BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wirująca Lotka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wirująca Lotka. Pokaż wszystkie posty

26 grudnia 2023

Od Wiru (Wirującej Lotki) CD. Błotnistej Plamy

*dawno temu*
Znowu wyszła ze żłobka, oczywiście bez nadzoru, bo Wzburzony Potok była fatalną karmicielką. Szła sobie obozem, kiedy nagle ktoś na nią wpadł. Kot pisnął, a gdy kocię uniosło spojrzenie, szybko rozpoznało kto to był – Błotnista Plama. Ta sama Błotnista Plama, która zrzuciła ją ze swego grzbietu, odrzucając zaszczyt zostania poduszką Wiru. Młoda rozszerzyła oczy, ale zaraz wróciła do porządnej prezentacji – dumnie uniosła wysoko podbródek, mrużąc oczy. No, no… ciotka jej się naraziła. Wspomniana czekoladowa wojowniczka odsunęła się lekko do tyłu.
— P-przepraszam, j-ja... — zaczęła, ale nie dane jej było dokończyć, bo Wir jej przerwała.
— Nic się nie stało — stwierdziła chłodno, unosząc jeszcze wyżej brodę — a raczej stało się, ale mogę ci to wybaczyć i nie naskarżyć mamie. Pod jednym warunkiem. — tak, straszenie mamą było bardzo skuteczną techniką, o czym młoda przekonała się już jakiś czas temu.
Paskuda położyła po sobie uszy.
—J-jakim...?
— Że gdy tylko będę chciała, będę mogła się na tobie położyć — rzekła z powagą w głosie — i mnie nie zrzucisz.
Dawna partnerka Nastroszonego Futra zdziwiła się.
— A cz-czemu chcesz t-to r-robić...?
— Bo jesteś miękka. No ale utrzymuj higienę, bo... — spojrzała na jej futro marszcząc pysk z obrzydzeniem — masz pełno piachu na nim.
Czekoladowa skrzywiła się nieco.
— A t-twoja m-matka nie jest miękka?
— Jest, ale rzadko przychodzi do żłobka — stwierdziła. — więc, jak będzie? — spytała.

<Paskuda? Zgódź się albo śmierć>

19 grudnia 2023

Od Wirującej Lotki CD Mglistego Spojrzenia

*zanim Kawka zaciążyła, ale już po tym wybryku Mgły*

Mglista Gwiazda dokonała egzekucji. Znowu. Wątpliwości co do kocicy jak i samego Kalnu Gwiazdy, strach i niepewność o przyszłość urosły w Wirze. Mgła kazała zabić dwa, starsze koty. Tonący Pasikonik i Źródlany Dzwonek leżały martwe. Dwie, niewinne, starsze kotki, z czego jedna była już oficjalnie częścią starszyzny – takie ciche, ledwo widoczne na tle reszty obozu. Teraz leżały martwe w kałuży krwi, podobnie jak Gawroni Obłęd, który sprzeciwił się obłąkanej liderce.
Widziała, jakie uczucia to wywołało w Sumiowej Płetwie. Współczuł dwójce osieroconych kotów. Mieć trzech rodziców i nagle, niespodziewanie stracić ich wszystkich.
To musiało być okropne.
Mimo tego, że niestety jej matka przez bycie zajętą rzadko była w żłobku za dzieciństwa Wiru, a także mimo iż również później jej obecność w życiu arlekinki była nie taka duża, to i tak ta nie wyobrażała sobie życia bez niej.
Musiała przyznać. Współczuła medykom.
I nie wiedziała, co ma sądzić o własnej ciotce.
Już wcześniej zaczęła się jej obawiać. Nie raz zastanawiała się…
Czy gdyby Klan Gwiazdy, czy też cokolwiek co kazało Mgle robić te okropne rzeczy, wskazałby ją samą, czy…
Czy ciocia by ją zabiła?
To pytanie ciążyło w jej głowie niczym głaz.
Tak, cieszyła się, że dostała własnego ucznia – ale gdyby wiedziała, że to miało być tym okupione…
To poprosiła by los, by zamiast tego dał innym kotom żyć, nawet, jeśli ceną tego byłoby to, że nigdy nie miałaby własnego podopiecznego.
Dopiero po dłuższym czasie zaczęła spoglądać na legowisko starszyzny. Z zastanowieniem ukrytym pod maską obojętności.
Czy powinna odwiedzić Mglistą Zatokę, obecnie ślepą i niezbyt groźną?
Czy chciała ją odwiedzić?
Nie wiedziała. I jak na razie nie miała zamiaru podejmować tej decyzji.
***
*jakiś niedługi czas później*
Minęło… trochę czasu. I widziała, jak inne koty traktowały dawną liderkę, chociażby przy stosie zwierzyny. Szczerze nie wiedziała, czy to popiera, czy nie. Niby niebieska dostała karę… już nigdy nie zobaczy świata wokół niej. Ale mimo to…
Już od pierwszej egzekucji. Wątpiła. Wątpiła w Mgłę, oraz w sam Klan Gwiazdy. A teraz…
Nie powinna się tym zadręczać. W końcu to była już przeszłość. Niedaleka, ale przeszłość. Ciotka nie mogła jej już nic zrobić. Nie była zagrożeniem. Możliwe że czarno-biała nigdy nie dostanie pytań na swoje odpowiedzi.
Ale one ją dręczyły. Powoli ucichały, ale i tak były obecne, gdy tylko w jej polu widzenia pojawiał się Topikowa Głębina, jego siostra, czy inne koty mocno związane z tą całą sprawą. Nawet jej uczennica potrafiła sprawić, iż jej myśli schodziły na tamte tory.
Stanęła przed legowiskiem starszyzny. Wysunęła pazury, wbijając je w ziemię.
Dostanie swoje odpowiedzi. Dadzą jej spokój ducha, a ona będzie mogła to zostawić za sobą.
Sumowej Płetwy nie było w obozie. Dlatego właśnie teraz przyszła. Nie chciała, by tu był, bo nie wiedziała, jak by zareagował na wieść, że szła do Mgły. Czy chciałby ją zatrzymać, czy też byłby zły, czy chciałby z nią pójść. Wolała przypadkiem nie popsuć sobie relacji z niebieskim.
Weszła do środka a już po chwili do jej nosa doszedł znajomy zapach.
Trzcinowej Sadzawki o dziwo nie było w legowisku starszych. Dobrze, będą miały dzięki temu prywatność.
Dość szybko dostrzegła, że Mgła obróciła do niej swój pysk. Para niewidzących, uszkodzonych, zamglonych oczu wbiła się w nią. Starsza powąchała powietrze, a gdy rozpoznała zapach Wirującej Lotki, uśmiechnęła się lekko po czym skinęła jej głową.
Wir podeszła bliżej, po czym usiadła w pewnej odległości od starszej kocicy. Nastała niezbyt komfortowa cisza.
Szczerze to nie wiedziała, jak zacząć. Tak też poprzez nieodzywanie się chciała to zamaskować, aby to ciotka rozpoczęła konwersację.
W pewnym momencie niebieska westchnęła, po czym spytała zgorzkniałym tonem przerywając ciszę:
— Szukasz czegoś u tej opętanej kocicy?
— Odpowiedzi — przeszła do sedna mimo niepewności kłębiącej się w jej umyśle. Niebieska nastawiła uszu i gestem skinienia łba zachęciła młodą do podzielenia się szczegółami.
— Czy… to Klan Gwiazdy naprawdę kazał ci to wszystko zrobić? — w końcu spytała. — To… to na pewno byli oni?
Kiedyś tak gorliwie w nich wierzyła. Teraz nie wiedziała już nawet, co myśleć. Miała nadzieję, że ciotka odpowie szczerze.

<Ciociu Mgło?>

20 października 2023

Od Wirującej Łapy CD Kawczego Serca

*już jakiś czas temu*
Tego dnia udało jej się pierwszy raz upolować rybę. Zajęło jej to parę nieudolnych prób, ale jednak. Trzymała tak więc w pysku małą, ale jednak, zdobycz. Otrzepując się z wody, mentorka i uczennica odstawiły swoje zdobycze na brzegu.
— Twoja jest większa... — stwierdziła Wirująca Łapa. Przy tej rybie, którą złapała Kawcze Serce, ta jej wydawała się… mała. Jak ledwie przekąska między posiłkami.
— Ty też będziesz takie łowić, a nawet i większe! Wszystko w swoim czasie Wirująca Łapo. — miauknęła słowa otuchy jej kuzynka — To co, wracamy? Szkoda żebyśmy trenowały dalej, gdy takie piękne okazy udało nam się złowić. Może komuś ją sprezentujesz, co ty na to? Mamie, bądź siostrom... na pewno się ucieszą!
Arlekinka skinęła głową mentorce na znak zgody.
— To dobry pomysł — powiedziała, po czym chwyciła rybę w zęby. Kawcze Serce uśmiechnęła się do Wir, po chwili sama też pochwyciła swoją zdobycz w pysk, po czym obie kotki zaczęły kierować się w stronę obozu.
Trening poszedł im naprawdę nieźle. Przynajmniej zdaniem Wiru i najwyraźniej także jej mentorki, sądząc po bananie na jej pyszczku.
Po powrocie do obozu pogadały jeszcze chwilę, a potem pożegnały się i poszły w swoje strony.
***
Gąska została mianowana pierwsza! To wydarzenie co najmniej zapaliło płomyki zazdrości w sercach dwóch pozostałych czarnobiałych sióstr. Tak więc Wir jeszcze bardziej przyłożyła się do nauki. Wiedziała, że niby może już zostać mianowana, bo miała potrzebne do tego umiejętności, ale chciała je dopiąć na ostatni guzik, tak jak pewnie tego pragnęły matka i wszystkie ciotki. Tak więc trenowała, trenowała i jeszcze raz trenowała, by zapracować na swoje własne wojownicze miano. Tyle dobrego, że Kotewka nie miała większych szans w prześcignięciu jej przez swą chorobę, która przerwała jej trening. Niby kiedyś się z nią zgodziła, że fajnie by było być mianowanymi razem, ale co tam.
Jednakże nie tylko te osobiste problemy zaprzątały głowę arlekinki. Wraz z nadejściem Pory Opadających Liści zwierzyny było co kot (o ironio) napłakał, a już niedługo potem nastała mroźna Pora Nagich Drzew, która przyniosła ze sobą nie tylko śnieg i skuła lodem rzekę, ale także chorobę. Czerwony Kaszel – groźna choroba rozprzestrzeniła się po klanie. Obecnie trójka zarażonych siedziała w izolatce, którą stało się legowisko starszyzny. I tak nie mieli starszych w klanie, więc nikomu to za bardzo nie przeszkadzało. Nikt jednak nie wiedział, czy ktoś znowu się nie zarazi mimo podjętych środków ostrożności – a jak tak, to kto.
Do tego jak na złość medykom pokończyły się zioła. Córka zastępczyni nie rozumiała, jak mogło do tego dojść! W końcu czy ci nie zbierali zapasów na mrozy, podczas których przecież zdobycie jakiegokolwiek zielska graniczyć musiało z cudem? Przez to tym bardziej trudniej było wyleczyć koty znajdujące się w krytycznym położeniu. Na szczęście podobno, ku szokowi części nocniaków, dwa czekoladowe koty – Topikowa Łapa i Cuchnąca Łapa – zdobyły kocimiętkę, co poprawiło nieco stan chorych. Przynajmniej ta dwójka była jakoś ogarnięta. Sama Wir jednak nie podjęłaby się parcia w śnieżnej zamieci w poszukiwaniu czegoś, czego znalezienie graniczyło z cudem. Wolała zadbać o siebie i o swoich bliskich, a nie nadstawiać karku za nagrodę, której najpewniej nawet nie dostanie.
Tego dnia wyszła z legowiska uczniów dość wcześnie. Stanęła, po czym przeciągnęła się tuż przed nim. Rozejrzała się po obozie. Mało kotów było obudzonych – nie widziała nigdzie swojej mentorki. Wiedziała, że Kawcze Serce przez śmierć swej siostry, Morelowej Łapy była przybita. To było kolejnym motywatorem czarno-białej – chciała sprawić, by Kawka choć przez chwile mogła poczuć szczęście, dumę ze swojej uczennicy. Tak też usiadła i rozpoczęła czekanie na Kawcze Serce.
Ta jednak się nie pojawiała, a kolejni i kolejni uczniowie wychodzili na treningi. Wir była zirytowana, ale postanowiła dać kuzynce jeszcze trochę czasu – tak też poszła do kociarni, by wymienić mech i takie tam inne. Ku jej rozczarowaniu – Kawki dalej nie było.
Ostatecznie zniecierpliwiona, choć nadal z kamiennym wyrazem pyska, postanowiła sprawdzić, gdzie to jej mentorka się podziewa. Ku jej zdziwieniu nie było córki Błotnistej Plamy ani w legowisku wojowników, ani nigdzie indziej w obozie. Czyżby zapomniała o treningu? Raczej nie. A gdyby nastąpiła jakaś zmiana planów, raczej by ją poinformowała, czy to sama, czy w ostateczności poprzez innego kota. A mimo to nie było ani widu, ani słychu po wnuczce Tulipanowego Płatka.
Ostatecznie minęło tyle czasu, że aż z treningu zdążył wrócić Sumowa Łapa, bardzo zresztą zdziwiony, że Wir była w obozie.
— Naprawdę przeszukałaś cały obóz?
— Tak. Wpadła jak kamień w wodę. Nigdzie jej nie ma.
— A pytałaś o nią innych? Może poszła na poranny patrol… — zasugerował niebieski.
— Poranny patrol już wrócił — oznajmiła Wirująca Łapa.
— Oh — mruknął tylko — Czemu nie skorzystałaś z dodatkowego czasu na sen?
— Bo przecież w każdej chwili może wrócić i wtedy by musiała mnie budzić — stwierdziła arlekinka.
— No cóż, nie zanosi się na to, by miała szybko się pojawić.
Terminatorka skrzywiła się, nic nie odpowiadając. Fajnie. To co ona miała teraz robić? Pół dnia z Sumikiem nie przegada.
Wtem, jakby znikąd, w wejściu do obozu pojawiła się znajoma sylwetka czarnej kocicy. Wir od razu gwałtownie wstała, po czym ruszyła w stronę kuzynki.

<Kawko?>
 
[821 słów]
[Przyznano 16%]

16 października 2023

Od Wirującej Łapy CD Rusałki

*Pora Opadających Liści*
Leżała sobie spokojnie w legowisku uczniów, wylizując swe futerko, kiedy to podeszła do niej Pszczela Duma – a raczej już ciocia Pszczela Duma, bo kocica związała się z Makowym Polem, zyskując jakże szczytne miano ciotki.
— Witaj, Wirująca Łapo. Jesteś może zajęta? — spytała Pszczółka przyjaznym głosem.
— Akurat kończę pielęgnację sierści, a co? — spytała.
— Widzisz, przez tą ulewę moje córeczki się bardzo nudzą, a i mi przydałby się odpoczynek. Mogłabyś z nimi posiedzieć jakiś czas, pobawić się z nimi? — spytała tortie.
Młoda skinęła głową bez ekspresji na pysku. Co prawda moczenie futra nie było zbyt przyjemną wizją, ale nie miało nic przeciwko zajęciu się młodymi członkiniami Klanu Nocy przez jakiś czas.
— Bardzo ci dziękuję — miauknęła szylkretka, nim nie wyszły i nie rozdzieliły się. Matka kociaków poszła do legowiska wojowników, zaś Wir skierowała się do kociarni.
— Hej, dzieciaki. — Miauknęła ciut monotonnym głosem, gdy tylko stanęła już za wejściem do żłobka, by jej nie zlało.
A jej oczom ukazała się… dość ciekawa scena, która aż wywołała na jej pysku ekspresję, jaką było szczere zdziwienie.
Legowisko karmicielki było otoczone jaskrawofioletowymi kapeluszami grzybów, tworzących coś na kształt półokręgu, a tuż obok stało małe kocię, zatrzymane jakby wpół kroku z kolejnym okazem zerwanej leśnej ozdoby. Mały kociak obrócił w jej stronę głowę i wbił w nią zdziwione, a także przestraszone spojrzenie.
Wir już po chwili otrząsnęła się, postępując o krok dalej.
— Hm. Gdzie to znalazłaś? Jeszcze nie widziałam takich grzybów — stwierdziła, następnie pochylając się by móc lepiej się przyjrzeć znalezisku małej koteczki.
Kociak powoli odłożył grzybka na ziemię po czym odpowiedział:
— Nie mów mamie! Robimy jej niespodziankę — poprosił, po czym zrobił wielkie oczka.
— Nie powiem — stwierdziła. Wtem zza sumaków wyszedł drugi kociak, najwyraźniej uznając, że może już wyjść. Była to druga mała szylkretka, również trzymająca w pyszczku lakówkę ametystową.
— Wasza mama poszła do legowiska wojowników, więc macie dość dużo czasu by wszystko dokończyć stwierdziła.
Dostrzegła radosne iskierki w ślipkach Rusałki, która od razu po jej słowach podbiegła do legowiska i usadowiła grzybek na jego miejscu. Zaraz zawróciła się po następnego i tak kociaki rozpoczęły kursowanie.
Arlekinka widząc, że małe chyba nie potrzebowały jej pomocy, usiadła sobie, przyglądając się ich pracy.
Po jakimś jednak czasie kociaki przestały wracać, a ona zaniepokojona spojrzała w stronę sumaków, pośród których te ostatnio zniknęły.
Podeszła bliżej, następnie wchodząc głębiej między rośliny.
— Pomoże nam pani? Nie możemy dosięgnąć — usłyszała piskliwy głosik czekoladowo-rudego kociaka. Szybko dostrzegła, co było problemem. Małe nie mogły się dostać do grzybka z powodu zagradzających im drogę gałązek, których kocięta nie miały szans ani ominąć, ani przesunąć.
Wir podeszła więc bliżej, po czym chwyciła gałęzie w zęby i odgięła je tak, by zrobić małym przejście do jakże jaskrawego okazu flory.

<Rusałko?>

[439 słów]
[Przyznano 9%]

Od Wirującej Łapy CD Śledzia (Cuchnącej Łapy)

*jak Śledź był jeszcze brzdcącem*
— Czyli... jesteś moją kuzynką! — miauknął kociak lepiej już rozumiejąc sprawę z ich pokrewieństwem. — Znasz takie wspaniałe osobistości. Jesteś prawdziwą gwiazdką z nieba. Jak moje siostrzyczki. One też pochodzą stamtąd. Ja i mój braciszek za to z błota, ale ja bardziej, tak mama mówiła. Skinęła głową. Nagle wpadła na pewien pomysł.
— Moim zdaniem nie do końca. Opowiedzieć ci historię? — gdy tylko kociak kiwnął głową, usadowili się gdzieś na uboczu obozu, troszkę dalej od żłobka, by nikt nie przeszkadzał w historii.
— Jak już chyba ktoś ci opowiadał, dawno, dawno temu, panowała wieczna noc. Lecz niebo rozpadło się, a z jego fragmentów, które spadły na ziemię, powstało kilka rodzajów kotów. Srebrne niczym lśniące gwiazdy, Białe jak tarcza księżyca w pełni oraz Czarne niczym niebo. Ale poza nimi były koty równowagi, które były wieczne i miały w sobie wszystkie cechy Nieba Wiecznej Nocy. Koty czarno-białe. Twoja matka powiedziała ci, że koty takie jak ty, czekoladowe, powstały z błota, prawda?
Maluch skinął łebkiem, słuchając z zaciekawieniem opowieści.
— Dlatego opowiem ci teraz, jak powstało każde umaszczenie — rzekła, następnie robiąc dramatyczną pauzę. — jeszcze zanim powstały koty Czarnobiałe, Czarne, Białe oraz Srebrne, za czasów, gdy świat dalej był spowity wieczną nocą, istniały już kilka innych rodzajów kotów. Regularnie pojawiały się kolejne osobniki ich rodzajów. Najczystszymi z nich były koty niebieskie - powstałe z blasku księżyca odbitego w wodzie. Po nich znajdowały się trzy inne rodzaje. Koty liliowe mogły powstać z dwóch rzeczy - albo pąków wrzosu, albo kwiatów jabłoni. Te pochodzące od wrzosu, przez to, iż ten ma wiele małych pąków, miały wiele ciemniejszych miejsc, będących pręgami. Kolejnymi były koty kremowe, narodzone z piasku nad brzegiem morza. Następne były bardzo rzadkie koty płowe, które narodziły się z suchej ziemi, by usunąć jej suchość i dać upragnione życie roślinom. Cynamonowe koty, również rzadkie, powstały z uschniętych kwiatów, których pąki opadały na suchą ziemię, zasilając ją pokarmem dla dżdżownic ją użyźniających. Na już mokrej ziemi, z dżdżownicami, rosły drzewa. Z pomarszczonych drzew powstawały koty bure. Zmarszczki przekształciły się u nich w pręgi, jednak ich prawdziwa struktura ukazuje się, gdy się starzeją. Jest to proces zamieniania się w drzewo. Umierają, ale tylko pozornie, po to, by później z ziemi, w której zakopiemy ich ciało, wyrosło drzewo. Ostatnimi kotami były koty czekoladowe. Takie jak ty. Chcesz wiedzieć, jak dokładnie one powstały?
— Tak. Tak chcę! — zapewnił. — Jak nie z błota to z czego? Błoto pasuje do nas...
Zabawnie było opowiadać dzieciakowi taką dorobioną przez nią samą część wielokrotnie powtarzanej historii. Wymyślała wszystko na bieżąco i szczerze nie wiedziała, że ma taki talent do bycia bajkopisarzem, ale niech będzie. Miała zamiar wpoić małemu własną, zmyśloną wersję.
— Trochę, ale nie do końca. W końcu błoto jest jaśniejsze niż większość czekoladowych kotów, prawda? A więc, po narodzeniu się każdego płowego kota i cynamonowego kota, ziemia wilgotniała. Dzięki niej, a także błotu, powstawały koty czekoladowe. Bez nich nie byłoby drzew. One były wilgocią, namokłą ziemią, bez której rośliny nie są w stanie powstać. A gdy już na ziemi wyrosły drzewa, i wchłonęły wodę, część z nich okazała się być gładsza niż reszta. To właśnie z nich powstały koty czekoladowe, nasycone dobrodajną wilgocią. Po ich odseparowaniu się od drzew, te stawały się takie jak reszta. Pomarszczone — rzekła. — ale to nie koniec tej historii. Chcesz wiedzieć, co było dalej?
— Mówiłem, że z błota! — pisnął maluch. Następnie pokiwał główką. Widać było, że był zaciekawiony i chłonął każde jej słowo. Podobała jej się taka kolej rzeczy.
— Koty żyły sobie. Nie mieszały się między kolorami, nie wiedziały, co to partnerstwo, czy też miłość, nie miały własnych dzieci. Powstawały wyłącznie z podanych rzeczy. Jednak pewnego dnia, a raczej nocy, przestały powstawać. Tak po prostu. Nie było już suchej ziemi, na której uschnięte liście mogłyby leżeć i być jedzonymi przez dżdżownice. Kwiaty, w tym wrzosu, przekwitły, a te jabłoni przemieniły się w jabłka. Nie zostało już żadnego drzewa, które mogłoby wydać na świat czekoladowego kota, ani żadnego, które mogłoby dać życie buremu. Blask księżyca dalej istniał, jednak z jakiegoś powodu stał się mniejszy. Ciemniejszy. Nie było już tak jasno, jak dawniej. Oczywiście, zawsze było ciemno, ale wtedy już bardziej. Tak, jak w nocach, które my obecnie doświadczamy. Koty to zmartwiło, jednak najgorsze było to co nadeszło później — przerwała, by zrobić napięcie.
— Czy świat zaczął się zmieniać i te kotki przestały powstawać, bo ostatnie czekoladowe kotki powstały i zaburzyły to wszystko? — zadał pytanie kociak Zajęczej Troski.
Nie lubiła tego ciągłego zwalania na czekoladowe koty wszystkiego, co najgorsze, więc uznała, że inaczej je przedstawi w swojej opowieści. Mimo tego, iż kociak był jej dzięki wierze w bycie gorszym posłuszny, szkoda jej było tego, że nie widział w sobie pewnie nic dobrego.
— Nie. Po prostu skończyły się materiały. A najgorsze było to, że zwierzęta, przez ciemność udały się w sen. Ciągle spały, nie wychodząc ze swych małych norek, do których koty nie miały dostępu. Jedynymi, które dalej były zbudzone, poza kotami, były lisy, borsuki, kuny, jenoty, wilki, sowy i inne drapieżniki. Dawniej były spokojne i żyły z kotami w zgodzie. Ale przez wieczne niewyspanie, bo one nie mogły zasnąć w ciemnościach, stały się tym kim teraz są. Bezlitosnymi drapieżnikami. Polowały na koty, zabijając je. Ubywało ich ciągle i ciągle, bez przerwy. Przerażone koty wszystkich istniejących wtedy maści zebrały się pod przewodnictwem niebieskich. Zwane były one szamanami. Jako jedyne ich pochodzenie było związane z niebem, więc zaczęły dowodzić ceremoniami błagając niebo, by znów stało się jasne, zwierzyna się obudziła, a drapieżniki poszły spać. Ale ono nie słuchało. Koty nie wiedziały dlaczego. Do tej pory gdy była naprawdę wielka potrzeba, a one prosiły, dawało. Ale tym razem nie. Wtedy pewien kot, przywódca swego rodzaju, najstarszy ze swoich, wpadł na pomysł.
— Jaki pomysł? — wypytywał kociak, chcąc pewnie już znać zakończenie.
— Kot czekoladowy, najmądrzejszy ze swoich, postanowił złożyć Niebu ofiarę. W imieniu wszystkich kotów czekoladowych, bo jako jedyne miały one odwagę na takie poświęcenie, stanął w blasku gwiazd i księżyca, otoczony mrokiem Wiecznej Nocy. Uniósł łeb, wbił spojrzenie w niebo, po czym powiedział "My, czekoladowe koty, wiemy, co to znaczy pragnąć czegoś. Nas traktują jak błoto, dzięki któremu tu jesteśmy. Uważają za najgorszych. Jednak dzięki temu tylko my mamy odwagę to zrobić. Poddajemy się twojej władzy, Niebo Wiecznej Nocy. Ty zawsze dawałoś wszystkim kotom to, czego pragnęliśmy. My rozumiemy, że teraz pragniesz za to poświęcenia, ofiary. My nią będziemy. Nasza wola. Proszę, ześlij nam jasność i przywróć porządek."
I wtedy niebo zaczęło pękać. Wszystkie koty wystraszyły się, jedynie stary kocur był stoicko spokojny. Niebieskie, liliowe oraz bure koty uciekły w popłochu, uznając, że niebo było obrzydzone darem z czekoladowych kotów. Ale było wręcz przeciwnie.
To rozpadło się, a jego kawałki opadły na glebę. Zamiast Księżyca, Gwiazd oraz wiecznego mroku, na nieboskłonie pojawił się błękit. Tam, gdzie niegdyś wisiał księżyc, znalazło się słońce. Oślepiło koty, które nigdy wcześniej nie zaznały takiego blasku. Czekoladowe koty jednak nie uległy jego pokusom, grzejąc się w nim tak jak Niebieskie, Liliowe i Bure zrobiły, gdy odkryły, że nie było niebezpieczeństwa. Ruszyły na poszukiwania Nocnego Nieba. Szły ciągle i ciągle, a słońce wiecznie wiszące na nieboskłonie parzyło je w karki. One przewidziały zagrożenie, jakie powstało. Słońce za długo obecne parzyło. Liliowe, Niebieskie i Bure też to w końcu zrozumiały. Całe poparzone zaczęły błagać niebo, dając mu różne dary. To jednak zamiast przestać tak grzać, zesłało im na ziemię kilka nowych kotów. Kotów złotych. Te zaczęły wahlować resztę, ale to nie działało. Uznając, że nie chcą, by ich brak boskiej mocy wyszedł na jaw, rzekły, że aby reszta kotów otrzymała upragniony chłód, musiały im usługiwać. A gdy te to robiły, najbardziej posłuszne z nich szły do nory. Zimnej nory, w której przebywali do tej pory wyłącznie złoci tyrani. A czekoladowe dalej szły, nie zważając na gorąc, szukając tego, co zostało z nieba. Po jakimś czasie z żaru powstały kolejne koty - były to koty rude. Były bardziej odporne na gorąc, więc zostały posłańcami złotych kotów.
A czekoladowe tymczasem dalej podróżowały i w końcu dotarły do gór. Po księżycach wspinaczki, weszły do jaskini, w której ukryły się fragmenty Nieba Wiecznej Nocy. Koty srebrne, czarne, białe oraz oczywiście czarnobiałe, ich liderzy. Koty te żywiły się nietoperzami nieskończonych, kamiennych, górskich tuneli. Piły wodę z krystalicznego wodospadu wewnątrz jaskini. Czekoladowe koty poddały się ich woli. Dodały jednak problem gorąca. Jeden mądry, czarnobiały kot postanowił że niebo powinno wrócić na swoje miejsce. Jednak reszta ras zaczęła się sprzeczać. Chciały pozostać osobnymi jednostkami, kotami wielkich ras. Tylko czarnobiałe miały na tyle rozumu, by wiedzieć, że wieczny gorąc i żar słońca nie dadzą kotom tego, czego pragnęły. Dobrego życia. Dlatego też tylko niewielka część z tych kotów postanowiła stać się na powrót jednością z nieboskłonem i sobą nawzajem.
Koty czekoladowe, przewodzone przez święte rasy wróciły do reszty umierających z gorąca i przepracowania kotów. Czarnobiały lider, a raczej liderka, opowiedziała historię swoją i reszty jej ludu, składającego się tylko z kotek. Powiedziała, że ona i część kotów staną się na powrót niebem, ale nie będzie ono takie jak dawniej. Wieczne. Co jakiś czas będzie się zmieniało na dzienne, ale w takich odstępach czasu, by nie szkodzić tak bardzo. Nakazała także części niebieskich kotów stać się deszczem, by nawilżyć ziemię, części burych i czekoladowych drzewami, bo poprzednie uschły z gorąca, liliowym wrzosami i kwiatami jabłoni. Tak też zrobili. Na koniec koty czarnobiałe stały się na powrót niebem. I nastała pierwsza, zwykła noc.
Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Koty poznały miłość, zaczęły mieć dzieci mieszanego pochodzenia, a wspomnienia dawnych wydarzeń zatarły się wraz z pokoleniami. Jednak część kotów to zapamiętała. Ja jestem ostatnia, która zna całą historię.
Skończyła wymyśloną odpowiedź, czekając na reakcję kociaka. Liczyła na nie wiem, oklaski czy coś w tym stylu. W końcu jej się należało! Musiała się postarać, by to wymyślić na poczekaniu!

<Śledź? Kłaniaj się pani bajkopisarce>

[1600 słów]
[Przyznano 32%]

10 października 2023

Od Wirującej Łapy

*dawno temu już, pora nowych liści*
Ten dzień zaczął się jak każdy inny.
Wstała rano, przeciągnęła się, po czym rozpoczęła pielęgnację futra, a gdy dobiegła ona końcowi, arlekinka wyszła z legowiska uczniów. Dość szybko w jej oczy rzuciło się niebieskie futro przyjaciela. Sumowa Łapa właśnie wyjmował piszczkę ze stosu. Wir ruszyła w jego stronę.
— Kotewka pewnie zaraz by ci skarciła, że patrzysz z takim zastanowieniem na gryzonia. Bo przecież „One są nie zdrowe, tylko ryby mają to coś!” — udała swą siostrę. Tylko przy niektórych osobach pozwalała sobie na takie rzeczy – jedną z nich był właśnie Sumik. Znali się od kociaka i zaprzyjaźnili się mimo tego, jak ich charaktery potrafiły ze sobą kolidować. Oboje nie byli personami z którymi łatwo było nawiązać nić porozumienia, więc ich przyjaźń była tym bardziej dziwna. Ale Wir to nie przeszkadzało. W porównaniu w końcu z Kotewką byli nisko na skali dziwności.
— Ta, twoja szurnięta siostra — mruknął Sum, dalej zastanawiając się, co zjeść. Nie to, żeby wybrzydzał, ale akurat było do wyboru pare różnych piszczek, więc czemu by się nie zastanowić? Sama Wir również zaczęła spoglądać na nie innym wzrokiem, rozmyślając, na którą to ona sama najbardziej ma ochotę. — Jak sądzisz, kiedy znowu zacznie padać? — spytał jej towarzysz.
— Nie mam pojęcia, pew-
— Niech każdy dorosły kot bez wyjątku zbierze się w centrum! — przerwał jej niespodziewanie głos liderki Klanu Nocy, który jak grom z jasnego nieba przerwał codzienną rutynę klanowiczy. Kotka spojrzała w stronę swej ciotki, obok której siedziała jej matka. Wraz z Sumikiem powoli podeszli bliżej. Dość szybko zebrał się cały tłumik pobratymców, zaciekawionych tym, cóż to miała zamiar srebrna ogłosić. Kiedy już większość obozu stanęła przed obliczem Mglistej Gwiazdy, ta kontynuowała przemowę.
— Klan Gwiazdy ponownie przemówił! — od razu na pyski kotów wstąpił szok. Zaczęły się jakieś pojedyncze szepty, zdziwionym spojrzeniom nie było miary. Sama Wir słyszała przecież o tym, iż już jakiś nie tak dawny, przynajmniej z perspektywy starszych kotów, czas temu, Klan Gwiazdy rozkazał, aby jedna z poprzednich liderek przestała piastować stanowisko. Wir wpatrywała się w ciotkę z ciekawością a także niepewnością. W końcu co było tak ważnego, że Klan Gwiazdy, ich święci przodkowie się odezwali? Czyżby jedna z legendarnych przepowiedni? A może coś zagrażało ich klanowi? Nawet na jej Kamiennym pysku było widać pewną dozę zaciekawienia, a szczególnie w jej pomarańczowych oczach, choć jak zazwyczaj była po prostu Wirem – mało okazującym emocje. — Nie zamierzam bezczynnie patrzeć na to, jak cierpieliśmy przez setki księżyców, a teraz gdy wszystko ma się odwrócić wśród nas pojawiają się zdrajcy!
Oczy Wir rozszerzyły się, a ta spojrzała na równie zaniepokojonego Sumika.
— Zdrajcy? — zdziwił się kocur, jednakże nim zdążyła przeanalizować, co się stało, zastanowić się, odpowiedzieć, liderka kontynuowała.
— Na szczęście Gwiezdni byli łaskawi, i przekazali mi informację o zdrajcy. Już za chwilę stanie on przed sądem ostatecznym! Gawroni Obłędzie. Podejdź.
Dwójka uczniów, jak i reszta zgromadzonych wbiła spojrzenie w kocura. Wir wiedziała, że krążyła o nim nie jedna plotka, a sama jej ciocia Mak wyrażała się o nim co najmniej niepochlebnie. To on był zdrajcą? Nie wyglądał na takiego, bo zamiast być zdenerwowanym, musieć być wypychanym z tłumu, bojąc się kary, czarny kocur po prostu wyszedł przed oblicze liderki, jakby nieporuszony tą informacją, co jeszcze bardziej skonfundowało córkę zastępczyni.
— Gawroni Obłędzie, miałeś już do czynienia z wymiarem sprawiedliwości, dlatego chcę byś stanął teraz u mego boku.
— Co? — wyszeptali praktycznie równo Sum i Wir. Co tu się wyprawiało? Po co taka tajemnica? Napięcie było nie do zniesienia, niech w końcu powiedzą, kto to i coś z tym zrobią, a nie!
Ojciec Topika niepewnie skinął łbem by następnie usiąść po drugiej stronie liderki. Wraz z Sroczym Lotem spoglądali z oczekiwaniem w zgromadzonych.
Przez chwilę jeszcze panowała pewna wrzawa w tłumie, nim ten nie ucichł, w oczekiwaniu na zdradzenie tożsamości kota, który narażał ich klan. Gdy nastała cisza, a córka Tulipanowego Płatka mogła spokojnie kontynuować, przywódczyni raz jeszcze prześledziła wzrokiem grono zebranych.
— Sarni Tupocie. Wystąp.
Widziała, jak jej przyjaciel cały spiął się. Oboje nastroszyli się, podobnie jak oskarżony kocur.
Ten wyszedł wyłonił się powoli z tłumu po chwili, a tak samo jak Sumika, tak i czarno-białą ogarnęło niezrozumienie i wręcz coś na kształt strachu, choć to drugie w całej krasie musiał odczuwać syn oskarżonego. Jak to Sarni Tupot? Może i wrzeszczał ciągle w żłobku, gdy byli kociakami, ale czy zrobiłby… coś takiego? Przecież… zawsze wydawał się gburowaty, ale i lojalny. Podobno brał udział nawet w przegonieniu jakichś samotników z Brzozowego Zagajnika. Ryzykował własne życie… i do tego prowadził kiedyś to całe śledztwo w związku z śmiercią jakiegoś tam Zdradzieckiej Rybki, którego Wir coś tam kojarzyła z zabaw poza żłobkiem. Poza tym, to był w końcu ojciec Sumika! On mógłby zdradzić? Czy Mglista Gwiazda na pewno dobrze zinterpretowała przekaz od Gwiezdnych?
— Sarni Tupocie, zostałeś naznaczony przez sam Klan Gwiazdy by ponieść konsekwencje swoich czynów, przyznaj się do nich a twoje męki zostaną ukrócone szybko śmiercią — wymiauczała surowym tonem niebieska. Jej ślepia zdawały się świdrować duszę wojownika.
Śmiercią…
Śmiercią?!
Ona chyba nie mówiła poważnie, nie?
— Chyba na łeb upadłaś? Zamierzasz podważać moją lojalność na podstawie snu? Może wymorduj od razu pół klanu, bo tak ci się przyśniło! Jesteś jeszcze bardziej pierdolnięta niż poprzednie liderki.
Liderka rzekomo poczęta przez sam Klan Gwiazdy uniosła brew, a tuż po tym ze zgromadzonych wyrwał się na przód biało-czarny kocur, był to nikt inny jak Kwitnący Łoś.
— Widziałem go. Rozmawiał z nimi. Z Błękitnym Ogniem. O-on nas zdradził...
Wir spojrzała na kolejnego oskarżającego. Na Sarni Tupot. Na ciocię Mgłę, która zdawała się w ogóle nie brać pod uwagi swej pomyłki, nawet nie sprawdzić samej czy działania Sarny były faktycznie podejrzane, czy nie, mimo, że właśnie skazywała go na śmierć. Potem arlekinka wbiła spojrzenie w matkę. I dostrzegła na jej pysku uśmiech. Ledwo widoczny, ale ona była w stanie rozpoznać ekspresje swej matki lepiej, niż inni.
— A więc mamy świadka. Klan Gwiazdy nigdy nie kłamie, ani się nie myli. Nie ma sensu tego niepotrzebnie przedłużać, Gawroni Obłędzie?
Czarny jak noc kocur skinął łbem i oblizał pysk.
Wszystko rozgrywało się w tak szybkim tempie, że nawet Wir nie była w stanie całkowicie objąć umysłem tego, co właśnie się działo.
— N-nie zrobisz tego! Nie ośmielisz się — syknął Sarna.
Liderka zignorowała wszelkiego rodzaju sprzeciwy i błagania o litość, gestem machnięcia łbem nakazała Gawronowi wykonać jeden prosty rozkaz. Wspomniany wojownik natychmiast rzucił się na kocura, tak szybko że ten nie zdążył nawet zrobić kroku w tył. Ogromne cielsko przygniotło drugie do ziemi ograniczając możliwość jakiegokolwiek ruchu czy oddechu.
Zierenice Wiru rozszerzyły się z przerażenia. Sumia Łapa cofnął się o krok, patrząc na przerażającą scenę, na moment, w którym dusza opuszczała ciało jego własnego ojca.
— Pamiętajcie, Gwiezdni czuwają, jeśli ześlą mi kolejne sny nie zawaham się ponownie was tu zwołać. Razem stanowimy siłę, potęgę! Żaden klan nie będzie się mieszał w nasze sprawy, a jeśli to zrobią, ostro tego pożałują! — zawołała ostatni raz przywódczyni, spoglądając w martwe ślepia Sarniego Tupotu.
Koty szeptały. Odsuwały się. Przez chwilę panował jeszcze chaos, nieprzenikniona cisza, potem gwar, aż w końcu wszyscy…
Po prostu się rozeszli.
Wir nie wiedziała co powiedzieć. Stała tak nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie widziała.
Jej ciotka…
Jej ciotka skazała kota na śmierć…
Na podstawie snu i jednego zeznania.
Spojrzała na Sumiową Łapę. Na pysku kocura malowały się różnorakie emocje – strach, złość, żal i najzwyklejszy w świecie smutek. Kocur po chwili obrócił się, po czym ruszył do legowiska uczniów.
— S-sumiku — miauknęła drżącym głosem, po czym podążyła za młodzikiem.
Gdy tylko weszli do legowiska, ten padł na swe posłanie i wbił nos w mech.
Nie mogła sobie nawet wyobrazić, co właśnie przeżywał.
— Sumiku… — zaczęła cicho, o dziwo łagodnie.
— O-o-odejdź… — wydobył się cichy, drżący głos kocura.
— Nie ma mowy — warknęła Wir, następnie kładąc się tuż obok płaczącego i okrywając go ogonem. Po chwili położyła na nim swój łeb. O dziwo nie odtrącił jej. Została więc z nim, chcąc jakkolwiek mu pomóc w obliczu tego, co go spotkało.
***
Od tamtego czasu… zaczęła się czuć niepewnie. Rozumiała, że bycie liderem wymaga trudnych decyzji, ale to? Była wierna Klanowi Gwiazdy i pokorna, ale czy powinno się od tak zabijać kota, gdy ten ześle znak? Na oczach jego rodziny, przyjaciół? Czy po jednym zeznaniu, które na dodatek wypłynęło dopiero po pierwszym oskarżeniu, a nie przed, można było kogoś skazać?
Najwyraźniej Mglista Gwiazda nie miała wątpliwości. Tak samo Gawroni Obłęd a nawet… nawet jej własna matka.
I to Wirującą Łapę przerażało.

[1374 słowa]
[Przyznano 27%]

18 września 2023

Od Wirującej Łapy CD Kawczego Serca

*przed egzekucją Sarniego Tupotu*
— Dokąd teraz idziemy? Do Klanu Klifu czy Burzy? — spytała uczennica Kawczego Serca. Była ciekawa, gdzie zmierzają.
Kuzynka uśmiechnęła się do arlekinki, nie odpowiadające jej na pytanie, jedynie zachęcając ją by przyspieszyła kroku. To wzbudziło jeszcze większą ciekawość młodej.
Dość szybko dotarły chyba do celu, jednak Kawka zatrzymała ją. Nie pozwoliła się jej zbliżyć, póki nie sprawdziła okolicy. Kazała jej się schować w zaroślach. Wir wykonała polecenie bez słowa, choć tak naprawdę nie była zbytnio zadowolona z takiej nadmiernej troski. W końcu kto by zaatakował ot tak koty nie na swoim terenie? Chyba tylko jakiś samotnik, o których wcześniej rozmawiały.
— Możesz podejść Wirująca Łapo! — po jakimś czasie dotarł do niej głos Kawki, a kotka szybko wyszła z krzaków. Do jej nosa dotarły dziwne wonie. Po chwili Kawka wyjaśniła, gdzie były — Tuż zaraz za tym kamieniem na lewo biegną tereny Klanu Klifu, a na prawo Klanu Burzy. Zapamiętaj, by nigdy nie przekroczyć granicy. Możesz nie trafić na wyrozumiałego kota, który ci pozwoli wrócić na spokojnie do siebie... — rzuciła smętnie. Co ciotka miała na myśli? Przecież nie wejdzie na tereny innego klanu… Kocica na jej pytające spojrzenie pokręciła głową i zaczęła iść, kierując się w prawą stronę, tak by wróciły z powrotem wzdłuż jeziora. Wirująca Łapa od razu ruszyła za Kawką.
Szły tak i szły, póki nie stanęły nad brzegiem jeziora. Spokojna, łagodna tafla i lekki szum wody koiły zmysły Wiru. Ta usiadła, zamykając oczy i wsłuchując się w dźwięki natury.
— Gotowa na naukę pływania? — do jej uszu doszedł głos Kawki.
Arlekinka otworzyła swe pomarańczowe ślipia, po czym skinęła głową.
Córka Błotnistej Plamy zachęciła swą kuzynkę, by ta weszła do wody. Wir wahała się tylko przez moment. Wkroczyła w mokrą ciecz, która od razu oblała jej łapy. W miarę wchodzenia była coraz bardziej zalewana przez wodę, a jej futro nasiąkało nią. Szła coraz dalej i dalej, póki siostrzenica zastępczyni nie kazała jej się zatrzymać. Tak też zrobiła. Wtedy Kawka spytała ją, jak się czuje, a po upewnieniu się, że uczennica jest spokojna, młoda wojowniczka kazała jej pomału zacząć machać łapami. Pierwszy moment, Wir musiała przyznać, nie był łatwy. Oderwanie łap od podłoża było psychologicznie nie małym wyzwaniem. Umysł kazał jej trzymać się podłoża, mentorka nie. Ostatecznie po chwili udało jej się, a ona zaczęła powoli machać łapami. Córka Sroki czuła się... dziwnie. Kompletnie inaczej niż na stałym lądzie. Uniosła brodę wyżej, by na pewno nie nalało się jej nic do nosa ani do pyska.
— Bardzo dobrze ci idzie. — pochwaliła ją Kawka — Teraz wyjaśnię ci, co i jak. Łapy są dla pędu. Musisz unosić głowę w górze, co już robisz, by nie nalała ci się woda do nosa ani do pyska. Nie bój się wody, może być niebezpieczna, ale powinna być twoim przyjacielem, nie wrogiem, jak u każdego nocniaka. Dobrze. Teraz postaraj się przepłynąć kawałek i…
Tak minął im trening.
Po powrocie do obozu Wirująca Łapa osuszyła resztki zmoczonej sierści, które nie wyschły podczas powrotu. Było jej co najmniej zimno po wyjściu z wody. Córka Nastroszonego mówiła, że poszło jej dobrze, dlatego terminatorka była zadowolona z nauki. No, to podstawy już znała. Czuła, że opanuje umiejętność pływania z łatwością, jak przystało na nocniaka z krwi i kości, którym nie była, o czym jednak nie miała pojęcia.
***
*niedługo później*
Zbudziła się na kolejny trening. Ziewnęła szeroko, rozglądając się po legowisku. Gdy tylko dostrzegła, że jej sióstr ani synów Wzburzonego Potoku nie ma, wpadła w lekką panikę. Gdzie oni wszyscy zniknęli? Czyżby zaspała?! Od razu wyskoczyła jak oparzona z legowiska, ale wtedy przypomniała sobie, że musi być cała w nieładzie. Nie mogła tak się pokazać! Szybko wyczyściła swe futro, po czym wymaszerowała z legowiska terminatorów, oczywiście z gracją. Dlaczego Sumowa Łapa jej nie obudził?! Mówiła mu, by to robił, gdyby zaspała! Ugh!
Gdy wyszła nie dostrzegła jednak na zewnątrz ani uczniów, ani Kawczego Serca czekającej na nią. Dziwne…
Obóz jednak tętnił życiem, a słońce nie było zdecydowanie nisko na nieboskłonie.
Wir ruszyła do legowiska wojowników. Gdy tam zajrzała, dostrzegła tylko jedno futro dalej leżące na legowisku i śpiące w najlepsze.
Zaraz…
Kacze Serce? Ona też zaspała? Ale musiała mieć farta.
Chwila moment…
Wtedy ją olśniło, przecież poprzedniego dnia wyszły na nocne polowanie!
Usiadła, po czym zajęła się dodatkową pielęgnacją futerka, by zrobić to dokładniej, niż wcześniej w pośpiechu. Po chwili, gdy już uznała, że lśni tak jak zwykle, podeszła do mentorki, po czym ułożyła się obok niej. Skoro już wstała, mogła być bliżej Kawki, by ta szybciej ją obudziła, gdy już wstanie i by mogły jak najprędzej pójść na następny trening.

<Kawcze Serce?>

[746 słów]
[Przyznano 15%]

01 września 2023

Od Wirującej Łapy

*ostatnia wiosna*
Tego dnia poszła na trening wraz z Sumową Łapą. Z Kawczym Sercem umówiły się, że one same zrobią swój trening po południu. Tymczasem Wir miała zamiar sprawdzić, czy to co Sumik mówił o Przyczajonym Drozdoniu było prawdą.
Niebieski powiedział jej bowiem, że kocica jest co najmniej dziwna – nie pozwala mu na treningach polować na gryzonie, wyłączenie na ptaki i ryby. Do tego podobno kotka miała dziwny styl wypowiedzi i często zadawała jakieś filozoficzne pytania. A na dodatek wściekała się, gdy jej terminator nie umiał stwierdzić, czy dany gryzoń to nornik czy nornica. Słysząc te wszystkie relacje swego przyjaciela, Wir aż trudno było w nie wszystkie uwierzyć. Postanowiła więc sama się o tym przekonać.
Podeszła z gracją do złotej kocicy i Sumika. Starsza od razu obróciła się w stronę wyjścia do obozu i ruszyła przed siebie. Dwójka uczniów podążyła za nią. Wir była gotowa się przekonać, jaka czekoladowa jest na własne oczy.
Szli tak razem przez dłuższy czas w ciszy, póki Wir w końcu jej nie przerwała.
— Dzisiaj będziemy polować, tak?
— Tak — mruknęła Drozdoń.
— Idziemy na łowiska w pobliżu Klanu Burzy, tak?
— Tak.
Czyli pierwsza z rzeczy, które powiedział syn Sarniego Tupotu okazała się prawdą. Kocur rzucił jej tryumfalne spojrzenie. Ale nie tak prędko. Jeszcze nie wiedziała, czy reszta również nią była.
Sumowa Łapa postanowił odezwać się po dłuższej chwili.
— Na co dzisiaj polujemy?
Drozdoń zatrzymała się, po czym odwróciła się w stronę uczniów.
— Na sierpówki. Jedzą nasiona i różnorakie rośliny. Wiem gdzie najbardziej lubią siedzieć. Kochają jagody berberysu, czerwone, eliptyczne — opisała owoce kocica.
Gdy tylko dotarli, rozpoczęli szukanie ptaków. Rozdzielili się – Przyczajony Drozdoń poszła sama w prawo, a Wir i Sumik w lewo.
Zaczęli skanować teren w poszukiwaniu potencjalnej zdobyczy, jednocześnie wąchając powietrze i próbując wyczuć zapach zwierzyny, który wskazałby im położenie. Po jakimś czasie Wir dostrzegła leżące pod jednym z krzewów jasne pióro. Zatrzymała się, trącając Sumika końcówką ogona, a następnie wskazując na nie nosem. Gdy popatrzyli w górę dostrzegli owoce odpowiadające opisowi Drozdonia. Większość krzewu była jednak ogołocona, co wskazywało na niedawne żerowanie.
— Powinniśmy zaczekać, aż wróci na kolejny posiłek.
— Nie sądzę, by tu wróciła — stwierdziła Wir.
— Dlaczego? — spytał zaskoczony niebieski.
— Bo zostało tego niewiele. Bardziej jej się opłaca pójść na kolejny krzak. Poszukajmy takiego z większą ilością owoców — zasugerowała, po czym nie czekając na opinię Sumika ruszyła przed siebie. Odwróciła się jednak, czując, że kocur nie podąża za nią. Dostrzegła, że ten przypadł do pozycji łowieckiej. Po chwili wypatrzyła sierpówkę po przeciwnej stronie krzewu. Sumik zaczął powoli okrążać roślinę, by po chwili znaleźć się w takim położeniu, że był zasłonięty przez gałęzie, ale na tyle blisko, by szybko móc wyskoczyć zza kryjówki i dopaść sierpówkę. Przyczaił się, a gdy ptak zaczął odskubywać owoc, mając głowę ustawioną do niego tyłem, wyskoczył.
Ptak jednak błyskawicznie poderwał się do lotu i już po chwili zniknął im z oczu.
— Mówiłem, że wróci tu dokończyć!
— To dlatego, że po drugiej stronie zostały jeszcze owoce, czego wcześniej nie miałam jak dostrzec — rzekła z powagą Wir, przewracając oczyma. Sumowa Łapa ruszył w jej stronę, ale po chwili zatrzymał się i wskazał za na jej ucho.
— Masz tam pióro.
— Ah, tak. To prezent od Kawczego Serca. Dostałam na zgromadzeniu.
— Oh. No to — kocurek przerwał, by chwycić pióro sierpówki, które wcześniej znaleźli, a następnie położyć je pod łapami Wiru — Włożysz mi za ucho? Będziemy oboje mieli pióra.
Wir zgodziła się skinieniem głowy, po czym włożyła kocurowi za ucho jasne pióro.
— Jak wyglądam? — spytał Sumik.
— Dobrze — odparła Wir.
Oboje lekko uśmiechnęli się, następnie ruszając na dalsze poszukiwanie zwierzyny.

[581 słów]
[Przyznano 12%]

23 sierpnia 2023

Od Wirującej Łapy

*ostatnia wiosna*
Gdy tylko pierwsze promienie słońca padły na jej powieki, czarna arlekinka zaczęła się rozbudzać. Niechętnie przeszła ze świata snów, do rzeczywistości, przez jeszcze kilka minut próbując usnąć, bezskutecznie. Ostatecznie otworzyła swe jasnopomarańczowe ślipia po czym przeciągnęła się na swym posłaniu, następnie przekrzywiając głowę i patrząc, kto jest w legowisku. Dostrzegła dwie ze swych sióstr – Kotewkę i Gąskę, smacznie śpiące. Legowisko Pianki było jednak puste. Kotka chyba dość mocno przykładała się do treningu, bo na ostatnim łączonym wypadzie przejawiała duże zdolności. Nie wiedziała, jak było z Gąską, a raczej TuPtAjĄcĄ ŁaPą. Wir na samo wspomnienie zgromadzenia przewróciła oczami, następnie przekręcając głowę by spojrzeć w na drugą część legowiska uczniów, gdzie smacznie spał Kolcolistna Łapa. Sumika jednak nie było nigdzie widać. Kotka podniosła się do siadu, po czym rozpoczęła czyszczenie swego futerka. Powoli, ale porządnie myła językiem swą sierść, póki nie uznała, że prezentuje się niczym ciocia Mak. Następnie wstała po czym ruszyła do wyjścia z legowiska. Zastanawiało ją, gdzie podział się ten głupek. Miał ją zbudzić, gdy będzie wychodził na trening. Czyżby znowu się obraził na to, że zachowywała się jak „wyniosła Wir”?
Gdy tylko wyszła dostrzegła obóz w jego pełnej krasie. Naprawdę lepiej się patrzyło z wysokości. Pamiętała dalej widok z dołu i to jak poprosiła Kawkę, by ta ją poniosła. Ale przez zawistne siostry nie skończyło się to tak, jak młoda sobie wymarzyła. Kotka dostrzegła kilka kotów już obudzonych i właśnie rozpoczynających dzień. Pośród nich dostrzegła Sumowa Łapę, grzebiącego w stosie zwierzyny. Podeszła do kocura, następnie stając tuż obok i przyglądając się jego wahaniu, gdy ten wybierał, co chce zjeść na śniadanie.
— Nie jesteś za wybredny? — parsknęła.
— Znalazła się księżniczka — burknął Sumowa Łapa, po czym chwycił w zęby tłustego nornika. — Safas zrofis mi fykład, żef to dla czfarnych kotów jak twoje sioftrzyczki — dodał obrażony, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył na ubocze obozu.
Starsza kotka podążyła za nim z czystą gracją w ruchach, tak jak uczyła ją ciocia Makowa Pole, a gdy ten usiadł w końcu na tyłku, czarno-biała usadowiła się obok niego niczym królowa, unosząc brodę w górę. Byli co najmniej ciekawym połączeniem. Aż dziw, że się dogadywali.
— Ty nie głodna? Twój szlachetny brzuch się nie upomina?
— Nie brzuch, tylko żołądek — poprawiła kocura dla zasady, choć to drugie słowo nie było aż tak plebejskie. — Wolę najpierw coś upolować, niż zjadać zwierzynę przed przysłużeniem się dla klanu.
— Wczoraj jakoś miałaś inne zdanie na ten temat — zauważył niebieski, wgryzając się w nornicę. Po chwili dostrzegł spojrzenie przymrużonych oczu utkwione w nim. — O nie, nie ma mowy.
— Podziel się — zażądała, opierając się bokiem o Sumową Łapę, następnie schylając się do zwierzyny i wgryzając w nią.
— Ej — warknął niezadowolony. — A co z szlachetnym byciem idealną uczennicą?
Nie odpowiedziała na to, pochłaniając około połowy piszczki Sumika w te pędy. Poprzedniego dnia nie zjadła za wiele na kolację, więc była głodna.
— Ale ty jesteś — parsknął kocur, następnie przysuwając łapą do siebie pozostałą piszczkę.
— Spokojnie, skończyłam. Jak chcesz to ci taką upoluję.
Kocur parsknął lekko, zatapiając kły ponownie w posiłku. Spędzili tak czas na gadaniu i wytykaniu sobie nawzajem wad, póki Kawcze Serce jej nie zgarnęła i nie wyszły razem na trening.

[519 słów]
[Przyznano 10%]

05 sierpnia 2023

Od Wirującej Łapy CD Kawczego Serca

*przed zgro of course, drugi dzień bycia uczniem przez Wir, zima*
Tak jak Kawcze Serce poleciła, położyła się spać wcześnie. Obudziła się następnego dnia i rozpoczęła go od porannej toalety. W końcu jej czarnobiałe futro musiało się prezentować idealnie, nawet jeśli by to się miało zepsuć podczas treningu.
— Co ty to futro tak pieścisz jak kocię – spytał Sumia Łapa mający legowisko niedaleko Wir.
— To że ty nie dbasz o swoje to twoja sprawa. Ja mam piękne i nie będę go zaniedbywać — stwierdziła z powagą, następnie rozpoczynając wylizanie drugiej z tylnych nóg. — Ta, ta, jasne. Przyznaj, po prostu pedantka z ciebie — stwierdził kocur, unosząc brodę niczym Wirująca Łapa i zaczynając ją przedrzeźniać — Ohoho, jestem Wir, mam takie piękne, czarnobiałe futro i jestem lepsza od wszystkich, więc ono musi lśnić, by im o tym przypominać.
Kocica przeniosła spojrzenie na kocura zaprzestając wylizywania, a następnie wstając.
— A ja jestem Sumik i mam zwykłe, szare futro, więc dogryzam innym — burknęła, robiąc naburmuszoną minę jaką można było nieraz u niego zaobserwować.
— Ej! — warknął młodszy, rzucając się następnie w jej stronę. Kotka jednak uniknęła jego ciosu po czym pędem ruszyła do wyjścia z legowiska. Skoro zanosiło się na potyczkę nie mogli jej robić w uczniowskiej siedzibie, bo obudzą jej siostry i Kolcolistną Łapę, a nie miała zamiaru się przed nimi z tego tłumaczyć, choć Sumika to widocznie nie obchodziło.
Wyskoczyli z legowiska, a niebieskiemu tym razem udało się ją dorwać, przewalając na ziemię. Poturlali się kawałek po czym wstali, szybko odskakując od siebie. Córka Sroki stanęła w rozkroku, przygotowana na odskoczenie przy następnym ataku przeciwnika. Na jej pyszczku pojawił się lekki uśmiech. Trochę zapasów nikomu nie zaszkodzi, prawda?
Sumik również się uśmiechnął, jednak znacznie widoczniej, po czym zaczęli skakać do siebie próbując się nawzajem uderzyć, ale samemu nie obrywając. I tak pląsali po całym obozie, raz jedno waląc drugie. Sumia Łapa skoczył na Wir, przybijając ją do ziemi, jednak ta skopała go z siebie cicho się śmiejąc.
— Proszę, proszę, Wir przestała być sztywna, co to za okazja?
— Do wygrania z tobą — odparła, szybko podrywając się z ziemi i znów zaczynając walkę.
Nie zauważyli jednak, iż ktoś właśnie wychodził z legowiska wojowników i miał zamiar stać się jednym z najpewniej jedynych trzech wybudzonych już kotów.

[357 słów]
<Kawko?>
[Przyznano 7%]

04 sierpnia 2023

Od Wiru(Wirującej Łapy) CD Makowego Pola

*dawno temu*
Od dnia w którym jej spojrzenie pierwszy raz spotkało się z tym należącym do Makowego Pola, koteczka przyglądała jej się uważniej. Czasem nawet specjalnie siadała przy wejściu do żłobka by patrzeć na srebrną kocicę. Już wtedy dostrzegła, iż ta miała klasę, jak przystało na czarno-białego kota, a szczególnie płci pięknej. Chód córki dawnego zastępcy, jej ruchy i spojrzenia, w tym wszystkim widać było klasę, styl, oraz oczywiście władczość, jaką powinna się wykazywać taka osobniczka jak ona. Dlatego, wiedząc, iż często miękczy to serce dorosłych kotek, gdy tylko Mak wkroczyła do żłobka, Wir podeszła pod jej łapy, po czym miauknęła:
— Ciocia?
W istocie, chciałaby mieć taką ciotkę. Nigdy ich za dużo, prawda? Miała już dwie, mogła mieć i trzecią. Szczególnie taką, która cechowała się byciem idealną wręcz damą.
— Tak. Jestem ciocia Makowe Pole, witaj kruszynko. Ależ z ciebie dama... Mama musi być dumna. — Złapała łapą jej pyszczek, oglądając go z każdej strony, co mocno zaskoczyło Wir, ale tylko nieco rozszerzyła oczy na ten ruch. Mak się nie cackała, to trzeba było przyznać — Ale musisz popracować nad chodem. Jest niezły, ale nie idealny. — Starsza oblizała łapę, którą zaraz wytarła brudną plamkę z policzka Wiru — No teraz lepiej.
Kąciki pyska młodszej uniosły się ciutkę na moment, a jej oczy zabłysły, lecz ta zaraz wróciła do swej chłodnej postawy.
— Czy możesz mi pokazać, co mam zrobić, by chodzić jak ty? — spytała, unosząc łebek wyżej by móc patrzeć w oczy wojowniczce.

< ciociu Mak? <3 >

31 lipca 2023

Od Wiru (Wirującej Łapy) CD Kawczej Łapy (Kawczego Serca)

*dawno temu*
Ugh! Czemu one nie mogły dać jej spokojnie posiedzieć na Kawce! To był JEJ pomysł! Ona powinna być pierwsza. Zasyczała, po czym rzuciła się w stronę Kotewki, która zaczęła całe to przepychanie się swą chęcią wyczyniania wygibasów na grzbiecie ich starszej kuzynki. Pożałuje!
— Kawka jest moja! – warknęła, usiłując zrzucić siostrę z uczennicy. Ta jednak tym razem nie dała się tak łatwo zepchnąć, a ostatecznie vanka połączyła siły z Gąską i zepchnęły pomarańczowooką z grzebitu córki Paskudy. Ta upadła na ziemię, wzniecając nieco pyłu. Wściekła zaczynając się podnosić zgromiła wzrokiem dwie kotki, które teraz walczyły z Pianką. To był dobry moment…
Zaczęła ponownie wspinać się na kotki, a gdy te już miały zwalić liliową z czarnego grzbietu, Wir ponownie wykorzystała ich nieuwagę i zepchnęła je. Jednakże wtedy właśnie Pianka skorzystała z taktyki dymnej i mimo swego miłego usposobienia zepchnęła młodą rozproszoną arlekinkę.
— AAAA! — zawarczała wściekła Wir która znalazła się przy pozostałych czarnych kotkach. — Pianka!
— Przepraszam! — miauknęła od razu biało-liliowa kicia — Kawko, szybko, w nogi! — krzyknęła od razu z entuzjazmem. O dziwo Kawcza Łapa posłuchała i wystrzeliła jak z procy z młodą kotką wczepioną w jej grzbiet. Trzy pozostałe kulki od razu zaczęły je gonić, ale nie miały szans z dorosłą uczennicą. Miały za krótkie, serdelkowate łapki.
— A niech to! — powiedziała niezadowolona Kotewka, marszcząc nos.
— Popieram — mruknęła Gąska.
— To wszystko wasza wina! — warknęła natomiast Wir, rzucając się na siostry. I tak oto rozpoczęła się walka mini futrzaków.
***
Nie mogła uwierzyć, że to był ten dzień. Że dzisiaj miały właśnie zostać uczennicami. Sroczy Lot wylizała je dokładnie, by dobrze prezentowały się na ceremonii. Gdy już były gotowe i miały wychodzić ze żłobka, Sumik podszedł do niej.
Dymna uniosła zdziwiona brwi, bo kocurek niósł coś w pyszczku.
— Hej… — zaczął niepewnie kociak, z którym była chyba najbardziej zżyta poza rodzeństwem — To dla ciebie — powiedział, po czym włożył jej kwiatek za ucho. Był fioletowy.
Lubiła fiolet.
Właśnie zaczęła się pora nowych liści. Kocur musiał mieć wyjątkowe szczęście albo dużo szukać, że znalazł kwiatek w takim właśnie kolorze.
— Dzięki — powiedziała o dziwo nie tak chłodno jak zwykle, z wdzięcznością wyczuwalną w głosie dla tych, którzy ją lepiej znali.
Kocur skinął jej głową. Nim zdążył cokolwiek dodać, choć nie zdawało się, iż miał taki zamiar, kotka podeszła do swego posłania po czym wyciągnęła coś z niego.
— A to jest dla ciebie — powiedziała. O dziwo Sumik zajmował w jej sercu miejsce specjalne. Był jedną z niewielu osób spoza rodziny do których tak się zbliżyła. Mimo ich trudnych charakterów i kłótni, jakoś się dogadywali i rzadko żywili do siebie nawzajem urazę, nawet po większych sprzeczkach. To była chyba… pierwsza przyjaźń nie rodzinna jaką Wir zawarła… huh… nawet ona nie zdawała sobie sprawy, jak ważny był w jej życiu Sumik aż do teraz.
Co dała Wir niebieskiemu kocurkowi?
Żuka. Wiedziała, że miał już zasuszoną ważkę, więc żuk może też mu się spodoba? Był on lśniący i miał niebieskie pokrywy skrzydłowe. Nie wiedziała, jak umarł. Liczyło się to, iż uznała, że będzie dobrym prezentem dla Sumika.
Kocur zdziwił się nawet bardziej niż ona, gdy dostała swój prezent. Mruknął słowa podziękowania, chwytając żuka między łapy i oglądając go dokładnie. Po chwili jednak jego matka przerwała im, mówiąc, by się pospieszyli. Na dodatek do uszu Wir doszło wołanie Sroki i reszty rodzeństwa, więc arlekinka szybko wybiegła ze żłobka.
Za nią udali się zaś synowie Wzburzonego Potoku i sama liliowa, bo mieli mieć mianowanie zaraz po czwórce sióstr.
Gdy stanęły przed obliczem ciotki, Mglistej Gwiazdy, Wir rozpierała duma oraz uczucie, które rzadko pojawiało się u niej w takiej ilości. Ekscytacja, która sprawiała, iż jej serce dudniło, a puls raz za razem przyspieszał. Tylko w jej oczach widoczne było, jak podekscytowana jest i to nie w pełnej krasie. Uniosła dumnie podbródek, czekając na słowa liderki, chcąc już, już teraz dowiedzieć się kto zostanie jej mentorem lub mentorką!
<Kawcze Serce? :3>

05 lipca 2023

Od Wiru Do Makowego Pola

Czy oni kiedyś przestaną się kłócić?! – zastanawiała się czarna koteczka, gdy uszy jej więdły od wrzasków Wzburzonego Potoku i Sarniego Tupotu po raz chyba setny. W końcu nie wytrzymała, wstając i spoglądając na nich piorunującym spojrzeniem.
– Przestańcie – warknęła, ale jej słowa nawet do nich nie dotarły – PRZESTAŃCIE! – wrzasnęła głośniej, zwracając na siebie uwagę dwóch kotów – Uszy. Mi. Przez. Was. Więdną! – wysyczała.
– A mi więdną przez wasze ciągłe zabawy, nie wtrącaj się smarku! – odparowała liliowa karmicielka – Idź na zewnątrz, jak tak to ci przeszkadza.
O. dostała pozwolenie na wyjście. Coś nowego. Ruszyła do obozu, lecz zatrzymała się, dostrzegając, jak w jej stronę idzie młodszy od niej Sumik.
– Też chcę wyjść – miauknął, kładąc uszy.
– Dobra – rzekła chłodno – Tylko mnie nie spowalniaj. – dodała jeszcze stanowczo, wychodząc ze żłobka.
Chwilę zajęło, aby jej oczy przystosowały się do światła. Gdy w końcu zaczęła widzieć ostro, ruszyła przed siebie, a za nią potruchtał niebieski. Niestety mimo bycia poza terenem kociarni, krzyki rodziców kocurka dalej były słyszalne nawet tutaj.
Stanęła na środku obozu, zastanawiając się, co zrobić. Po chwili podeszła do stosu ze zwierzyną i wyciągnęła z niego mysz. Sumik podszedł bliżej i chciał dotknąć jej łapą, ale szybko odsunęła ją od niego.
– Jesteś za młody, by to jeść. – rzekła.
Kocur napuszył się, ale nie odpowiedział. Razem odeszli gdzieś dalej i usiedli sobie na uboczu, a Wir rozpoczęła pałaszowanie gryzonia, obserwowana przez dwoje zielonych oczu.
– Co – spytała, czując na sobie spojrzenie kocura.
– Nico! – warknął, siadając. Kolejny krzyk z kociarni sprawił, że jego ogon zaczął latać na boki.
Arlekinka sapnęła z irytacją.
– Jak zwykle… – burknęła.
Spojrzała na wyjście z obozu. Dostrzegła wchodzące dwie wojowniczki. Jedna była srebrna, druga niebieska szylkretowa w pręgi. Wir wbiła w nie spojrzenie przymrużonych oczu, co również zrobił Sumik za jej przykładem. Spojrzenie pomarańczowych oczu spotkało się z tymi należącymi do córki dawnego zastępcy, jednak kotka nie odwróciła wzroku. Wir uniosła lekko podbródek, by wyglądać bardziej przyzwoicie i z klasą. Rzuciła starszej chłodne spojrzenie. Wyglądała na zadbaną. Chyba nazywała się… Makowe Pole.

<Mak?>

Od Wiru Do Błotnistej Plamy

Mama poszła na patrol z ciociami, więc "opiekowała" się nimi tylko jędza znana także jako Wzburzony Potok, co oznaczało opiekę praktycznie zerową. Wir wyszła więc ze żłobka i ruszyła do legowiska wojowników, uznając, że w kociarni nic po niej. Gdy stanęła w przejściu dostrzegła iż w środku była jedynie czekoladowa kotka - Błotnista Plama, jej ciotka o której mówiła jej Sroczy Lot. Podobno była pokraką życiową… no i do tego narzekano na jej czekoladowe futro. Arlekinka uznała jednak, iż skoro jest to jej ciotka to może jej się do czegoś przyda?
Czarna podeszła do odwróconej do niej tyłem ciotki, a następnie wlazła jej na grzbiet nim ta zdążyłaby cokolwiek zrobić. Lekko ugniotła futro ciotki po czym położyła się na nim w pozycji bochenkowej, chcąc wypocząć i użyć jej jako posłania.
Nagle ciotka zaczęła się wiercić, próbując ją zrzucić. Przerażone kocie nie wiedzące, co się dzieje, słyszące jakieś dziwne dźwięki z pyska wojowniczki, wczepiło się w nią pazurami i zacisnęło oczy, próbując nie zaliczyć gleby. Przerażona pisnęła, czując, jak robi jej się niedobrze.
– ROBAAAAAK! – wrzasnęła czekoladowa, zrzucając ją z siebie.
Wir uderzyła głucho o ziemię, a natychmiast po jej ciałku rozniosła się fala bólu. Wszystko ją bolało. Otworzyła swe wielkie, pomarańczowe załzawione oczy i spojrzała na Paskudę, zaczynając płakać.

<Paskudo? Patrz co zrobiłaś>

Od Wiru Do Strzyżykowego Promyka

Wzburzony Potok i Sarni Tupot znów się kłócili, a jej uszy od tego pękały. Próbowała zatykać je mchem i łapami, ale nic to nie dawało. W końcu poddała się i wybiegła ze żłobka tak jak wcześniej jej siostry. Powinna była razem z nimi się wymknąć już wtedy.
Rozejrzała się po obozie, ale nie dostrzegła trzech koteczek. No cóż. Podążyła więc do jedynego legowiska poza tym należącym do Śnieżnej Gwiazdy, którego jeszcze nie zwiedzała, gdy tylko liliowa karmicielka znów ich ignorowała.
Powoli weszła do środka, a do jej nozdrzy od razu dostał się ostry, a zarazem słodkawy zapach ziół. Pociągnęła nosem i od razu kichnęła. Przetarła nos łapą. Uch. Zaczynał ją znowu swędzieć…
Znów potarła go łapą, po czym ruszyła dalej. Spod przymrużonych oczu oglądała zioła. Podeszła do jakiejś kupki białych kwiatów. Nie były to na pewno stokrotki, bo je akurat znała – to był chyba kwiat, który każdy kot był w stanie zidentyfikować. Usiadła, przyglądając się nieznanej roślinie. Słyszała, że medycy leczyli tym zielskiem koty. Była w sumie ciekawa, jak to robili i do czego to co miała przed sobą służyło. Powąchała pęd od razu znów kichnęła i wtedy właśnie usłyszała coś. Ruszyła dalej, a głębiej w legowisku ujrzała rudą kotkę sortującą zioła. To była ta… no… jak jej było… niech to gęś kopnie…
Strzyżyk? Strzyżykowy Piorun? Pazur? Promień? Coś na P.
Podeszła do kotki cicho, po czym usiadła obok. Ta sortowała jakieś listki. Jedne były włochate, a drugie nie. Gdy kotka niechcący przełożyła jeden włochaty na miejsce tych nie włochatych nie zauważając tego i kontynuując, Wir postanowiła się wtrącić nagle wchodząc jej pod łapy i wyciągając niewłaściwy liść z kupki, po czym odwróciła się do medyczki.
– A fo nie fu? – spytała przez zęby wskazując na drugą kupkę.

<Strzyżyk?>

01 lipca 2023

Od Wiru Do Sroczego Lotu

*Niedługo po wyprawie wędkarskiej Sroki, po której ta przyniosła do klanu trzy czarne i jedną liliową zdobycz*
Mała kicia spała sobie w kącie żłobka przy swych siostrach, wtulona w ich futerka. Nie było jej jednak tak ciepło, jakby chciała – grzbiecik i ogonek, a także uszka kotki nie stykały się z rodzeństwem, przez co były bardziej narażone na utratę temperatury. Kotka automatycznie przybliżyła do siebie swój ogonek, w celu zachowania jak najwięcej ciepła. Jednak mimo tej nieudolnej próby już po chwili ta obudziła się, złakniona czyjegoś mruczenia. W jej łebku pojawił się obraz Trusi, a mała kotka pisnęła cichutko. Chciała wtulić się futro w kogoś dorosłego, tak, by to otuliło ją z każdej strony. Jednak nie miała zamiaru przytulać się do Wzburzonego Potoku, tej jędzy, która ciągle wrzeszczała. Wstała więc na łapki i ruszyła do wyjścia. W nos uderzyło ją zimno a ona odsłoniła kiełki, zła na wiatr, że śmiał ją tak oziębiać już na samym starcie. W końcu była czarno biała, a mama Sroczy Lot mówiła, że to znaczyło, iż była lepsza! Nie powinien jej tak traktować! Kulka puchu zaczęła iść w stronę legowiska wojowników pośród trzcin – w końcu przez to, że karmicielka obecna we żłobku nie zwracała na czwórkę znajdek większej uwagi, poznała już trochę rozkład obozu. Gdy w końcu weszła do środka, zaczęła szukać tego jednego, podobnie jak to jej czarno-białego futerka. Gdy w końcu po dłuższym błądzeniu między śpiącymi dorosłymi znalazła mamę, od razu zaczęła ocierać się o nią, aby po momencie rozpocząć próby wciśnięcia się między przednie łapy kotki.
<Mamo? <3>

29 czerwca 2023

Od Wiru CD Kawczej Łapy

*niedługo po narodzinach Sumika i Kolcolistka*
Bawiły się razem z siostrami w berka. O dziwo, nawet Wir przystąpiła do gry, gdy Gąska pacnęła ją w bark a Kotewka zaczęła przekonywać, jak to arlekinka powinna się więcej ruszać, bo to bo tamto…
Przez to Wir ledwie dostrzegła, że ktoś wchodzi do żłobka. Zatrzymała się na chwilę, by spojrzeć na nowo przybyłą – była to jej kuzynka, Kawcza Łapa. Nim zdążyła cokolwiek więcej zrobić, na przykład podejść do kotki, została powalona przez Piankę, co sprawiło, iż skupienie dymnej zostało z powrotem przekierowane na siostry i to co robiły. Razem skakały po żłobku, a większość słów jakie wypowiadały starsze od ich czwórki kotki przechodziło przez jedno ucho każdej z sióstr, a drugim ulatywało.
— Uciszcie się, głowa mi już pęka od waszych krzyków! - zawołała w stronę sióstr sprawująca nad nimi „opiekę” liliowa kocica.
Dopiero gdy w żłobku rozbrzmiał głos Wzburzonego Potoku cała czwórka zaprzestała zabawy. Kotki spojrzały na najstarszą w kociarni osobniczkę, a Wir zmrużyła oczy i zmarszczyła ledwie widocznie nosek, okazując swe niezadowolenie. Jakby karmicielka im nigdy nie przeszkadzała… poza tym, jak śmiała je uciszać! Trzy z nich były czarne i do tego należały do rodziny zastępczyni! Powinna mieć choć trochę więcej szacunku do ich czwórki, a szczególnie do niej!
— Bądź tak miła i je zabierz na zewnątrz, chciałabym mieć chwilę spokoju... — dawna członkini Klanu Wilka zwróciła się do obecnej tam uczennicy.
— Taki właśnie miałam zamiar! — odparła Kawka, po czym skierowała się w ich stronę. Wir od razu zmieniła mimikę pyska na bardziej neutralną, przyglądając się kuzynce. — Dzień dobry Pianko, Gąsko, Wirze i Kotewko... — zaczęła w większości czarna terminatorka, przyglądając się im przez krótką chwilę — Widzę, że od rana uprzykrzacie życie Wzburzonemu Potokowi. Co powiecie na to byśmy pobawiły się na zewnątrz, w obozie? Może uda się namówić waszą mamę, by z nami udała się później trochę dalej, na przykład na Kolorową Łąkę. A na razie pobawimy się tu blisko...
Czwórka kotek ochoczo przystała na propozycję, w tym Wir. Chyba wszystkie nie lubiły tego, jak Wzburzony Potok się do nich zwracała… choć co do Pianki to nie była pewna. Ona lubiła wszystkich i starała się być miła. Było to zdaniem arlekinki nawet słodkie. Gdy ich piątka wychodziła minęli się z Sarnim Tupotem.
— Oho, zaraz będą się kłócić — wypowiedziała swe myśli na głos dymna, spoglądając swymi pomarańczowymi ślepiami w stronę dwójki dorosłych.
Od razu jej siostry zaczęły dokańczać za nią temat. Wir przyzwyczaiła się, że jak jedna się odzywała, to często i cała reszta zaczynała trajkotać. Tak to już było w ich czwórce.
— Zawsze jak ON przychodzi, to się kłócą. My możemy wyjść na zewnątrz, ale szkoda tych małych kocurków...
— Biedaki podczas ich kłótni głośno kwilą...
— I kto tu komu życie uprzykrza, hm?!
— Chodźcie, idziemy — miauknęła Kawcza Łapa, opuszczając żłobek wraz z nimi. Od razu gdy wyszli kotki zaczęły łazić w około. Pianka rozpoczęła szukanie nowych kwiatków do wplecenia w futerko, Gąska poszła jej z tym pomóc a Kotewka… Kotewkowała, jak to mówiła Wir, gdy vanka rozpoczęła jakieś rozciąganie kończyn.
Dymna zaś przysiadła sobie obok córki Nastroszonego Futra. Z ich miejsca pobytu dalej było słychać kłótnię Wzburzonej i Sarniego Tupotu. Wir przewróciła oczyma na to, rozpoczynając wylizywanie swej łapy. Po chwili niebieski kocur wyszedł ze żłobka i udał się gdzieś indziej, wyraźnie zdenerwowany i niezadowolony.
— No to teraz czas poczekać do jutra, aż wróci i znowu się zacznie – burknęła arlekinka, kończąc pielęgnację futerka.
Nim ta zdążyła cokolwiek powiedzieć, Wir zdążyła rozejrzeć się wokoło i stwierdzić, że z jej wysokości nie widać pewnie wielu rzeczy, przez stopień zarośnięcia obozu. Kotka przeniosła spojrzenie na starszą od siebie uczennicę, po czym spytała:
— Mogę na ciebie wejść? Stąd niewiele widać, a chciałabym obejrzeć obóz. — wyjaśniła powód prośby, czekając na odpowiedź.
<Kuzyneczko?>