BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jabłkowa Bryza x Kurkowa Pieśń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jabłkowa Bryza x Kurkowa Pieśń. Pokaż wszystkie posty

16 sierpnia 2022

Od Jabłkowej Bryzy CD. Kurkowej Pieśni

Ciernie wbijały się mu w skórę. Syknął cicho, z całej siły próbując zignorować ból. Mocniej zacisnął zęby na łodydze kwiatu i pociągnął, odrywając go od krzaku. Wypuścił zdobycz z pyska, dysząc ciężko. Całe ciało piekło go od zadrapań, jednak rozpierało go zadowolenie. W dzień taki jak ten musiał mieć specjalny prezent dla przyjaciela! Dobranie się do tej części krzewu zabrało mu dłuższą chwilę, ale zerwana róża była nieporównywalnie piękniejsza od wszystkich pozostałych. Dla Kurki było warto.
To, że podsłuchał plany Jesionowej Gwiazdy, było całkowitym przypadkiem. Nigdy nie posunąłby się do śledzenia przywódcy, bez znaczenia jak bardzo nie popierał niektórych jego decyzji. Zabierał swoją porcję pożywienia ze stosu zwierzyny, gdy dosłyszał cichą rozmowę pomiędzy liderem a mentorem Kurkowej Łapy. W tamtej chwili w jego głowie pojawił się wspaniały pomysł.
Miał tylko nadzieję, że nie spóźnił się na ceremonię.
Przemknięcie przez terytorium Klanu Nocy, które po wojnie z Klanem Klifu było większe niż kiedykolwiek wcześniej, zajęło mu zbyt dużo czasu. Co, jeśli zgromadzenie Klanu już się zakończyło?! Był pewny, że Kurka nie wybaczyłby mu nieobecności podczas tak ważnego wydarzenia. Przecież… byli przyjaciółmi, nawet jeśli rudzielec przez cały czas dawał mu do zrozumienia, że wolałby, gdyby Jabłkowa Bryza był Sarnim Susem. Point musiał go wspierać, musiał być przy nim w trudnych chwilach. W końcu… w końcu Kurka miał do niego żal, że kiedyś go opuścił. Czemu nagle miałby chcieć, by ponownie go zostawił?
Znalazł się w obozie w ostatniej chwili. Tłum nocniaków zebrał się wokół (jak liliowy domniemywał) świeżo mianowanego wojownika, skandując jego imię. Pierś pointa wypełniła duma. Minęło tyle czasu, od kiedy razem bawili się w żłobku. Zdarzyło się tyle, tragedii, które sprawiły, że Jabłuszko powoli zaczął tracić nadzieję w to, że kiedykolwiek będą mieli dobrą przyszłość. A jednak Kurkowa Pieśń (o Klanie Gwiazdy, jak to dumnie brzmiało!) stał przed Klanem Nocy, świętując swoje mianowanie.
Jabłkowa Bryza nie mógł być szczęśliwszy.
Powoli zaczął przepychać się przez tłum. Ciepło wypełniło jego pierś, gdy złapał spojrzenie rudzielca. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, a Jabłuszko miał wrażenie, że na chwilę odebrało mu mowę. Nim zdążył się spostrzec, stał pochylony nad wojownikiem.
– Tak się cieszę, że wreszcie zostałeś mianowany – wyszeptał mu do ucha. Ta chwila wydawała się taka intymna, taka bliska. Nie chciał, by ktokolwiek z zewnątrz im ją przerwał. – Jestem z ciebie naprawdę dumny…
W tej chwili poczuł piekący ból przebiegający przez pysk. Sapnął z zaskoczeniem, odsuwając się o krok. Ze zdezorientowaniem wpatrywał się w odbiegającego rudzielca, niezdolny do ruchu.
– To moja wina! Zajmę się tym! – rzucił po chwili, próbując przecisnąć się przez tłum. Musiał znaleźć Kurkę, musiał to wszystko naprawić. Strach ścisnął mu gardło. Co, jeśli Kurka zamierzał sobie coś zrobić?! Nie, nie mógł pozwolić kolejnej osobie go opuścić!
Wybiegł z obozu niemal tak szybko, jak się w nim pojawił. Miał wrażenie, że łapy zaraz odmówią mu posłuszeństwa. Nie mógł pozwolić Kurce wpakować się w niebezpieczeństwo! Z każdą chwilą ogarniało go mocniejsze przerażenie. Kluczył między krzakami, próbując wyłapać zapach rudzielca wśród dziesiątek innych woni kotów Klanu Nocy. Najmocniejszy trop prowadził w stronę siedliska Dwunożnych.
Czego Kurka mógł chcieć od Dwunogów?
Nagle uderzyła go myśl straszliwa i możliwa jednocześnie. Czyżby wojownik tak go nienawidził, że wolał zostać pieszczoszkiem dwunogów?! Przez jego ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Przecież… przecież Kurka go potrzebował, prawda?! Jego wsparcie musiało coś znaczyć. Nie, nie mógł stracić tej relacji! Jego oddech przyśpieszył. W panice przyśpieszył kroku, mijając grządkę kwiatów o upojnym, słodkawym zapachu.
Kurka nie mógł go zostawić.
Zapach wojownika z każdą chwilą stawał się mocniejszy. Jabłkowa Bryza rozglądał się nerwowo, nie mogąc dostrzec przyjaciela. Zgniecione pokrzywy wyraźnie wskazywały na jego obecność w okolicy. Co działo się z rudzielcem? Czy ktoś go zaatakował? Czy wpadł w kłopoty? Point ze zdenerwowaniem zastrzygł uszami, wręcz biegnąc przez las.
Wtedy go zobaczył.
– Kurko! Kurko! – krzyk sam wydobył się z jego gardła. Rudzielec odwrócił się gwałtownie. Jego futro wyglądało gorzej niż zwykle, a mimika wskazywała na to, że nie był zadowolony z zobaczenia liliowego. – Klanie Gwiazdy, nawet nie wiesz, jak się o ciebie martwiłem – wymruczał Jabłko. Kurkowa Pieśń skulił się i zjeżył, prychając głośno. Point przystanął. Nie rozumiał niczego. Czemu przyjaciel go tak traktował? Czemu nie pozwalał mu sobie pomóc? – Przepraszam cię za to, co zrobiłem podczas mianowania – miauknął, nie bardzo wiedząc, za co dokładnie przeprasza. Czy rzeczywiście go skrzywdził? Przecież próbował tylko zrobić mu przyjemność. – Czy możemy iść do domu?
Kurka wyraźnie miał problem ze skupieniem wzroku na jednym punkcie. Wydawało się, że szukał kogoś spojrzeniem. Jego rysy na zmianę łagodniały i stawały się ostre. Czy wybaczył Jabłku jego wybryk? Point niepewnie zrobił kilka kroków w jego stronę.
– Byłem szczęśliwy – syknął Kurkowa Pieśń z wyraźną pretensją w głosie. – Nie chcę z tobą wracać.
Rudzielec z każdą chwilą coraz mocniej chwiał się na nogach. Jabłuszko przystanął, mierząc go pełnym współczucia spojrzeniem.
– Możemy tu na chwilę zostać, jeśli tylko chcesz – zamruczał i wysilił się na łagodny uśmiech. Drugi wojownik wydał z siebie pełen zdenerwowania warkot.
– Idź sobie – burknął. Przez ciało liliowego przeszedł dreszcz. Nie mógł zostawiać przyjaciela w takim stanie! Kurkowa Pieśń potrzebował go. Wysłuchanie jego prośby było niemoralne.
– Kurkowa Pieśni! – krzyk Kasztanowego Dołu uratował go od podejmowania decyzji. Kocur wyłonił się zza krzaków, niemal natychmiast znajdując się przy rudzielcu. – Co się z tobą stało? Musimy cię natychmiast zabrać do obozu – wypalił szybko, podpierając wojownika, który wyglądał, jakby zaraz zupełnie miał stracić kontakt z rzeczywistością. Jabłko szybko podbiegł od drugiej strony. Był taki wdzięczny, że starszy członek Klanu Nocy przybył na czas. Kurka spiął się. Wyglądał, jakby chciał się sprzeciwić Kasztanowemu Dołowi, jednak zachował ciszę. Razem mogli pomóc wyraźnie cierpiącemu Kurce! Wiedzieli, co było dla niego najlepsze.
Rudzielec wydał z siebie niezrozumiały bełkot. Z każdą mijającą sekundą jego krok stawał się coraz bardziej chwiejny. Jabłko zamruczał ze współczuciem. Cokolwiek Kurkowa Pieśń zażył, działo na niego bardzo mocno.
– Wszystko będzie dobrze – obiecał cicho, a przyjaciel odwrócił głowę w jego stronę, wyglądając, jakby chciał odszczeknąć coś nieuprzejmego. Jednak zamiast tego jego spojrzenie skupiło się na czymś, co znajdowało się za liliowym. Jego mięśnie rozluźniły się, z oczy wypełniły łzy.
– Ja… potrzebuję cię – wymamrotał niewyraźnie. Pierś Jabłkowej Bryzy wypełniło ciepło. Kurka go potrzebował!
– Nigdy cię nie opuszczę – zamruczał.
Nie zamierzał złamać tej obietnicy.

***
po wojnie z Klanem Wilka i Klanem Burzy

Nie widział bitwy na własne oczy, jednak potrafił ją sobie wyobrazić. Nieruchome ciało Orzechowego Zmierzchu. Gardło Zbożowego Pola, rozszarpane przez pazury przeciwnika. Zniknięcie Rudzikowego Śpiewu. Czy on też był martwy?
Wielki Klanie Gwiazdy, ratuj ich.
Kurkowa Pieśń siedział obok, wpatrując się w gwiazdy. Nierówny, świszczący oddech pointa przerywał ciszę. To nie było sprawiedliwe. Nie powinni tak cierpieć. Nie powinni być uwięzieni na tej durnej wyspie.
– Nie będzie lepiej, prawda? – wydukał, powstrzymując łzy. Rudzielec wydał z siebie ciche westchnięcie. Ich relacja nieco poprawiła się od czasu, gdy Echo zachorowała. Kurka wydawał się mniej odległy, bardziej chętny do rozmów. Jabłko lubił ten stan.
– Kogo próbujesz oszukiwać, myśląc, że będzie? – parsknął. Liliowy skulił się, przytłoczony wizją wiecznej rozpaczy.
– Ja… nie wiem – pokręcił głową powoli. – Po prostu… Chciałem być szczęśliwy. Chciałem przestać żyć przeszłością.
– Jesteśmy naszą przeszłością – burknął Kurka. – Jesteśmy każdą cholerną raną, którą nam zadali. Nie będziemy szczęśliwi. – Na chwilę odwrócił wzrok od gwiazd, rzucając krótkie spojrzenie w stronę Jabłka.
– Spędzanie czasu z tobą mnie uszczęśliwia – mruknął niepewnie liliowy, wpatrując się w przyjaciela z oczekiwaniem. Kurkowa Pieśń skrzywił się.
– W takim razie twoje życie jest naprawdę smutne. – Odwrócił wzrok. Liliowy westchnął cicho. Strata partnerki, przyjaciela, dziecka bolała go. To nie był tylko ból psychiczny, nie, to było uczucie porównywalne do tysięcy różanych cierni wbijających się w jego skórę. Gdyby ten głos, który tak często namawiał go do złego, powrócił, poddałby się jego błaganiom, niezdolny do oporu.
– Po prostu… zostać ze mną dzisiaj w nocy – poprosił cicho. Kurkowa Pieśń nie odpowiedział.
Mimo to został z nim aż do wschodu słońca.

***

Jabłkowa Bryza nie czuł się dobrze.
Oczywiście było lepiej niż zaraz po bitwie, która zmusiła Klan Nocy do wycofania się na wyspę. Jednak ta pustka po utraconych ukochanych była trudna do wypełnienia. Zbożowe Pole obiecał mu kiedyś, że zawsze będzie go chronił. Point czuł się bezbronny bez jego towarzystwa. Nie musieli być ze sobą blisko, nie musieli nawet rozmawiać – wystarczyłaby jego obecność. Podoba sytuacja była z Orzeszką, z którą relacja mocno osłabiła się od czasów, gdy rozpoczęli związek. Żałował, że lepiej nie wykorzystał ich wspólnego czasu.
Przynajmniej Echo i Rudzik wreszcie do niego wrócili. To powinno go pocieszyć, prawda?
Istniało jednak coś, czego niezmienność sprawiała, że czuł się bezpiecznie – relacja jego i Kurki. Jabłkowa Bryza wiedział, że rudzielec go potrzebował, mimo tego, ile razy go odrzucał. Lubił spędzać z nim czas i doceniał momenty, gdy mógł wyczuć ciepło płynące od kocura. Nie obchodziło go, że często ranili siebie nawzajem. Byli razem i to się liczyło.
To była jego nadzieja na lepszą przyszłość.
– Potrzebuję coś poczuć – mruknął pewnego poranka, zwinięty w swoim posłaniu. Kurka podniósł na niego zmęczone spojrzenie. Rudzielec nie dbał o siebie szczególnie od śmierci Żabki, jednak nawet po nim widać było skutki głodu w Klanie. – Chcę być szczęśliwy.
– W tym ci nie pomogę – parsknął młodszy wojownik. – Tylko Sarenka i Żabka potrafiły sprawić, że byłem szczęśliwy. Bez nich nic nie ma sensu.
Jabłuszko nie odpowiedział na wspomnienie o martwych partnerkach przyjaciela. Wlepił wzrok w wyjście z legowiska, pragnąc jedynie, by śnieg wreszcie przestał padać. Kiedyś uwielbiał Porę Nagich Drzew. Pamiętał, że za kocięcych czasów nic go tak nie uszczęśliwiało, jak zabawa w białym puchu.
– Chciałbym zapomnieć o tylu rzeczach – westchnął cicho. Uderzyło go pragnienie powrotu do dzieciństwa. Strzepnął uszami. Obiecał sobie, że przestanie żyć przeszłością. Chociaż czy to właściwie miało sens? Tak bardzo chciał w końcu skupić się na przyszłości. Powinien tworzyć nowe wspomnienia, powinien czuć szczęście. Gdy przestawał coś robić, gdy się zatrzymywał, dopadały go wspomnienia o śmierci najbliższych, o żalu, o bólu. Nie mógł tak żyć. – Zróbmy coś głupiego – zniżył głos do szeptu, a jego oczy zabłysły. Kurka popatrzył na niego z niepewnością. – Zapomnijmy o rzeczywistości. Zabawmy się – zaproponował. Rudzielec skrzywił się i wyglądał, jakby zamierzał odmówić. – Proszę Kurko – mruknął szybko Jabłuszko. – Nic się przecież nie stanie – obiecał, wpatrując się w przyjaciela błagalnie. Pragnął całym sercem, by się zgodził.
– Chodź – burknął po chwili wahania.
Wychodzenie z obozu pod pretekstem polowania było łatwiejsze niż kiedykolwiek – zwierzyny i tak nie było nigdzie w zasięgu wzroku. Jabłkowa Bryza bez słowa podążał za przyjacielem. Czy rzeczywiście powinni to robić? Jego pomysł z każdą chwilą wydawał się coraz głupszy. Mróz szczypał go w pysk, a futro niemal od razu przemokło mu od śniegu. Podróż do legowiska Dwunożnych była trudniejsza niż zazwyczaj. Gdy wreszcie znaleźli się przy Drodze Grzmotu, Jabłko skrzywił się. Gdy Psia Łapa żył, przychodził tu stosunkowo często. Nie był pewien jakim cudem nigdy nie został za to pociągnięty do odpowiedzialności.
Kurkowa Pieśń wyraźnie dobrze znał obraną trasę, zwinnie lawirując między ogrodzeniami. W końcu znaleźli się przed dużym, drewnianym legowiskiem. Wyglądało na zaniedbane w porównaniu do tych należących, z którymi sąsiadowało. Rudzielec bez wahania przedostał się przez dziurę w wejściu, a Jabłko podążył za nim. Znaleźli się w zagraconym wnętrzu, którego zapach wskazywał na niedawną obecność Dwunożnych. Kurka zaczął węszyć po otoczeniu, wyraźnie czegoś szukając.
– Jesteś pewien, że to bezpieczne? – zapytał point, nagle tracąc pewność siebie.
– Sam tego chciałeś – parsknął rudzielec, wyłaniając się zza rogu. W pysku niósł kilka kawałków nieznanych Jabłku grzybów. Liliowy spojrzał na niego pytająco. – Spróbuj tego – zaproponował, kładąc przed przyjacielem zdobycz. Point stał przez chwilę bez ruchu, nie wiedząc, co zrobić. Czy naprawdę tego chciał? Czy to był jego sposób na radzenie sobie z bólem? Jednak gdy uderzyło go wspomnienie o śmierci Orzeszki, decyzja podjęła się sama.
Nie miał nic do stracenia.
Początkowo nie czuł zupełnie nic. Czy Kurka postanowił go oszukać, zdając sobie sprawę, jak beznadziejny był jego pomysł? Powoli zaczęła ogarniać go senność. Ziewnął i spojrzał na przyjaciela, oczekując jakiejś reakcji. Kocur mamrotał coś pod nosem, leżąc na zimnej ziemi i wpatrując się w niewidoczne niebo. Jabłko zmarszczył brwi. Na co patrzył rudzielec? Powinni wracać do domu, skoro wojownik nie chciał spełnić jego prośby.
I wtedy zaczął to widzieć.
Kolory były piękniejsze niż zwykle. Rzeczywistość stanęła przed nim otworem, pokazując swoje sekrety. Jabłkowa Bryza westchnął z zachwyceniem, kładąc się obok przyjaciela. Ich świat był tylko niewielką częścią całości, trzymaną w łapach przez wszechmocną istotę. W każdej chwili mogli zostać zgnieceni, wyrzuceni, bo nie mieli żadnej wartości w obliczu wszechświata. Czy było coś więcej? Kto był najwyżej w tej boskiej hierarchii?
Odwrócił głowę w stronę Kurki i westchnął z zachwytem. Kocur wyglądał przystojniej niż zwykle. Narcyzy wplecione w jego futro kiełkowały, z każdą chwilą porastając większą część jego ciała.
– To jest wspaniałe – wyszeptał point. Nie wiedział, od jak długiego czasu znajdowali się w tym miejscu. Czas zaginał się, rwał, falował niczym liść na wietrze.
– Wiem o tym – zaśmiał się Kurka, a jego śmiech brzmiał tak pięknie, tak czysto niczym motyl wzbijający się do lotu. Kiedy ostatnio Jabłuszko słyszał jego śmiech? – Ona jest wspaniała – wymruczał niewyraźnie rudzielec, uśmiechając się delikatnie.
Jabłkowa Bryza w życiu nie widział niczego tak pięknego.
– Ucieknijmy stąd – słowa same wypłynęły z jego pyska. Tak, to był wspaniały pomysł! Zadrżał z podekscytowania, wpatrując się z wyczekiwaniem w Kurkę.
– O czym ty mówisz? – parsknął kocur, nagle skupiając spojrzenie na nim zamiast na czymś znajdującym się w pustej przestrzeni.
– Nie rozumiesz! Jestem całkowicie poważny – zachichotał Jabłko. – Ucieknijmy. Nic nas tutaj nie trzyma. Możemy odejść – wydał z siebie pomruk rozkoszy. – Możemy wreszcie być razem szczęśliwi.
– Przestań – warknął Kurka, jednak point nie słyszał agresji w jego głosie. Był otoczony wspaniałymi kolorami, pięknym wszechświatem i kocurem, którego uwielbiał.
– Nigdy z ciebie nie zrezygnuję – zamruczał. Kurka nerwowo rozejrzał się po otoczeniu, jakby szukając wsparcia wśród nieistniejących towarzyszy. – Nie zawiodę cię. Nie ucieknę od ciebie. Już nigdy cię nie porzucę. – Zbliżył się do kocura. Zapach narcyzów przypominał mu zapach bezpiecznego żłobka. – Odejdźmy stąd razem.
Jego spojrzenie było wypełnione uwielbieniem. Kurka był wspaniały niczym calutki wszechświat, to on był wszechmocną istotą, która mogła decydować o losach Jabłka. Point zrobiłby wszystko, by na zawsze zostać u jego boku. Kurka był jego szczęściem, jego nadzieją, jego miłością.
– Nie chcę z tobą rozmawiać – warknął kocur, podrywając się i jeżąc. Jabłkowa Bryza spojrzał na niego z zaskoczeniem. Nie rozumiał dlaczego Kurkowa Pieśń zareagował w ten sposób. Nie rozumiał, czemu rudzielec wybiegł z legowiska dwunożnych w takim pośpiechu. Nie rozumiał, czemu został sam, a narcyzy przestały tak słodko pachnieć.

***

Kurkowa Pieśń po raz kolejny go unikał. Przeniósł swoje posłanie na drugi koniec legowiska. Nie rozmawiał z nim podczas wspólnych patroli.
Jabłkowa Bryza nie miał pojęcia, jak to naprawić.
Z każdym dniem sumienie gryzło go coraz mocniej. Czy nieświadomie obraził przyjaciela? Nigdy nie chciał dodawać mu zmartwień swoim zachowaniem. Powinien go przeprosić. Przecież we wszystkich poprzednich sytuacjach tego typu rozmowa działała! Przez chwilę złościli się na siebie, a potem wracali do bezpiecznej normalności.
Point tęsknił za tym spokojem.
Nie miało znaczenia, ile przykrych rzeczy rudzielec miał mu do powiedzenia. Nie miało znaczenia, że znowu stwierdzi, że mógł być szczęśliwy tylko przy Żabce i Sarence. Ważna była sama jego obecność, samo poczucie, że miało się do kogo wrócić. Kurkowa Pieśń potrzebował Jabłkowej Bryzy. Point widział to, gdy pocieszał go w najgorszych momentach i wtedy gdy dotrzymywał mu towarzystwa podczas najszczęśliwszych chwil.
To dawało mu nadzieję.
Liliowy bynajmniej nie aranżował wspólnego polowania z przyjacielem. Ze względu na to, że pamiętał, co działo się ostatnio, gdy bezpośrednio poprosił zastępcę o udanie się na patrol z Kurką, wolał po prostu poczekać, aż los się do niego uśmiechnie.
Stało się to zaskakująco szybko.
Razem z Kurką przemierzał zaśnieżone terytoria Klanu Nocy w poszukiwaniu zwierzyny. Nie był pewien, kto miał jeszcze nadzieję na znalezienie czegokolwiek większego – on na pewno ją stracił wiele dni temu. W niektórych partiach lasu przedzieranie się przez zaspy było wręcz niemożliwe.
Jednak chłód bijący od Kurkowej Pieśni był o wiele gorszy niż mroźna pogoda. Jabłkowa Bryza szedł za nim bez słowa, próbując zbudować sobie scenariusz konwersacji w głowie. Nie zrobił przecież nic złego, prawda? Rudy nie powinien się na niego mocno gniewać.
– Kurko… Czy możemy porozmawiać? – wypalił po dłuższej chwili milczenia. Drugi wojownik nie odpowiedział, jakby nie usłyszawszy pytania przyjaciela. Point przystanął, nerwowo przestępując z łapy na łapę. Wszystko musiało skończyć się dobrze. Musieli wrócić do normalności. – Wiem, że jesteś na mnie zły i rozumiem twoje uczucia, ale… – zaczął, jednak rudy niemal natychmiast mu przerwał.
– Nic nie rozumiesz – parsknął Kurkowa Pieśń, nawet nie odwracając głowy. Jabłkowa Bryza położył uszy. Powinien spodziewać się takiej reakcji. Czy nie był przyzwyczajony?
– Ale chcę zrozumieć. Nie chcę się z tobą kłócić – mruknął cicho, uśmiechając się delikatnie do przyjaciela. W jego głowie rozległ się cichy szept. Liliowy skrzywił się wyraźnie, próbując odgonić tą dziwną, prześladującą go istotę. Nie chciał dłużej słuchać tego okropnego głosu.
– Bo zawsze zależało ci na tym, żeby słuchać tego, co do ciebie mówię – parsknął Kurkowa Pieśń, odwracając się w stronę przyjaciela. Jabłuszko popatrzył na niego z zaskoczeniem. Oczywiście, że mu zależało. Zawsze słuchał rudzielca, gdy ten wspominał swoich martwych bliskich. Zawsze był przy nim, nieważne jak źle przyjaciel go traktował.
– Tak! Przecież wiesz, że zależy mi na tobie… przestań wreszcie gadać! – Cichy szept stawał się coraz bardziej natarczywy. Point potrząsnął głową, próbując się go pozbyć. Czy naprawdę nie mógł być nachodzony przez dziwny głos w innym momencie?!
– Jeśli chcesz to mogę się zamknąć – burknął urażony Kurka, wyraźnie gotowy do odejścia.
– Nie mówiłem do ciebie – zapewnił szybko Jabłuszko, nagle żałując, że próbował cokolwiek zdziałać w sprawie podszeptów. – Po prostu… Chciałem, żebyśmy mieli dobrą przyszłość. Chciałem, żebyśmy mogli zapomnieć o wszystkich złych rzeczach – zamruczał i uśmiechnął się krótko z rozmarzeniem. To była wizja na wspólną przyszłość, nad którą oboje mogli pracować. Czy nie byliby wtedy szczęśliwi?
– Nigdy nie zapomnę o Sarence i Żabce. Nikt nigdy mnie nie pokocha tak jak one kiedyś – warknął Kurkowa Pieśń. Pierś Jabłkowej Bryzy ścisnął żal. Czemu Kurkowa Pieśń nie dostrzegał tego, co dla niego robił? – Ale co ty możesz wiedzieć o przywiązaniu? Kiedy tylko miałeś okazję, uciekłeś do twojego Psiej Łapy i mnie zostawiłeś – syknął z pretensją, a point poczuł coś, czego nie miał okazji doświadczyć od dłuższego czasu.
Poczuł palącą, rozdzierającą wściekłość. Zjeżył futro i wydał z siebie cichy warkot. Kurkowa Pieśń nie miał prawa mówić w taki sposób o tamtym wydarzeniu. Nie wiedział, co Jabłko wtedy czuł. Nie czuł tego strachu, gdy pies rozrywał na strzępy Rzeczną Bryzę. Nie otaczał go zapach krwi. Nie miał poczucia winy, bo to on mógł umrzeć zamiast niewinnej kotki.
– Byłem przerażonym dzieckiem, któremu właśnie umarła matka! Czemu przez cały czas sprawiasz, że czuję się źle z tym, że mam uczucia?! – warknął. Od razu ucichł, sam zaskoczony swoim nagłym wybuchem. Czy kiedykolwiek wcześniej podniósł na Kurkę głos? Rudzielec przez chwilę wyglądał na tak samo zaskoczonego jak point, jednak szybko położył po sobie uszy i parsknął.
– Jasne, jak zwykle coś psuję – mruknął. – Nie rozumiem, czemu ktoś taki jak ty chce ze mną spędzać czas.
– Nigdy tego nie powiedziałem! – zaprotestował Jabłkowa Bryza. Głowa pulsowała mu od złości i słyszenia ciągłych, natarczywych podszeptów. Czemu Kurkowa Pieśń raz w życiu nie mógł posłuchać tego, co się do niego mówi i po prostu odpuścić?!
– Po prostu daj mi odejść! Co cię to obchodzi?! – syknął kocur, próbując ominąć przyjaciela. Point zastąpił mu drogę. Nie mógł tak po prostu od niego odejść w takiej chwili! Musieli to wyjaśnić, musieli zakończyć tą durną kłótnię.
– Jasne, że mnie to obchodzi! Jesteś moim przyjacielem i obiecałem, że cię nie opuszczę! – parsknął. Czy to nie było oczywiste?! Co musiał jeszcze zrobić, by Kurka wreszcie to zrozumiał?!
– Czemu musisz taki być?! Czemu musisz za mną ciągle łazić?! – krzyknął rudzielec. Jabłkowa Bryza miał tego dość. Emocje brały górę i nie potrafił już dłużej powstrzymywać napływających do jego oczu łez. Słowa wypłynęły z jego pyska szybciej, niż zdążył się zastanowić.
– Bo cię kocham! Zawsze cię kochałem!
Nastała cisza. Jabłkowa Bryza mógł przysiąc, że widział, jak ogień w oczach rudego przygasa. Widział tą niepewność w jego spojrzeniu, widział chęć odwzajemnienia uczucia. Mogli być razem szczęśliwi. Mogli mieć coś, czego nie zaznali z żadną z poprzednich partnerek. Mogli mieć dobre, szczęśliwe życie z dala od problemów.
Nagle pysk Kurkowej Pieśni wykrzywił się w złości.
– Gdybyś mnie kochał, nie wybrałbyś Orzechowego Zmierzchu – warknął. Jabłkowa Bryza cofnął się o krok, zaskoczony. – Gdybyś mnie kochał, już dawno byś odszedł. Gdybyś mnie kochał, przestałbyś robić ze mnie narzędzie do poczucia się kimś lepszym. Nigdy cię nie potrzebowałem. – Futro Kurkowej Pieśni wygładziło się, jakby cała złość powoli go opuszczała. – To ty potrzebowałeś mnie, bo wszyscy inni cię opuścili.
Point stał bez ruchu. Tak bardzo chciał zaprzeczyć, tak bardzo chciał krzyknąć, że przecież zawsze brał pod uwagę zdanie Kurki, zawsze respektował jego granice, ale… Tak nie było. Nie był odważnym, ofiarnym wojownikiem poświęcającym się dla kogoś, kto tego potrzebował. Nie był kochankiem, który zrobiłby wszystko dla swojego wybranka.
W swoim całym altruizmie był takim cholernym egoistą.
– To wszystko… To nic dla ciebie nie znaczyło? – wydukał. Kurkowa Pieśń rzucił mu ostatnie, smutne spojrzenie.
– Po prostu zrób to, o co proszę cię od dawna i wreszcie zostaw mnie w spokoju – mruknął, wbijając wzrok w ziemię i mijając kocura. – Zanim znowu cię skrzywdzę.
Jabłkowa Bryza nie chciał go zostawiać. Nie chciał czuć się niepotrzebny. Nie chciał uświadamiać sobie, że to, co łączyło ich podczas dzieciństwa, już nigdy nie wróci. Nie chciał rozumieć, że ani on, ani Kurka nie byli dla siebie dobrzy. Zmiany go przerażały. Nie, nie był gotowy odpuścić! Pragnął rzucić się za Kurką, pragnął przekonać go do zmiany zdania.
Nie mógł jednak tego zrobić.
Miał wrażenie, jakby różane pędy zaciskały się na jego gardle. Wszystko wydawało się takie głośne, takie jasne, takie przytłaczające. Chciał wrócić do bezpiecznego legowiska, chciał wrócić do objęć Kurkowej Pieśni. Nie potrafił dłużej ignorować szeptów w jego głowie. Przygniatały go, dusiły, oślepiały. Były niczym zabójczy nurt rzeki, w której utonął Psia Łapa. Liliowy musiał walczyć, by nie poddać się jej falom i nie zanurzyć się bezpowrotnie w ciemnej toni.
Nie miał na to siły. Ostatnim, co zobaczył, zanim całkowicie stracił władzę nad ciałem, był błysk cynamonowego futra i brązowych oczu. Nie mógł wiedzieć, że kot, który przyjął jego imię, rzucił się w pogoni za Kurkową Pieśnią. Nie mógł widzieć rozpaczliwej walki rudego wojownika z kimś, kto nie był Jabłkową Bryzą. Nie mógł usłyszeć chrzęstu łamanego kręgosłupa, ani nie mógł poczuć metalicznego posmaku krwi kogoś, kogo kochał. Jego świadomość znajdowała się gdzieś daleko, w miejscu, w którym po ziemi wiły się przedziwne kwiaty. Ktoś próbował coś do niego mówić, jednak on nie potrafił rozróżnić słów. Jedynym, co zauważał i co napełniało go dogłębnym przerażeniem było nocne niebo rozpościerające się nad jego głową. Niebo, na którym brakowało gwiazd.
Wtedy uderzyła go rzeczywistość. Przypominało to wynurzenie się z lodowatego jeziora, łapanie pierwszych, bolesnych oddechów. Nie znajdował się już w bezgwiezdnym lesie. Każdy kawałek ciała piekł go niczym przypalany ogniem. Co się stało? Gdzie się znajdował? W uszach dzwoniła mu nieznośna cisza. Jego chwiejne, nieostre spojrzenie nie potrafiło skupić się na żadnym szczególe na dłużej niż kilka sekund.
Jednak to wystarczyło.
– Wielki Klanie Gwiazdy – chciał jęknąć, ale z jego gardła wydobyło się tylko ciche charczenie. Po jego piersi spływały strumienie krwi wypływającej z uszkodzonej szyi. Nie, nie, nie! Musiał sprowadzić pomoc, musiał ich uratować, miał jeszcze szansę!
Łapy ugięły się pod nim i upadł na śnieg zabarwiony na kolor maków. Puste, martwe spojrzenie Kurkowej Pieśni wydawało się wywiercać w nim dziurę. Chciał zacząć przepraszać, zrobić cokolwiek, byleby tylko móc cofnąć czas. Oczy Jabłkowej Bryzy wypełniły się łzami. Mogli być szczęśliwi. Czy zmarnował życie? Uderzyło w niego tysiące myśli. Mógł jeszcze zrobić tyle rzeczy, jeszcze tyle dokonać! Powinien spędzić więcej czasu z Echem i Rudzikiem. Klanie Gwiazdy, czemu nie dałeś mu więcej czasu?! Nie mógł umrzeć, nie mógł jeszcze odpuścić! Czy gdyby krzyknął wystarczająco głośno to ktoś przybyłby na ratunek? Czy miałby jeszcze szansę zobaczyć swoją rodzinę po raz ostatni?
Nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Być może to właśnie była lekcja, której powinien nauczyć się księżyce temu. Być może powinien wiedzieć, że on i Kurka nigdy nie byli sobie przeznaczeni. Być może mógł lepiej wykorzystać swój czas. Mimo wszystko nie mógł tego żałować. Nie mógł odejść z myślą, że coś zostało mu do zrobienia. Pozwolił swoim powiekom powoli opaść.
Zrobił coś, czego nie potrafił dokonać przez całe życie.
Jabłuszko odpuścił.

27 kwietnia 2021

Od Kurkowej Łapy (Kurkowej Pieśni) CD Jabłkowej Bryzy

Kurka nie był wolnym kotem. 
Mogło się oczywiście tak wydawać; żył w lesie, nie był krępowany przez rygorystyczne zasady dwunogów i mógł chodzić, gdzie tylko chciał. 
Kurka nie czuł się jednak wolny. 
Warto więc zapytać; co dla rudego mogło znaczyć na pozór tak błahe pojęcie, jakim była wolność? 
Pamiętał bezsenne noce, podczas których to ganiali się wokół rzeki z Sarenką, śmiejąc się i przepychając. Każdy moment, w którym wtulał się w jej aksamitne futro. Każda kłótnia, nawet z powodu tego, kto złapał więcej zwierzyny podczas treningu. 
To dla Kurki była wolność. 
Stał i wpatrywał się tępo w fioletowo-biały kwiatek, jaki rzucił mu pod nogi Jabłkowa Bryza. 
Jego obojętny pysk nie zdradzał żadnych większych emocji; wypełniała go tylko wszechobecna pustka.
- Dwunożni może i są dziwni, ale jednak mają gust - wyszeptał wojownik, wbijając wzrok w roślinę. - Jest taka delikatna i...
- Czego chcesz? - wychrypiał uczeń, podnosząc spojrzenie na liliowego. - Zakochałeś się, że ciągle za mną łazisz? 
Po tych słowach zapanowała cisza, podczas której to wojownik bez słowa i w bezruchu wpatrywał się w leżący przed nimi kwiat. Coś w tym momencie uschło, niczym ta cholerna roślinka, tworząca niewidzialną granicę między nimi. Jabłkowa Bryza stał po jednej strony, oświetlony promieniami słońca, dobrze odżywionego i z błyszczącym futrem, gdy Kurka przysiadł po drugiej, skulony, o posklejanej sierści i wystających żebrach. 
Pręgowany rzucił ostatnie spojrzenie na pysk liliowego. Wojownik nadal wpatrywał się swoimi niebieskimi, zaszklonymi oczyma w jeden punkt, a na jego mordce malował się wyraz rozpaczy. Przez chwilę serce ucznia ścisnął żal, gdy zobaczył, w jakim stanie znajdował się starszy od niego kot. Jednak wystarczyło jedno spojrzenie na roślinę, by to uczucie zniknęło. 
Sarni Sus była piękniejsza niż wszystkie kwiaty tego świata. Była najcudowniejszą kotką jaką było mu dane poznać. 
Ten ignorant, Jabłkowa Bryza, próbował przekupić go jakimś zielskiem? 
- Co Ty sobie w ogóle wyobrażasz? - prychnął pręgowany, po czym opuścił legowisko.

***

Kurkowa Łapa zawsze wyobrażał sobie moment mianowania, jako szansę na nowe życie. Klanu. Wierzył, że już jako dziesięcioksiężycowy młodzik dostąpi tego wielkiego zaszczytu, pozna kolejnych przyjaciół, kolejne fajne dupeczki i może nawet dostanie jakąś śliczną uczennicę.
Leżał przed Żłobkiem, z Żabką przyklejoną u jego boku. 
-Wreszcie zamieszkamy razem w legowisku! - wykrzyknęła zachwycona tym faktem szylkretka. - Będziemy mogli razem chodzić na treningi...
Kurkowa Łapa zamyślił się; z jednej strony cieszył się, że będzie mógł spędzać więcej czasu z kotką, z drugiej jednak, czuł niepokój. 
Nie chciał, by bura musiała oglądać, jak w środku nocy biegnie do medyka z pociętą łapą, lub słyszała, jak przebudzony z koszmaru o matce bądź Sarniej Łapie, krzyczy i płacze. 
- ... i chodzić nocą oglądać gwiazdy! - skończyła wymieniać kotka, po czym mocniej wtuliła się w bok kocura, jakby zrobiło jej się słabo od tych wszystkich fantastycznych rzeczy, które mogli razem robić po jej mianowaniu. Nagle jednak skuliła się, a Kurkowa Łapa poczuł, jak przez chwilę jej drobne ciało drży. 
- Nie wiem, kto będzie moim mentorem - wyszeptała, opuszczając łeb i nerwowo machając ogonem. - W legowisku będzie też bardzo dużo nowych osób... 
Co prawda, przy rudym Żabka otwierała się i bez problemu rozmawiała o wszystkich trapiących ją rzeczach, jednak pamiętał, jak długi proces musieli przejść, by to się stało. 
Zawsze, gdy przychodził do legowiska, spotykał ją wtuloną w matkę, obserwującą wielkimi z przerażenia oczyma poczynania jej rówieśników. 
- Nie bój się - starał się przybrać jak najbardziej pogodny i pocieszający ton głosu, a na jego pysku pojawił się wymuszony uśmiech. - Ze wszystkimi Cię zapoznam, na pewno znajdziesz nowych przyjaciół... 
Dyskusję Kurkowej Łapy i Żabki przerwało głośne miauknięcie lidera, mające na celu zwołanie zebrania. 
Rudy westchnął, ruszając w kierunku Żłobka.
Nie chciał siedzieć, ściśnięty między innymi, z pewnością patrzącymi w jego stronę kotami. 
- Kurkowa Łapo, wyjdź na środek - usłyszał i gwałtownie zawrócił, głośno przełykając ślinę. 
Czyżby Królicze Serce powiedział mu, że nie uczęszczał na treningi? Czy może lider dowiedział się, że był na polu bitwy? 
Wyszedł na środek. Czuł się tak mały i nieznaczący, gdy Jesionowa Gwiazda zerkał na niego z góry, a pozostali w napięciu patrzyli, jak ten... wypędza go z Klanu? 
- Ja, Jesionowa, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika - wygłosił przywódca, a Kurkowa Pieśń spojrzał na niego z zaskoczeniem. Nie spodziewał się takiego obrotu zdarzeń. 
- Kurkowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? - zapytał poważnym głosem czekoladowo-biały kocur. Może był to po prostu kolejny sen? 
- P-przysięgam - odpowiedział Kurkowa Łapa, czując, jak jego łapy robią się miękkie.
- Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Kurkowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Kurkowa Pieśń. Klan Gwiazdy cieni twoją kreatywności i umiejętności, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy - po tych słowach tłum zaczął głośno skandować jego nowe imię, a po chwili rudy poczuł, jak do jego boku przytula się Żabka. 
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, Kurko - wymamrotała, jeszcze mocniej wtulając łeb w jego futro. Z daleka rudy dostrzegł Śnieżną Chmurę, który z pełnym dumy uśmiechem wpatrywał się w syna. Już zamierzał podejść do ojca, gdy u jego boku zobaczył Kasztanowy Dół. 
Nagle zobaczył, jak w jego stronę zmierza Jabłkowa Bryza z czymś czerwonym w pysku. Kurkowa Pieśń wydał z siebie jęknięcie, po czym zaczął się wycofywać, deptając przy okazji zebranych wokół niego Klanowiczów. Tłum jednak nie koniecznie był pomocny w jego ucieczce, dlatego już wkrótce liliowy stanął przed rudym. 
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem; niebieskie oczy wpatrywały się w rudego z podziwem i dumą, gdy zielone miotały się we wszystkie strony, robiąc wszystko, by tylko udać, że nie widzą postaci kocura. 
Wtedy właśnie rudy zauważył, w jakim stanie znajdował się starszy kot; z jego rozwalonego ucha po futrze kapała krew, a na całym ciele znajdowały się długie, choć niezbyt głębokie zadrapania. 
W pysku, z którego gęstymi strużkami wyciekała krew, wojownik trzymał czerwoną, niczym spływającą po jego sierści ciecz, różę. 
Nagle, pręgowany zorientował się, że stoją od siebie może na wyciągnięcie łapy, jeśli nie na mniejszą odległość. 
- Tak bardzo się cieszę, że wreszcie zostałeś mianowany - wyszeptał mu wprost do ucha Jabłkowa Bryza, a Kurkowa Pieśń poczuł jego ciepły oddech na policzku. - Jestem z Ciebie naprawdę dumny... - przerwał, gdy rudy zamachnął się uzbrojoną w wyciągnięte pazury łapą i uderzył kocura prosto w pysk. Tłum wydał z siebie zbiorowy jęk, Żabka krzyknęła, Śnieżna Chmura rzucił się w kierunku syna. 
Nie zdążył jednak powstrzymać pręgowanego, który pobiegł w kierunku wyjścia z obozu. 
Po śmierci Sarniego Susu, niemal codziennie odwiedzał legowisko medyków. Z początku przychodził tam tylko, by zmienić bandaże i dyskretnie dopytywać o trujące rośliny, z czasem jednak zainteresował go temat ziół i leczenia. Bywał tam na tyle często, że Mglisty  Sen nieraz zabierała go na wyprawy w poszukiwaniu medykamentów.   
Wiedział więc, gdzie udać się, by odnaleźć interesującą go roślinę.
Skierował się w stronę siedliska Dwunożnych; już wkrótce dostrzegł charakterystyczne czerwone dachy i białe ściany domów. Przekroczył bramę jednego z nich i natychmiast do jego nozdrzy wdarł się upojny, słodkawy zapach.
Dosłownie rzucił się na liściastą roślinę, rosnącą między krzakiem róży, a pnącym się wilcem. Granatowe kwiaty, z fioletowym  środkiem przypomniały mu, jak tamtego wieczoru potraktował wojownika. 
Tylko wszystkich krzywdził. 
Zaczął zrywać liście i całymi garściami wpychać sobie do pyska.
Gdy już całe poletko kocimiętki zostało objedzone i stratowane przez łapy kocura, ten udał się w stronę lasu. Zamierzał ukryć się w jakiejś norze bądź krzakach i przeczekać to wszystko. 
Nie wiedział, czy kiedykolwiek właściwie chce wracać. 
Nie zdążył jednak dojść do lasu, gdy jego łapy zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa; kiwał się i kołysał, zanim nie wpadł w pobliskie pokrzywy. 
Po chwili podniósł się z jęknięciem i ruszył dalej, kolebiąc się. 
- Kurko! - usłyszał i odwrócił się gwałtownie. Przed nim stała kotka o srebrnym, nakrapianym futrze i zielonych, zawadiacko przymrużonych oczach. Na jej pysku widniał ogromny uśmiech, a w futro powplatane były różnokolorowe kwiaty. 
Sarni Sus.
Może była nieco wyższa i starsza, niż wtedy, kiedy zobaczył ją ostatni raz, ale mimo tego rozpoznał w niej swoją ukochaną.
- Chodź, przejdziemy się - zaproponowała kocica, podchodząc do kocura i delikatnie ocierając o jego bok.
- O-oczywiście - wymamrotał, nie zastanawiając się dłużej i biegnąc za przyjaciółką. Już wkrótce ganiali się między drzewami, śmiejąc się z byle głupot i przekomarzając się.
- Jesteś okropny - prychnęła kotka, gdy Kurkowa Pieśń po raz kolejny zdołał ją dogonić
- Kurko! Kurko! - usłyszał wrzask zza plecami i gwałtownie obrócił się. Zza drzew dostrzegł Jabłkową Bryzę, zbliżającego się w jego kierunku.
Wydał z siebie cichy jęk zawodu, po czym gwałtownie obrócił się, chcąc powiadomić przyjaciółkę o zbliżającym się wojowniku... 
Sarni Sus zniknęła. 
- Klanie Gwiazd, nawet nie wiesz, jak się o Ciebie martwiłem - wymruczał liliowy, zbliżając się do wojownika. Kurkowa Pieśń skulił się, podnosząc futro na grzbiecie i prychając nadchodzącego kocura.

<Jabłkowa Bryzo?>

21 kwietnia 2021

Od Jabłkowej Bryzy CD. Kurkowej Łapy

Słowa Kurki były niczym cierniowe kolce, które wbijały się w ciało Jabłkowej Bryzy, powoli go zabijając. Rudzielec krzyczał, błagał o pomoc, a on nie mógł nic zrobić. Obserwował, jak przyjaciel tonie we własnych myślach i miał wrażenie, jakby to właśnie on był przywiązanym do łap ucznia kamieniem, ciągnącym go na dno.
Przecież nie był niczemu winny.
Prawda?
Czy jego ucieczka miała wpływ na samopoczucie Kurkowej Łapy? Czy zrobił źle, przekładając własne durne słabości ponad uczucia przyjaciela? Zacisnął zęby, odganiając od siebie natarczywe myśli. Nie zrobił nic złego. Miał do tego prawo.
- Kurko... - westchnął, kręcąc głową na znak niezgody. - Musisz być silny, jak wtedy, na pobojowisku. - kłamstwa były niczym róże, z daleka piękne i niewinne, z bliska cierniste i wywołujące ból. - Nie uciekłeś, jak ja. - gorzki żal wypełnił pierś pointa. Kiedy Kurka przestał go rozumieć? Czemu musiał żałować za coś, co nie było błędem? - Dałeś radę zapanować nad tym wszystkim. - liliowy zgadzał się ze stwierdzeniem, że da się przyzwyczaić do kłamstw, które w pewnym momencie stają się naturalne, lekkie niczym dmuchawce tańcujące na wietrze. - Mamy siebie i tylko to się liczy. - tak naprawdę Kurkowa Łapa miał Jabłkową Bryzę, jednak Jabłkowa Bryza nie miał Kurkowej Łapy. Rudzielec oddalał się, usychał niczym nienawodniony kwiat, nie mogąc znaleźć powodu, by normalnie żyć.
Tymczasem point cierpiał w ciszy.
- Nigdy nie zrozumiesz - wymamrotał Kurkowa Łapa, a jego brudne, rudawe niczym aksamitki futro zafalowało. Liliowy pochylił głowę, tłumiąc gromadzący się w nim żal. To prawda, nie rozumiał. Nie rozumiał pragnienia śmierci. Nie rozumiał, jak można tak łatwo się poddać. Nie rozumiał, dlaczego Kurka nie potrafił uwzględnić jego uczuć.
Rozumiał za to ból, który poczuł, gdy usłyszał, że arlekin go nienawidzi.
Mimowolnie zauważył, jak zaniedbany był kocurek. Nie była to rzecz ważna lub pierwszoplanowa, ale… liliowy miał wrażenie, jakby tysiące ostów wyrosło na jego piersi, a ich kolce wrzynały się w ciało. Coś odeszło, coś przeminęło. Zmęczony umysł Jabłkowej Bryzy stwierdził, że rudzielec powinien powrócić do zaplatania kwiatów w futro. Być może powinien spróbować czegoś nowego, odpuścić typowe jaskry, które podkreślały jego śliczne, zielone oczy. Czy fioletowe hiacynty, które widział w legowisku dwunogów, pasowałyby do ucznia?
- Wracajmy do obozu - westchnął tylko, podchodząc do kocurka. Kurkowa Łapa odwrócił głowę, unikając nawiązania kontaktu wzrokowego. - Proszę - wymruczał, próbując otrzeć się o bok przyjaciela. Chciał poczuć jego obecność, wiedzieć, że wciąż z nim jest. Rudzielec syknął głośno, jeżąc ogon.
Jabłkowa Bryza miał ochotę krzyczeć. Wydał z siebie tylko cichy jęk.
Odwrócił się na pięcie, wbijając pełne bólu spojrzenie w ziemie. Nie było nadziei. Nie było przyszłości. Chciał wrócić do obozu, chciał uwolnić się od ciężaru Kurki, chciał uciec od tej durnej odpowiedzialności, jaką była ich przyjaźń. Ranili się nawzajem, wbijali ciernie głębiej w krwawiące serca, które wciąż biły dla kogoś, kto na to nie zasługiwał.
Nagle rozbiegany wzrok Jabłkowej Bryzy padł na niewielką kępkę fioletowo-białych kwiatów. Wojownik przystanął. Bratki były tak żywe, śliczne, odstające od brutalnej rzeczywistości. Fascynowały go.
Niespodziewanie, usłyszał odgłos zbliżających się kroków.
- Są przepiękne - wymamrotał, pochylając się nad kwiatami. Uczeń prychnął cicho.
- Wiesz, co było piękne? - zapytał, a point z zaciekawieniem podniósł na niego wzrok. - Sarni Sus była piękna - warknął ze słyszalnym bólem w głosie. Liliowy zadrżał, kuląc się. - Teraz nie żyje. - gorzki żal bił od kocura, niczym różane krzewy oplatając się wokół Jabłkowej Bryzy.
Wojownik pochylił głowę, unikając wzroku rudzielca. Było mu wstyd, jednak nie wiedział czego. Chciał przeprosić, ale wiedział, że nie powinien. Arlekin podszedł do przyjaciela, przyglądając się kępce kwiatów. Nagle jego pysk wykrzywił się w grymasie żalu i wściekłości. Jabłuszko za późno zrozumiał, co chce zrobić.
- Kurko, zaczekaj! - pisnął liliowy, jednak było już za późno. Grządka bratków została zgnieciona przez łapę rudzielca. Point wydał z siebie jęk zawodu. Resztę drogi powrotnej spędzili w ciszy.
Tego wieczoru Jabłkowa Bryza przyniósł Kurkowej Łapie ukradzionego z ogrodu dwunogów wilca.
To nie był ostatni raz, gdy przyszedł do niego z kwiatami.

< Kurko? >

08 marca 2021

Od Kurkowej Łapy CD Jabłkowej Bryzy

-Oczywiście- wymamrotał nieco zdziwiony tą propozycją Kurka, podchodząc do zapłakanego  i delikatnie podprowadzając go pod legowisko
Położył się tuż koło przyjaciela, pozwalając mu wtulić głowę w jego bok. 
-Dobranoc, Jabłuszko- ziewnął i już po chwili poczuł, jak szybki oddech liliowego staje się spokojniejszy, a spięte mięśnie rozluźniają.

***

Mimo upływu księżyców, zwyczaje i charakter Kurkowej Łapy ani trochę się nie zmienił.
Jak zawsze wstał wcześniej od reszty uczniów, odpowiednio ułożył futro i wybrał najładniejszego jaskra. 
Siedział przed największą z kałuż, sprawdzając, czy na pewno wygląda już najseksowniej i strojąc najróżniejsze miny do swojego odbicia. 
-Kurkowa Łapo! Kurkowa Łapo!- z legowiska wojowników wypadła Sarni Sus, po czym stanęła koło kocura i również zerknęła w wodę- Świetnie dziś wyglądasz!
-Ty również- wymruczał, podchodząc kilka kroków w kierunku przyjaciółki, niemal wtulając się w jej bok - Z resztą, jak zawsze
Wojowniczka zachichotała, po czym zanurzyła łapę w brudnej wodzie, rozchlapując ją na boki. Krople dosięgły futra rudego, zostawiając na nim szare plamy.
-Ej! - krzyknął, po czym sam wskoczył w kałużę, chlapiąc przy tym srebrną
Przez chwilę gonili się wokół  wody, przepychając się i śmiejąc jak kocięta, dopóki nie zauważyli  nadchodzącej, potężnej sylwetki szaro-białego kota. 
-Sarni Susie, już czas - powiedział, z dezaprobatą patrząc na pobrudzone futerka ucznia i wojowniczki. Na te słowa srebrna lekko opuściła głowę, jednak ruszyła za starszym kotem, zamiatając ogonem ziemię.
-Czekaj! - wykrzyknął Kurka, biegnąc za odchodzącymi- Pamiętaj, wróć w jednym kawałku
Sarni Sus puściła mu zawadiacki uśmiech, po czym ruszyła za Oszronionym Futrem.
Co prawda, Kurkowa Łapa wiedział, że wojowniczka poszła walczyć z Klanem Klifu, ale nie czuł, że powinien powiedzieć coś bardziej doniosłego. Był przekonany, że minie chwila i przyjaciółka, być może zmęczona i lekko poraniona, powróci do Obozu i śmiejąc się, opowie mu, jak sprała tyłki Klifiakom. Następnego dnia, jak już poczuje się lepiej, może Królicze Serce zgodzi się puścić go na wspólne polowanie i przedyskutują cały ten czas, płosząc swoim głośnym chichotem zwierzynę. Tak, Kurka był pewny, że bitwa nie sprawi, że cokolwiek w jego życiu się zmieni.
Kurkowa Łapa ruszył w kierunku zbierających się powoli do wyjścia z Obozu kotów, próbując odszukać wzrokiem kolejną osobę, z którą musiał się pożegnać. Brązowo-biała kotka stała na uboczu z pewnie uniesioną głową i ogonem. Rudy poczuł dumę, widząc jak matka podchodzi do bitwy- on sam też nie czułby lęku, nawet w obliczu takiego niebezpieczeństwa! 
-Mamo! - wykrzyknął, po czym podbiegł do matki, niemal tratując ją swoim ciężarem. Wtulił łeb w szyję czekoladowej, wciągając jej delikatny, kwiatowy zapach.
-Kurko - jęknęła Wrzosowa Polana, lekko odsuwając głowę syna - Co się stało? 
-N-no, idziesz na wojnę - uczeń lekko pociągnął nosem, opuszczając lekko głowę - Wiesz, trochę się martwię, że ktoś coś Ci zrobi...
-Ależ, kochanie - wymruczała kotka, spoglądając na syna z czułością - Na pewno wszystko będzie w porządku. To raczej oni powinni się bać, że ja ich skrzywdzę! - dodała pewnym głosem brązowa, a uczeń zachichotał
Stojący na samym początku pochodu Jesionowa Gwiazda krzyknął, dając znak, że nadszedł już czas na zakończenie pożegnań i ruszenie na wojnę. Wrzosowa Polana zamruczała, jeszcze na chwilę przyciągając syna do piersi, po czym pomaszerowała za pozostałymi wojownikami. 
Jej ogon drgał nerwowo, a kroki były wyjątkowo niepewne, jednak zdołała posłać synowi pokrzepiający uśmiech, zanim zniknęła w oddali. 
Kurkowa Łapa jeszcze przez dłuższą chwili stał w miejscu, patrząc, jak sylwetki ostatnich wojowników znikają za linią horyzontu. 
Zawrócił gwałtownie, ruszając w stronę legowiska. Gdy tylko znalazł się w środku, od razu dostrzegł poddenerwowane miny rodzeństwa; Niezapominajkowa Łapa siedział w kącie, odwrócony tyłem do wszystkich, a Orzechowa Łapa... wyglądała na mniej wściekłą i chętną do popełnienia mordu na rudym.
Kurkowa Łapa położył się w kącie i zamyślił się. 
Niedługo przecież Wrzosowa Polana, Jabłkowa Łapa, Królicze Serce i Sarni Sus powrócą, a życie wróci do dawnego rytmu. Codziennie będzie chodził ma długie i męczące treningi, potem przedyskutuje ich przebieg z Sarenką, porównując swoje postępy, a wieczorem może uda mu się dorwać Jabłkową Łapę.
Jednak, co jeśli, na polu bitwy coś im się stanie?
Na przykład Jabłuszko powróci bez łapy i całą resztę życia spędzi w legowiska starszych, bez dalszych perspektyw. Albo Sarni Sus zostanie mocno okaleczona i nie będzie już w stanie kontynuować treningu, wychodzić na patrole i polowania... 
Może powinien pójść tam chociaż na chwilę i sprawdzić, czy wszystko jest w porządku?
Nie. Nie mógł nawet tak myśleć. Jesionowa Gwiazda kategorycznie zabronił im pójścia na pole bitwy, a Kurkowa Łapa nie specjalnie chciał dostać szlaban czy być zmuszonym do czyszczenia legowiska starszych. 
Jednak, czy nie lepiej mieć pewność, że bliskim nic się nie stało niż dostać jakąś karę od cholernego lidera klanu? 
Kurkowa Łapa poderwał się z legowiska, rozglądając się w koło. Niezapominajkowa Łapa nadal siedział w tym samym miejscu, a Orzechowej Łapy nigdzie nie wypatrzył- był pewien, że gdyby siostra znajdowała się gdzieś w pobliżu od razu zaczęła by go wypytywać, gdzie wychodzi, a na końcu pobiegłaby naskarżyć jednemu z pozostałych wojowników. 
Ruszył w kierunku wyjścia, gdy nagle zobaczył maczugowaty ogon i zdecydowanie nieanatomiczną parę uszu. Orzeszka wróciła. 
-Gdzie...- zaczął i urwał, gdy siostra wyciągnęła łapę i z całej siły uderzyła go w pysk
-Jak tylko wrócę, to zobaczysz, ty mała...- krzyknął za nią, jednak przerwał, widząc, jak szylkretowa z płaczem rzuca się na posłanie. Zdziwił go ten widok- jeszcze nigdy nie widział, jak Orzeszka płakała, z drugiej jednak strony poczuł radość. Nieważne z jakiego powodu ryczała, samo zobaczenie jej w takim stanie było cudowne!
Nie zastanawiając się dłużej nad powodem zmartwienia siostry ruszył w stronę granicy. 
Wiatr wiał, drzewa szumiały, ptaki cicho nuciły swoje zwyczajowe melodie. Wszystko wydawało być się dokładnie takie samo jak dzień, dwa lub księżyc wcześniej, gdy nic nie zapowiadało, że taki moment w życiu młodego nadejdzie. 
Szybko jednak oprócz dźwięków lasu usłyszał coś innego- hałas, zgiełk, pokrzykiwania. Schował się za krzewami i powoli posuwał się na przód. 
Wkrótce zobaczył coś, czego potem przez dłuższy czas nie mógł wymazać z pamięci. W koło leżały martwe ciała poległych, po ziemi tarzały się koty, a niedaleko krzaków dostrzegł ogromną kałużę krwi i rozczłonkowanego trupa kawałek dalej.
Kurkowa Łapa poczuł, że robi mu się słabo. Puste oczy zmarłego zdawały się przewiercać go na wylot, a wyciągnięta łapa wskazywać w jego kierunku. 
Rudy przełknął ślinę i rozejrzał się w koło, jednak nigdzie nie zobaczył ani przyjaciółki, ani matki. Ruszył więc dalej, z trudem przedzierając się przez chaszcze. Czuł, jak gałęzie krzewu uderzają go w pysk, jednak nie zwracał na to szczególnej uwagi. Liczyło się każde uderzenie serca, które w wypadku przerażonego młodego biło niezwykle szybko. Wciągnął powietrze, mając nadzieję, że wyczuje charakterystyczny, słodki zapach matki. 
Jednak oprócz odoru krwi, strachu i zapachu kotów obu klanów nie poczuł zupełnie nic. 
Szedł dalej, co chwilę rozglądając się na boki i czując coraz większe przerażenie. Nigdzie nie zobaczył żadnego z poszukiwanych kotów.
Może powinien zawrócić? Podczas bitwy bardzo trudno było przecież rozpoznać konkretne osoby. 
Wtedy to poczuł. Zapach kwiatów, połączony z wonią krwi. 
-Mamo!- krzyknął, nie zważając na to, że ktokolwiek mógłby go usłyszeć, bądź odnaleźć
Biegł, gałęzie uderzyły go w pysk i zaplątywały w futro, kolce szarpały skórę. 
Biegł, nawołując rodzicielkę i nie otrzymując żadnej odpowiedzi. 
Biegł, jak najszybciej umiał, pewny, że za chwilę zobaczy całą i zdrową Wrzosową Polanę, wtuli pysk w jej mięciutkie futro, usłyszy kilka słów pocieszenia, a potem razem ruszą bić Klifiaków.
Wybiegł zza zakrętu i momentalnie przystanął. 
Na ziemi, pomiędzy gałęziami krzewu i opadniętymi liśćmi odbiły się szkarłatne ślady łap, a kawałek dalej leżała niedużych rozmiarów, kupka biało-brązowego futra. 
-Mamusiu?- zapytał naiwnie, robiąc kilka niepewnych kroków w kierunku ciała - Mamo!
Krzycząc, podbiegł do matki i delikatnie przyciągnął ją do siebie, szturchając ją łapami, mając nadzieję, że w ten sposób obudzi Wrzosową Polanę. Przecież matka musiała położyć się tu na chwilę lub zasłabnąć podczas bitwy! Zaraz zawoła medyka i nie zwracając uwagi na czekające go konsekwencje, zaprowadzi go do czekoladowej, a ten, przy pomocy swoich cudownych ziółek zaraz postawi ją na nogi. 
Nie zwracając uwagi, że całe futro kotki jest poklejone od krwi, wtulił pysk w jej szyję, jak zawsze miał zwyczaj robić to, gdy był kocięciem i czegoś się przestraszył
-Kurko?- usłyszał zza pleców, jednak nie odwrócił się, nadal przytulony do zmarłej
Poczuł, jak ktoś kładzie łapę na jego plecach i odwrócił się gwałtownie, podnosząc futro na grzbiecie. Zasłonił ciałem matkę, nie chcąc, by ktokolwiek skrzywdził Wrzosową Polanę. Niebieskie oczy wpatrywały się w kocura z troską, a na pyszczku widać było wyraźny smutek i zmęczenie. 
-Jabłuszko, dzięki Klanu Gwiazd! - wykrzyknął, podbiegając do kocura- Wrzosowa Polana zasłabła podczas bitwy, trzeba zawołać medyka! 
Przez chwilę panowała cisza, podczas której liliowy opuścił głowę i Kurka zobaczył, jak jego oczy zachodzą mgłą. Czemu przyjaciel od razu nie ruszył w odpowiednią stronę, tylko nadal stał w miejscu i wydawało się, że zaraz zacznie płakać?
Uczeń zrobił kilka niepewnych kroków w kierunku pręgowanego, wyciągając łapę w jego stronę, jakby chcąc go przytulić. Rudy odsunął się, odsłaniając kły. 
-Nie zbliżaj się - warknął, nadal się wycofując - Ciągle mnie zostawiasz. Pamiętasz, te kilka dni po śmierci twojej matki? Myślałem, że zdechłeś, a ty pewnie włóczyłeś się gdzieś z tym cholernym Psią Łapą.
-Kurko, proszę...- zaczął liliowy, wyraźnie bliski rozpłakania się, jednak rudy mu przerwał
-O co możesz jeszcze mnie prosić?- jego głos stawał się co raz cichszy- Nienawidzę Cię... 
Po tych słowach Kurka poczuł, jak z jego oczu zaczynają wypływać łzy, a oddech stawał się co raz cięższy. 
Dusił się, pobierając powietrze co raz szybciej. 
Płakał, patrząc jak Jabłuszko miota się w miejscu, nie wiedząc, co ma uczynić. 
Płakał, wiedząc, że z tyłu za nim nie leży omdlona Wrzosowa Polana, a zimny trup, ciało. 
Płakał, wiedząc, że już nigdy nie pójdą razem na polowanie, nie wyjdą na patrol, nie będą śmiali się z głupot jego ojca.
Wszystko sobie uświadomił i wszystko wypływało z jego ciała wraz z urywanymi oddechami.
-Kurko, próbuj robić to co ja- rudy ledwie zarejestrował, jak liliowy delikatnie położył łapę na jego barku- Wdech, wydech. Spokojnie...- spokojny, delikatny głos Jabłuszka powoli sprawiał, że ciało kocura rozluźniło się, a oddech wracał do normy. Jeszcze przez chwilę stali w krzakach, a Jabłkowa Łapa dawał mu znaki, kiedy ma wciągnąć powietrze, a kiedy wypuścić. 
Po jakiejś chwili, gdy kocurek nieco się uspokoił, wojownik pozwolił oprzeć się pręgowanemu o jego bark i potykając się o siebie, doszli aż do granicy. 

***

Cały proces znoszenia ciał i opatrywania rannych Kurkowa Łapa przesiedział w legowisku medyków, na przemian krzycząc, dusząc się i wyrywając sobie futro. 
Siedział w kącie, trzęsąc się na całym ciele. Poszarpane łapy i ogon piekły, w pysku czuł smak krwi i kłębki sierści, jednak nie zwracał na to zbytniej uwagi.
-Już lepiej, Kurkowa Łapo?- spytał z wyraźną troską w głosie Kacza Łapa, podchodząc niepewnie w stronę rudego
Kocur obrócił się w kierunku ucznia, ukazując wyryte na policzku, ślady pazurów. 
-Muszę opatrzyć ci rany- stwierdził pręgowany, chwytając w zęby opatrunki z pajęczyny i robiąc jeszcze kilka kroków w kierunku syna Wrzosowej Polany
-Nie zbliżaj się - wychrypiał Kurka, przytulając jeszcze bardziej ściany legowiska
Wtedy właśnie do legowiska wtargnęła czarno-biała kotka z łapami, niosąca w pysku pęczki ziół i bandaży.
-Klanie Gwiazd, co tu się wydarzyło?- spytała, oglądając zniszczone ściany legowiska, rozrzucone wszędzie liście i medykamenty, dosłownie wszędzie odciśnięte krwawe ślady
-Mglisty Śnie, jak wygląda stan? - wyszeptał Kacza Łapa, podbiegając w stronę mentorki
-Daję radę - wymruczała kotka, dobierając nowe zioła, po czym wyraźnie ściszyła głos - Nie wypuszczaj go na razie. Sarni Sus nie żyje. 
Przez chwilę panowała cisza, zanim rozległ się kolejny krzyk. 
-Daj mu więcej nasion maku - powiedziała medyczka, wybiegając z legowiska - Muszę zająć się pozostałymi rannymi. 

***

Średnich rozmiarów, biało rudy kot siedział nad brzegiem rzeki. Lekko pochylił głowę, a zielone ślepia miał do połowy przymknięte. Postawione uszy, czujnie wyłapywały najmniejszy szelest. Niemyte od kilku dni futro było całe poskręcane i wybrudzone od zakrzępniętej krwi i błota. 
-Jabłkowa Bryzo - odezwał się kocur, nie zmieniając pozycji ani nie odwracając się do stojącego kilka kroków za nim, liliowego kota - Widzisz tą rzekę?- przerwał na chwilę, pozwalając wojownikowi przysiąść tuż koło niego - Jej nurt wydaje się być spokojny, jednak jest tak samo niebezpieczny jak wojna, która zabrała mi matkę i ukochaną. Czasem, przesiaduję tutaj i zastanawiam się, czy nie skoczyć... to takie proste i tak kuszące. Spotkać ponownie tych wszystkich, których utraciłeś... 
Lilowy przez chwilę milczał, jakby zastanawiając się nad najlepszą odpowiedzią na deklaracje pręgowanego. Kurkowa Łapa poruszył delikatnie głową, zerkając na przyjaciela z zaciekawieniem. 
-Kurko... - wymamrotał tylko Jabłkowa Bryza, kręcąc głową, dając tym samym znak, że nie zgadza się z wypowiedzianymi przez ucznia słowami - Musisz być silny, jak wtedy, na pobojowisku - rudy przymknął oczy, usiłując odpędzić od siebie wizję porzuconego ciała Wrzosowej Polany - Nie uciekłeś, jak ja. Dałeś radę zapanować nad tym wszystkim. Mamy siebie i tylko to się liczy.

< Jabłuszko? >

24 lutego 2021

Od Jabłkowej Łapy CD. Kurkowej Łapy

Najpierw rozległ się wrzask, a później głośny odgłos pierdolnięcia w ziemię. Jabłkowa Łapa zatrzymał się w pół ruchu i spojrzał z przestrachem w stronę Oszronionego Futra. Mentor zastrzygł uszami zaniepokojony.
- Zostań tu - rozkazał, a uczeń posłusznie kiwnął głową. Wcale nie zamierzał łamać słowa danemu wojownikowi - nie był na tyle głupi, by w razie ataku borsuka lub lisa samotnie stawiać czoła dzikiemu zwierzęciu. Mentor zniknął w krzakach, a Jabłuszko został sam na brzegu. Postawił uszy, oczekując. Co, jeśli ktoś został ranny? Czy Oszronione Futro również był w niebezpieczeństwie? - Kurkowa Łapo?! - rozległ się krzyk wojownika, a liliowy zerwał się na równe łapy. Nie zważając na zakaz, rzucił się w stronę, z której dobiegał głos.
- Kurko! - wrzasnął, ślizgiem zatrzymując się przy pochylonym nad przyjacielem wojowniku. Rudzielec skomlał żałośnie i zwijał się z bólu.
- Umieram! - jęczał, a jego zielone oczy wypełniły się łzami. Zrozpaczony Jabłkowa Łapa z przestrachem spojrzał na mentora.
- Trzeba go zaprowadzić do medyka! - zawołał, a Oszronione Futro zmarszczył pysk z powątpiewaniem.
- Wcale nie spadł z tak wysoka… - mruknął, a Jabłkowa Łapa prychnął głośno. Czemu mentor bagatelizował wypadek Kurki?! Biedaczek cierpiał i potrzebował natychmiastowej pomocy! - Możesz wstać? - zapytał, a rudzielec jęknął głośno. - Mogę cię zanieść do obozu - zaproponował, a Kurka wbił przerażone spojrzenie w Jabłuszko.
- Dam sobie radę! - zawołał szybko, nagle skacząc na równe łapy. Po chwili, jakby przypominając sobie o swoim bólu, zachwiał się. - Jabłuszko, kochany mój, wesprzyj cierpiącego przyjaciela! - jęknął i oparł się o zaniepokojonego ucznia, który polizał go opiekuńczo po uchu. Oszronione Futro westchnął, podchodząc do rudzielca z drugiej strony.
Przez całą drogę do obozu Kurkowa Łapa pojękiwał, ale na jego pysku malował się wyraz odwagi. Jabłuszko był podziwiał przyjaciela, który z cierpliwością znosił ból, cały czas wlepiając w niego spojrzenie swoich wielkich, zielonych oczu. Liliowy zamruczał głośno, chcąc pocieszyć drugiego ucznia. Wyraźnie zadziałało - ślepia Kurki zalśniły, a końcówka jego ogona zadrżała.
W obozie zostali przywitani przez rozwścieczoną/szalejącą ze zmartwienia (trudno stwierdzić, co dokładnie czuła wojowniczka - jej zachowanie nieco przerażało Jabłkową Łapę) Wrzosową Polanę.
- KURKOWA ŁAPO! - wrzasnęła, szarżując w ich stronę. Mina rudzielca zrzedła, a jego pysk wypełnił bardzo niepewny uśmiech. - Co się stało? Czy wszystko dobrze? - zapytała, opiekuńczo trącając syna.
- Uciekł z obozu i spadł z drzewa - wytłumaczył Oszronione Futro, a szylkretowa rzuciła Kurce gniewne spojrzenie.
- Trzeba wziąć go do medyka! - pisnął Jabłkowa Łapa. Źrenice Wrzosowej Polany rozszerzyły się ze zmartwienia. Point trącił przyjacielsko Kurkową Łapę. - Zaopiekuję się tobą - wyszeptał, a rudzielec zamruczał z zadowoleniem.
W końcu byli przyjaciółmi, prawda?


***
*po śmierci Rzecznej Bryzy*

Jabłkowa Łapa obudził się z cichym krzykiem.
Łapczywie łapał powietrze, drżąc na całym ciele. Czemu musiał to ciągle przeżywać?! Jego oczy napełniły się łzami. Słyszał krzyki matki, widział pysk krwiożerczego potwora… Zakrył pysk łapami. Czemu to wszystko musiało się tak potoczyć?!
- Jabłuszko? - w legowisku rozległ się przyciszony głos. Point uniósł głowę, spoglądając załzawionymi oczyma na Kurkową Łapę. - Czy coś się stało? - wyszeptał rudzielec, wpatrując się w przyjaciela. Jabłkowa Łapa spuścił wzrok. Tak bardzo chciał wyrzucić te okropne obrazy z głowy!
- K-koszmar - wydukał, próbując uspokoić oddech. - C-czy mogę spać o-obok ciebie?
< Kurko? >

17 lutego 2021

Od Kurki (Kurkowej Łapy) CD Jabłuszka (Jabłkowej Łapy)

Kurka zdał sobie sprawę, że Jabłuszko był prawdopodobnie jedynym kotem doceniającym jego perfekcyjność. Przecież o kogo innego mogło chodzić, kiedy mówił o osobie walczącej z potworami? Tylko on, z całego Klanu i  spoza miał na tyle odwagi by oczyszczać świat z tych plugawych bestii, które mnożyły się jak króliki. 
-Och, nie przesadzaj- mruknął Kurka, wypinając dumnie pierś- Wiem, że jestem niezaprzeczalnie najodważniejszym, najprzystojniejszym i najbardziej niepowtarzalnym kotem z całego lasu...
-Nie o to chodzi!- wykrzyknął z podekscytowaniem Jabłuszko, machając energicznie ogonem- Spotkałem Psią Łapę! Rozmawialiśmy, rozumiesz, rozmawialiśmy! Jest taaaki niezwykły! Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek spotkam kogoś odważniejszego od Ciebie, a tu proszę, zobaczyliśmy się! Och, Klanie Gwiazd... 
Po tych właśnie słowach rudy przestał słuchać dalej nawijającego o niezwykłości swojego ojca liliowego. 
Oczywiście, nie sprawiło to, że arlekin poczuł się w jakimkolwiek stopniu gorszy- wiedział, że był zajebisty i nawet słowa kogoś takiego jak jego ukochany Jabłuszko nie mogły tego zmienić. Jednak nie da się ukryć, że zabolało go, że syn Rzecznej Bryzy mógł uznać GO, najodważniejszego kota w całym Klanie za mniej walecznego od jakiegoś zwykłego psa (w przenośni i dosłownie). Musiał, po prostu musiał udowodnić temu małemu grzybowi swoją wartość!  
Nagle w jego łebku zaczęły kształtować się nie do końca wyraźnie zarysy planu. W końcu, nie był jedyną osobą (czego niezwykle żałował), którą Jabłuszko podziwiał. Była nią jeszcze choćby jego matka, za którą cały czas łaził, Orzeszka... Kocur uśmiechnął się z satysfakcją. Teraz nic mu nie przeszkodzi w drodze do serca liliowego!
-To bardzo ciekawe- wymruczał, podchodząc niezwykle blisko ''kolegi'' z legowiska- Opowiesz mi więcej? 

***

Kurkowa Łapa musiał jakoś zwrócić uwagę Jabłkowej Łapy - przecież nie mógł być gorszy od tego szylkretowego bobka.
Mimo tego, że minęło co najmniej pół księżyca od wydarzenia z Psią Łapą i oboje zostali nawet mianowani nie mógł wyrzucić z głowy gnębiących go w dzień i w nocy myśli. Jak jego ojciec w tak szybkim tempie zaskarbił sobie na szacunek liliowego? Jakim cudem ta mała gnida mogła być w jakimkolwiek stopniu lepsza w oczach syna Rzecznej Bryzy? A w końcu- co on miał zrobić, by wysunąć się na prowadzenie przed tymi dwoma kotami?
-...uważam, że jeszcze trochę mi brakuje do mianowania, ale mimo wszystko, bardzo dużo nauczyłam się przez ten cały czas- dokończyła swoją wypowiedź Sarenka, po czym lekko trąciła rudego łapą- Hej, wszystko w porządku? Nie odzywasz się od dłuższej chwili, co w twoim wypadku jest niezwykle niepokojące. 
Kurka uniósł leniwie głowę, spoglądając na znajomą z legowiska. 
-Zamyśliłem się- mruknął, wlepiając pusty wzrok w podłoże
-Nie muszę dużo myśleć, żeby wiedzieć o czym- niebieska wysłała mu dość niepokojący uśmiech- A raczej, o kim. 
-Jedyną osobą, która pomieszkuje w moim sercu jesteś tylko i wyłącznie ty, powabna Sarenko- powiedział cicho, spuszczając wzrok na łapy
-Och, Klanie Gwiazd- roześmiała się, coś tam coś- Zaręczam, naprawdę jesteś jednym z najzabawniejszych kotów, jakie w życiu poznałam- dodała, odchodząc w stronę pozostałych uczniów, zajętych dyskusją na temat postępów w treningu i mentorem. 
Odkąd znalazł się w uczniowskim legowisku, miał wrażenie, że wszystko zaczyna się psuć. Co prawda, Orzeszka znalazła sobie nowych przyjaciół i przez treningi miała zdecydowanie mniej czasu na zaczepianie go swoim prostackim zachowaniem na każdym kroku. Więcej nowych osób oznaczało dla niego nie tylko pozbycie się siostrzyczki, ale też pogorszenie relacji choćby z Jabłuszkiem, który zmuszony był dzielić czas między jego, Orzeszkę, Zbożową Łapę i naukę. Brakowało mu matki, która zawsze patrzyła na niego z podziwem, gdy opowiadał swoje historie, a nawet ojca, którego głupie zagrywki nieraz przyprawiały go o atak serca. 
-Jabłkowa Łapo, idziemy- z zamyślenia wyrwał go głos mentora przyjaciela, Oszronionego Futra. Patrzył, jak liliowy z podkulonym ogonem i spuszczoną głową wlecze się w kierunku wyjścia, żegnamy cichym "powodzenia" przez pozostałych. Zerwał się i pobiegł w stronę wyjścia, patrząc, jak drobna sylwetka jego przyjaciela powoli się oddała. 
Przez ten cały czas rozmyślał o wielkim planie na bycie lepszym od Psiej Łapy, Orzeszki, dosłownie każdego, który coś znaczył dla jego ukochanego, ale dopiero teraz wiedział, jak ma tego dokonać. 
Rozejrzał się na boki, próbując upewnić się, że nikt z uczniów uprzejmie nie doniesie o jego zniknięciu; większość z nich była zajęta dyskusją, a część czyściła futra i przygotowywała się do wyjścia w teren. 
Już, już, jego łapy niemal dotknęły ziemi poza legowiskiem, gdy nagle... 
-Co robisz?- usłyszał pełen entuzjazmu głos Sarenki, która nie wiadomo skąd wyskoczyła mu tuż przed pysk i zagrodziła drogę do upragnionej wolności- Wiem, na pewno idziesz na jedną z twoich przygód! Mogę iść z tobą? Wiesz, zawsze chciałam spotkać lisa albo chociaż psa! Na pewno są puchate... 
-Któregoś dnia pójdziemy razem na taką przygodę, obiecuję- wymruczał, robiąc kilka nieśmiałych kroków w tył, podenerwowany niewielką odległością między ich pyskami- Muszę iść- dodał szybko, zdając sobie sprawę, jak spory dystans musieli pokonać Jabłuszko z Oszronionym Futrem w ciągu tej krótkiej wymiany zdań. 
Wybiegł z legowiska, przepychając się koło Sarniej Łapy. Co prawda, nigdzie nie zobaczył liliowego futra przyjaciela, ale mógł domyślać się gdzie wyruszyli i od czego w końcu był jego nos. 
Ruszył pędem w wytyczonym kierunku, niemal potykając się o własne łapy. 
Drzewa szumiały nad jego głową, czuł wiatr w futrze, słyszał śpiew ptaków. W normalnych warunkach takie rzeczy z pewnością by go uspokajały, może nawet ułożył by jakiś wiersz, teraz jednak cały się trząsł zarówno z ekscytacji jak i zdenerwowania, że jego plan nie powiedzie. Zapach znajomego zdawał się być co raz wyraźniejszy i Kurka był pewny, że za niedługo na niego wpadnie. 
Rozejrzał się dookoła, szukając odpowiedniego drzewa do zrealizowania jego zamiarów. Nie był Orzeszką, więc nie wiedział, które z drzew nadaje się do wejścia, a na jakie będzie to trudne. 
W końcu wybrał średnich rozmiarów, rozłożystą brzozę.  
Niepewnie wbił pazury w korę, po czym roześmiał się. Co on sobie wyobrażał? Właśnie robił z siebie idiotę, schodził do poziomu jego siostry, tylko po to żeby zdobyć serce jakiegoś liliowego przystojniaka? 
Nie. Nie mógł tak myśleć. Musiał wchodzić dalej. 
Podciągnął się na łapach, zaczepiając tylnymi o wystający sęk. Wyciągnął jak najbardziej kończyny i wspiął się na pierwszą gałąź. 
Sarenka. Dzięki temu wydarzeniu na pewno zyska też w oczach niebieskiej i wreszcie zacznie traktować go i jego zaloty na poważnie. 
Wyciągnął kończyny, próbując złapać kolejną gałąź. Wbił w nią pazury i podciągnął się w górę. Druga.
Orzeszka. Nienawidził swojej siostry całym sercem i już od dawna wiedział, że nigdy się z nią nie pogodzi. Gdy tylko jego siostra zobaczy, jak ogrywa ją w dyscyplinie, w której podobno była od niego o stokroć lepsza, z pewnością już nie odważy się wchodzić mu w drogę. 
Podskoczył i poczuł pod stopami szorstką korę, pokrywającą trzecią gałąź. 
Jabłuszko. W końcu, miłość dzieciństwa, najlepszy przyjaciel i jego muza, jeśli chodziło o układanie wierszy. Uśmiechnął się, wspominając każdą ich rozmowę czy zabawę z czasów, gdy jeszcze razem spędzali chwile w Żłobku.
Był pewny, że znajduje się już na całkiem sporej odległości od ziemi i bez większego zastanowienia odwrócił głowę, żeby to sprawdzić.
To był błąd. 
Wszystko tańczyło, wirowało, obracało się. Zieleń trawy mieszała się z brązem gleby, gdzieniegdzie dostrzegł kolorowe plamy, będące być może skupiskami kwiatów lub po prostu efektem, jak bardzo przerażony był, gdy tylko zobaczył jak daleko się znajduje. 
Poczuł mdłości i nagle z jego gardła wydobył się przeciągły, cienki krzyk.

<Jabłuszko?>

24 stycznia 2021

OD Jabłuszka CD Kurki

 Jabłuszko nie do końca wiedział, czego był świadkiem.
- Że co proszę? - zapytał, będąc zbyt zaskoczonym, by zastanawiać się nad słowami. Kurka zamruczał głośno, a jego rudy ogon przeciął powietrze.
- Już nie musisz się martwić tym mysim móżdżkiem – stwierdził, zalotnie ocierając się o starszego kociaka. Jabłuszko zamrugał, mając wrażenie, jakby w jego głowie nagle zamieszkał rój pszczół.
- M-mysim móżdżkiem? - powtórzył ogłupiony, patrząc na Kurka nieprzytomnym spojrzeniem. Arlekin zmarszczył pysk, prawdopodobnie zastanawiając się, czy Jabłuszko zamienił się na mózgi z myszą.
- Ten, który cię odrzucił - wyrecytował powoli, niczym matka tłumacząca coś swojemu dziecku. Liliowy nagle nabrał idiotycznej nadziei, że Kurka mówił do kogoś innego. Zakręcił się dwa razy wokół własnej osi - niestety, w żłobku nie było nikogo, kto mógłby być adresatem słów rudaska, a Jabłuszko zdał sobie sprawę, że właśnie kompromituje się przed wyznającym mu miłość kocurem. Ugh czemu nie mógł się teraz zapaść pod ziemię?!
- N-nie r-rozumiem, o czym mówisz - mruknął zawstydzony, kuląc się pod naporem wzroku rozmówcy. Arlekin uśmiechnął się figlarnie i otarł się o bok Jabłuszka.
- Słyszałem waszą rozmowę - wyszeptał do ucha liliowego, a tamten nagle poczuł satysfakcję, wiedząc, jakie idiotyzmy Kurek wygaduje.
- Przecież mówiłem o Psiej Łapie! - syknął z tryumfem, po czym struchlał, zdając sobie sprawę, co powiedział. Kurkowi zabłysnęły oczy, gdy stanął przed Jabłuszkiem, blokując mu drogę ucieczki. Point przełknął ślinę, przeklinając w myślach.
- Więc… - zaczął syn Wrzosowej Polany, grzebiąc pazurem w ziemi. Jabłuszko odwrócił głowę, bojąc się utrzymania dłuższego kontaktu wzrokowego. - Kim jest dla ciebie Psia Łapa?
Jabłuszko już wiedział, że jest skończony.

*skip do powrotu z wielkiej wyprawy Jabłuszka, bo nam się timeline rozjechał*

Rzeczna Bryza prowadziła syna do obozu niczym więźnia.
- P-przepraszam - wymamrotał Jabłuszko, który (pomimo radości związanej ze spotkaniem z ojcem) naprawdę nie chciał, aby mama była na niego zła. Szylkretowa zmarszczyła pysk i wbiła wzrok w dal.
Kociak westchnął, smętnie spuszczając głowę. Szczerze mówiąc, podczas swojej wyprawy nie myślał o tym, co będzie dalej. Teraz zdawał sobie sprawę, że to, co zrobił, było nieodpowiedzialne i matka miała święte prawo być na niego wściekła.
- Mogło ci się coś stać - mruknęła po chwili Rzeczna Bryza, a Jabłuszko spojrzał na nią zdziwiony - ku jego zaskoczeniu, ujrzał w oczach matki mnóstwo troski i niepokoju. - Co, gdyby mnie tam nie było? Co, gdybyś się utopił? - stwierdziła, a jej wzrok padł na wciąż wilgotne futro syna.
- Przepraszam – powtórzył z żalem. Naprawdę nie chciał, żeby mama była przez niego smutna. Rzeczna Bryza westchnęła, strzygąc uszami.
- Masz więcej tego nie robić - rozkazała ostrzejszym tonem, a Jabłuszko pokiwał głową na znak zgody. Nigdy więcej nie wyjdzie samotnie.
Weszli do tętniącego życiem obozu.
- Rzeczna Bryzo! Gdzie byliście? - zawołała Wrzosowa Polana, w kilku susach przypadając do koleżanki z legowiska. Jej zielone oczy lśniły niepokojem. - Wybacz, nie zauważyłam, kiedy wychodził - wymamrotała, wbijając zawstydzone spojrzenie w ziemię. Zza jej nóg wychylił się Kurka, natychmiast zaczynając bardzo intensywnie wpatrywać się w Jabłuszko. Rudzielec skinął głową w stronę bezpiecznego żłobka, a na pysku liliowego pojawił się szeroki uśmiech.
- Widziałeś potwory? - zapytał zdyszany arlekin, gdy w końcu udało się im czmychnąć spod czujnego wzroku matek. Jego źrenice były rozszerzone z ciekawości, a ogon niecierpliwie drżał.
- L-lepiej – wyszeptał Jabłuszko, nagle bardzo zadowolony z posiadania kogoś na kształt przyjaciela. - Spotkałem kogoś, k-kto walczy z potworami!

< Kurko? >

18 stycznia 2021

Od Kurki

Pobudka Kurki nie należała do najprzyjemniejszych- z krainy snu wyrwał go starannie wymierzony (kocurek nie dał sobie wmówić, że to przypadek) kop w pysk od śpiącej Orzeszki.
Co prawda, rudy zawsze wstawał jakąś chwilę przed przebudzeniem reszty rodzeństwa, by doprowadzić się do stanu, w którym wszyscy będą wzdychali z podziwu na jego widok, ale tym razem pora była zdecydowanie za wczesna. Przeciągnął się z głośnym ziewnięciem i zabrał się do codziennego rytuału, polegającego na dokładnym posortowaniu sierści na poszczególne partie ciała, by podkreślały jego wdzięki; cudowne, duże biodra, mięśnie łap i oczywiście jego ogromne, zielone oczy, na które to z powodzeniem mógłby poderwać nawet największe ciacho w Klanie (ups, drugie w kolejności, bo to on oczywiście jest tym pierwszym). Następnym- równie ważnym- próba miauczenia, polegająca do sprawieniu, by jego głos brzmiał jak najbardziej głęboko i męsko, jak było to tylko możliwe. Został mu już tylko ostatni krok, dopełniający jego aparycję, jakim było zdobycie jaskra.
Dziarskim krokiem ruszył w stronę wyjścia, po raz ostatni oglądając się na śpiącą matkę (na pewno nie byłaby szczęśliwa, że opuszcza Żłobek bez jej pozwolenia), po czym wyszedł na zewnątrz.
Niewielkie skupisko kwiatów, rosnących tuż przed wejściem do katowni było jedynym miejscem, w które Kurka chodził bez lęku przed smokami, minotaurami, lub innymi mitycznymi stworami, królującymi w większości jego opowieści. Wrzosowa Polana już co raz częściej pozwalała wychodzić kociętom na zewnątrz, aczkolwiek arlekin niemal nigdy nie korzystał z tej propozycji i wymawiając się "typowymi sprawami takich bohaterów, jak on’’ zostawał wraz z Jabłuszkiem w środku. Gdy pozostali obrzucali się śniegiem, bądź tarzali się w trawie, on tymczasem grzał tyłek w Żłobku, wraz z kolegą, którym nie dało się nawet pogadać. Co prawda, był świadkiem, jak ta kupa futra, zwana Orzeszką, próbowała porozumieć się z synem Rzecznej Bryzy, ale zwykle kończyło się to jego gwałtownym odwrotem tuż za plecy matki. Mimo wszystko, wolał towarzystwo przestraszonego pointa niż rodzeństwa, zwłaszcza siostry. Zawsze, gdy opowiadał swoje życiowe historie, widział, jak liliowy mu się przygląda i nie było to politowanie czy znudzenie jak u pozostałych kociąt. Patrzył na niego z PODZIWEM. Było to dla niego na tyle nowe uczucie, że czasem sam siebie przyłapywał, że część jego opowieści była skierowana właśnie do starszego kolegi.
Kocurek pokręcił głową, próbując odgonić od siebie natrętne myśli o znajomym ze Żłobka. Wybrał najładniejszy z kwiatów (by pasował do idealnej reszty) i ruszył z powrotem w stronę wejścia.
-...on mnie nie ch-chciał- usłyszał głos wspomnianego wcześniej kocura
Zatrzymał się i schował za ścianą Żłobka, próbując usłyszeć dalszą część opowieści Jabłuszka. Po nim odezwała się Rzeczna Bryza i chociaż rudy z całej siły wytężał słuch, zdołał usłyszeć tylko jedno słowo. ‘’Kochający’’. Niemal natychmiast zdał sobie sprawę, co musiało to oznaczać. Point z pewnością próbował wyznać komuś swoje uczucie, a ten go odrzucił! Było to na tyle logiczne, że zrobiło mu się głupio, że nie domyślił się tego od razu. Momentalnie poczuł żal względem syna Rzecznej Bryzy. Mimo tego, że było on wiecznie zestresowany i raczej mało gadatliwy, nie dało się ukryć jego ewidentnych walorów; posiadał przepiękne, ogromne oczy koloru niebieskiego, sierść w dosyć niespotykanej barwie i całkiem urocze pędzelki na uszach, chociaż zaiste nie dorastał Kurkowi nawet do pięt. Może też znał sposób, żeby go pocieszyć. To już ustalone; zdobędzie serce tej małej kupy futra.

***

-Przemierzałem góry i doliny, wędrowałem dniem i nocą, by dojść do celu tajemnego- kontynuował opowieść Kurka, zerkając z zaciekawieniem w stronę Jabłuszka. Tym razem wyglądał na bardziej zamyślonego niż zwykle, więc rudy postanowił dodać trochę pikanterii do jego historii, by bardziej zainteresować pointa- wtedy rozległo się wycie wielkiego sobaki!- wykrzyknął, a liliowy poruszył się niespokojnie, wybudzony z transu. Kocurek uśmiechnął się sam do siebie. Misja wypełniona.
-Nikt Cię nie rozumie, Mysi Móżdżku!- burknęła Orzeszka, a rudy poczuł jak futro na jego grzbiecie gwałtownie się podnosi.
-W takim razie sami sobie gawędźcie!- prychnął w jej stronę, dumnym krokiem odchodząc od jego słuchaczy. Czuł się niezwykle ośmieszony przez to... lisie łąjno, jakim niezparzeczalnie była jego siostra. Musiał się jakoś zrehabilitować przed synem Rzecznej Bryzy. Odwrócił się więc na pięcie i ruszył w jego stronę. Stanął w rozkroku nad przerażonym takim obrotem spraw pointem, uśmiechając się przy tym figlarnie.
-Hej, Jabłuszko- zaczął, mrugając w jego stronę- Daj mi swe serduszko.

< Jabłuszko? >

05 stycznia 2021

Od Jabłuszka

Jabłuszko był niepełny.
Zauważył to dopiero pewnego zimowego wieczoru, gdy pośród krzyków i przekleństw (mama nakazała mu zatkać uszy, ale było nieco zbyt głośno, by Jabłuszko mimowolnie nie nauczył się kilku nowych określeń), Wrzosowa Polana powiła trójkę kociąt. Kocurek wcale nie był zadowolony z przybycia na świat małych demonów – jak szybko zauważył, były one niezwykle namolne i trudno było ich od siebie odgonić. Mimo to, w tamtej chwili, gdy Śnieżna Chmura z dumą pochylał się nad noworodkami, Jabłuszko zdał sobie sprawę, że coś w jego życiu może być nie tak, jak powinno.
Nigdy nie zastanawiał się, kim jest jego ojciec. Był kimś tajemniczym, kimś, o kim Rzeczna Bryza mówiła dosyć niewiele. Jak dotąd nie potrzebował wiedzy o tożsamości kocura – miał matkę i nic więcej do szczęścia nie potrzebował. Jednak teraz za każdym razem, gdy patrzył na bawiącego się ze swoimi dziećmi Śnieżną Chmurę, czuł zazdrość i smutek. Czy ojciec go porzucił? Czy o nim wiedział? Dopiero po czasie zaczął zastanawiać się nad powiązaniem regularnych wycieczek mamy poza obóz oraz swojego pochodzenia. Czyżby odwiedzała partnera?
- O czym myślisz, Jabłuszko? - zapytała zaspana Rzeczna Bryza, leniwie przeciągając się i ziewając przeciągle. Kociak rzucił ostatnie tęskne spojrzenie w stronę Śnieżnej Chmury i westchnął cicho. Szylkretka zmarszczyła nos, podążając spojrzeniem za wzrokiem syna. - Chciałbyś porozmawiać o Psiej Łapie, prawda? - mruknęła cicho, owijając ogon wokół kocurka.
- C-czy on mnie nie… - kociak zawiesił się, próbując wydusić z siebie ostatnie słowo. Matka obdarzyła go zmartwionym spojrzeniem.
- Powoli – zasugerowała, uspokajająco wylizując jego uszy. - Tak, jakbyś opowiadał mi te swoje historie.
- … czy on mnie nie ch-chciał? - wypalił kociak, czując zażenowanie swoim jąkaniem. Rzeczna Bryza zaśmiała się krótko, przestając czyścić jego futerko.
- Twój ojciec jest najwspanialszym kocurem, jakiego spotkałam – stwierdziła cicho z pewnością malującą się na jej pysku. - Jest odważny, zaradny, kochający, potrafi sam zapewnić sobie przetrwanie… - westchnęła z rozmarzeniem, a Jabłuszko wtulił się w jej bok, nagle z całej siły pragnąc poznać tajemniczego samotnika. - Pewnego dnia i ty się z nim spotkasz – obiecała kotka, jakby czytając w jego myślach. - Ale musisz mi obiecać, że nikomu nie powtórzysz tego, co ci o nim powiem – dodała już poważniej, na co kociak rozglądnął się z przestrachem. Nie, nie chciał, żeby tatuś go zostawił.
- Obiecuję – stwierdził pewnie, wielkimi oczami wpatrując się w matkę. Chciał usłyszeć wszystko, co miała mu do powiedzenia.

***

Jabłuszko miał zamiar dotrzymać przysięgi. Czuł się dumny ze swojego pochodzenia i już wcale nie potrzebował kopii Śnieżnej Chmury za ojca. Jednak… Czemu Rzeczna Bryza nie chciała zabrać go do Psiej Łapy już teraz?
- … i tedy w okolicy rozległo się wycie wielkiego sobaki! - do uszu Jabłuszka doszedł pełen ekscytacji głos znajomego z legowiska. Wyrwany z zamyślenia kociak rzucił pełne ciekawości spojrzenie w stronę mówcy. Był to – oczywiście – nie kto inny jak Kurka, jeden z przeklętych dzieciaków Wrzosowej Polany.
- Nikt cię nie rozumie, mysi móżdżku! - burknęła Orzeszka, zamiatając swoim długim ogonem ziemię. Kurka nastroszył swoje rudo-białe futerko, z irytacją przerywając opowieść.
- W takim razie sami sobie gawędźcie! – prychnął kocurek, obracając się napięcie i dumnym krokiem odchodząc od rodzeństwa. Jabłuszko strzepnął uszami, dziękując Klanowi Gwiazdy za nieposiadanie rodzeństwa. Rzucił ostatnie spojrzenie w stronę odchodzącego Kurka i dopiero w tamtej chwili zauważył wielkie wlepiające się w niego zielone oczy kociaka.

< Kurku?