczy mieniły się na żółtawopomarańczowy kolor. Momentalnie uderzyła mnie myśl o Poranku, która była nagła i mocna jak grom pośrodku ulewy. Chwast był moim dawnym kolegą. Nie powiem, tęskniłam za nim. Może nie jakoś bardzo, bo nie zdążyliśmy się aż tak poznać, ale był praktycznie moim jedynym przyjacielem tamtego czasu, który nie był dla mnie najłatwiejszy. Był jedynym kotem, który chciał w ogóle ze mną rozmawiać… Wiewiórka w tym czasie zdążyła mnie zauważyć i uciec, a ja nawet tego w sumie nie zauważyłam. Całą resztę patrolu zastanawiałam się, jak to jest możliwe, żebym akurat ja spotkała taką wiewiórkę. Ta myśl gnębiła mnie niczym drażniący kawałek zwierzyny w gardle. Całą noc myślałam tylko i wyłącznie o tym, co teraz dzieje się z Murmur, Mgiełką, Porankiem, albo i Chwastem oraz Pszczółką. W końcu po całej nocy myślenia stwierdziłam, że szczerze tęsknię za każdym z nich… Chociaż? Pszczółka wydawała się nawet fajną kotką, ale bez przyczyny, nagle zaczęła robić się w stosunku do mnie wyjątkowo... chłodna. Jakbym coś jej zrobiła, a ja za żadne skarby nie mogłam sobie nawet przypomnieć, o co mogłaby być na mnie zła. Z Mgiełką nie zdążyłam się zbytnio poznać, ale na pierwszy rzut oka wydawała się milutka, więc szczerze mówiąc, to chętnie bym ją poznała. Moje stosunki z Murmur były... dosyć chłodne. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nieważne, czy próbowałam zagadać do niej o sprawach medycznych, czy o czymś luźniejszym, odpowiadała krótko i chłodno. Smuciło mnie to, ale szanuję jej decyzję. Chwast. On był... cóż, inny niż wszyscy. Cichy, niezbyt rozmowny, ale miałam mimo to nadzieję, że kiedyś się choć trochę otworzy. Jednak takiej okazji nie mieliśmy. Ponieważ zniknął. Był dobrym kolegą, umiał wysłuchać, ale to nie znaczy, że był obojętny czy chłodny... Wydawało mi się, że po prostu bał się otworzyć. Trochę za nim tęskniłam, jednak nie mogłam nic na to zaradzić.
"Mam nadzieję, że jakoś się trzymasz, jeśli jeszcze w ogóle gdzieś tam jesteś..." — pomyślałam, odpływając w sen.

✩ ★ ✩ ★ ✩

Zasnęłam dopiero wtedy, gdy niebo powoli nabierało coraz to jaśniejszych odcieni. Zbudził mnie Topola.
— Hej. Przepiórko, wstawaj. Idziemy na patrol graniczny, pamiętasz? Wszyscy już na nas czekają — szepnął kocur, trącając mnie nosem.
— Hm? A, tak. Już idę, przepraszam... — wybełkotałam.
Szybko się przeciągnęłam, aby potem ruszyć do wyjścia, gdzie Gruszka, wraz z Czereśnią oraz oczywiście wcześniej wspomnianym vanem już czekali, gotowi do wymarszu.
— No nareszcie, dłużej się nie dało? — stęknął jak zawsze naburmuszony Czereśnia.
Ostatnio był szczególnie marudny, ale to pewnie dlatego, że Jeżyna oczekiwała jego kociąt.
“Wcale mu się nie dziwię. W końcu to wielkie wydarzenie dla niego, jak i dla partnerki” — pomyślałam, przekraczając próg obozu.
Kiedy już wyruszyliśmy, stwierdziłam, że zagadam do wojownika, który przed chwilą mnie obudził. Im więcej mam przyjaciół, tym lepiej, prawda?
— Cześć... Jak ci mija dzień? — szepnęłam, patrząc na zdezorientowanego wojownika.
— Ee... Dobrze, raczej dobrze — miauknął, drapiąc się po łbie. — Moja siostra niedawno urodziła, więc dużo spędzam czasu ze siostrzeńcami. Są nawet uroczymi kociakami.
— Na pewno są. Jak się nazywają? N-nie miałam ostatnio okazji na odwiedziny w żłobku... Ale mam zamiar, może chciałbyś się tam wspólnie wybrać po patrolu? Chętnie ich poznam.
Topola przez chwilę wpatrywał się we mnie, jakby zamyślony.
— Głupio przyznać, ale nie pamiętam... — wybełkotał, wpatrując się w moje pomarańczowe oczka.
— Świetny pomysł. Ty ich poznasz, a ja poznam ich imiona — powiedział szczerze, szczęśliwie unosząc ogon.
— Na prawdę? No to niezły z ciebie wujek! — zachichotałam, trochę się rozluźniając.
Topola okazał się takim kotem, jakiego szukałam! Był miły i wydawał się niegroźny. Świetny kandydat na przyjaciela!
— Poczekaj, poczekaj... Twoją siostrą jest Jeżyna, prawda? Kiedyś z nią rozmawiałam, wspaniała kotka! Ostatnio coś słyszałam... Hm... Och, no tak! Przecież to Hiacynt i Czerwiec, czyż nie?
W odpowiedzi pomarańczowe ślepia kocura błysnęły.
— Miałem to dosłownie na końcu języka. Dzięki. Teraz już nie będzie wstydu. Ale iść i tak możemy razem, jak chcesz — mruknął. — Zdaje się, że jesteś nieco zręczniejsza, towarzysko.
— Nie ma za co i oczywiście, że nadal chcę. Bardzo chętnie odwiedzę Jeżynę i jej małe pociechy. A co do tego drugiego, dziękuję, staram się — mruknęłam, wysilając uśmiech, który jednak nie dał zbyt dużo.
— No bo wiesz... Trudne dzieciństwo i w ogóle... — szepnęłam po chwili, lekko zamyślona, wpatrując się w przestrzeń przed nami, przy okazji oznaczając granicę.
— Będzie niegrzecznie, jak zapytam, co się działo?
— No cóż, chyba nic się nie stanie, jeśli ci powiem. Mój tata, Przebiśnieg, był swego czasu w związku z Witką, czyli jeśli mnie pamięć nie myli medyczką, albo szamanką... Tak czy siak. Nagle pojawiła się moja mama. Nie pamiętam, jak znalazła się w Owocowym Lesie, ale mój ojciec szybko się w niej zakochał. Przestał rozmawiać z zakłopotaną kotką, coraz bardziej zbliżając się do mojej mamy, co skończyło się tym, że Kosodrzewina zaszła w ciążę ze mną, oraz Pumą, moim bratem. Nie wiedzieliśmy, kto jest naszym ojcem, do czasu... Ja byłam szkolona na medyczkę, a moją mentorką był nie kto inny jak Witka. Kosodrzewina powiedziała nam, kto jest naszym ojcem trochę po tym, jak zostaliśmy uczniami. Puma chyba dosyć szybko się z tym pogodził, ale mi było ciężko to pojąć. Najgorsze było to, że Witka była święcie przekonana, iż to ja i mój brat zrujnowaliśmy jej związek… A tak w zasadzie to skupiając większość uwagi na mnie, ponieważ odziedziczyłam sierść po ojcu… Zaczęła mnie nienawidzić, przez to, że byłam tworem tego "romansu". Ja, jeszcze młoda, tak bardzo się przestraszyłam, że uciekłam na dwa wschody słońca do lasu. Przyprowadzili mnie wojownicy, którzy znaleźli mnie, niewielką, nieprzytomną Chmurkę, która czymś się otruła. Kiedy już wyzdrowiałam, zmieniłam drogę szkolenia na wojowniczkę, a imię na Przepiórkę. Nie lubię tego imienia, ale nic na to nie poradzę… Tak w sumie to mogłabym nazywać się cały czas Chmurką, lubiłam to imię, tylko że wtedy za bardzo mnie ono przytłaczało… No i tak oto jestem. Z fobią społeczną i lękami, żyje w Owocowym Lesie ze świadomością, że nie zdążyłam poznać ojca, którego ktoś zabrał. A matka umarła tak nagle, że nie wiem jak sobie z tym poradzić... — opowiadając to, kilka łez spłynęło mi po policzkach, więc szybko je wytarłam. W końcu nie chciałam zrobić złego wrażenia na koledze.
— P-przepraszam, nie chciałam...
Topola nie krył zaskoczenia, co mnie w sumie ucieszyło. To przynajmniej znaczy, że nie jest fałszywy i nie ukrywa emocji.
—Nic się nie stało. Jejku, musisz być bardzo dzielna.
— Ach, kochany... Może i tak wyglądam, ale tak nie jest... Każdy, kto był mi bliski, teraz się oddala. Mój ojciec umarł, a jego ciało ktoś... ukradł? Moja matka też umarła, nie mogąc nawet pożegnać się ze swoim ukochanym. Mój najlepszy i praktyczne jedyny przyjaciel zniknął bez śladu... A z bratem rozmawiam coraz rzadziej. Został wyznaczony do pomocy medycznej, więc ma jeszcze więcej obowiązków. To oczywiste, że nie ma dla mnie czasu... Nawet nie wiesz, ile radości sprawia mi ta rozmowa.
— Cieszę się, że mogłem pomóc. Wiesz, zawsze możemy rozmawiać częściej. Odkąd moja siostra urodziła kocięta, zwykle samotnie gdzieś przesiaduje — zaproponował.
— Byłoby mi naprawdę miło, jesteś przesympatyczny! Czyli co, przyjaciele? — mruknęłam z szerokim uśmiechem.
“Jejku, jak ja dawno się tak nie uśmiechnęłam, brakowało mi takich chwil, nawet bardzo!” — przyznałam w myślach, delektując się tą chwilą.
— No a jakżeby inaczej! — odparł kocur, strzepując ogonem.
— Czyli co, właśnie zyskałam przyjaciela?
— Na to wygląda! — zaśmiał się, a chwilę później razem skierowaliśmy się w stronę następnego znacznika.

✩ ★ ✩ ★ ✩

Aktualnie

— Halo, jest tu kto? — spytałam, wchodząc do legowiska uzdrowicieli.
W środku panowało przyjemne ciepło, mimo trwającej Pory Nagich Drzew.
— Ja jestem… — odezwał się cichy głos, który od razu przypisałam Chwastowi.
Po chwili zauważyłam rudzielca, który opiekował się moją byłą mentorką, Przypływ.
— O-och, hej Prze… To zna-aczy Orchideo — miauknął, strzepując końcówką ucha.
— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Widzę, że macie dużo na głowie jako uzdrowiciele… — szepnęłam, kiwając głową do znajomego.
— Akurat skończyłem… zajmować się Przypływ. Zostań tutaj na kilka dni, aby wydobrzeć — zwrócił się do Przypływ.
— Dobrze, bardzo dziękuję Poranku, od razu mi lepiej — odparła kocica, wygodniej układając się na swoim nowym tymczasowym posłaniu.
— Co u ciebie? Wiesz… Bardzo za wami wszystkimi tęskniłam i… chciałabym odnowić naszą relację…
Delikatnie uśmiechnęłam się w panującym półmroku, mając nadzieję, że kocur chce tego samego.

<Chwast? Stara przyjaciółka przyszła na ploteczki!>

Wyleczeni: Przypływ

07 września 2025

Od Orchidei

Właśnie miałam zacząć jeść, rozmyślając o wszystkim, kiedy ni stąd, ni zowąd, obok mnie pojawił się Puma.
— Hej siostra, mogę się przysiąść? — zapytał, a na jego pysku pojawił się ciepły uśmiech.
Owinęłam delikatnie swój puchaty ogon wokół łap, odwzajemniając uśmiech brata.
— No jasne, co to za pytanie! — powiedziałam, klepiąc łapką miejsce obok. — Właśnie miałam zjeść tę nornicę, ale sama chyba nie dam rady, może chcesz go zjeść razem?
— Wiesz co, jestem tak głodny, że aż mógłbym zjeść… KOTA! — mruknął, wskakując na mnie, a następnie przewracając naszą dwójkę.
— EJ, złaz ze mnie! — pisnęłam, jednak czekoladowy wydał się jakby nieobecny.
Jego wzrok zatrzymał się na naszej białej zastępczyni, która właśnie omawiała coś z Sówką. W jego oczach zobaczyłam TEN rozbłysk.
“Tylko nie to, znowu wpadł na jakiś idiotyczny pomysł…” — pomyślałam, strzepując ogonem.
Stwierdziłam, że mogę wykorzystać jego nieuwagę i zrzuciłam go z siebie, stając nad nim.
— Haha i co teraz?
Normalnie w życiu bym czegoś takiego nie zrobiła, jednak w obozie nie było niemal nikogo, ponieważ niedawno wyruszyły patrole łowieckie oraz graniczne. Było jeszcze wcześnie. Słońce przyjemnie grzało, a delikatny, poranny wietrzyk mierzchwił mi futro.
— Oj no dobra już dobra, wygrałaś, tylko ze mnie zejdź, bo jeszcze Czernidłak mnie tak zobaczy i potem będzie się ze mnie śmiać! — zażalił się.
— Już to robię! — Usłyszałam głos za sobą, a kiedy obróciłam głowę, moim oczom ukazał się partner Pumy. — Wyglądacie jak jakieś opętane kocięta targające się w żłobku!
Zeszłam z brata, a czarno biały kocur zmienił wyraz pyszczka, z troską podchodząc do czekoladowego.
— Żartuje — mruknął, następnie liżąc go między uszami.
“Ah, chciałabym kiedyś mieć kogoś takiego, jakiego on ma… Farciarz" — pomyślałam, przyglądając się im.
Chwilę później, obydwoje podeszli do mnie, a brat zastępczyni złapał w zęby wróbla.
— Ah, właśnie, Orchideo, słyszałaś może jakieś… Plotki? — spytał się mnie Puma, a jego ślepia jakby rozbłysły, wpatrując się w moje bursztynowe oczy.
— Nie, a powinnam? Wiesz, że nie lubię plotkować o innych, no, chyba że chodzi o coś pewnego i fajnego! Lub o coś związanego z moją rodziną, wtedy muszę wiedzieć.
— Nooo, wieszz, słyszałem, że podobno Pieczarka ma kogoś na oku!
— W takim razie gratulacje dla niej! — mruknęłam, następnie biorąc niewielki kęs ptaka.
— Ale, to nie koniec — dodał po chwili czekoladowy, zaczynając intensywnie się we mnie wpatrywać. Zbyt intensywnie.
Nagle zrobiło mi się gorąco, a serce zaczęło bić zdecydowanie za szybko.
— C-czy Ty chcesz mi coś powiedzieć? — spytałam, na co Puma jedynie się uśmiechnął.
Stróż wyciągnął pazury, a następnie jednym z nich zaczął rysować serca w piasku.
— Ja? Ależ skąd! Chociaż może? Hmmm, coś obiło mi się o uszy? — miauknął, a jego uszy poruszyły się.
— Albo może tobie, Czernidłaku? Słyszałeś coś o Pieczarce i tym, kogo Twoja siostrzyczka może mieć na oku? — spytał partnera, świdrując go wzrokiem.
— Eeee, nie? — odpowiedział mu kocur, najwyraźniej równie skołowany co ja.
Nastała chwila ciszy, w której próbowałam sobie przypomnieć, czy chwaliłam się Czernidłakowi bądź Pumie i tym, że zdobyłam nową przyjaciółkę, jaką była biała kotka.
Nie.
Tak więc skąd tak idiotyczny pomysł? Ciszę przerwało odchrząkniecie mojego brata, które przywróciło mnie do rzeczywistości.
— No dobra, nie będę Ci kłamać, jesteś głównym celem, przynajmniej według innych.
— A-ale? Ż-że co?— wyjąkałam, wpatrując się w czekoladowego, jakby mógł, znać odpowiedź na moje niewypowiedziane pytanie.
— Och, nie mnie pytaj! — powiedział jedynie kocur, kończąc jeść.
— To znaczy, wiesz, na mnie się nie patrz, to nie ja to wymyśliłem! Ja tylko mówię, co słyszałem! Ciesz się, że się o tym dowiadujesz teraz, bo jeszcze by się okazało, że ani ty, ani ona o niczym nie wiedzą, a Owocniaki planują Wam ślub! Ha! Normalnie miłość w ciemno!
Skierowałam bursztynowe spojrzenie na drugiego kocura, jednak ten chyba był równie zdezorientowany co ja.
Również wstałam i podeszłam niebezpiecznie blisko Pumy.
— Przysięgam, że jeżeli pająki aż tak zasnuły Ci mózg, że stwierdziłeś, że śmiesznie będzie coś takiego rozpowiedzieć, to jesteś absolutnie najbardziej idiotycznym kotem w całym Owocowym Lesie.
Stróż nie wziął chyba moich słów na serio, ponieważ zaśmiał się i liznął mnie w ucho.
— Ja też Cię kocham Orchideo — mruknął na pożegnanie, po czym odszedł wraz z Czernidłakiem, zostawiając mnie samą, oczywiście po drodze przewracając się o własne łapy, co było dla niego typowe.
Byłam jednak sama tylko przez chwilę, ponieważ zaraz później podeszła do mnie Pieczarka.
— Hejciaaa! — miauknęła, znienacka mnie przytulając.
— H-hej-ejka-ka — zawtórowałam jej, oblewając się rumieńcem.
— Może przejdziemy się naaaa, no nie wiem… Wspólny spacer?
— C-CO? — wydusiłam, dławiąc się śliną.
Po słowach Pumy w głowie miałam tylko jedno.
“R.A.N.D.K.A.”
— C-C-czy to ma być ra-ra-and-dk-dk-dka? — wyszeptałam, czując, jak serce zaczyna walić mi coraz mocniej.
— Chodzi o tego kogoś! — szepnęła Pieczarka z ekscytacją, szczęściem, ale i tajemnicą w głosie.
Cała para momentalnie, że mnie zeszła.
“Ah, no tak…”
— J-asn-sne, możemy się prz-przejść.
— Świetnie, dzięki Orchiś! — mruknęła, końcówką ogona dotykając mojego nosa.
— W takim razie chodźmy! Ahh, aż robi mi się ciepło na sercu, kiedy myślę o tym, jak nasz kochany Owocowy Las się rozwija! Zwierzyny przybywa, koty powoli wracają do formy, a w żłobku roi się od kociąt! No, a tak poza tym, czuję, że jestem coraz bliżej z tym kotem!!!
— A-a co-o T-ty na t-to, ż-żeb-eby póź-później odwiedz-dzić żł-żłobek? — powiedziałam, w głowie wyobrażając sobie siebie, razem z Pieczarką, kiedy siedzimy wspólnie w żłobku, a wokół nas krążą kocięta.
Pyszczek zalał mi się rumieńcem, więc szybko odwróciłam wzrok od zastępczyni.
Szłyśmy tak sobie przez las, aż doszłyśmy do Polanki, na której niedawno wszędzie było biało. Teraz jednak wszędzie dookoła rosły kwiaty polne, nad którymi latały pszczoły i motyle. Fiołki, lawendy, stokrotki, maki, dmuchawce… Było po prostu przepięknie! Biała otworzyła pyszczek, jednak po chwili go zamknęła, wpatrując się przed siebie.
Również skierowałam spojrzenie w tę samą stronę i ujrzałam wysokie, piękne stworzenie na chudych kończynach z malutkim, wyglądającym mięciutko ogonkiem. Chwilę później pojawił się i drugi, równie niewielki uroczy stwór natury. Wyglądały na młode, ciekawskie, radosne. Jedno z nich miało na głowie dwa malutkie rozgałęzione patyki, jednak bardzo zaokrąglone. Wyglądały także, jakby jeszcze się kształtowały. Zamiast łap miały jakby ciemne, zaokrąglone kamienie.
— Piękne istoty… — wyszeptałam, nie ruszając się ani odrobinę z miejsca.
W końcu nie chciałam ich przestraszyć, czyż nie?
Zaraz później pojawiły się dwie większe sztuki. Na początku myślałam, że pojawi się samiec i samica, jednak obydwie wyglądały na reprezentantki tej samej płci. (Wywnioskowałam to po tym, że żadne z nich nie miało poroża, tak, jak tamten malec).
Obydwie zniżyły głowy i dotknęły się tak, że ich noski się stykały. W gestach kotów oznaczało to nic innego, jak “Kocham Cię”.
Panie spojrzały się na nas, po czym po prostu jak gdyby nigdy nic, cała czwórka odbiegła, kierując się na tereny niczyje.
Wpatrywałam się jeszcze przez chwilę w miejsce, w którym chwilę wcześniej znajdowały się łanie wraz z ich młodymi, a w głowę te jelonki przedstawiały mnie i kotkę stojącą obok mnie. Kotkę, która powodowała, że język wiązał mi się na supeł, łapy stawały się niczym wata, a serce zaczynało bić szybciej. Spojrzałam w te jej cholernie pięknie oczy, w środku zbierając się na odwagę, aby wyznać jej, co do niej czuje. Że nie jest tylko siostrą partnera mojego brata. Że nie jest tylko koleżanką. Jest kimś więcej, OCHH i to dużo DUŻO więcej. Że przy niej, moje życie znowu nabierało sensu. Że chciałam, aby właśnie to życie, toczyło się u jej boku. Wzięłam głęboki wdech.
— Pie-Pieczarko?
— Słucham — miauknęła, odwracając zielone ślepka w moją stronę.
— Ja-ja ch-chciałam C-ci coś pow-powiedzieć… — mruknęłam, czując się tak, jakby serce miało zaraz wyskoczyć mi z piersi.
— Kontynuuj? — zachęciła mnie, kiedy wiatr zaczął wiać nieco mocniej, rozwiewając jej grzywkę, jak i całe futro.
— B-bo ja Cię… Ci-cię ba-ardzo…
“Kocham!!! Lubię!!! COKOLWIEKKK” — krzyczał głos w mojej głowie.
— Ty mnie co?
— Podz-dziwiam, jak dob-brze radzisz sob-sobie w swo-ojej roli… Też chciałabym kiedyś być zas-stepczynią — powiedziałam, rezygnując z wyznania miłości, jednak nadal mówiąc coś prawdziwego.
— O-och, to fajnie! A no i dziękuję, jakoś sobie radzę! Też mogę Ci coś powiedzieć?
— Ta-tak! — miauknęłam, strzepując ogonem, aby się rozluźnić.
— Ten kot, który mi się podoba, jest kotką! — wyszeptała, zaraz zakrywając pyszczek łapą.
Widziałam, jak oblewa ją rumieniec, kiedy wpatrywała się we mnie tak intensywnie, że sama też się zarumieniłam.
— Je-jejku, to... T-to fantastycznie! — Naprawdę cieszyłam się ze szczęścia Pieczarki, jednak… Jednak mimo wszystko, nadal ciężko było mi pomyśleć, że już za późno na mnie. W myślach przewijałam wszystkie kotki, jakie były w podobnym wieku co ona.
„A może to Przypływ? Są w podobnym wieku, obie są miłe, pogodne, z wielkim sercem…”
Moja była mentorka była naprawdę piękna, czuła... Była pierwszym, kotem, jaki przyszedł mi na myśl. Innych opcji po prostu nie było. No, chyba że był to ktoś spoza Owocowego Lasu.
Ale chwila, moment, ona przypadkiem nie była w związku z jakimś kocurkiem? A tak poza tym, czy ona przypadkiem nie miała z nim kociaków? Chociaż… Pieczarka ma naprawdę wielkie serduszko. Pokochałaby je jak swoje. Zresztą. Liliowej kotce przydałaby się przerwa od kocurów. Jeden okazał się lisim łajnem, drugi jest w sumie nie wiadomo gdzie… Taka nowa zdrowa relacja by jej pomogła, co nie?
— Hej, a może pozbieramy trochę kwiatków, hm? Zobacz, jest tu ich mnóstwo i są takie ładne! Ten przebiśnieg, którego Ci podarowałam, raczej nie przetrwa zbyt długo, jeśli w ogóle jeszcze istnieje. Niestety, te kwiaty nie żyją zbyt długo…
— Tak, w sumie czemu nie! — miauknęłam entuzjastycznie, zwracając swoje spojrzenie na kolorowe płatki na łodygach.
Zastygłym. Myślotok, który pędził mi w głowie szybko niczym króliki czmychające przed gwardią wygłodniałych lisów… Zniknął. Na chwilę po prostu… Jego nie było. Nie myślałam o niczym. Jakby mój duch opuścił ciało, zostając ty jedynie fizycznie.
— Lubisz kwiaty? — spytałam, wpatrując się w aromatyczne gałązki.
— Tak, czemu pytasz? — mruknęła Pieczarka, podchodząc, a następnie stając obok mnie.
— Czasami cisza jest głośniejsza niż najprzeraźliwszy wrzask… — powiedziałam, stojąc niczym posąg.
— Hm? Nie rozumiem…
— Czasami… Czasami czuję się, jakbym była kwiatem. Koty zawsze myślą, że jeśli jesteś cicho, to po prostu wszystko jest okej, jednak możesz być jak taki kwiat. Ze środka wyglądać pięknie, spokojnie… Być cicho i delikatnie powiewać sobie na wietrze. Jednak w tym samym czasie, jakiś pasożyt może zżerać Cię od środka, a kiedy ktoś już to zauważy… Może być za późno. Czasem cisza jest po prostu ciszą, a czasem, zwiastuje nadchodzącą burze, która rozniesie wszystko i wszystkich dookoła, w tym niszcząc przede wszystkim siebie.
Po moich słowach nastała cisza. Nie była to jednak cisza niezręczna. Była spokojna. Spokojna niczym tafla wody, która wyrzuciła z siebie wszystkie kamienie, które leżały na samym jej dnie.
— Jejku to… To było… Chyba nigdy nie słyszałam bardziej autentycznych i trafionych, głębokich słów… To było przepiękne… Przepiękne, tak samo, jak mój ulubiony kwiat. Jest cichy, lecz nie nudny. Jest skryty, lecz nie skąpy. Jest piękny, ale tylko, jeśli twe oczy umieją widzieć wystarczająco głęboko, umysł umie poczekać wystarczająco długo, a serce potrafi bić wystarczająco szybko. Moje serce skradł najpiękniejszy kwiat, jaki tylko widziałam — zaczęła zastępczyni, siadając.
Ja zrobiłam to samo. Ona złapała w pysk stokrotkę, następnie wkładając mi ją za ucho. Potem spojrzała mu prosto w oczy.
— Szaleje za tym kwiatem, jednak nie przez jego wygląd. Kocham upajać się jego zapachem. Kocham słuchać jego melodyjnego szeptu. Kocham czułość i miłość do innych tego kwiatu. Kocham cały ten kwiat. Od samej łodyżki, do samego czubka płatka. Jest idealny pod każdym aspektem. Jest po prostu… Idealny. Ten kwiat jest liliowy, ma pomarańczowe oczy, piękną duszę i wielkie serce. Nosi imię Orchidea i jest najwspanialszym tworem, jaki w życiu tylko dane mi było zobaczyć. Orchideo, jesteś moim światełkiem w tunelu. Moim największym skarbem. Spełnieniem moich marzeń. Nie wiedziałam z jak Ci to powiedzieć. Kiedy co powiedzieć. Ale teraz już wiem. Wiem, że chcę, abyś to wiedziała. Wpatrywałam się w zielone oczy kocicy, która właśnie niezaprzeczalnie wyznała mi miłość.
— A-al-ale ten ko-kot?
Pieczarka zaśmiała się.
— Ach, mój ty mały piękny głuptaku. To od samego, samiusieńkiego początku byłaś Ty. Nie wiem jakim cudem tego nie skumałaś. Widziałam, jak za każdym razem rumienisz się na mój widok. A ty nie widziałaś?
— My-myśla-ałam, że my-myślisz o swo-swojej wyb-brance…
— Bo tak było! Myślałam o Tobie. Zawsze!
— N-nie żartujesz? — spytałam, myśląc przez chwilkę, że może to był jakiś głupi kawał, wymyślony przez Czernidłaka i Pumę.
— Nie. Wiem, że Puma mówił ci różne bzdury, więc rozumiem to pytanie. Ale ja nigdy nie bawiłabym się czyimiś uczuciami. A już na pewno kogoś tak fantastycznego, jak Ty.
Następnie biała polizała mnie trochę nad uchem.
— Cz-czyli jesteśmy teraz, p-parą?
— Myślę, że tak — szepnęła moja nowa partnerka, uśmiechając się do mnie tak, że zaczęło kręcić mi się w głowie.
— Kocham Cię — powiedziałam, wtulając się w jej białe futerko pachnące żywą łąką.
— Ja Ciebie też — odpowiedziała mi zastępczyni, kładąc swoją głowę na mojej.
— Miło jest stracić dla kogoś głowę — mruknęłam, zamykając oczy, po prostu chcąc nacieszyć się tą idealną chwilą.

19 sierpnia 2025

Od Przepiórki (Orchidei)

Wstałam ze swojego posłania i delikatnie się rozciągnęłam, raz po raz cicho pojękując z bólu. Rany po walce nadal się zabliźniały, więc wciąż odczuwałam ból i dyskomfort podczas niektórych czynności.
Inni wojownicy też powoli wstawali. Kiedy obraz przed oczami przestał mi się już tak rozmywać, moje spojrzenie powoli powędrowało na moich współklanowiczów. Dopiero poprzedniego wieczora Miodek mógł wrócić do swojego legowiska. Większość nocy spędził że swoją ukochaną, jednak końcowo poszedł do siebie. Ciężko było mi nie pamiętać jego wrzasku (oraz wymiocin w gratisie), kiedy ten paskudny sęp oderwał mu ogon. Może nie wyglądał odrażająco czy dziwnie (a przynajmniej dla mnie), jednak nie mogłam się przyzwyczaić do widoku przyjaciela bez… Cóż, ogona.
“Kiedy się obudzi, spróbuję go później jakoś pocieszyć. Chociaż, co ja mogę… Nie znam jego bólu, sama żadnej części ciała nie straciłam… Biedny Miodek” — pomyślałam smutno, odrywając wzrok od kocura. 
Obróciłam głowę i obejrzałam swoje wszystkie nowo nabyte blizny. Jedna była mała, powstała, kiedy wielki kamień spadł na… No właśnie. Na kota. Rokitnik uszedł z życiem, jednak w owym życiu nie będzie mu już tak łatwo, jak kiedyś… Bardzo mu współczułam i nie wyobrażałam sobie, jak można żyć bez dwóch tylnych łap.
“Ech, kolejny krzyk, którego nie zapomnę do końca swoich dni, tak naprawdę jak każdego innego z tej nieszczęsnej bitwy z wielkim, przerośniętym ścierwojadem…” — myśl przebiegła mi przez głowę, a ja skierowałam bursztynowe spojrzenie na następną bliznę.
Ta była od sępa. Wpatrywałam się w nią, a przed oczami cały czas od nowa pojawiał mi się obraz przerażająco spokojnych i niespokojnych na raz oczu Skałki, której zawdzięczałam… Życie.
Chlipnęłam cicho pod nosem, a następnie otarłam kilka pojedynczych łez łapką. Nie mogłam przestać odtwarzać dźwięku łamanego karku kotki, z którą tak na prawdę nigdy nie zamieniłam więcej niż kilku zdań, związanych z obowiązkami czy wspólnym patrolem. Raz próbowałam zagadać. Usiadłam obok i bąknęłam coś w stylu “C-cześć, jak Ci m-mija dzień?”.
Ona jednak chyba mnie nie usłyszała (lub mnie zignorowała) i odeszła jak gdyby nigdy nic. Nagle zza legowiska usłyszałam donośny głos liderki, która właśnie wzywała na zebranie klanu.
“O co może chodzić? Czyżby Sówka miała zamiar mianować jakiegoś ucznia?” — pomyślałam, powoli podchodząc do miejsca, w którym już zbierały się koty.
Czekoladowa kotka wyglądała na bardzo zmęczoną i niepewną. Rozumiałam dlaczego. Jej dziecko zginęło na “wojnie” i to na jej oczach.
— Zebrałam was tutaj, aby odciążyć pewną kotkę. Przepiórko, wystąp.
Zdziwiłam się wezwaniem, jednak nie protestowałam i nieśmiało wstałam, następnie szybko (i przy okazji nieudolnie, prawie się przewracając) stając naprzeciw liderki.
— Podczas ostatnio stoczonej walki wykazałaś się niemałą odwagą oraz oddaniem Owocowemu Lasowi. Każdy z nas wie, ile przeżyłaś oraz każdy z nas widzi, jak bardzo twoje imię ciąży ci na sercu.
Starsza kocica przerwała, mierząc wszystkich wzrokiem, a moje serce biło coraz szybciej z każdym wypowiedzianym przez nią słowem.
— W związku z tym postanowiłam, że od dziś będziesz nosić nowe imię.
Oczy czekoladowej były zmęczone, jednak na chwilę błysnęła w nich iskierka.
— Od teraz twoje nowe imię brzmi Orchidea. Owocowy Las wita cię wraz z twym nowym mianem. Niech ci służy!
Na chwilę na pysku kotki widniał słaby, acz szczery uśmiech. Zaraz później całe nasze ugrupowanie zaczęło skandować moje nowe imię.
— Orchidea! Orchidea! Orchidea!
Odwróciłam się uśmiechnięta, a po moim pyszczku spłynęła pojedyncza łza szczęścia.
Po kolei spojrzałam na każdego bliskiego mi kota. Na samym przedzie stał Puma, obok niego była Jeżyna, wraz z Figą i boku, trochę dalej był Miodek a na samym końcu tego szeregu była Pieczarka wraz ze swoim bratem, Czernidłakiem.
Byłam taka szczęśliwa! Uśmiechałam się do wszystkich zebranych kotów, a oni odwzajemniali go, zwyczajnie ciesząc się moim szczęściem! Nawet nie zauważyłam, kiedy pióro wypadło zza mojego ucha. Zawsze tam było. Zawsze, do teraz.

✩ ★ ✩ ★ ✩

Koty powoli się rozchodziły, a liderka wróciła już do swojego legowiska. Właśnie rozmawiałam z Pumą, oraz Pieczarką. Czernidłak też miał z nami iść, jednak ktoś musiał zająć się kociakami, które zaadoptowali.
— Ale jednego wciąż nie rozumiem… Skąd Sówka wiedziała, że moje imię tak mi ciąży? — zastanawiałam się na głos, kiedy śnieg zapadał się pod moim ciężarem.
Podniosłam wzrok i ujrzałam TEN uśmieszek na pyszczku brata.
— PUMOOO — powiedziałam, świdrując go wzrokiem.
— No cooo? — spytał, udając, że nie wie o co chodzi.
— Ty już dobrze wiesz co! — mruknęłam, a kocur zamachnął się na mnie łapą. A raczej, próbował się zamachnąć.
— Haha, jakbym widziała siebie i Czernidłaka! — zaśmiała się biała kotka, szeroko się uśmiechając.
Wykorzystałam nieuwagę brata i wepchnęłam go w zaspę białego puchu.
— EJ!!! TO NIE FAIR!— wydarł się, jednak jego głos był stłumiony.
— Chodź, uciekajmy! — szepnęła Pieczarka, owijając swój ogon wokół mojego.
Na chwilę świat wokół mnie się zatrzymał. Zielone ślepka pełne radości zatrzymały się na moich, a ja patrzyłam w nie jak zahipnotyzowana. Zrobiło mi się dziwnie gorąco, a serce znów zaczęło mi walić. Rzeczywistość wróciła do mnie dopiero w chwili, kiedy kocicia rozplotła nasze ogony.
Zaczęłam za nią biec, jednak uczucie ciepła nadal się utrzymywało. Dopiero po jakimś czasie biegu uświadomiłam sobie, że się rumienie.
"Co się ze mną do jasnej cholery dzieje?!” — pomyślałam, kolejny raz potrząsając głową.
Biegłyśmy tak, dopóki nie wybiegłyśmy z owocowego lasku. Stałyśmy właśnie na łące przed śliwkowym gajem. A raczej, stałam.
— Pieczarko? — wywołałam zastępczynię, jednak nie dostałam żadnej odpowiedzi.
— Pieczaaaarkoooo — zawołałam, jednak znów bez skutku.
Mój delikatny głos odbijał się wśród gołych drzew, a panika w środku rosła.
"Dlaczego tak się nią przejmuję? Co jest ze-”
Galopujący myślotok zatrzymał nagły ciężar, jaki poczułam na plecach.
— WAAAH!!! — ryknęłam, lądując w białym puchu.
— HAHAHA! — zarżała biała kotka, zaraz później razem ze mną u boku zwijając się ze śmiechu.
— Białe futro jednak na coś się zdaje, haha! — zaśmiała się, kiedy już skończył się wielki atak głupawki.
Podniosłam się i otrzepałam, zamykając bursztynowe ślepka. Kiedy je otworzyłam, otoczył mnie krajobraz, który ciężko wyrzucić z głowy.
Miękki, acz lodowaty śnieg mienił się w tysiącach barw, spowodowanych przez promienie słońca, leniwie padające na cały krajobraz. Kolory tańczyły wokół, kiedy tylko poruszyć się choć odrobinę.
— Przepiękne… — wyszeptałam, obserwując to wszystko z tchem zapartym w piersi.
— Prawda? Zawsze przychodzę tu, kiedy muszę pomyśleć — odparła zielonooka, podchodząc do jednego z kwiatów.
Schyliła się, a następnie przerwała go zębami. Potem szczęśliwa podeszła do mnie i położyła przede mną.
— Mogę? — spytała, wpatrując się we mnie czułym spojrzeniem.
— Yyy… T-tak? — wyjąkałam, na co kocica tylko wywróciła oczami, wkładając przebiśnieg za moje ucho.
— Pięknie z nim wyglądasz Orchideo, idealnie do Ciebie pasuje, tak samo, jak Twoje nowe imię. Zdradzę Ci, że to ja je zaproponowałam! Puma podszedł do mnie po poradę, bo on sam miał tyle pomysłów, że nie mógł się zdecydować! Aaa… Mam pytanie.
— Możesz mówić — powiedziałam, uśmiechając się.
— My się przyjaciółkujemy, co nie? — spytała, wbijając we mnie przenikliwe spojrzenie.
W środku jakby coś mnie delikatnie zakuło. Jakbym nie chciała odpowiadać na to pytanie. To nie tak, że jej nie lubiłam! Lubiłam ją bardzo! Tylko problem leżał w tym, że… Że, to “lubienie”, nie było chyba TYLKO lubieniem. Chciałam, żeby to było coś więcej. Wspomnienia uderzyły mnie niczym jasny grom. Te wszystkie nieświadome zdecydowanie ZBYT długie spojrzenia w jej kierunku. Te wszystkie próby podejścia i zagadania “Hejka, co u Ciebie?”, zakończone niepowodzeniem. Może i byłam nieśmiała, ale jeśli już chciałam się z kimś poznać, to raczej prędzej czy później w końcu podchodziłam i zaczynałam.
"Czy ja się… Zauroczyłam? W kotce? I to jeszcze w zastępczyni, siostrze partnera mojego brata? Przecież podobne uczucia odczuwałam do Chwasta… W takim razie, skąd ta nagła zmiana?”
Szybko jednak skończyłam swoją analizę. Z bólem serca, który przykryłam niewyraźnym uśmiechem, odpowiedziałam.
— C-chyba tak? T-to znaczy, je-eśli ty tak u-uważasz, t-to tak! — bąknęłam, przednią łapą rysując jakieś wzorki w śniegu.
— No to mogę ci się do czegoś przyznać? Jak przyjaciółka przyjaciółce? Jak kotka kotce?
"Przyjaciółka przyjaciółce…” — każde z tych słów kuło mnie w serce, niczym szpon, który się w nie wbija, próbując wyssać ze mnie resztki szczęścia.
— J-jasne!
— No bo wiesz… Chyba ktoś z Owocowego Lasu mi się podoba! Nie wiem, czy się zauroczyłam, czy się… No, ten… Zakochałam, ale wiem, że to ten jedyny! Ten kot, na którego czekasz całe swoje życie! To jest właśnie ten kot!
— O-oh… W takim razie życzę Tobie i temu, a-albo t-tej je-edynej s-szczęśc-cia! — bąknęłam, obserwując, jak Pieczarka się rumieni, wpatrując się we mnie swoimi pięknymi zmielonymi oczami.
We mnie natomiast coś jakby zgasło. Ta iskierka, którą zidentyfikowałam dopiero teraz, umarła. Zawsze, kiedy byłam blisko białej kotki, czułam przyjemne mrowienie w brzuchu. Myślałam, że to od szczęścia, lub, że po prostu się najadłam, jednak to były motylki. Pojawiały się zawsze, kiedy nasze spojrzenia się spotykały.
Mimo wszystko szybko przegoniłam te myśli, zaczynając naprawdę cieszyć się szczęściem przyjaciółki.
— A powiesz mi kto jest tym szczęściarzem?
— E-e, hihihi! — miauknęła, przecząco kręcąc głową.
Otworzyłam pyszczek, aby odpowiedzieć swojemu obiektowi westchnień, jednak ona przyłożyła mi łapkę do pyszczka.
— Ciii — szepnęła, odwracając głowę w stronę, z której przyszłyśmy.
— C-co s-
Pieczątka odwróciła swoją głowę i… Liznęła mnie mysią łapkę odległości od mojego pyszczka? Stanełam jak wryta, czując, jak poliki zaczynają mnie na wpół przyjemnie, na wpół nieprzyjemnie piec.
Następnie kotka zbliżyła swój pyszczek do mojego ucha.
— Orchideo, tu i teraz, przysięgam ci, że jeśli nie zamkniesz tego swojego cholernie uroczego pyszczka, następnym razem nie spudłuje — wyszeptała, a do mojego noska doleciał kojący aromat stokrotek, unoszący się z jej pyszczka.
"Okej, dobra. Albo dostałam udaru, albo Pieczarka właśnie prawie mnie pocałowała, potem skomplementowała, a teraz wystawia mnie na próbę i mnie podrywa.“ — pomyślałam, z całych sił powstrzymując się od odwzajemnienia jej gestu, w tym samym czasie topiąc się w jej wyzywającym i wręcz… można to nazwać pożądającym spojrzeniu, od którego nie mogłam oderwać wzroku.
Zastępczyni odwróciła się i przybrała pozycję łowiecką, zmierzając w kierunku owocowego lasku.
"Czyli jednak udar.''

10 lipca 2025

Od Przepiórki CD. Figi

Ponownie ciepło się zaśmiałam. Dawno nie czułam się tak dobrze w towarzystwie innych kotów. A szczególnie o tak odmiennych charakterach! Najbardziej bałam się tego, że nie zostanę zaakceptowana pośród swoich klanowiczów, a szczególnie, Figi — czyli zdecydowanie najbardziej śmiałej kotki, jaką kiedykolwiek poznałam. Sama kiedyś taką byłam, jednak to było bardzo dawno. Jeszcze za czasów, kiedy szkoliłam się u Witki.
— A widzieliście ostatnio, co się działo z Dereńką? Spokojnie jadłam sobie wróbla, a ona podbiegła do mnie jak oparzona i zaczęła coś bełkotać o chodzących gruszkach i jabłkach! Biedna Dereńka... Dobrze, że w końcu ktoś zaprowadził ją do Świergot. Słyszałam od Pumy, że nie było z nią najlepiej…
— Nieźle jej siadło na głowę! Dlatego trzeba dużo spać! — przytaknęła czekotka.
Kolendra i Len pokiwali głowami. Maślak szła przodem, a ja powoli coraz bardziej wciągałam się w rozmowę. Było naprawdę zabawnie!
— Chodzące jabłka, to dobre nie? — Zaśmiała się. — Gdyby naprawdę istniały, to mogłyby nas zaatakować w nocy i Owocowy Las zostałby pokonany przez owoce.
Nie mogłam przestać się śmiać! Co jakiś czas łza spływała mi po policzku, ale pierwszy raz w życiu nie ze smutku, a radości! Zresztą, nie tylko mnie rozśmieszyła czekotka. Kolendra i Len również zaczęli chichotać! Nawet Maślak parsknęła pod nosem.
— A to dobre! Ty to masz poczucie humoru Figo! — mruknęłam, przez kilkanaście uderzeń serca wpatrując się w kotkę. Kiedyś zdałam sobie z tego sprawę, odwróciłam wzrok i zarumieniłam się ze wstydu.
"Jejku, dlaczego ja się tak w nią wpatruje! Jeszcze uzna, że jestem jakaś dziwna! Dlaczego ja to zrobiłam! Już myślałam, że dobrze mi idzie!”
Figa tylko uśmiechnęła się zadziornie, więc uznałam, że pewnie nie zauważyła mojego wzroku zawieszonego na niej. Tak więc ruszyliśmy dalej. Po drodze dogadaliśmy się, że się rozejdziemy.
— Figa z Przepiórką pójdą do Owocowego Lasku, a Len, Kolendra i ja, wzdłuż granic do Upadłej Gwiazdy — powiedziała Maślak.
"Miało to zapewne przyspieszyć nasz patrol, który przez plotki strasznie się przedłużał." — pomyślałam tylko, kiwając głową.
Nie miałam z tym żadnego problemu.
"To nawet lepiej! Będę miała okazję poznać się bliżej z Figą! Fantastycznie!"
— Chodź, Przepiórko — ponagliła mnie kompanka, idąc w przyjemnie chłodnym cieniu wielu jabłoni — czyli dosyć charakterystycznych dla naszego ugrupowania drzew.
— Oj no już idę, już się tak nie piekl! — mruknęłam, uśmiechając się ciepło.
Bardzo dobrze czułam się w towarzystwie kocicy. Nie wiedziałam jakim cudem byłam od niej starsza. W ogóle tego nie odczuwałam! Powoli dochodziłyśmy do Owocowego Lasku, a ja dreptając przy zwiadowczyni, powiedziałam:
— Najwyraźniej humor już trochę się polepszył! — zachichotałam, uśmiechając się ciepło w stronę kotki.
Zanim czekotka zdążyła mi odpowiedzieć, coś gwałtownie uderzyło mnie w głowę.
Podskoczyłam, piszcząc ze strachu, z napuszoną sierścią i źrenicami wyostrzonymi do granic możliwości.
— C-CO JEST?!
Młodsza odetchnęła powietrzem, jakby nabierała swój pierwszy wdech.
— Jabłka mogą być przerażające! — mruknęła do mnie, jakby chciała usprawiedliwić mój strach.
Trochę zdziwił mnie ton zwiadowczyni, jednak zrobiło mi się ciepło na serduszku.
— Hej, nie przestraszyłam się! Po prostu to było takie nagłe! — miauknęłam, również zaprzestając śmiechu.
Pyszczek zaczynał mnie nieprzyjemnie kłuć w oznace, że uśmiechałam się już ciut za dużo. A, szczególnie że przez swoje dawne przeżycia nie robiłam tego zbyt często. Zanim obydwie zauważyłyśmy, już byłyśmy praktycznie pod obozem! Ze środka już było widać drugą część patrolu, która wróciła jako pierwsza. Ukłoniłam się delikatnie przed kotką, uśmiechając się do niej.
— Miło było! — mruknęłam tylko, mając nadzieję, że jej również.
— Tjaa, na szczęście już jesteśmy w obozie! — usłyszałam, kiedy oddalała się ode mnie.
Wzruszyłam na to ramionami i udałam się do legowiska Świergot, w poszukiwaniu Pumy.

★ ★ ★ ★ ★
Tego samego dnia wieczorem

— Hej, Przepiórko! — usłyszałam za sobą ciepły głos. Odwróciłam się i moim pomarańczowym ślepiom, ukazała się zielonooka kocica z kwiatami w futrze.
— Tak?
— Mogłabyś uczestniczyć w jutrzejszym patrolu? Potrzebuję jeszcze jednego kota, a ja akurat jestem zajęta.
— Oczywiście, żaden problem — miauknęłam tylko, uśmiechając się do Pieczarki.
— Fantastycznie! Cieszę się i wydaje mi się, czy ostatnio jesteś pogodniejsza?
— Mhm. Nie wiem, ale chyba na to wychodzi! — podsumowałam, przecinając powietrze ogonem.
— W związku z tym, pójdą jeszcze, hm… Leszczyna, Ambrowiec i… Figa. Przepiórko, przekaż proszę reszcie, że są na jutrzejszym patrolu, nie zdążyłam ich jeszcze złapać. Jeśli chcesz, możesz go prowadzić, ale w razie co, niech zrobi to Figa.
— T-tak, jasne! Z miłą chęcią!
— To dobrze — mruknęła zastępczyni, odchodząc ode mnie.
— Wow — mruknęłam pod nosem, kierując się do legowiska wojowników.
"To będzie naprawdę ciekawe doznanie!"
Zaraz po wejściu do środka, ułożyłam się wygodnie na legowisku i zapadłam w sen, rozmyślając o wszystkich dobrych rzeczach, jakie ostatnio mnie spotkały.
"Oby tak było już zawsze " — poprosiłam w myślach, odpływając w głęboki sen.

★ ★ ★ ★ ★

Otworzyłam oczy i od razu podniosłam się z legowiska. Szybko wypełniłam poranną toaletę i udałam się prosto w stronę miejsca, w którym leżała półprzytomna Figa.
— Dzień Dobry Figo! Pieczarka wybrała Cię na dzisiejszy patrol. Chciałam Ci tylko to powiedzieć. A, no i jeśli Ci to nie przeszkadza, to będę go prowadzić. Będą z nami jeszcze Leszczyna i Ambrowiec.

<Figo?>

29 czerwca 2025

Od Przepiórki

TW: Próba samobójcza i samookaleczanie

17 marca 2025

Od Przepiórki do Miodka

Coraz lepiej idzie mi zapoznawanie się, jednak cały czas mam z tym problemy. Ostatnio postanowiłam zaryzykować i zagadać do Miodka, nowego członka Owocowego Lasu. Wydawały się być miły i spokojny, więc gdyby ewentualnie coś nie poszło po mojej myśli, nie było by chyba tak źle. Powoli podeszłam do kocura, który właśnie kończył ryjówkę.
— H-hej — mruknęłam nieśmiało, starając się ukryć stres, uśmiechając się ciepło.
Czekoladowy kocur spojrzał na mnie, chyba nieco zdziwiony, że zaczęłam konwersację.
— O-och — wydukał, przełykając kawałek zwierzyny, który chyba utknął mu w przełyku. Kiedy się z nim uporał rozpromienił się, a następnie uśmiechnął.
 — Dzień dobry! Jakże piękny… iście piękny dzień. Aż sie samemu chce polować… Albo może nawet leżeć na słońcu i drzemać — powiedział rozmarzony, wlepiając swoje miodowe ślepia prosto we mnie.
—Tak, idealna pogoda na spacer... — mruknęłam, siadając niedaleko. — Wiesz, masz bardzo piękne kociaki... Trochę ci chyba zazdroszczę. — powiedziałam, patrząc prosto w oczy kocura. — Jejku, jak ja chciałbym żeby ktoś mnie kochał tak jak ty kochasz Migotkę... Często się zastanawiam czy znajdę sobie kogoś takiego... — Zamyśliłam się, zamykając oczy.
Kiedy wspomniałam o jego rodzinie, uśmiechnął się jeszcze bardziej, na chwilę się zamyślając.
— Ach dziękuję, dziękuję. Niezwykle mi schlebiasz, ale tak… Wszystko co teraz mam to spełnienie moich największych i najgłębszych marzeń… Ale nie zawsze było tak łatwo. Nawet nie wiesz ile świata zwędrowałem, aby w końcu odnaleźć tę jedyną.
Spojrzałam w żółte, wręcz promieniste ślepia kocura, a po chwili spytałam. 
— Długo szukałeś szczęścia w życiu? Chętnie posłucham twojej historii, na pewno jest piękna... Lubię słuchać opowieści. — Na chwilę zamilkłam, czekając na jakąś opowieść Miodka.
— No wiec… Zanim jeszcze nawet byłem w Klanie Klifu, zakochałem sie kilka razy. Raz w otoczeniu pięknych wonnych kwiatów… Mieszkała tam niesamowita kotka o imieniu… Och… No coż… Wypadło mi z głowy — zaśmiał sie szczerze i głośno. — No ale nie przyjęła moich zalotów, gdyż interesowała sie tylko innymi pięknymi panienkami. Może ty byś miała z nią większe szanse. Może twoje jasne licka by ją przekonały — Spojrzał na mnie znacząco, mrugnął i kontynuował. — No i odszedlem, z sercem rozbitym na kawałeczki, szukając szczęścia gdzie indziej.
„Chyba nie byłabym zainteresowana panienką...” — pomyślałam, kiedy czekoladowy puścił mi oczko. 
— Nie dziwię się że nasza Migotka wybrała sobie ciebie, jesteś bardzo sympatyczny — powiedziałam szczerze, coraz lepiej i pewniej czując się w obecności kocura. Miałam nadzieję na bliską znajomość albo może nawet przyjaźń? Szybko polubiłam tego kota, więc miałam nadzieję, że on mnie też. — Ochh, myslałam że od dziecka byłeś w Kanie Klifu... Jak tam trafiłeś? - spytałam lekko przechylając głowę, ciekawa kontynuacji historii.
Miodek zamknął oczy i zamyślił się na chwilę.
— Och, to trochę dłuższa historia... No więc kiedy jeszcze byłem samotnikiem poszukującym wrażeń i dobrego życia, napotkałem dwie urocze kotki, żyjące w jakimś ogródku starszej dwunożnej. Tam zakochałem się w jednej z nich, jednak jak już wcześniej wspomniałem, odrzuciła moje zaloty, ponieważ była zainteresowana swoją płcią. Ze złamanym sercem odszedłem stamtąd. To nie było życie dla mnie. Jednak zaraz po tym, poznałem kolejną kocicę. Miała na imię... — Miodowe, duże ślepia wlepiły się w niebo, a po chwili, jakby wyrwany z transu, zaczął ponownie opowieści. — Taniec... Tak, Taniec. Była piękna i czarująca. Kiedy ją spotkałem zaczęła opowiadać mi o klanach, wiarach i barwnych postaciach, które się tam znajdowały. Po naszym rozstaniu, skręciłem jeszcze, aby na chwilę zostać w mieście. Jednak nie przetrzymałem tam długo. Przeraźliwe bałem się psów, które na okrągło tam ujadały. Samotnik z którym tam mieszkałem, pomógł mi i-
— To on cię tam zaprowadził... — mruknęłam na wpół do siebie, na wpół do kompana rozmowy.
— Otóż to, zaprowadził mnie na skraj terenów Klanu Klifu, a tam szybko znalazł mnie jeden z patroli.
— Jejku, masz na prawdę piękną historię.
— A to jeszcze nie koniec, oczywiście jeśli ci nie przynudzam panienko.
— Ależ skąd, oczywiście, że nie. Proszę, opowiadaj dalej. Może wybierzmy się na spacer, zapolujemy lub coś w tym stylu? Zanim Gruszka albo Pieczarka znajdą nas i zganią, że nic nie robimy. — Zachichotałam, darząc go ciepłym uśmiechem na pyszczku.
— A więc niech tak będzie, czemu nie — odpowiedział wstając i szybko się przeciągając, aby zaraz później skierować się w stronę wyjścia z obozu, ze mną u boku.
— A wracając do opowieści, kiedy Srokoszkowa Gwiazda pozytywnie rozważył moje wstąpienie do Klanu Klifu, wyznaczył mi moją nową mentorkę, którą była niejaka Delikatna Bryza. Zakochałem się w niej prawie od razu. Jednak ja z moim dotychczasowym fartem, natrafiłem na kolejną twardą sztukę. Starałem się jej przypodobać, jednak na marne. Po czasie doszło do mnie, że nic z tego nie będzie i jakoś sam przestałem próbować zalotów w jej stronę. 
— To przykre, że tyle kocic odrzuciło tak czarującego i uprzejmego kocura jak ty... 
— Och, jest w tym nieco prawdy, ale nie przejmuj się, w końcu natrafisz na tego jedynego, tak samo jak ja. Jesteś na prawdę uroczą i sympatyczną kotką, jeśli tylko tego chcesz — powiedział czekoladowy ze szczerym uśmiechem. 
— Dziękuję, ale ja tak nie uważam... Może i jest kocur którego polubiłam księżyce temu, ale teraz nie wiem gdzie jest. Nikt nie wie... tak czy siak, mieliśmy rozmawiać o twojej przeszłości, nie mojej, więc kontynuuj.
— Kiedy mentorka odrzuciła moje próby przypodobania się, zdążyłem już zostać mianowany, a nawet dostać własnego ucznia, jakim był Promienna Łapa, teraz znany jako Promienne Słonce. Mimo iż go wyszkoliłem, nie spodobało mi się życie w klanie. Obowiązki, mnóstwo ruchu. Zatęskniłem wtedy za wolnością ducha. Jednak najgorsze czasy nastały po śmierci Srokoszkowej Gwiazdy. Straciłem całkowicie chęci do dalszego bycia człowiekiem społeczności Klifiaków, oraz zakochałem się po uszy w Migotce.
— I dlatego opuściłeś Klan Klifu, aby dołączyć do nas oraz Migotki — mruknęłam układając wszystko w całość.
— Dokładnie. I tak oto jestem tutaj — powiedział, węsząc w powietrzu w poszukiwaniu zwierzyny.
Nastawiłam uszy i automatycznie przystąpiłam do pozycji łowieckiej, dając znać Miodkowi, że coś usłyszałam. Z kocurem podążającym za mną podążyłem za źródłem dźwięku, jak i po chwili zapachu. Dzięki temu że Pora Nagich Drzew dobiegała już końca, pojawiało się coraz więcej zwierzyny. Nam udało się natrafić na dorodnego szpaka, co bardzo mnie ucieszyło. 
— Zróbmy tak, ty zostaniesz tutaj i kiedy dam znać, wystraszysz ptaszyne, a ja zaskoczę wtedy z drzewa i przygniotę go. Dobrze? — Nagle dotarło do mnie, że czekoladowy jest starszy. — Ekhem, p-przepraszam, nie chciałam ci rozkazywać ani nic, nie jestem twoją mentorką...
Kocur jedynie machnął leniwie ogonem i wzruszył barkami. Na jego pysku nie widniał nawet cień rozdrażnienia; ani kawałeczek jego osoby nie został urażony. 
— Mh... Nie martw się. Twój pomysł jest znakomity, zwłaszcza, że moja rola jest znacznie mniej wymagająca niż twoja — zapewnił cicho, aby nie wystraszyć zwierzyny zbyt wcześnie. — Zwykle nie lubię słuchać innych, ale jeśli akurat to pozwoli mi napracować się mniej, niż gdybym robił coś w samotności, na własną łapkę, to masz moje pazury, moje kły i gibki grzbiet do usług.
Spojrzałam niepewnie na czekoladowego, jednak kiedy kiwnął mi głową dla potwierdzenia faktu, stwierdziłam, że można spróbować. Wojownik przyjął pozycję gotów na mój znak, a w tym czasie ja z prędkością zająca wspiełam się na brzozę obok zdobyczy. Kiedy zajęłam pozycję dałam znać kompanowi, żeby ruszał.
Miodek z dzikim wrzaskiem wyleciał z krzaków i pobiegł w stronę przerażonej zwierzyny. Ptaszysko wbiło się w górę, chcąc uciec. Jednak ja, w pełni przygotowana, wyskoczyłam i wylądowałam na zdezorientowanym szpaku, który bezradnie wił mi się pod łapami, kiedy śmiertelnie ugryzłam go w kark. Momentalnie poczułam, jak ptak wiodczeje i całkowicie opada na ziemię.
Całej akcji przyglądał się miodowooki, który usiadł i spojrzał na mnie, potem na nieżywego już szpaka mówiąc:
— Nieźle, dobra robota.
— Dziękuję, to nic takiego.
— Mi by się nie chciało — dodał, przelatując wzrokiem zwierzyńca. — Przecież to ptaszysko jest twoich rozmiarów... Tak czy siak, zanieśmy go gdzieś, upolujmy jeszcze trochę i możemy wracać. Myślę, że ta bestia na spokojnie wykarmi cały żłobek— powiedział, podchodząc do mnie i łapiąc delikatnie ptaka za szyję. Ja w międzyczasie obeszłam go i złapałam tył, tak aby nie ciągnął zadu po ziemi.

 ***

— Cieszę się, że udało nam się coś takiego upolować. Musimy teraz o siebie zadbać po Porze Nagich Drzew — powiedziałam, kiedy odłożyliśmy szpaka tak, aby móc przynieść coś jeszcze do obozu.
Kocur zamiast coś odpowiedzieć, położył mi delikatnie ogon na pysk, a następnie zastrzygł uszami. Ogonem wskazał w stronę dwóch dorodnych wiewiórek, szukających najprawdopodobniej orzechów pośród konarów buków oraz dębów i brzóz. Kiwnęłam głową i przyjęłam pozycję łowiecką. Zastrzygłam uszami wskazując na wiewiórkę po prawej, aby dać znać, która jest dla mnie, a która dla niego, a następnie powoli, ale zwinnie ruszyłam w stronę nowego celu. Cały czas mając na oku położenie mojego kompana, przyjęłam pozycję w gotowości na znak.
Kiedy Miodek dał znak o swojej gotowości w tym samym czasie ruszyliśmy i naskoczyliśmy na przerażone rude stworzonka. Jedną łapą przygniotłam zdezorientowaną wiewiórkę, a drugą szybko zakończyłam jej cierpienia. Kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam nieco dalej czekoladowego wojownika, który już na mnie czekał ze swoją zdobyczą w pysku. Szybko podniosłam swoją i podreptałam w jego stronę.

 *W obozie*

Całość przywlekliśmy częściami. Ja zaniosłam wiewiórki starszyźnie, a Miodowy zaniósł nasz gwóźdź programu do żłobka. Kiedy wrócił podeszłam do niego i nieśmiało spojrzałam mu w oczy
— Przyjaciele?

<Miodku?>

28 listopada 2024

Od Przepiórki CD. Jeżyny

Kolejny dzień, oznaczał dla mnie kolejny patrol poszukiwawczy. 
- Przepiórko, jesteś gotowa? - Sówka z całą resztą czekali już na mnie przed wyjściem z obozu.
- Tak, już idę - mruknęłam, wyłaniając głowę z legowiska wojowników. - Przepraszam, jeżeli długo czekaliście.
- Nie, nie, chodź. Dziś wybieramy się na tereny niczyje. 
- Dobrze, Sówko... Jak myślisz, co stało się z Porankiem i jego rodzeństwem, no i oczywiście z Murmur.
- Uhm, no, wiesz. Myślę, że na pewno mieli jakiś powód, żeby odejść, i...
- Przepiórko, Sówko, macie zamiar tak gadać cały dzień, czy możemy iść? - Czereśnia spojrzał na mnie wzrokiem, który dał mi do zrozumienia, że lepiej było się pospieszyć.
- Taak, powinniśmy już iść.
Kiedy już wysunęłyśmy się na przód z czekoladową, szepnęłam w jej stronę.
- Czereśnia zachowuje się tak, jakby prowadził ten patrol. 
- Racja. Przepraszam Przepiórko, potem porozmawiamy.
Nasz patrol jak zwykle składał się z Czereśni, Sówki, Jeżyny, no i oczywiście mnie. Dziś nie chciałam pokazać innym, jak bardzo stresuje mnie ten patrol, ponieważ wybieramy się za tereny Owocowego Lasu. Rozmowa z Sówką mnie uspokajała. W zasadzie zaczęłam ją lubić. Tak à propos lubienia. Stwierdziłam, że dziś porozmawiam z Jeżyną, i przeproszę ją za moje ostatnie zachowanie podczas spotkania. Kiedy zapytała się mnie, czy wszystko w porządku, stałam sparaliżowana przez kilka uderzeń serca, po czym bez słowa wybiegłam z legowiska medyka. Powoli przysunęłam się do kotki, i nie odważając się spojrzeć jej w oczy, po prostu wybełkotałam to, co cisnęło mi się na pyszczek.
- Jeżyno bardzo cię przepraszam za ostatnią sytuację, po prostu nie umiem nawiązywać kontaktów i nie wiedziałam, co powiedzieć, w ogóle nie wiem, co się wtedy ze mną stało, przepraszam...
Odważyłam się spojrzeć na kotkę, a ona otuliła mnie ciepłym wzrokiem. 
- Nic się nie stało... Rozumiem, nie musisz przepraszać! Jeżeli chcesz, to mogłybyśmy porozmawiać! Chętnie bym się z tobą zaprzyjaźniła.
- N-naprawdę? No... Bo wiesz, tak średnio mi to idzie... - mruknęłam w stronę zwiadowczyni.
- Tak! Wydajesz się miła, więc wiesz- Nie widzę problemu - zaczęła, przesuwając się kawałek bliżej mnie. - Hmm, może... Jaki jest twój ulubiony kolor? Albo pora roku?
- O-okej, no to mój ulubiony kolor to pomarańczowy, a pora roku to Opadających Liści, a twoje? - mruknęłam już luźniej. 
Podobało mi się jej towarzystwo, w zasadzie spodziewałam się czegoś gorszego. Kotka już otworzyła pyszczek, żeby mi odpowiedzieć, ale przerwała jej przywódczyni patrolu.
- Moje ulubione kolory to fiolet i pomarańcz, a pora to Nowych Liści.
- Tak w zasadzie, to ja lubię każdą porę roku, nie do końca umiem wybrać, ale chyba jednak przeważa Opadających Liści, bo wtedy jest tak pięknie i kolorowo, no, i jeszcze czasem jest ciepło, ale nie za ciepło. A, powiedz, co myślisz o tym, co stało się Gęgawie? Teraz, to trochę się boję chodzić sama...
- Dobra, słuchajcie. Wychodzimy z terenu Owocowego Lasu, teraz trzeba się skupić, ponieważ to nie nasz teren, i mogą tu być jacyś samotnicy.
- Dobrze Sówko - mruknęłam, po czym przeprosiłam zwiadowczynię, i zaczęłam szukać ciała swojego taty.
Idąc w ciszy obok Jeżyny, poczułam smród, ale jeszcze nie mogłam wyczuć, od czego może to być.
- Fuj, też to czujecie? Trochę jak...
Moja nowa przyjaciółka cofnęła się na widok mazi o dwa kroki i skrzywiła pyszczek w grymasie.
- Ohyda. Ktoś zostawił tu niezjedzoną zwierzynę czy co?
Przywódczyni patrolu po chwili zabrała głos.
- Może, w końcu to tereny niczyje, może ktoś tu po prostu przenocował i nie zabrał posiłku? 
Figa podeszła bliżej i jęknęła. 
- Fuuu, ale smród. - Jednak uśmiechała się, więc nie za bardzo wiedziałam, co o tym sądzić.
Czereśnia, który wcześniej tylko obserwował, teraz podszedł bliżej, zauważył.
- Jest to dosyć spore. - Po czym odwrócił wzrok.
- Czy tylko ja uważam, że ma to związek z Przebiśniegiem? Zresztą można tu wyczuć jego bardzo słaby zapach. Pewnie wcześniej go nie wyczuliśmy przez to coś. Mruknęłam, wskazując na wymiociny.
Moja kompania zabrała głos zaraz po mnie.
- Nie mam pojęcia, przez ten ostry zapach nic nie czuję. Może? W końcu coś znaleźliśmy, nie zaszkodzi rozejrzeć się dalej...
- Myślę, że to najlepszy pomysł. Może znajdziemy coś w okolicy.
Kiedy ruszyliśmy dalej w ciszy, Figa ją przerwała i patrząc na Czereśnie, spytała. 
- Kogo obstawiasz? Myślisz, że to byłoby związane z Przebiśniegiem? Wątpię, żeby wymiociny wytrzymały tyle czasu...
- Uważam, że najprawdopodobniej każde znalezisko ma z nim związek. W końcu, zanim nie zniknęło jego ciało, nic nadzwyczajnego nie pojawiało się na naszych terenach. - Przerwał, wyprostował się i przeleciał wzrokiem po wszystkich uczestnikach patrolu. - Jednak nie sądzę, żeby tamte konkretne wymiociny były złożone... Z niego. Tak jak mówisz, minęło już dużo czasu, a ta papka pachnęła bardzo intensywnie.
Posmutniałam, ponieważ bardzo chciałam pożegnać się z tatą w przyzwoity sposób, zobaczyć jego ciało chociaż jeszcze raz... Nie miałam już ani trochę ochoty kontynuować tego „spacerku”.
- Myślę... myślę, że możemy już wracać... Dziś nie znajdziemy już nic specjalnego... Przynajmniej w tej okolicy - mruknęłam trochę do Sówki, a trochę do siebie. - Co wy na to?
Jeżyna kiwnęła głową na zgodę, i dodała, posyłając mi uśmiech, co trochę poprawiło mi nastrój. 
- Może następnym razem bardziej nam się poszczęści... Może znajdziemy coś lepszego, niż śmierdzące wymioty. 
- Miejmy taką nadzieję... - mruknęłam Sówka, po czym wszyscy skierowaliśmy się z powrotem w stronę obozu.

<Moja nowa przyjaciółko?> 

20 października 2024

Od Przepiórki

*Kilka dni temu*

- Przepiórko, widzę że rozpiera cię energia, a to świetnie się składa, ponieważ dziś nauczę cię rozpoznawać trop lisa. 
Trochę przestraszyłam się, na wzmiankę o lisie, od razu wyobrażając sobie rudo-białe stworzenie, spotkane przeze mnie na patrolu, jednak byłam zdeterminowana do nauki. Wiedziałam, że już lada moment zostanę wreszcie pełnoprawną wojowniczką. Miałam już powoli dość tego, że dalej jestem uczennicą, kiedy na przykład taka Jeżyna, jest już wojowniczką. Nie byłam zła na nią, tylko na siebie. Gdybym nie była taka zmienna, może nie byłoby tego całego zamieszania. Nagle podczas treningu na medyczkę, zmieniłąm drogę szkolenia przez co bardzo dużo musiałam nadganiać. Nie pomagał też fakt, że po incydencie z wspinaczką na drzewa, musiałam na trochę odpuścić trening, ponieważ najzwyczajniej w świecie, nie dawałam rady psychicznie. 
„Już niedługo...” - pomyślałam zmotywowana, a następnie udałam się w stronę wyjścia z obozu, wraz z Przypływ, moją mentorką, którą w ostatnim czasie bardzo polubiłam...

***
                           
- Od czego zaczniemy? - mruknęłam w stronę mentorki, wlepiając w nią wzrok. Wyglądała na wesołą. Lubię, kiedy ktoś jest szczęśliwy, i wtedy od razu mi też robi się miło, futro starszej ode mnie kotki, błyszczało i pięknie lśniło w słońcu, powoli zrobiło się ciepło. Na szczęście, teraz jest mój ulubiony okres. Pora Nowych Liści, jest wtedy tak przyjemnie, i ciepło, ale nie gorąco, no i wszystko budzi się do życia. Ze zwierzyną włącznie. 
- Tropienie lisów, jest trochę jak polowanie, będę mówić ci, co masz robić. zobaczysz. Szybko załapiesz! Najpierw musisz: przybrać pozycję, jak być podchodziła z nienacka niedobrego kota, z wrogiego klanu, potem, kiedy już przypadniesz do ziemi, otwórz pyszczek. Jak już wiesz, w ten sposób szybko wyczujesz intensywniejsze, jak i słabsze zapachy. 
- Rozumiem, ale... Jak mam tropić lisa, skoro nie ma teraz żadnego na naszym terytorium?
- Będziesz musiała wytropić jakąś starą norę, lub lisie łajno - mruknęła współczująco w moim kierunku.
- Och, rozumiem, to nic takiego, ale czy potem możemy pójść nad rzekę? Nie chcę śmierdzieć lisem, bo jeszcze kociaki się na mnie rzucą. 
- Oczywiście, ale nie zabawimy tam zbyt długo. 
- Super! - mruknęłąm. 
Od jakiegoś czasu spodobało mi się zanurzanie w wodzie.
- Świetnie, że się cieszysz, ale wracając do tropienia lisów. Przepiórko, niejeden raz czułaś lisie łajno lub widziałaś starą nore, prawda?
- Tak.
- Świetnie, w takim razie teraz zaprowadź mnie do takiej.
Skupiłam wszystkie swoje zmysły na zapachu, i najpierw nie wyczuwałam zupełnie nic, ale po chwili, natrafiłam na lisi odór.
„Słaby, jakoś mniej więcej pół księzyca temu” - pomyślałam, brąc naprzód. 
Po jakimś czasie, zapach stał się nieco mocniejszy, co jeszcze bardziej mnie zmotywowało. W końcu, pojawiła się przede mną lisia nora.
- Brawo, zdałaś test.                                            

*Aktualnie*

Daglezjowa Igła stała przede mną. Nie wierzyłam, że to się właśnie dzieje.
- Najwyższy czas, abyś dołączyła do grona wojowników. Wykazałaś się oddaniem i uczciwością. Czy przysięgasz pozostać lojalną naszej społeczności i walczyć za jej dobro?
- Przysięgam.
- A zatem witamy cię jako nową wojowniczkę Owocowego Lasu!
Zebrani zaczęli skandować moje imię.

[473 słów, rozpoznawanie tropów lisów]

[przyznano 9% + 5%]

Postać NPC: Przypływ

08 października 2024

Od Przepiórki CD. Pumy

Liliowa kotka właśnie zaczynała trening ze swoją mentorką.
- Dobrze Przepiórko, dziś będziemy tropić lisy oraz wspinać się na drzewa.
Pomarańczowooka słysząc słowa "wspinać się na drzewa", znieruchomiała. Przypomniała sobie ostatnie wrażenia z tym związane, przez co przeszedł ją dreszcz. Przypływ musiała to zauważyć, ponieważ podeszła do swojej uczennicy i kładąc ogon na jej plecach, mruknęła słowa otuchy:
- Nie bój się, nic ci nie będzie. Będę tam razem z tobą i jeżeli będzie trzeba, wytłumaczę ci wszystko krok po kroku.
Przepiórka w odpowiedzi uśmiechnęła się lekko, po czym jej liliowa mentorka udała się w stronę wyjścia z obozu. Po niedługiej wędrówce kotki znalazły odpowiednie drzewo.
- Dobrze, najpierw spójrz i pokaż mi, jak wyglądałaby twoja droga. Przeanalizuj ją. Pamiętaj tylko, że musisz też mieć drogę do zejścia.
- O-okej. - wyjąkała młoda.
"Dobrze, dam sobie radę. Jest ze mną Przypływ."
- N-najpierw pójdę tu - wyjąkała, wskazując na grubą gałąź.
- Dobrze. Nie bój się - mruknęła zachęcająco do pomarańczowookiej.
Przepiórka wskoczyła lekko na gałąź, spoglądając na mentorkę.
- Teraz tu - wskazała, a następnie wskoczyła trochę wyżej. Kiedy upewniła się już, że je pazurki są wbite mocno w korę gałęzi, zobaczyła przed sobą dwie opcje dalszej wspinaczki. Spojrzała na mentorkę, jednak ta tylko strzepnęła uchem, dając znak, że słyszała swoją uczennicę. Kotka skupiła całą swoją uwagę na gałęziach.
"Ta gałązka ma liście, czyli jeżeli polowałabym na wiewiórkę, to ona mi ucieknie, ale druga gałąź wydaje się... Sucha."
Liliowa oparła jedną łapę na gałęzi, a ta "chrupnęła" pod jej ciężarem.
"Czyli tej drogi na pewno nie wybiorę. A co, jeżeli..."
Kotka wycofała się aż do pnia drzewa, po czym z rozpędu wskoczyła na gałąź pobliskiego drzewa. Kiedy obejrzała się na Przypływ, zobaczyła w jej oczach dumę. Zaraz po tym kocica wskazała na coś ogonem. Przepiórka kucnęła najlepiej jak mogła i zobaczyła wiewiórkę, która, nieświadoma zagrożenia, jadła sobie spokojnie swój orzeszek. "Uda mi się. Uda mi się." - powtarzała sobie w myślach pomarańczowooka. Cichutko, jak szybujący ptak, przeskakiwała z gałązki na gałązkę. Im bliżej była celu, tym bardziej zalewała ją fala ekscytacji. Istotka była już tylko jedną gałąź od łowczyni. Liliowa skoczyła z wysuniętymi pazurkami na przerażoną wiewiórkę, która zaczęła uciekać, jednak na próżno. Młoda jednym kęsem zakończyła cierpienie rudego zwierzątka.
- Dobra robota, Przepiórko! Jestem z Ciebie naprawdę dumna. Możesz już zejść na dół! - zawołała mentorka.
- Dobrze! - mruknęła przez zaciśnięte zęby.
Po zejściu z drzewa kotki skierowały się do obozu.

*** W obozie ***

Wbiegłam do obozu i od razu zaczęłam się za nim rozglądać.
"Oby nie poszedł na żaden patrol, nie chcę szukać go po całym Owocowym Lesie! A może jest w legowisku medyka? Sprawdzę to." - pomyślałam, przemierzając obóz w stronę mojego celu, jakim było legowisko Świergot. Chociaż tak w sumie to Murmur i Poranka, którzy uciekli sobie nie wiadomo gdzie i nie wiadomo czemu."
Kiedy weszłam do legowiska, zobaczyłam tam Orzeszka rozmawiającego o czymś z zastępczynią medyczki. Odłożyłam wiewiórkę i pochylając lekko głowę na powitanie, zapytałam cichutko:
- Czy może mi ktoś powiedzieć, gdzie jest Puma?
- Um... Jest chyba u starszyzny.
- Okej, dzięki, Orzeszku - mruknęłam na pożegnanie, podnosząc swoją zdobycz, a następnie skierowałam się w stronę legowiska starszyzny. Wchodząc do środka, zastałam tam swojego tatę oraz brata. Skłoniłam lekko głowę.
- Witaj Przepiórko, cieszę się, że mnie odwiedzasz - mruknął starszy kocur.
- Hej! Jak poszedł trening?
Odłożyłam wiewiórkę u stóp Przebiśniega, a następnie odpowiedziałam czekoladowemu:
- Było super! Nauczyłam się wspinaczki na drzewa i nawet upolowałam na jednym z nich wiewiórkę! - powiedziałam wskazując ogonem na małe, puchate zwierzątko. - A tak swoją drogą, jest dla Ciebie tato, mam nadzieję, że będzie Ci smakować - mruknęłam czule w stronę starszego kocura.
- Och, dziękuje, na pewno jest pyszna - powiedział do mnie cicho zachrypniętym głosem. - Tobie też dziękuję Pumo, ten miód bardzo mi pomógł.
- Nie ma za co - mruknął czule brązowooki.
Potem rozmawialiśmy we trójkę prawie do zachodu słońca.

< Pumo? >

[622 słowa; wspinaczka na drzewa]

[przyznano 12% + 5%]

25 sierpnia 2024

Od Przepiórki CD. Pszczółki

Po niedawnym incydencie z tym "borsukiem" Przepiórka stwierdziła, że fajnie by było poznać Pszczółkę lepiej. W zasadzie, przy tym pierwszym razie się bała, ale za drugim raczej już nie. To coś, w co rzucali owocami, na pewno nie było borsukiem. Nie. Ale fajnie było tak się pobawić. Można by to kiedyś powtórzyć i urządzić taką Owocową Bitwę. To byłoby super! Teraz zlokalizowała ją wzrokiem. Nudziła się. Bawiła się jakąś szyszką, przerzucając ją z jednej łapy, do drugiej.
- H-hej? Wiem, że nasza pierwsza rozmowa nie była zbyt... Przyjemna, ale ja nie chciałam być niemiła. Po prostu... - Szukała odpowiedniego słowa, a szylkretka podniosła na nią wzrok. - Po prostu n-nie wiedziałam, co robić, co odpowiadać, jak się zachowywać. Raczej rzadko kiedy poznaję nowe koty, i często nie wiem, jak zacząć. Mam nadzieję, że wybaczysz mi tą nieprzyjemną konwersacje Pszczółko. Wydajesz się być naprawdę fajną kotką, a ja nie lubię mieć wrogów, tylko przyjaciół. Możemy się z-zaprzyjaźnić? Proszę? - Mruknęła, i spuściła wzrok na swoje łapki, bojąc się spojrzeć kotce w oczy. Milczała. Chyba zastanawiała się, co sądzić o jej wyznaniu. Liliowa chciała coś dodać, ale w tym momencie podeszła do niej Daglezjowa Igła. Czego mogła od niej chcieć sama liderka?
- Masz chwilę? - mruknęła.
Nie wiedząc, jak zareaguje na to szylkretka, odwróciła się w jej stronę, ale... Jej tam nie było. Ulotniła się. To jednocześnie zabolało, jak i pomogło Przepiórce, która odwróciła główkę z powrotem w stronę liderki.
- Tak, o co chodzi Daglezjowa Igło? - spytała rudą.
- Przygotuj się, dziś wieczorem mianowanie.
- S-serio? - Mruknęła zdziwiona.
- Tak.
- Dziękuje! - Chciała pokazać, że cieszy się z nowiny, ale nie chciała latać wokół rudej przywódczyni jak kociak.
- Do zobaczenia.
Kiedy tylko Daglezja odeszła, Przepiórka jak kocię zaczęła skakać w kółko i nucić pod nosem. Podszedł do niej jej braciszek, Puma.
- Hej. Coś się stało siostra?
- Będę mieć mianowanie!
- Super! Gratki. Ciesze się. Powiedziałaś już komuś?
- Nie. Na razie, ale na pewno powiem! Kocham cię, pa! - mruknęła liliowa.
- Paa, i też cię kocham siostrzyczko - odmruknął brązowooki.
Siostra spojrzała czule na czekoladowego, a następnie popędziła w stronę Poranka, aby powiedzieć mu o nowinie. Potem powiedziała jeszcze Czernidłakowi i stwierdziła, że przydałoby się powiedzieć Pszczółce z jakiej racji przywódczyni przerwała ich konwersację.
Szylkretka siedziała przy stercie zwierzyny i jadła spokojnie jakiegoś ptaka. Pomarańczowooka podeszła do złotookiej, wybrała sobie mysz ze sterty, i usiadła obok siostry Poranka. Nie za bardzo wiedząc, co powiedzieć, spojrzała na Pszczółkę i powiedziała po prostu to, co miała.
- B-będe miała mianowanie na wojowniczkę. Dlatego Daglezjowa Igła przerwała naszą rozmowę - bąknęła liliowa.
- Aha - mruknęła tylko szylkretka, nawet nie spoglądając na uczennicę.
- A co do tej poprzedniej rozmowy... T-to jak?

<Pszczółko?>
[ 433 słowa]
[przyznano 9%]

19 sierpnia 2024

Od Przepiórki do Poranku

Przepiórkę strasznie męczyła myśl, że przez nagłą zmianę kierunku, nigdy nie zostanie tą wojowniczką, więc stwierdziła, że teraz będzie dawać z siebie 110%. 
Po wejściu do legowiska, szturchnęła delikatnie Przypływ, jednak kiedy mentorka się nie ocknęła, liliowa nie chcąc budzić najwyraźniej zmęczonej kocicy, wyszła cichutko z legowiska. Pomyślała, że w zasadzie może sama coś poćwiczyć i dać liliowosrebrnej się wyspać i... I w tym momencie zauważyła małego biało-rudego kocurka. On też odwrócił główkę w jej stronę, a wtedy ukazały jej się śliczne, żółte, wręcz złote oczka, od których odbiło się wschodzące słońce. Jednak kiedy tylko wspomniane słońce wyszło, to młody schował się w cień. 
Pomarańczowooka nie mogła oderwać od niego wzroku, ale kiedy w końcu to zrobiła, odwróciła głowę i ewidentnie się speszyła, tylko nie wiedziała, czy od strachu, żenady. Tylko nie wiedziała, czemu czuła takie uczucia. Nie wiedząc co zrobić z tą myślą, po prostu skupiła się z powrotem na rzeczywistości. Stwierdziła, że spróbuje swoich sił i zacznie rozmowę z uczniem Murmur.
- C-cześć. Jestem Przepiórka, a ty? - wyjąkała starsza koteczka.
- Chwast. - Po tych słowach z ust bicolora przypomniała sobie, że jest to Poranek, jednak uszanowała, że najwyraźniej jemu upodobało się imię Chwast.
Nie wiedząc, jak zacząć konwersację, stwierdziła, że zaufa samej sobie, i spyta o coś, co ich łączy, a można raczej powiedzieć, łączyło.
- Wiesz... Kiedyś też szkoliłam się na medyczkę i nawet trochę umiem. Ja wybrałam drogę medyka, ponieważ bałam się spróbować czegoś nowego, ale na szczęście mój brat mnie opamiętał. A powiedz, czemu ty wybrałeś tą drogę?
- No... Lubię chwasty I zioła - burknął rudy.
- Aha. Fajnie, a powiedz, masz może jakiś przyjaciół?
- Emm... no, nie... - Po słowach, złotooki zaczął przebierać łapami, jakby coś go niepokoiło lub był zestresowany.
- Chcesz się zaprzyjaźnić? - zaproponowała poparańczowooka. 
- O-okej.
- A czemu tak przebierasz łapkami? Bolą cię?
- Nie wiem... - jąknął i przestał ugniatać ziemię.
- Nieważne. Może zagramy w grę, żeby lepiej się poznać? - Zamiast odpowiedzi dostała kiwnięcie głową. 
- Za mną. Pójdziemy w moje ulubione miejsce w obozie, często tam przebywam, chcąc poobserwować gwiazdy lub po prostu trochę pobyć samej. Możesz tam przychodzić kiedy tylko chcesz - mruknęła Przepiórka, karcąc się pod nosem. 
„Możesz tam przychodzić, kiedy tylko chcesz?! Co ja wygaduję? Chociaż może to i dobrze, jakbym mu nie pozwoliła, to by mi miał za złe, jak ja bym się relaksowała, oglądając gwiazdy. Może... Mogłabym go zaprosić na taki seans? Na pewno świetnie byśmy się bawili!” - pomyślała. 
 - Jesteśmy na miejscu - powiedziała, wchodząc do swojej bazy.
- Nawet... ładnie - powiedział młodszy. 
- Dobra. Gra polega na tym, że mamy po dziesięć pytań na temat siebie nawzajem lub czegoś, czy kogoś nam bliskiego. W ten sposób powoli się poznamy. Może ty zacznij.
- Okej. Jakie jest twoje ulubione zwierze?
- Hm... Sójka błękitna, ale lubię też jaszczurki, ogólnie ptaszki, motylki, a mój brat zaraził mnie zaciekawieniem do ślimaków. A twoje?
- Lubię ślimaki i ptaki - odpowiedział. 
- U... fajnie. Mój brat naprawdę lubi ślimaki, ma całą kolekcję.
- Czemu nie jesteś już medyczką? Chcę wiedzieć dokładnie. 
- No... w sumie to przez Witkę. - Liliowa przełknęła ślinę, wypowiadając imię tej kotki.- Ona... Nie może pogodzić się z faktem, że jestem tworem można powiedzieć, zdrady. Kiedyś była z moim tatą, Przebiśniegiem, ale jak moja mamusia dołączyła do Owocowego Lasu, to zaraz później pomarańczowooki zakochał się w niej i to ze wzajemnością. Owocem tego romastu, jesteśmy ja i Puma, ale na początku nikt nie wiedział, że liliowy to nasz tata, nawet ja i mój brat. Kiedy Witka się dowiedziała, to momentalnie mnie znienawidziła, a ja przez nią uciekłam. Po powrocie odkryłam swoje prawdziwe powołanie, jakim jest obrona Owocowego Lasu w roli wojowniczki.
- Nie znałem Witki od takiej strony. Muszę trzymać ją na dystans od Pszczółki, Mgiełki i Mrozu... - burknął pod nosem, jakby notował to sobie w głowie.
„Ale z niego opiekuńczy brat! Przypomina mi Pumę, tylko mniejszego, rudo-białego i o jakieś 13 księżyców młodszego od niego, no i ode mnie.” 
- A... czy mogę poznać twoje rodzeństwo? Jakoś nigdy nie miałam okazji - zapytała uczennica.
Przyjrzał się uważnie uczennicy. Chyba nie wyglądała mu na groźną, a po rozmowie zdawała się być w porządku.
- Dobrze – powiedział po chwili namysłu – Tylko nie zrób im nic... – mruknął cicho kocurek.
- Nie zrobię, obiecuję.
- Chodź - mruknął rudy, wychodząc z bazy. - Pewnie Pszczółka i Mgiełka śpią, to ich pora drzemki. Jeszcze często potrafią przyciąć sobie drzemkę, z resztą, ja też, to nie jest nic dziwnego. Nie wiem, czy Mróz nie pałęta się gdzieś po obozie.
- Rozumiem, najwyżej Mroza poznam kiedy indziej - mówiąc to, kotka zatrzymała się obok prowadzącego, ponieważ byli przed miejscem docelowym. Przepiórka już chciała wchodzić, ale zawołała ją Przypływ. Był już późny poranek, a zazwyczaj wtedy najwięcej liliowa ćwiczyła z mentorką, póki nie było słońca.
- Do zobaczenia! Idę na trening! - wymawiając te słowa, z legowiska medyka zaczęła wołać Murmur.
- Też już idę. Pa - powiedział, odwrócił się, i podbiegł do czekającej mentorki.
- Pa! - mruknęła pod nosem pomarańczowooka, kierując się w stronę kocicy.
                                                                              <Poranek?> 
[802 słów]
[przyznano 16%]