BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeżyk x Wróżba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeżyk x Wróżba. Pokaż wszystkie posty

14 stycznia 2024

Od Jeżyk CD Wróżby

— Wstajemy.
Młode otworzyło swe błękitne oczęta.
— Mama? Lukier? — wydobyło się z pyska kocięcia. Już po chwili spojrzenie wielkich ślipi padło na jej pysk, a młode wyraźnie wystraszyło się. Nastroszyło futerko, położyło po sobie uszy, a po chwili zaczęło rozglądać się na boki. Jeżyk już miała spokojnie spróbować powiedzieć małej, że nic jej nie zrobi i że ta jest bezpieczna, ale wtedy właśnie prosto w jej pysk trafiła kępka siana. Zaskoczona czekoladowa wydała z siebie zdziwiony pisk. Już po chwili otrzepała się jednak i spojrzała na małe uważniejszym wzrokiem. Arlekinka już trzymało następną porcję „amunicji” gotowa, by nią rzucić w starszą kotkę.
— Ło, ło, poddaję się! Zawieszenie broni! Biała flaga! — zaczęła mówić zasłyszane od pieszczochów wyrażenia — Spokojnie, nic ci nie zrobię. Jestem Jeżyk — oddała już ciut mniej prędko, widząc, że mała nie przymierzała się do ponownego rzutu sianem, choć dalej miała je w gotowości. — znalazłam cię samą w krzaku, twojej mamy chyba nie było tam długo, bo wyglądasz, jakbyś od dawna nie jadła. Pozwoliłam więc sobie zabrać cię w bezpieczne miejsce.
— Jeżyk… — mruknęło młode pod noskiem — zna pani moją mamę?
— Nie, niestety nie.
Młode przeniosło spojrzenie w bok.
— Nie wie pani, gdzie mogłaby być?
— Tutaj też muszę cię zawieść. Ale mogę jej później poszukać. Najpierw jednak muszę zająć się tobą. Jak ci na imię? Chcesz może wody?
— Jestem… Piernik.
— Piernik… tak. Ładne imię. Chodź, złociutka — postanowiła użyć określenia, jakie nieraz padało z pyska jej babki — pójdziemy do miski z wodą, to tylko kawałek od szopy…
***
Wróciła właśnie z kolejnej kontroli skrytek, gdy nagle dostrzegła biegnącą w jej stronę Piernik.
— Jeżyk! Jeżyk! — wykrzyczała mała, po czym z impetem wparowała w starszą. Nie przewróciła jej oczywiście – była zdecydowanie zbyt mała, by być w stanie wytrącić ją z równowagi. — Gdzie byłaś? Czemu nie wzięłaś mnie ze sobą?
— Następnym razem możemy pójść razem, jesteś już dość duża. A byłam na sprawdzaniu skrytek z ziołami. A ty, urwisie, czemu wyszłaś sama z ogrodu? Przecież wiesz, że ci nie wolno.
— Przepraszam… ale tak bardzo chciałam cię znaleźć! I ci coś powiedzieć!
— Co takiego? — spytała starsza zaciekawiona.
— Że już nie jestem Piernik.
— Jak to nie jesteś Piernik?
— Nie jestem! Od teraz nazywam się Wróżba!
— O… to całkiem… ładne imię — nie była pewna, co powinna zrobić w sytuacji, gdy dziecko samo sobie zmieniało imię. Miało dobry gust, tak, ale nie sądziła, że to było normalne. — Wyjaśnisz mi, skąd ta nagła decyzja?
— Nie nagła! Od dawna nad tym myślałam. Chcę mieć imię jak wy! Takie… inne! — stwierdziła młoda.
— Jak my?
— No jak reszta z Kamiennej Sekty!
Starsza po chwili uśmiechnęła się ciepło, mrucząc. Czyli młoda tak jak mówiła Skowronek przywiązała się do nich. Chciała być jedną z nich.
— Twoje imię jest idealne, Wróżbo.
***
Wróżba uciekła.
Znowu.
Opieka nad małą była ciekawym przypomnieniem, jakie słodkie, kochane, a także nieposłuszne mogą być kocięta, chociaż młoda weszła już defakto w wiek młodego ucznia. Nie zmieniła się jednak bardzo przez te kilka księżyców, podczas których z nimi żyła.
Jeżyk zastanawiała się, gdzie młoda mogła pójść. Zazwyczaj gdy czarnej szylkretce zdarzało się uciekać, wcześniej wyrażała słownie lub i nie zainteresowanie czymś lub rzadziej kimś. Na przykład domem Bryzy, albo kryjówką pod starą restauracją, którą pewnego razu Jeżyk i ona odwiedziły, albo stawikiem w jednym z ogrodów dwunożnych…
Tak też po szybkim wypytaniu Cyni, Goshenitu i Jerzyka udało jej się dowiedzieć, że mała pragnęła pójść do ogrodu, o którym usłyszała od jednego z jej dzieci. Podobno ten nawet teraz, podczas Pory Nagich Drzew, bez swoich kolorowych kwiatów i pięknych motyli na nich siadających, miał w sobie pewien urok.
Tak też Jeżyk porzuciła wszelkie inne plany na ten dzień, i wybrała się wraz z synem by poszukać ich małej zguby.
Czy żałowała, że zdecydowała się opiekować tym małym szkrabem, który choć słodki, sprawiał jej tyle problemów?
Ani trochę.
— Gdzie teraz? — spytała burego, gdy rozglądali się po jednej z uliczek po drodze, na wszelki wypadek, gdyby młoda zgubiła się lub po prostu rozproszyła.
— Na prawo — jej mały taranokot wskazał jej lekko kierunek nosem.
Po jeszcze chwili przyspieszyli kroku, by następnie dotrzeć do wysokiego, ciemnego płotu, lekko oprószonego śniegiem.
Jeżyk usiadła, napięła mięśnie, po czym skoczyła na drewnianą konstrukcję. Już po chwili zeskoczyła z płotu, znajdując się po drugiej jego stronie, a parę uderzeń serca później tuż obok wylądował jej syn.
Oboje usłyszeli głosy dwunogów, dochodzące gdzieś z wnętrza domu. Bynajmniej nie brzmiało to jak ich zwykła, trochę przygłośna rozmowa – a jak większa kłótnia. To nie było dla nich korzystne, ale Jeżyk nie mogła tak po prostu teraz wyjść z terenu podburzonych Wyprostowanych. Nie, gdy Wróżba mogła jeszcze tu być i gdzieś się chować.
— Wróżbo! — zawołała ciut ciszej, niż by to zrobiła, gdyby dwunodzy nie byli obecni gdzieś niedaleko. — Wróżbo, możesz już wyjść… wracajmy może do szopy, co? Na pewno jest ci zimno…
Wtem oboje z Jerzykiem dostrzegli kamienie, leżące na dziwnie wypukłej kupce śniegu.
Na początku myślała, że to może mała Wróżba coś zbudowała, na wzór kamiennych stosów, ale im bardziej się zbliżała, tym oczywistsze stało się to, iż część tego co brała początkowo za zwykły biały puch, tak typowy dla obecnie panującej pory…
Było futrem.
Gdy dotarło to do niej przyspieszyła.
Dość szybko dostrzegła wcześniej nieznajdującą się w jej polu widzenia strugę, nie, strugi krwi barwiące okoliczny puch.
Jerzyk również był zaskoczony, ale szybko zaczęli usuwać kamienie i strzepywać śnieg z biało-czarno-rudego, małego ciałka.
— Wróżbo? Wróżbo, odezwij się, proszę! — miauknęła, przerażona trącając kotkę nosem. Bok młodej jednak nie unosił się, jej oczy były zaciśnięte jakby w bólu, a całe ciało zdawało się pokiereszowane przez siłę uderzenia rzuconym w praktycznie kocię twardym przedmiotem. — Wróżbo…
Jak mogła na to pozwolić. Miała się nią opiekować. Zapewnić bezpieczeństwo i nowy dom.
A zamiast tego mała leżała tu, z połamanymi kośćmi, nieżywa.
Po policzkach Jeż spłynęły słone łzy, gdy zrozumiała, że już nigdy nie dane jej będzie opowiadać tej małej kupie futra historii na dobranoc, nie będzie mogła odpowiadać na jej rozmaite pytania o nazwy roślin, owadów i nielicznych w mieście grzybów czy porostów. Że już nigdy nie zorganizuje małej tej wycieczki do lasu, którą planowała ze względu na to, jaką miłością młodsza pałała do natury. Że już nie pobawią się w chowanego w ogrodzie, ani nie pouczy młodej za próbę wspięcia się na parapet po firankach wyprostowanych, ani za tykanie ich dziwnych, ostrych przedmiotów bez pozwolenia.
Wraz z Jerzykiem wzięli ciało małej, po czym opuścili ogród najszybciej, jak się dało, by nie skończyć jak biedne, niczemu winne kocię, za którego śmierć Jeżyk będzie się teraz obwiniać.

Żegnaj, Wróżbo, bardzo mi przykro, że tak to się skończyło [*]

03 grudnia 2023

Od Piernik (Wróżby) CD. Jeżyk

 Była zmęczona i zapłakana. Mamy dalej nie było i coraz bardziej traciła nadzieję że kiedykolwiek wróci do bezpiecznego krzaka. Nie widziała już wyraźnie gdyż słone krople na jej pysku całkowicie zasłaniały jej widoczność. Zobaczyła brata Lukra. Od razu chciała wtulić się w sierść brata i czuć że przynajmniej on przy niej jest. Już wyciągnęła łapę by go dotknąć ale niczego nie poczuła. Obraz rozmył się w powietrzu. Powiało zimnym powietrzem a młoda jeszcze bardziej się skuliła. Wtedy usłyszała na zewnątrz głosy na pewno należały do kociaka i dwóch kotek. Może mama znalazła kogoś kto by im pomógł? Wiedziała w głębi serca że powrót rodziny z pomocą jest niemożliwy lecz nadal ślepo wierzyła że to właśnie oni. Nie myśląc nic wybiegła z krzaka i skierowała się do najbliższej kotki i w połowie drogi spytała
-Mama?- próbowała przytulić się do dorosłej lecz zanim zdążyła zrobić chociażby kilka kroków padła na ziemię i straciła przytomność.
***
Zaczęła się budzić.
-Wstajemy- usłyszała. Otworzyła błękitne oczy i zapytała
-Mama? Lukier?- lecz nigdzie ich nie widziała. Zobaczyła za to pysk szylkretowej kotki której nie znała. Przecież ta kotka mogła ją zjeść! Zaczęła panikować. Chciała powiedzieć "Odsuń się ode mnie ty wielki potworze!" Ale zbyt się bała by cokolwiek powiedzieć. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu broni przeciwko dużym kotom. Wzięła trochę siana i niewiele myśląc rzuciła w stronę najbliższej samotniczki.

<Jeżyk? Mam tutaj cały stóg siana!>

02 grudnia 2023

Od Jeżyk Do Piernik (Wróżby)

Sprawdzała właśnie stan skrytek z ziołami. Ich zapasy już wcześniej były duże, oczywiście, stopniały nieco przez Porę Nagich Drzew, kiedy nie było jak uzupełniać zapasów, ale teraz, gdy Pora Zielonych Liści trwała w najlepsze, ich zasoby znów stały się ogromne. Dlatego trzeba było sprawdzać jak najczęściej, czy ktoś czasem nie odnalazł którejś ze skrytek i czegoś nie podwędził. Ale nie przychodzić też za często, by jakiś rzezimieszek za którymś razem nie zaczął ich śledzić i nie odkrył miejsca położenia ziół. Choć i tak, powiedzmy sobie szczerze, ktoś musiałby być dość mocno zdesperowany albo głupi, by ich okradać. Szczególnie, że ich raputacja poza ich terenami zdawała się być dość odstraszająca. Do tego byli przecież sojusznikami samego Jafara.
Cóż, tej skrytki nikt nie okradł, a to była ostatnia. Tak też Jeżyk wyjęła ze skrytki kilka potrzebnych ziół, bowiem Błotniste Ziele ostatnio wbiła sobie szkło w łapę, a Bazalt nie przyszedł do niej, ani nikogo innego, z odwodnieniem, przez co przeszło ono w omdlenia. Może nawet nie zauważył objawów obserwując uważnie czy ktoś nie łamie zasad Sekty, albo słuchając wykładów Cynamonki. Tak czy inaczej, mogła teraz wyleczyć jego i liliową kocicę, ponieważ postanowiła ich zabrać ze sobą. Bazalta aby poznał kolejne umiejscowienie skrytki, a Błotniste Ziele ponieważ w sumie skoro brała już jednego chorego, to czemu nie dwóch? Będzie mogła pójść dzięki temu potem od razu na spacer, zamiast najpierw iść do skrytki, potem do jednego i drugiego do różnych baz, a potem dopiero na spacer. Nie chciało jej się, mówiąc krótko, tak dużo chodzić, szczególnie, że miała dzisiaj jeszcze trening z Diamentem.
— Co to za zioła? — spytała czekoladowego, pozwalając sobie na zostanie przez chwilę jego nauczycielką.
— Krwiściąg i Rumianek. Na omdlenia — stwierdził widocznie zmęczony kocur.
— Po drodze zahaczcie o dom Cynamonki aby napić się wody — poleciła, po czym podeszła bliżej Błotnistego Ziela, by teraz zająć się starszą kocicą. W sumie to najstarszą obecnie w całej Kamiennej Sekcie. Miała już w końcu dziewięćdziesiąt pięć księżyców, to bynajmniej nie było mało. Może i Bylica w tym wieku jeszcze hasała, ale Jeżyk wiedziała, że większość kotów nie miała takiego zdrowia jak jej babcia.
Po ostrzeżeniu strachliwej kotki, że trochę zaboli, wyjęła ostrożnie szkło z jej łapy. Następnie chwyciła skrzyp, dobrze sobie znany, przeżuła go na papkę i nałożyła na ranę. Na koniec owinęła wszystko pajęczyną i odesłała dwójkę w drogę powrotną, polecając jeszcze liliowej, by wracając do swojej bazy wzięła kogoś ze sobą, tak na wszelki wypadek.
Gdy ci już zniknęli jej z oczu, przeciągnęła się, po czym ruszyła na krótki spacer po terenach. W sumie można było to też uznać za swego rodzaju patrol – jeśli jakieś niepożądane koty znalazłyby się na ich terenie akurat teraz, ona by je wypatrzyła dzięki swojej małej przebieżce. Szła tak po chodniku, gdy nagle tuż przed jej nosem przeleciał ptak. Kocica nastroszyła futro, ale już po chwili się uspokoiła. Zwierzyny naprawdę było w bród. Gdyby się wcześniej zorientowała, może nawet byłaby w stanie tego ptaka złapać w locie. Cóż, mówi się trudno. Mieli naprawdę zatrzęsienie jedzenia, szczególnie jak na miasto było go sporo. Z tego, co zaobserwowała podczas zbierania ziół na dzikich terenach, tam także było piszczek co nie miara…
— Przepraszam? Pani Jeżyk? — usłyszała za sobą głos. Natychmiast odwróciła się, a jej oczom ukazała się niebieska dymna kotka z obróżką koloru nieba na szyi i srebrną plakietką. Poznała ją dopiero po chwili. Ach. Znajoma Cynamonki, ta… Bri? Camembert? Nie… Roquefort? Tak, chyba nazywała się Roquefort.
— Tak?
— Mój kociak, Camembert uciekł z domu! Zamarzyło mu się złapanie myszy, ola wielkie sery, to chyba pech jest jakiś na nas, że najpierw zaginął syn Cynamonki, a teraz mój! Szukam go już od rana… pomogłabyś mi?
Kolejny zaginiony kociak? Eh... A, noi teraz wiedziała, czemu nie mogła znaleźć imienia kocicy w głowie i przez chwilę myślała o Camembertcie. Jak wszystkie jej dzieci miały takie imiona to hoho będą jej się w głowie myliły…
Szylkretowa skinęła głową na zgodę zmartwionej matce. Współczuła jej w sumie. Jakby jej własne kocię zaginęło, to też by wychodziła z siebie. Już w sumie raz wyszła, kiedy Pliszka zniknęła na pół dnia i wróciła targając jakiś grat dwunogów i cała w kurzu… eh to dziecko ją kiedyś do zawału doprowadzi…
— Wiesz może, gdzie mógł pójść?
— Nie mam pojęcia — niebieskooka położyła po sobie uszy — on nigdy nie był spokojny, mógł nawet… wyjść poza obręb terenu, który uważacie za swój… 
No to mieli problem. Bo jak tutaj prawdziwych gangsterów nie było, tak poza terenem…
— W takim razie nie ma czasu do stracenia — stwierdziła czekoladowa, po czym ruszyła na poszukiwania kociaka.
***
Tak jak się obawiały, trop łapek młodego kociaka, który najwyraźniej wpadł w farbę zostawioną przez dwunogów malujących płot gdzieś niedaleko, prowadziły poza teren Sekty. Przynajmniej łatwo było za nim podążać…
Roquefort idąca za nią tymczasem, wzdrygała się na każdy głośniejszy dźwięk. Córka Krokus czuła zapach strachu unoszący się znad futra pieszczoszki. Tylko przyciągały niepotrzebną uwagę, ale nie miała zamiaru o tym powiedzieć młodszej, bo ta by pewnie jeszcze bardziej się zestresowała.
Nadstawiła uszu, słysząc dźwięk turlającej się po chodniku puszki. Akurat w stronę, w którą szły. Tak też ruszyła powoli, cichutko w tamtą stronę. Niebieska przełknęła głośno ślinę, ale ruszyła za samotniczką.
Po chwili ich oczom ukazał się kremowo-biały kocurek, grzebiący w porozrzucanych śmieciach.
— Och Camembert! — Roquefort wydała z siebie jęknięcie, widząc co jej syn wyrabiał — chodź tu natychmiast! Ja przez ciebie od zmysłów odchodzę!
— Ale mamoooo! Tutaj jest mysz, mówię ci! — miauknął kocurek, na chwilę przenosząc spojrzenie brązowych oczu na rodzicielkę, po czym znów wrócił do grzebania w odpadkach.
— Camembert! — szara podeszła do młodzika, po czym bezceremonialnie chwyciła go za kark i mimo protestów uniosła w górę, krzywiąc się na zapach własnego kociaka.
Po chwili spomiędzy odpadków wybiegła mała, szaro-brązowa myszka, a następnie zniknęła w dziurze pobliskiego płotu.
— Hm, twój syn wydaje się mieć dobre zadatki na łowcę — stwierdziła Jeżyk, a młody wyszczerzył się do niej — jeśli chce, mogę go czegoś nauczyć, ale ma obiecać, że nie będzie wychodził z terenów w pojedynkę. Co ty na to? — spytała zarówno młodego jak i matkę, która chyba zrozumiała, do czego Jeżyk dążyła. Jak zawrą tę umowę, to będzie mniejsza szansa, że młodzik ruszy znowu w pogoni za przygodą.
— Tak! Obiecuję! Naucz mnie, naucz! — wypiszczał młodzik, wiercąc się w pysku Roquefort.
— Dobrze. Ale teraz musimy wrócić do domu — stwierdziła długofutra, po czym skierowali się w drogę powrotną.
***
Szli tak sobie, oczywiście z czujną Jeż na czele, gdy Roquefort poprosiła o chwilę przerwy. Cóż, zdawała się bardzo zmęczona, nic dziwnego, wyglądała na ten typ pieszczocha, który nie chodził jakoś dużo. Choć szylkretka była sceptyczna, w końcu stanęły gdzieś w połowie drogi, niedaleko rosnącego sobie wbrew woli dwunożnych krzaka.
— Odpoczywaj póki możesz, zaraz wyruszymy — stwierdziła Jeżyk. Jej uwagę przykuł w pewnym momencie zapach, który nadchodził z strony zbuntowanego krzewu. Podeszła bliżej. I jeszcze bliżej. Aż nagle…
Z rośliny niespodziewanie wyskoczyła biało-czarno-ruda kulka. Jej zmęczone, ale i pełne nadziei, niebieskie ślipia wbiły się w starszą kotkę, która zaskoczona przyglądała się wychudzonemu dziecku.
— Mama? — miauknęło małe, po czym spróbowało podejść jeszcze bliżej - nie udało mu się jednak, bo już po jednym kroku niespodziewanie upadło na chodnik.
— Huh — wydała z siebie zdziwiony pomruk, po czym podeszła bliżej młodego. Usłyszała za sobą kroki pieszczoszki i jej syna, ale zignorowała je. Zaczęła trącać małe nosem. Dość szybko spostrzegła, iż młodym raczej nikt się nie opiekował przez ostatnie dni. Wyglądało na to, że przez brak jedzenia i picia kocię zemdlało.
Poczuła na sobie spojrzenie Roquefort.
— Co… co jej jest? I co z nią zrobimy? — spytała pieszczoszka, podchodząc bliżej — chyba nie zostawimy jej tak tu samej, prawda?
Jeżyk nie odpowiedziała jej, tylko bez słowa podeszła do krzewu i włożyła w niego swój łeb. Na szczęście dzięki długiemu futru gałązki nie były aż tak dokuczliwe, z naciskiem na „aż tak”.
Dostrzegła w krzewie miejsce widocznie wysiedziane przez kogoś wiele razy. Dorosłego kota. Do jej nozdrzy dotarł świeży zapach kocięcia, które przed chwilą padło u jej łap, i jeszcze dwa. Zapach dorosłego kota był najsłabszy. Jeżyk wyciągnęła łeb z krzaka.
— Jej matki nie było tu od ładnych kilku dni — stwierdziła — był tu jeszcze jeden kociak, ale nie ma go tu teraz. Wygląda na to, że zostały porzucone, albo coś przytrafiło się ich matce. Sądzę, że najpewniej nie wróci po nią. W końcu gdyby miała, to zrobiła by to już wcześniej. To dziecko potrzebuje opieki, ma może jeden księżyc, samo nie przetrwa wiele dłużej. Weźmiemy ją ze sobą — stwierdziła. Ostrożnie wzięła młode do pyska — Rufamy — wysepleniła z pyskiem pełnym futra, po czym skierowała się w stronę terenów Kamiennej Sekty.
***
— W jakim jest stanie? — spytała Skowronek.
— Złym — od razu oznajmiła Jeżyk — młode, ma jeden księżyc, jego matka zniknęła dobre kilka dni temu.
Skowronek wymieniła spojrzenia z Błotnistym Zielem, a potem jeszcze ze śmieciem, którzy siedzieli na poduszkach tuż obok niej.
— Cóż, w takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak przyjąć to kocię do siebie. Bylica nie zostawiała młodych w potrzebie, a włączała je do Sekty. Nie zaszkodzi spróbować. Skoro ma jeden księżyc, powinno szybko się przyzwyczaić i przywiązać. Jest tutaj duża szansa, że będzie nam wierne, znacznie większa niż u starszego kociaka. Sądzę, iż jako iż ty ją znalazłaś, to ty powinnaś się nią zaopiekować. Pozostaje jednak kwestia tego, iż musimy przenieść jedno z twych dzieci do innej bazy. W końcu nie chcemy, by hycel się nami zainteresował.
— Przenieść? Nie wiem, czy są już gotowe… — martwiła się. Nie wiedziała, co jej dzieci będą wyrabiały, jak jej nie będzie. A poza tym dobrze wiedziała, że tylko w jednej bazie nie było przepełnienia. W tej należącej do Krokus. Tak też nie była za tym, oj nie. Ale z drugiej strony, czy chciała oddać tego kociaka do swej matki? Przecież to małe nawet się nie obroni. A do tego Szczekuszka…
— Porozmawiamy z nimi we dwie. Może któreś będzie skore przenieść się pod restaurację — stwierdziła Skowronek, podnosząc się na łapy. — Chodźmy do nich.
Jeżyk skinęła głową, po czym wyszły z piwnicy. Czuła się źle. Z tym, że odeśle jedno swoje dziecko do Krokus. Ale czy pozostało jej coś innego? Musiała to przemyśleć.
***
Pliszka. Pliszka była chętna. Chciała zamieszkać pod restauracją i przenieść się w dalszy zakątek terenów Sekty. Chciała zamieszkać z mentorem.
Gula podeszła do gardła Jeżyk, gdy tylko to usłyszała. Jednak nie zaprotestowała, gdy Skowronek się na to rozwiązanie zgodziła. Nie potrafiła odesłać tam tego mniejszego kociaka, mimo, iż to nie było jej dziecko. Nie potrafiła mu zgotować takiego dzieciństwa. Takiego, jakie miała ona sama. Nawet jeśli ciotka na pewno nie dałaby małej pod opiekę konkretnie Krokus, Jeżyk wiedziała, że pozycja burej musiała być tam wysoka. Szczekuszka była wierna matce, Błoto cicha, a Skaza…
Nie było innego rozwiązania.
Tak też nim liliowa odeszła, zrobiła jej ogromny wykład na temat tego, że jeśli tylko coś się stanie, ma od razu odejść z terenu restauracji i pójść do Skowronek. Że jeżeli babcia będzie jej się naprzykrzać, ma iść do cioci. Widziała pewne zdziwienie w oczach liliowej. Nie odpowiedziała jednak na jej pytania, tylko odesłała ją.
Niedługo później przyszła do niej Cynamonka, mówiąc, że kocię zaczęło się powoli wybudzać. Spało ponad dobę, najwyższy czas.
Jeżyk ruszyła wraz z Cynamonową do szopy, gdzie ulokowali małą. Akurat reszta dzieci szylkretowej poszła już na trening. Dobrze. Nie będą wprowadzać zamieszania.
Weszła do środka, a jej oczom ukazało się małe kocię zawinięte w kocyk na posłaniu z siana z samych Złotych Traw.
Usiadła obok malucha, który widocznie wiercił się. Był już nieomal obudzony, więc Jeżyk pozwoliła sobie dobudzić kociaka.
— Wstajemy — miauknęła łagodnie do malucha, który po chwili otworzył swe błękitne oczęta.

<Piernik? A raczej… Wróżbo?>

Wyleczeni: Bazalt, Błotniste Ziele