BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kos. Pokaż wszystkie posty

30 stycznia 2024

Od Kosa CD. Myszołowa

 Nie został zaprowadzony do Stali. Zamiast tego został przekazany drugiemu kotu. Kocur prowadził go w nieznane części Betonowego Świata, nawet razem z mentorką tak daleko się nie zapuścił. Zapewne jak podrośnie to będzie poruszał się z łatwością po całym mieście, jednak najpierw musiał ukończyć trening. Szedł niepewnie za nieznajomym, który nakazał mu kroczyć za nim. Tak też robił od parunastu minut, mimo że głos rozsądku kazał mu odwrócić się i uciec. Jednak jaką miałby szansę? Może i uważał się za lepszego od swojego rodzeństwa, bandy pieszczochów, jednak nie tak dawno przecież zaczął trening. Nie miał żadnych szans w starciu z dziwnym starszym nieznajomym. Wolał nie ryzykować utraty życia. Wtedy na pewno nie przydałby się Jafarowi, tak jak tego pragnął.
— No pieszczoszku... Witaj na poligonie. Masz jakieś pytania? Jestem Myszołów, ja tu rządzę.
Zmierzył spojrzeniem kocię, które zadzierało nosa. To "coś" tu rządzi? Na tym całym "poligonie"? Nic z tego nie rozumiał, kim były te młodsze od niego koty, ten starszy i co to było za miejsce. Jednak mimo uczucia dziwnej niepewnością zmieszanej ze strachem, czuł również swego rodzaju ekscytację związana z odkryciem nowego miejsca. Był ciekaw czy jego matka słyszała kiedykolwiek o tym miejscu, do którego został zabrany. 
Z pyska bicolora wydobyło się krótkie prychnięcie, a już po chwili przyciskał srebrnego kocurka łapa do podłoża. Chciał dać nauczkę smarkowi, za to jak ten go nazwał. Bo może i urodził się jako pieszczoch, a jego szyję zdobiła obroża, to jednak nie uważał się za niego. 
— Nie wydaje mi się, abyś to ty tu rządził... Nazwij mnie jeszcze raz pieszczochem, a wyrwę ci język — zagroził wysuwając pazury, które jak na razie lekko wbijały się na głowie Myszołowa 
Miał nadzieję, że rzucona groźba trochę zepsuje poczucie pewności u kociaka, który byłby marnym przeciwnikiem dla starszego kocura. 

***

Poligon. Miejsce, do którego nie śniło mu się nawet w najgorszych koszmarach trafić.
Pierwsze dni były naprawdę trudne do dostosowania się. Bo mimo, że ten sam zamysł treningu odpowiadał mu, to nie podobało mu się to, że nie mógł odejść z wysypiska,w momencie, którym sam na to miał ochotę. Zdarzył się o tym przekonać bardzo szybko, kiedy to ślad po jednym z wychowanków grupy, w której przyszło mu żyć zaginął. A pozostałości z niego znalezione przy wyjściu z ogrodzonego terenu trudno było nazwać szczątkami kota.
Mentor kazał im spoglądać na kupkę sierści, napominając każdego z osobna, że właśnie to czeka każdego z uciekinierów. Śmierć. A lepiej dla nich, aby nie zostali ochrzczeni mianem tchórza po śmierci, bo nie będzie dane im go nigdy się pozbyć.
— Kosie... — Usłyszał tuż przy sobie cichy głos Trusi, która bezszelestnie zbliżyła się ku niemu. Na pysku płowej szylkretki wymalowany był strach, jak i również zmęczenie. Nie była stanie na dłużej zatrzymać wzroku na ich towarzyszu, z którym jeszcze wczoraj ćwiczyli. Tchórz na zawsze pozostanie tchórzem, nie dostąpi zaszczytu zmiany imienia na coś, co mogłoby pasować do jego umiejętności, które miał szansę zdobyć — Dlaczego on to zrobił? Wiedział przecież co czeka tych, którzy chcą odejść. — wyszeptała, najpewniej mając nadzieję, że Ostrokrzew nie usłyszy jej słów. 
— Był głupi. No i tak jak samo jego imię wskazywało, był tchórzem.
Nie odezwał się ani słowem już więcej, nie chcąc zostać ukaranym za niesubordynację i przeszkadzanie starszemu kocurowi w trakcie przemówienia. Niestety, odpowiedź nie usatysfakcjonowała kotki, która niemal po sekundzie, chciała mu zadać kolejne pytania. Działa mu na nerwy. Nie potrafiła się zamknąć kiedy wymagała od tego sytuacja.
— Ucisz się! — wysyczał do niej poirytowany, nie mógł znieść kolejnej głupiej istoty w swoim życiu mającej pszczoły w mózgu 
Jego sierść zjeżyła się, gdy Ostrokrzew nakazał mu i Trusi wystąpić z szeregu spośród ostałej dziewiątki kociąt. Pomiędzy nimi nastało niemałe poruszenie, jednak nikt nie śmiał się odezwać. Posłusznie wystąpił z szeregu, zerkając pełen nienawiści na młodszą kotkę, która dopiero po uderzeniu serca uczyniła to samo. W przeciwieństwie do niego, dygotała jak osika.
Czekała ich kara. Nie było mowy o tym, aby ich ominęła. Informację na temat tego co ich czeka padły z pyska burego kocura. Kos przyjął ją z niewielkim zdziwieniem. Podczas czasu na odpoczynek, obydwoje mieli kontynuować trening, skupiający się na wzmocnieniu ich ciała. Kilkukrotnie mieli przebiec wokół całego poligonu, a gdy skończą – osobiście mieli zająć się pochówkiem Tchórza. 

***

Gdyby nie Stał, byłby w wielkiej d. Tak jak miało to miejsce z jego "przyjaciółką", która ledwo co była w stanie nadążyć za czarno-białym, który kończył w tej chwili pierwsze okrążenie.
— Ogarnij się! Przebieraj szybciej łapami! Chyba, że chcesz zginąć! — wydarł się na koteczkę, która to w pewnym momencie osunęła się pomiędzy metalowe puszki. Ich ostre krawędzie lekko zahaczyły ciało kotki. Wyglądała żałośnie starając się wygramolić z pomiędzy metalu. Gdy tak się jej przyglądał, nie racząc jej pomóc, na myśl przyszła mu Kremówka. Nie tylko z wyglądu była do niej podobna. Nie rozumiał czemu ich mistrz miał nadzieję, że to coś będące słabym balastem zostanie w przyszłości kimś. Samo jej imię wskazywało na to, że jest słaba.
— N-nie chcę — padło z pyska zmęczonej koteczki, a mimo to nie ruszyła się z miejsca, ani o centymetr — Jestem już wystarczająco zmęczona po naszym normalnym treningu... A poza tym, głodna. Chce mi się spać, a teraz jeszcze to... — bąknęła pociągając noskiem, kiedy spojrzała się na swoją zranioną łapę — Chcę żeby moja mama mnie stąd zabrała! Obiecała, że wróci...
— Kiedy to było? — spytał podchodząc do kociaka, który podzielał ten sam los co on — Kiedy cię oddała? Ile czasu minęło? — zadawał pytania przyglądając się uważnie szylkretce, która się nieznacznie skuliła — Naprawdę myślisz, że nagle po takim czasie wróci po ciebie? Przejrzyj na oczy, nikt po ciebie nie wróci. Szybciej skończysz jak Tchórz, chyba że w końcu weźmiesz się w garść...

***

Księżyc za księżycem mijał, a z każdym kolejnym liczebność grupy treningowej się wykruszała. Może też dlatego też przez zwiększona pewność siebie, że nic złego już nie może się stać wciąż pozostającym przy życiu uczniom, Kos i Myszołów, wpadli na pomysł wymknięcie się poza poligon. Plan nie wydawał się trudny do realizacji, wystarczyło poczekać na odpowiedni moment. Każdy z nich uważał, że jest lepiej wyszkolony już w tej chwili i na pewno nic złego się nie stanie. Nie mogło. Jednakże zapomnieli o tym, że Ostrokrzew zawsze był dwa, a nawet trzy i więcej kroków przed nimi. Kocur bacznie obserwować wymykającego się koty i dopiero tuż przed siatką, która była granicą, której nie mogli przekraczać postanowił się ujawnić, strasząc przy tym nieco swoich podopiecznych. Nie spodziewał się usłyszeć, że karą za niesubordynację będzie stoczenie walki z Myszołowem. 

***

Jeszcze nie tak dawno temu jego szyję zdobiła pomarańczowa obroża, którą cudem udało się mu ściągnąć z szyji, po tym jak ta zaczęła się wżynać te kilka księżyców temu, a w tej chwili była to pociągła rana, którą zadał mu srebrny kocur. Leżąc na brudnym podłożu, starał się spróbować złapać oddech, co przychodziło mu z trudem. Z pyska wydobywał się świt i charkot, a krew z każdym uderzeniem serca coraz bardziej barwiła na szyi i piersi białe futro kocura.
Pieszczoch zawsze pozostanie pieszczochem, nie ważne jak bardzo by się starał. A mimo to jako jeden z nielicznych, pozostał przy życiu najdłużej, co już było swego rodzaju jakimś osiągnięciem, w jego dość barwnym, ale krótkim życiu. 

<Myszek? Przyniesiesz bukiet róż na mój grób?>

15 stycznia 2024

Od Kosa CD. Miedzi

 Miedź kąsała zajadle brata, dość mocno jak na młodego kota, a ten starał się nie pozostać jej dłużyzny. Również starał się mocno wbić zęby w cynamonowo-rude futro siostry. Nie mógł pozwolić, aby Miedź, będąca zarówno kotką, jak i pieszczochem była silniejsza niż on. W końcu to on miał zamiar zostać samotnikiem, on miał zamiar być tym, któremu Jafar będzie dawał najważniejsze zadanie. A jego rodzeństwo? Mogło dalej pozwalać się głaskać wyprostowanym i grzać się w ich ciepłym domostwie, tylko do tego się nadawali. 
Zielonooka wbijała swoje małe kiełki w jego łapę, kiedy to właśnie czarno-biały mocno zacisnął swoje ząbki na uchu szylkretki nie miał zamiaru puścić, nie ważne co. Kotłowali się tak po podłodze, przy okazji uderzając co jakiś czas o stolik, na którym stał wazon z kwiatami.
— Jesteś głupim pieszczochem — wymamrotał szarpiąc ucho koteczki, starając się w międzyczasie wyswobodzić łapę. Po kilku próbach w końcu mu się to udało i już po chwili odepchnął kotkę od siebie, prosto na nogę od stolika kawowego — Jafar na pewno was nie przyjmie do gangu, bo jesteście słabi. I to się nie zmieni!
W pomieszczeniu rozległ się trzask. Kociaki zaprzestały walki, skupiając spojrzenie na przewróconym wazonie na dywanie, czy też tego co z niego zostało. Mało brakowało, a wazon w całej okazałości wylądował by na siostrze samozwańczego samotnika. Kos jako pierwszy poderwał się do biegu, dzięki temu, że nie leżał, a stał twardo łapami na podłodze. Chciał jak najszybciej opuścić pomieszczenie, mając nadzieję, że to Miedź zostawiona w tyle oberwie za zrobienie bałaganu. Bo jakby nie patrzeć, to była jej wina. Mogła nie atakować brata i przyznać mu rację.
Już miał wybiec na korytarz, gdy zderzył się z matką stojącą w wejściu do pokoju; tuż obok niego stał dwunożny. Młody kocurek położył po sobie uszy, kiedy to Cynamonka przyglądała się pobojowisku, za które odpowiadały jej pociechy. Dwunóg coś wymamrotał, machnął ręką na kocięta, po czym udał się po zmiotkę i ścierkę.
— Co to ma znaczyć Kosie? Co ja wam mówiłam o walce w domu? Zakazałam wam jej...
— To nie moja wina, mamo. To wina Miedzi. To ona zrzuciła wazon... — odezwał się syn pieszczoszki
Miedź nie chcąc najpewniej, aby cała wina za bałagan spadła na nią podbiegła do swojego brata i matki.
— To nieprawda! — wtrąciła się szylkretka szturchając przy tym barkiem dość mocno kocura, który się lekko zachwiał. — To Kos mnie popchnął na stolik. To jego wina. Wcześniej nazwał mnie głupim pieszczochem i w dodatku powiedział...
— Bo jesteś głupim pieszczochem! Sama zrzuciłaś wazon, to twoja wina! — Kos upierał się przy swoim — Ja nic nie zrobiłem. Mamo, to wina Miedzi! Bawiła się frędzlami od dywanu i gdy je pociągnęła to...
Miedź przystawiła łebek do głowy kocurka.
— Jesteś kłamcą! To przez ciebie wazon spadł i się roztrzaskał. Celowo mnie popchnąłeś na stolik, aby dwunożni byli na mnie źli! — Naparła na brata głową siłując się z nim przez chwilę. — Jakbyś zapomniał braciszku, sam jesteś pieszczochem. — prychnęła 
— Ale nim już długo nie będę. I może jestem pieszczochem, ale przynajmniej nie jestem głupi jak ty...
— Wystarczy! Oboje jesteście winni tej sytuacji. Dlatego oboje zostaniecie ukarani — Oba kociaki zaskoczone wpatrywały się w pysk matki, będąc pewna, że ta żartuje i ukarze tylko jedno z nich. Z pyska Miedzi wydobyło się krótkie "ale mamo...", jednak abisynka szybko uciszyła kociaka — Żadnych ale. Wiecie co myślę o takim zachowaniu. Dwunożni mogą stracić cierpliwość, jeśli będziecie dalej tak się zachowywać. — Złotooka westchnęła, spoglądając na swojego właściciela, który kończył zamiatanie odłamków wazonu — Niegrzeczne kocięta są porzucane przez ludzi. Nie chciałabym, aby was to spotkało. Nasi właściciele są dobrzy i wierzę, że czegoś takiego by nie zrobili, ale bardzo proszę, miejcie na uwadze, że ich cierpliwość tak jak i moja może się kiedyś skończyć. W szczególności do ciebie Kosie. Ostatnio tak samo walczyłeś z Kremówka. Jako brat powinieneś dbać, aby twoim siostrą nic złego się nie stało, a nie powodować nowe ugryzienia na ich łapach... Możecie inaczej się przecież bawić. Macie cały koszyk zaba... Kosie!
Kocurek nie miał ochoty słuchać kazania matki, tak też wyminął kocice i pobiegł w stronę drugiego pokoju. Gdy tylko w nim się znalazł wgramolił się pod szafę, mimo że z chęcią chciałby się na nią wdrapać i skryć przy samym suficie. 

***

Wdrapał się na metalową stertę, raz za razem raniąc swoje łapy. Ile razy już to robił? Setny? Tysięczny? Nie, na pewno więcej razy. Stracił rachubę czasu, jednak prószący śnieg z nieba jasno wskazywał na to, że minął dokładnie rok, dwanaście księżyców odkąd został przyprowadzony na Poligon. A rany na jego łapach wręcz krzyczały, że na pewno wdrapywał się na kupę żelastwa więcej razy niż mógłby ktokolwiek zliczyć. Jego wychudzone ciało pokrywało się z każdym uderzeniem serca coraz to większą ilością białego puchu. Przyzwyczaił się do zimna i trudnych warunków. Dzięki nim się zahartował i przestał tak często chorować. W końcu nie mógł się ogrzać w ciepłym domu pod kocem. Tutaj jedynym jego schronem był nieduży karton, w którym cała gromadka szkolących się kotów spędzała noce. By się ogrzać w mroźniejsze dni, przywierają mocniej do siebie ciałami, zapominając na moment o tym, że tak właściwie ze sobą rywalizowali. Każdy chciał dostać pochwałę od mistrza. Każdy chciał być tym najlepszym, z każdym kolejnym księżycem, który udało im się przetrwać. Zdobywali większą wiedzę, dzięki przystosowaniu się do trudnych warunków stawali się również silniejsi. Przynajmniej Kos czuł się silniejszy. Jeszcze nie tak dawno to właśnie Stal uważał za wspaniałą nauczycielkę i ciągu pierwszego księżyca żałował, że nie będzie mógł spotkać ponownie kocicy. Poza tym robił dużo głupot, a teraz chciał być kimś z kogo Ostrokrzew mógł być dumny. Bo Jafarowi przysłużyć nie mógł się w tej chwili, co go denerwowało. Był czasami ciekawy jak się powodzi jego rodzeństwu i matce. Czy wciąż byli słabi? Pewnie tak. Nie wiedzieli co to prawdziwy trening. Nawet Kamienna Sekta tego nie wiedziała. To co oni odstawiali było niczym zabawa w porównaniu z tym co musiał przejść Kos. Gdyby miał okazję spotkać się ponownie ze swoim rodzeństwem, na pewno wyśmiałby ich, że spędzili dwanaście księżyców na głupiej zabawie, zwykłej błazenadzie . W szczególności swoim siostrom, które myślały, że będą mogły kiedyś dorównać mu. Na poligonie też były takie kotki głoszące takie dyrdymały, i jak skończyły? Umarły jako pierwsze. O dziwo to właśnie ta, która płakała i chciała wrócić do domu, ostała się trochę dłużej niż one. Jednak "płaczka" musiała prędzej czy później i tak podzielić los swoich poprzedniczek. Kos sam pochował ją w dole, który wcześniej własnymi łapami wykopał z rozkazu mistrza. Rozumiał dlaczego to właśnie jemu, a nie komuś innemu zlecił pochówek szylkretki.
— Kosie! Mistrz każe nam się wszystkim stawić przy stercie! Ma nam coś ważnego do powiedzenia!
Był ciekawy cóż takiego bury ma do powiedzenia garstce pozostałym przy życiu uczniów. Może chciał im pogratulować wytrwania w treningu? Może miał zamiar zakończyć ich trening? Nie, to na pewno nie to. Chociaż... czarno-biały uważał, że już dużo umie, więc faktycznie, mógł zakończyć trening. Jednak zapewne mistrz chciał, aby cała ich gromadka wspólne ukończyła trening, aby móc przyjąć pod swoje łapy nowy nabytek w postaci nowych kociąt, którym tak jak i ich poprzednikom pisana będzie śmierć lub chwała. Dlatego kocur jeszcze postanowił się pomęczyć, będąc ciekawy tego czy ktoś z jego grupy jeszcze umrze. Bo co prawda ostali się ci najsilniejsi, ale wątpił, że do samego końca nie zmniejszy się ich liczba. Na pewno ktoś jeszcze musiał odpaść, kocur wręcz czuł woń śmierci w powietrzu. Miał nadzieję, że tym który podzieli los kotów, które zawiodły, nie będzie on sam.
Bez słowa zszedł dość pewnym krokiem, nawet pomimo haczenia łapami o metale na dół, kierując się wraz z innymi w stronę czegoś rodzaju mównicy, będącej stabilnym stosem gratów, z której to Ostrokrzew dzielił się ważnymi informacjami ze swoimi uczniami.

[1270 słów]
[Przyznano 25%]
Koniec sesji, bo mi siostra ZNPCOWAŁA

24 października 2023

Od Kosa

 Stal wbijała do głowy małego pieszczocha raz za razem kolejne zasady Betonowego Świata. Nie raz z bólem głowy od natłoku informacji wrócił do domu. Z dwojga złego preferował praktykę, nawet jeśli to po niej wracał cały poobijany do domu. No i przemarznięty. Nawet podarunek w postaci swetra nie uratował go przed zachorowaniem. To była kwestia czasu, aż choroba się rozwinie. Zaczęło się niepozornie, pociągał swym nosem, mając nadzieję, że przeziębienie samo minie. Nic bardziej mylnego. Czujne oko abisynki od razu dostrzegło, że z jednym jej kociąt coś jest nie tak. Miała sama zająć się leczeniem czarnego, jednak dwunożni uprzedzili ją w tym.
Kos został zabrany do weterynarza.
Przez całą drogę, która spędził w transporterze, siedział wciśnięty w kąt, wmawiając sobie, że tym razem będzie inaczej. Tym razem nie pozwoli się dotknąć temu wyprostowanemu. Bo w końcu szkolił się u samej Stali, a kotka nauczyła go na temat życia i przetrwania o wiele więcej niż ich własna matka. 
Siła został wyciągnięty na stół, a jego syki oraz machanie łapą z wysuniętymi pazurami nie przyniosło zamierzonego skutku. Został złapany za kark, tak jak to często robiła jego matka, aby go uspokoić, gdy wdawał się w bójki z rodzeństwem. Zaprzestał walki, pozwalając się zbadać kobiecie. Otwierała ten swój pysk i coś mówiła do jego "właścicieli", nie raz wymawiając imię jego matki. 

***

Nie obyło się bez antybiotykoterapii oraz preparatów poprawiających odporność. Kocurek był faszerowany przez dwunogów lekarstwami, które nie raz wypluwał im w buncie na dywan. Na siłę starali mu się wciskać do pyska tabletkę, mały okrągły przedmiot, który ponoć miał działanie jak zioła. A przynajmniej tak mówiła Cynamonka, gdy przyglądała się temu, jak dwunożni starają się podać mu lekarstwo.
— Kosie, uspokój się. — skarciła syna cynamonowa, gdy ten uderzał tylnymi łapami o brzuch dwunożnej, która to starała się kolejny raz wepchnąć mu do gardła tabletkę. 
Jak miał się uspokoić! Właśnie walczył o życie. Dwunożni kolejny raz pokazali mu do czego są zdolni, gdy nie wykonuje się tych poleceń. A on żadnego dwunożnego świństwa nie miał zamiaru spożywać. Ani tabletek, ani karmy. Ją również zaczął ograniczać. Mógł sam zapolować sobie na jedzenie wtedy, kiedy miał na to ochotę. A wszystko to dzięki Stali! 
Przez tę jego całą chorobę, bym uziemiony w domu przez kilka dni. Pieszczoszka pilnowała go jak oka w głowie, nie pozwalając mu wyściubić nawet nosa do ogródka. Tak też przypatrywał się temu, jak jego rodzeństwo ćwiczy z kotami z Kamiennej Sekty. A on nie chcąc zostać w tyle, starał się w domu ćwiczyć, pomiędzy meblami dwunogów. Skakał po kanapach, starał się wskoczyć na wierzch szafy, która niestety wciąż była dla niego niedostępna, jak i również trenował wspinaczkę na drzewa. A drzewa imitować miały zasłony.
— Kosie! — usłyszał za sobą.
Nie zdołał się odezwać. Cynamonka dość szybko znalazła się przy swoim urwisie, łapiąc go za kark i ciągnąć ku dołowi. Ten jednak kurczowo trzymał się materiału, nie mając zamiaru go puścić.
Rozległ się szelest, trzask. Materiał, którego kocurek się trzymał zaczął powoli pękać, będąc rozdzierane przez jego małe pazury. Znalazł się na podłodze.
Czuł się upokorzony. Mało brakowało, a udałoby mu się wspiąć na karnisz, z którego miałby widok na całe gniazdo dwunożnych. A przez kotkę ta szansa została zaprzepaszczona, bo już po chwili od ściągnięcia kocurka na ziemię, karnisz z zasłona i firanką również wyładował na ziemi. Rozległ się głośny huk.
Do oczu Kosa zaczęły napływać łzy. Obdarował matkę spojrzeniem pełnym nienawiści. W momencie, w którym cynamonowy pysk się nachylił ku niemu, najpewniej chcąc otrzeć się o niego, ten ze złością zamachnął się na rodzicielkę.
— Czemu ty wszystko musisz psuć! — wypalił strosząc się cały. Odskoczył w bok, nie chcąc by pieszczoszka go dotknęła. Nie chciał być pocieszamy, przytulany, czy pozwolić na to, aby otarła jego łzy — Tylko mnie ograniczasz i nie pozwalasz mi na nic! Chcesz żebym był słaby! Najsłabszy z was wszystkich! — Pluł jadem na matkę nie pozwalając jej dojść do słowa. Nadopiekuńczość kocicy naprawdę działał mu na nerwy. Miarka się przebrała. — Nienawidzę cię! Żałuję, że moją mamą nie jest Stal! Tylko ona mnie rozumie! Zależy jej na mnie i ja tym, abym nie był słaby!
Gdyby nie gniew na rodzicielkę, który w tamtej chwili z niego kipiał, zapewne by przepraszał kotkę za wypowiedziane słowa. Tym razem nie miał takiego zamiaru. Chciał, aby matka cierpiała. Poczuła się chociaż trochę jak on, gdy ta podcinała mu na każdym kroku skrzydła. Mogła podcinać je Kremówce, Lili albo Miedzi! One były takie delikatne, bo były kotkami. O nie się tak powinna martwić, a nie o niego. 
Słysząc znajomy dźwięk przekręcania klucza, swój wzrok skupił na drzwiach wejściowych. Nie musiał przeciskać się przez żadne klapy. Dzięki dwunożnemu, który w swych dłoniach trzymał klucz i zakupy, bezproblemowo przemknął pomiędzy jego nogami.
Został przygnieciony przez łapę matki do ziemi, która wypadła za nim na podwórko. Z trudem był w stanie się ruszyć, bo kotka zahaczyła pazurami o jego sweter. Z jej pyska padały pytania dotyczące tego co się z nim dzieje, jak i również łamiący się głos mówiący, że cynamonowa go nie poznaje.
Słowa matki zlewały się tak właściwie w jeden bełkot, którego nie chciał słuchać. Jednak informacje o zakazie treningów ze Stalą usłyszał wyraźnie. Na ich dźwięk drgnęły mu uszy, napiął wszystkie mięśnie, wycofując się do tyłu. Bez większego problemu, udało mu się wykaraskać z ubranka, za które to był unieruchomiony przez matkę. Przetoczył się po trawie, po czym ruszyła naprzód, przeciskając się przez płot. Nawet nie raczył spojrzeć za siebie.

***

Nawet na chwilę nie zwolnił, chcąc znaleźć się jak najdalej od swego domu. Starał się odszukać swojej mentorki. Tak też ruszył do miejsca, do którego kocica go najczęściej zabierała. A był to ten stary dom, w którym przyszło mu polować na myszy. To właśnie w nim, niebieska uwiła sobie gniazdko, coś na kształt bazy wypadowej. Dziwnie mu było poruszać się samemu w sercu miasta. Zawsze towarzyszyła mu kocica, której to starał się odszukać. Chciał, aby to właśnie ona go przygarnęła. Chciał jej towarzyszyć w każdej misji, chcąc nabierać więcej wprawy. Chciał być kimś. 
Zatrzymał się, gdy drogę zagrodziło mu bure cielsko kocura, którego pierwszy raz na oczu przyszło mu widzieć. Zachowując czujność i rozsądek, którego resztki gdzieś tam jeszcze mu się ostały, przybrał pozycję bojową, mając nadzieję, że chociaż trochę przestraszy tym nieznajomego. Nie wyglądał na zbytnio przyjętego, jego spojrzenie padło na obrożę bicolora.
— Zgubiłeś się maluchu? — zagadnął rozglądając się dookoła, tak jakby chcąc się upewnić, że Kos faktycznie jest sam
— Nie jestem maluchem! I nie, nie zgubiłem się! — odfuknął. Obcy milczał, tak jakby nad czymś się przez dłuższą chwilę zastanawiał. Nie podobało się to Kosowi, ani trochę. — Tak właściwe to... Szukam kogoś... 
— Oh, doprawdy? To bardzo dobrze się składa. Z chęcią pomogę ci znaleźć tego kogo starasz się odszukać. Musisz wiedzieć, że chodzenie samemu po mieście, gdy jest się kociakiem, nie jest ani trochę bezpieczne. Może coś ci się stać. Masz przeogromne szczęście, że na mnie trafiłeś. Chodź. — machnął zachęcająco ogonem, odwracając się w jedną z węższych uliczek — Kogo szukasz?
— Stali. Znasz ją? Powinna się tu, gdzieś kręcić. To moja mentorka... — podjął, na co bury jedynie przytaknął głową.
Na pysku Kosa zagościł szeroki uśmiech. Ten miły kocur wskaże mu drogę prosto do mentorki! Szkoda tylko, że po tym jak Kos udał się za nim, samotnik wcale, a wcale nie przysłuchiwał się temu, co mówił pieszczoch.

[1200 słów]
[Przyznano 24%]

16 października 2023

Od Kosa

 Przebierał z łapy na łapę, starając się ogrzać choć odrobinę, dzięki chodzeniu w miejscu. Zimny wiatr mierzwił jego krótka sierść, której pielęgnacja przed wyjściem zajęła się jego matka. Nie docierało do niej to, że jest już duży i sam może sobie ułożyć futerko, jak mu się zechce. A nie chciało. 
Rozglądał się w obu kierunkach, z których mogła nadejść jego mentorka. Spóźniała się.
Czyżby go wystawiła? 
Znowu?
Zmarszczył pysk, czując zbliżające się kichnięcie, które ostatecznie nie nadeszło. Stal naprawdę chciała, aby Kos się rozchorował. Czyli te wszystkie słówka, którymi go raczyła, to było jedno wielkie kłamstwo. 
Już miał przestawić łapę przez ogrodzenie, gdy coś zostało mu zrzucone na głowę. Obruszył się, starając zdjąć z głowy różowy materiał, który zasłaniał mu widok. A gdy to się udało, wbił spojrzenie w niebieską kotkę, która siedziała na płocie i się do niego szczerzyła.
— Ubierz się! Mam dość widoku jak dygoczesz na wietrze. 
Nie rozumiał o co jej chodzi.
Przeniósł spojrzenie na przedmiot, który spuściła mu na głowę. Zrobił oczy jak pięć złoty, gdy dotarło co się przed nim znajduję. Dopadł do sweterka, starając się go jakaś wcisnąć na siebie, jednak nie wychodziło mu to ani trochę, tak jak sobie to zaplanował. Stal bez słowa obserwował swojego ucznia z góry, co jakiś czas ruszając polikami, najpewniej dziwiąc się co syn Cynamonki wyrabia. 
Był cały wytwarzany w śniegu. Zarówno jego sierść, jak i sweterek, który miał go uchronić przed zimnem.
— No i coś ty zrobił... — bąknęła zeskakując, po czym zdzieliła uczniaka łapą w łeb, zaraz po tym pomogła mu jakoś wcisnąć się w sweter, który udało jej się otrzymać od Jafara

***

— Ale ty słodko wyglądasz! — usłyszał od Kremówki, która uczepiła się go, niemal natychmiast, kiedy zawitał do gniazda dwunożnych po skończonym treningu — Ja też chcę taki sweterek. Poproś swoją mentorkę, aby i mi tak przyniosła. Proszę, proszę, braciszku! — wykrzyknęła mu do ucha, na co łaciaty skrzywił się, odskakując na bezpieczną odległość przed szylkretką 
— Chciałabyś... — miauknął, wypinając pierś dumnie, że jako jedyny z kociąt został wyróżniony w taki sposób. — Trzeba sobie zasłużyć, a ty na niego zasługujesz. Ty i reszta naszego rodzeństwa. Zamiast faktycznie trenować, to spędzacie czas na głupich zabawach. — Usiadł na stole wpatrując się z wyższością na siostrę, która wydeła swój pyszczek, gdy im zarzucił zabawę
— A mi się wydaję, że trening nie ma tu nic do rzeczy... — odezwała się w pewnym momencie Lilia. Ziewnęła przeciągle, przeciągając się na jednej z sof, w której uwiła sobie legowisko z koca dwunogów. — Widać, które z nas jest prawdziwym piecuchem, zmarzluchu. Wyglądasz w nim jak idiota! — zakpiła ukazując swoje małe ząbki — Kolejny skrzywiony kocur w sweterku się znalazł, phi! Trzymaj się z dala od Jerzyka i Goshenitu, bo mi ich też skrzywisz.
— Skrzywiony? Kosie, proszę cię nie krzyw się! — podjęła zmartwiona Kremówka przeskakując swoimi zielonymi oczkami to na jedno, to na drugie rodzeństwo. — Wcale nie wyglądasz jak idiota. Wyglądasz jak... jak mała truskaweczka! — oznajmiła entuzjastycznie szylkretka machając energicznie swym małym ogonkiem 
— Żadna ze mnie truskaweczka... — westchnął, entuzjazm z powodu otrzymania swetru z niego całkowicie wyparował. 
Durne rodzeństwo nie potrafiło go zrozumieć, psując tak wyjątkową chwilę. Spodziewał się innych reakcji. Nawet matka dołączyła do ich grona, zachwycając się tym jak słodko wygląda.

[525 słów]
[Przyznano 11%]

11 października 2023

Od Kosa

 Przedzierał się przez zaspy śnieżne, starając się nadążyć za Stalą. Kocica jasno mu dało do zrozumienia, że jak zostanie w tyle, to go najzwyczajniej w świecie zostawi i zrezygnuje z bycia jego mentorką. I będzie mógł sobie pomarzyć o tym, że się przyda Jafarowi, bo ten nawet na niego nie raczy spojrzeć, uznając go nic niewartego smarkacza, który tracił czas jednego z jego podwładnych. To wystarczyło, aby zmotywować Kosa, bo już po chwili przyspieszył kroku. Nie miał zamiaru wrócić do nauki ziół i polowania na zabawki, co to to nie! I chciał udowodnić, że jest warty o wiele więcej niż całe jego głupie rodzeństwo razem wzięte.
Mimo tych gróźb, co jakiś czas samotniczka przystawała i zerkała za siebie, chcąc się upewnić czy syn pieszczoszki za nią idzie. Uśmiechnęła się dostrzegając, że młodziak podchodził do treningu na poważnie, nawet jeśli jej sposób nauki pozostawiał wiele do życzenia.
— Zimno ci? — spytała, kiedy to Kos stanął przed nią na odśnieżonym chodniku
Zgarbiony kociak stał dygocąc jak osika przed swoją mentorką, z zimna. Otrzepał się z śniegu, który osiadł na jego czarno-biały futrze, mając nadzieję, że chociaż to trochę pomoże. Mylił się. Nadal mu było chłodno. Mokre futro i zimny wiatr nie pomagały w tym ani trochę, by to się zmieniło.  Gdyby tylko miał długie ciepłe futro, jak kociaki od Jeżyk. Wtedy na pewno by tak nie trząsł, gdy tylko wiatr zawieje.
— N-nie...
— Nie kłam. Widzę przecież jak dygoczesz. Czy cała twoja rodzina to takie zmarzluchy? — westchnęła. Strzepnęła z czubka głowy ucznia ostały na nim biały puch, prosto na nos kocurka. — Na pewno nie chcesz poczekać do wiosny? Bo jeszcze mi się rozchorujesz tu zaraz maluchu.
W odpowiedzi jej kichnął, marszcząc niezadowolony nosek. Denerwowały go te ciągłe pytania Stali. Czasami jej nie rozumiał, czy faktycznie chciała go uczyć, czy nie. Tłumaczył sobie to tym, że kocica była kotką z humorkami. I to w dodatku taką dziwną kotką, która czasami była dla niego miła i pilnowała by nic mu się nie stało, a innego razu sama go wrzucała w zaspę śniegu za karę. Bo źle ustawił łapy, albo nie potrafił powtórzyć teorii.
Dzięki jej nauką dowiedział się między innymi, że dzięki swojej obroży, za którą swoją drogą ani trochę nie przepadał, nie musi obawiać się hycla, jak to w zwyczaju mieli samotnicy.
— Pieszczochy, takie jak ty, w schronisku bywają bardzo krótko. A wszystko to dzięki informacją zawartym na tym oto kółku. — mówiąc to złapała za adresówkę, podciągając czarno-białego do góry — Wystarczy, że wyprostowany przyjrzy się temu i bum, twoi dwunożni się zjawiają w ciągu paru godzin! Samotnik bez wyszkolenia jest trupem, a pieszczoch z wyszkoleniem i charyzmą może mieć w łapie większość miasta. — Kończąc wywód opuściła kocurka na ziemię, niezbyt delikatnie.
Z pyska młodziaka wyrwał się jęk. Znowu wróci do domu poobijany. 
— B-byłaś kiedyś w tamtym miejscu? W schronisku? — spytał podnosząc się na równe łapy, chcąc usłyszeć więcej o tym dziwnym miejscu 
— A żeby to raz. Naprawdę nieprzyjemne miejsce.  Tak też lepiej ucz się pilnie, bo sama cię zaniosę przed ich drzwi, jak znowu źle rozpoznasz zapach zwierzyny. — zachichotała. — Może by ci się to przydało, przynajmniej byś docenił to co masz, a czego nie dane jest mieć innym. Wiesz co, myślę, że to nie tak zły pomysł... A teraz chodźmy, nie traćmy czasu, mój drogi uczniu. 
Przeszli przez Drogę Grzmotu, bez większego problemu. Stal nie raz już mu pokazała ulice, które są najmniej uczęszczane przez potwory. Tam nie musiał się martwić, czy nie skończy pod kołami jednego z nich. Nie to co w sercu Betonowego Świata. Jeśli mu życie było miłe, a było, za żadne skarby miał nie przechodzić przez jezdnię. Tak też trzymał się chodnika, po którym i dwunożni bezpiecznie się poruszali. A jak nie chodnika, to poruszali się po murku, z którego mogli obserwować całą okolicę.
Kocica pociągnęła za kark syna Cynamonki, któremu nie do końca wyszło wdrapanie się na murek z kamienia. Gdyby nie ośnieżone kamienie, to na pewno sam by sobie poradził. Gęsiego ruszył za nią, kierując się coraz to wyżej. Tak, że prawie że zrównali się z koronami drzew. 
Wskazała ogonem na dziurę w dachu, do której się powoli kierowali. Jeśli prawdą było to co Stał mówiła, to Kos będzie miał szansę po raz pierwszy zapolować, ale tak naprawdę. Ponoć w pustostanie roiło się od rodziny myszy, która sobie uwiła ciepłe gniazdko w starej sofie dwunogów. 
Stal weszła pierwsza, stawiając cicho swoje kroki. Kos nieco mniej sprawnie, wgramolił się za nią, starając się naśladować jej ruchy. Kocica zdążyła przejść już do kolejnego pomieszczenia, gdy kocur jeszcze rozglądał się po tym pierwszym. Było tu o wiele cieplej niż na dworze, jednak nie tak ciepło jak w domu. Ruszył naprzód w stronę mentorki w akompaniamencie skrzypiącej podłogi przy każdym jego kroku. Miał nadzieję, że nie spłoszy myszy, bo jak nic znów by wylądował za karę w zaspie. Tak na całe szczęście się nie stało. Zajrzał do niedużego pokoju i dostrzegł, jak jego mentorka przeskakuję  na dziurawą sofę.
— Gotowy? — spytała i nim kocur zdołał jej odpowiedzieć, ta wsunęła się do wnętrza kanapy, przystępując do wypędzenia myszy, które to jedna za drugą zaczęła przeciskać się przez dziury w materiale, nie chcąc skończyć w pysku jego mentorki
Biedne nie wiedziały jeszcze, że pędzą prosto w stronę Kosa, który odciął im drogę ucieczki. Minęło parędziesiąt kilkanaście uderzeń serca, a już po chwili kocur trzymał w pysku małą myszkę, której nie udało się wbiec pod regał, jak tym większym. Zadowolony zerknął w stronę mentorki licząc na pochwałę. Nie doczekał się jej.  Kocica była zajęta zlizywaniem krwi ze swojej łapy. Tuż przed nią znajdowały się trzy martwe myszy.
— Oj Kosie, musisz się następnym razem bardziej postarać. Żadnej kotce nie zaimponujesz przynosząc takie ochłapy. — miauknęła uśmiechając się do kocurka, a następnie przystąpiła do pałaszowania jednej z trzech myszy, które udało jej się upolować

[958 słów]
[Przyznano 19%]

09 października 2023

Od Kosa

 Wraz ze swoim rodzeństwem rozpoczął trening. Ucieszył się, że mama postanowiła im przydzielić mentorów, ale nie do końca odpowiadała mu to, że pieszczoszka miała go sama uczyć. Bo w końcu czego ona mogła go nauczyć, leżenia? Może i pobierała nauki od Bylicy, o której nie raz słyszał od członków Kamiennej Sekty, ale miał to w nosie. On mamę miał przyjemność widzieć głównie od tej pieszczochowej strony, więc w skrócie rzecz ujmując uważał ją za najzwyklejszego słabiaka. Jednak nie śmiał tego powiedzieć na głos, bo w końcu kochał cynamonową kotkę. Nie chciał sprawiać jej przykrości, tak też słuchał jej nauk. Do czasu, aż nie zaczęła zżerać go zazdrość, gdy jego trójka rodzeństwa, Kremówka, Duszek i Miedź, którzy jako jedyni otrzymali na mentorów samotników, zaczęli uczyć się również i praktyki. On też chciał. Chciał polować na prawdziwą zwierzynę, a nie na głupie zabawki dwunogów. A poza tym nie interesowało go słuchanie wykładów na temat medycyny, która ostatnimi czasy stała się głównym tematem ich treningu. A gdy to miało miejsce, on znudzony słuchaniem o liściach i innych medykamentach siedział z nosem w szybie, spoglądając, jak jego rodzeństwo się dobrze bawi na zewnątrz podczas własnych treningów.
— To głupie! — wykrzyknął pewnego razu strosząc się w złości, kiedy to Cynamonka opatrywała jednego z kotów, członka grupy Jafara, tłumacząc swoim pociechą co w danej chwili robi i jakich ziół używa — Nie chce tracić czasu, na naukę, czegoś co mi się nigdy przyda! Chcę się nauczyć polować! I walczyć! Jafar nie potrzebuję, aż trzech medyków! Dwójka kolejnych piecuchów mu wystarczy!
— Mi tam pasuje bycie medykiem, bo będę mógł innym pom... — podjął Hessonit, jednak nie było mu dane dokończyć, bo dostał łapa w nos od brata
— Bo jesteś cykorem! Już nawet Kremówka jest od ciebie odważniejsza i nie chciała bawić się liśćmi, wolała trenować na wojownika!
— Kosie!
— Ale to prawda! Ja też chcę się uczyć na wojownika! — wykrzyknął marszcząc swój mały dwukolorowy nosek, po tym jak matka go złajała — Tylko na wojownika! Mam w nosie to na co jest rumianek i bez czarny! A ty nas uczysz samych bzdur! 
Niebieska kocica, którą to pieszczoszka opatrywała zaczęła się śmiać. I to jak. Rżała niczym koń, raz za razem spoglądając na czarno-białego kociaka, który zmieszany jej reakcją zamilkł. Minęło paręnaście uderzeń serca, nim i ona zamilkła.
— Gdyby mi się trafiło takie niewdzięczne kocię, jak on, to bym je wrzuciła do rzeki przy pierwszej lepszej okazji... Auć! No co, taka prawda Cynamonko. — miauknęła kocica, gdy pieszczoszka dotknęła mocniej niż powinna skaleczenia samotniczki — Matkę powinno się szanować, nie ważne czy mądrze gada, czy plecie same głupstwa. Czy jest silna czy słaba... — Polizała swoją łapę. — Gdyby nie twoja mama smarkaczu, to krucho ze mną by było, tak też powinieneś się cieszyć, że nie tylko uczy was jak polować i się bronić, ale też jak się w razie czego poskładać do kupy. To nie są żadne bzdury.
— Stare wiedźmy głosu nie mają!
Był zły. Na brata, na siostrę i na mamę. A przede wszystkim na obcą kocicę. Bez słowa skierował się w stronę drzwi dwunożnych, które prowadziły na zewnątrz. Z rozpędu uderzył w klapę, przez którą z łatwością się przedostał i znalazł na zewnątrz. Z gniazda dwunożnych słyszał nawoływanie mamy, ale on nie chciał z nią rozmawiać. Omiótł spojrzeniem ogródek, na którym na całe szczęście w tej chwili nie było żadnego samotnika, któremu to mama pozwoliła mieszkać w szopie. Tak też więc, nikt nie był w stanie go zatrzymać. Nawet ten okropny mróz. 
Dygotał przedzierając się przez śnieg, aż w końcu dotarł do dziury w płocie i przeskoczył na drugą stronę. Znalazł się poza gniazdem dwunogów, po raz pierwszy. I to w dodatku sam. Nie długo się zastanawiając, chciał ruszyć naprzód, gdy coś, a raczej ktoś złapał go za obrożę odciągając od Drogi Grzmotu, po której przetoczył się potwór.
— P-puść mnie! Pomocy! — ledwo co wydusił, bo obroża zaczęła wbijać mu się w szyję, gdy tak był trzymany za nią
Minęła chwila nim zorientował się, że kotem, którym za nim poszedł nie była matka. Była to tamta kocica, ta sama, która jeszcze chwilę temu się z niego śmiała i nazwała go smarkaczem. Z hukiem opuściła go na oblodzony chodnik, tak że uderzył o niego pyskiem nabijając sobie siniaka.
Teraz nie tylko był zmarznięty, ale i obolały. Już miał odezwać, się do starszej, gdy ta przyłożyła łapę do jego pyska.
— Chcesz się szkolić tylko na wojownika, tak? — spytała, a Kos w odpowiedzi jej jedynie skinął głową — Ja z wielką przyjemnością pokażę ci, jak wygląda taki prawdziwy trening wojownika. Będziesz żałował, że nie zostałeś w domu przy mamusi. Uwierz mi. — zachichotała otulając kocię swym ogonem, które to dygotało z zimna — To jak Kosie, chcesz tak naprawdę przydać się Jafarowi, a nie być tylko jednym z jego kilkudziesięciu podwładnych? Chcesz by twoje imię było znane w Betonowym Świecie tak jak imię Jago czy Bastet?
Też pytanie. Oczywiście, że chciał! Chciał być kimś, a nie jakimś nic nie znaczącym pieszczochem, który coś jakiś czas zdawałby kocurowi raport jak jego matka. Chciał się przysłużyć i to jeszcze jak. Bo Jafar to był jedyny pieszczoch, którego podziwiał. Kocur miał klasę i na pewno nie zachowywał się tak głupio jak mama w towarzystwie dwunożnych. W końcu tyle kotów mu służyło i to nawet samotników!
— TAK!
— No to załatwione, z przyjemnością zajmę się twoją nauką w wolnych chwilach. Teraz jedynie pozostaje zdobyć zgodę twojej matki... Tsy, nie powinnam wspominać o topieniu kociąt w rzece. Może teraz nie być na to chętna, żebym została twoją mentorką. — mruknęła — Przeproś ją za ten wybryk, to może ją trochę udobruchasz i się zgodzi! A i zapamiętaj, nie jestem starą wiedźmą. Jestem o wiele młodsza niż sądzisz. I na imię mi Stal. — uśmiechnęła się po raz pierwszy szczerze
Odprowadziła go do domu, chcąc upewnić się, że z jego pyska padną przeprosiny. I padły. A już po chwili Kos zasypał matkę prośbami o to, by jego treningiem zajęła się właśnie ta kocica, Stal, a nie cynamonowa czy ktoś inny. Bo on nie chciał się szkolić na medyka, nawet jeśli Cynamonka wolała mu do łba wbijać głównie nazwy roślin i ich zastosowanie. On chciał kroczyć inną ścieżką niż matka, niekoniecznie prostą. Nawet jeśli zdawała sobie sprawę, że ta droga będzie kręta i nie raz wróci do domu poobijany i poharatany - Stal nie miała zamiaru się z nim cackać i głaskać - to chciał nią iść.
— Możesz mi zaufać, że będzie w dobrych łapach. To wcześniej to były takie żarty, znasz mnie przecież. 
— Mamo? — Wlepił w nią spojrzenie swoich pomarańczowe oczu, czekając na werdykt pieszczoszki
Widać było, że się waha, bo zwlekała z odpowiedzią. Ale w końcu z jej pyska padła zgoda, na to, aby treningiem jej problematycznej pociechy zajął się ktoś inny, ktoś kto miał łapę do takich jak on. Ciesząc się jak głupi, dopadł do futra cynamonowej, wtulając się w nie. A Cynamonka lekko dotknęła łapą jego grzbietu, obawiając się tego, czy dobrą decyzję podjęła. Bo tam jak ufała Kamiennej Sekcie, będąc pewna, że z nimi jej dzieciom nic złego się nie stanie, tak nie była przekonana co do Stali. Jednak nie powiedziała tego na głos, dzięki czemu Kos mógł być w tej chwili najszczęśliwszym kotem na świecie. Bo mógł się uczyć na wojownika, tak jak tego pragnął.

01 października 2023

Od Kosa CD. Kremówki

 Kremówka miała nierówno pod sufitem, o czym Kos z każdym kolejnym dniem coraz bardziej się przekonywał. Może, gdy była bardzo malutka to uderzyła się w głowę? Może mama w trakcie przenoszenia jej ją opuściła, albo gorzej... dwunożni ją upuścili!? Wtedy by miał kolejny powód do tego by nienawidzić te łyse istoty, przez to, że popsuły mu siostrę. 
Milczał przyglądając się tej całej Radzie Pogromców Chaosu, przysłuchując się bełkotowi opuszczający pysk swojej siostry. Nie rozumiał czemu to właśnie inne pluszaki miały podjąć decyzję dotyczącą tego czy Kremówka będzie mu  mogła oddać pluszową krowę. Zresztą, po co jej był nowy pluszak potrzebny, skoro miała ich aż tak dużo i utworzyła z nich radę.
— To głupie, Kremówko. To są pluszaki, czemu mam przekonywać nie żywe istoty...
— Ciii! — Płowe łapki dopadły do jednego radnego i zostały położone w miejscu uszu pluszaka. — Kosie! Jak śmiesz się tak odzywać do rady! 
Zmieszany reakcją siostry nerwowo machnął ogonem. Ona naprawdę tak na serio? Nie mogła od tak dać mu jednego pluszaka? Miała w końcu ich bardzo dużo, a on? Ani jednego. Bo w końcu żaden mu się nie spodobała aż tak bardzo, jak ta krówka. Westchnął niepocieszony tym, że będzie musiał robić z siebie durnia. Ale jeśli miał szansę otrzymać to na czym mu zależy, to raz przystanie na to.
— Możesz mi przypomnieć nazwę tej twojej rady?
— Głuptas — miauknęła Kremówka wywracając oczkami — Rada Pogromców Chaosu. To nie takie trudne, braciszku. 
— No dobrze... Rado Pog...
— A, a, a! Chwileczkę. Najpierw przeproś radnych. Dopiero po przeprosinach wysłuchamy twoich argumentów za tym, aby ta oto potencjalna członkini Rady Pogromców Chaosu została oddana w twoje łapki
Prychnął niezadowolony z tej szopki. Ogon cały czas nerwowo chodził mu na boki. Był gotowy siłą odebrać pluszaka siostrze, byleby go tylko dostać. Może jakby ją pacnął raz a porządnie łapką w tą jej łepetynkę, to by się trybiki przestawiły i Kremówka by się zachowywała normalnie.
— Ja, Brat Najwyższej Przewodniczącej Rady, Kos przepraszam was za okazanie tej zniewagi z mojej strony — Pochylił głowę w geście skruchy za swoje zachowanie. Gdy unosił wzrok na siostrę, dostrzegł w jej oczach iskierki radości. Naprawdę łatwo ją było uszczęśliwić. — Mam nadzieję, że to nie wpłynie na pozytywne rozpatrzenie mojej prośby dotyczącej oddania mi oto tego pluszaka. — Wskazał łapa na krówkę, która siedziała obok jednego z radnych. — Myślę, że będzie lepiej się czuł w moim towarzystwie, bo jesteśmy do siebie podobni. Będę o niego dbać, nie zniszczę go... — urwał
Przyglądał się jak płowa szylkretka nachyla się do pluszowej krówki, wyglądało to jakby prowadziła z nią rozmowę. Raz za razem kiwała głową, mrucząc co jakiś czas "mhm, tak, rozumiem". 
Nie słuchała go. Mówił sam do siebie.
— Kremówko... — podjął chcąc zwrócić uwagę swojej siostry 
— Wybacz Kosie. Mamy mały problem. Łaciatka nie chce z tobą iść, chce dołączyć do mojej rady. Sama mi to przed chwilą powiedziała. Więc zebranie uważam za zakończone. 
— Żartujesz sobie?! — krzyknął zdenerwowany na kociaka i wysunął swoje małe pazury — Jak to ci powiedziała?! I co to za imię! To nie jest żadna Łaciatka!

<Kremówko?>

18 września 2023

Od Kosa do Miedzi

 Obserwował jak Miedź raz za razem zrzuca ze stołu przedmioty na nim leżące. A to gazeta, a to pilot od telewizora, nawet pustą puszkę strąciła łapką, po czym zaglądała do wnętrza puszki chcąc spróbować resztek płynu, które się w niej znajdowały. Dostrzegając, jak siostra z obrzydzeniem się cofa marszcząc pyszczek o mało co się nie zaśmiał, tak to się kończyło zawsze, gdy starała się zbadać coś co należało do dwunożnych. Może i ich jedzenie ładnie pachniało, jednak to był wyjątek. Reszta rzeczy należących do dwunogów śmierdziała. A w szczególności ta puszka z dziwnym płynem w środku.
— Hej, Miedź! — zawołał, gdy jego siostra przeskoczyła na kanapę, po czym ostrożnie wbijając w nią pazury zsunęła się na podłogę pozostawiając po tej czynności dwie pociągłe linie, ukazujące co znajduję się pod obiciem — Chcesz poćwiczyć walkę? — zaproponował, nudził się, a nie chciał spędzać czasu na leżeniu jak jego reszta rodzeństwa 
— Nie! Mógłbyś przestać zachowywać się jak dzikus, Kosie! Gdy byliśmy u tego całego weterynarza, to krzyczałeś, jakbyś był panienką, a nie kocurem. Chociaż kto wie, może nią jesteś! — rzuciła dumnie kotka przyglądając się swojemu przyrodniemu bratu 
— Wolę krzyczeć, niż pozwolić się dotykać przez brudne łapy dwunogów. Kto wie kiedy się ostatnio myli... — odparł na zaczepkę siostry, która w trakcie wymiany zdań pomiędzy nimi skupiła swą uwagę na sznurkach od dywanu — Nie potrafisz mnie zrozumieć, bo jesteś za głupia. Dlatego pasuje ci bycie pieszczochem. Na ulicy nie dałabyś rady ani jednego dnia przeżyć, potwór by cię od razu zjadł! Twoje umiejętności można porównać do twojego móżdżku, obu tych rzeczy nie masz!
Miał nadzieję, że po tych słowach uda mu się przekonać siostrę do walki. Nie raz widział, jak Lilia wspominała, że szylkretka czegoś nie potrafi. A Miedź chcąc udowodnić siostrze, że ta się myli, robiła to o co liliową ja poprosiła. Liczył na to, że przyuważone zachowanie jego sióstr i mu pomoże spełnić jego zachciankę.

<Miedź?>

Od Kosa CD. Kremówki

 Był pewien, że uda mu się odgryźć koślawą łapkę swojej siostry, ale w zabawie musiała przeszkodzić im matka. Na dodatek zaproponowała im wybór jakiejś zabawki z koszyka. Siostra z radością podchwyciła tę propozycję, za to Kos trzymał się z tyłu przyglądając się jak tortie przekopuje stos zabawek. Gadżetów, które dwunożni im sprezentowali nie uznawał za nic godnego jego uwagi. Fajniejszy był kamień, na którym mógł ryć swymi pazurami szlaczki, bądź kora. Liść, patyk, lub piórko też się nadawało. A takie okrągłe plastikowe coś nawet nie dało się porządnie w pyszczek złapać, wydawało z siebie okropne dźwięki raniąc uszy małego kociaka. 
— O ja cię! Kos, patrz, patrz! — miauknęła podekscytowana siostra, gdy z pudła wyciągnęła niewielkich rozmiarów pluszankę w kształcie krowy. Jej milutkie futerko sprawiło, że zielonooka zamruczała z przyjemności. — Ale jaja, wygląda zupełnie jak ty!
Już miał zwyzywać siostrę, że naprawdę jest głupia, bo go porównuje do jakiejś zabawki, będąc pewny, że wyciągnęła coś brzydkiego, gdy dostrzegł czarno-białe stworzonko u łap siostry. Faktycznie, było takie jak on, na co zrobił oczy jak pięć złoty. Musiał to coś mieć. Nawet jeśli pochodziło od dwunożnych, było już jego. Dla tej zabawki zrobi wyjątek. Byleby tylko ją dostał.
Cynamonka dostrzegając zainteresowanie swego syna zabawką odetchnęła z ulgą, że i ten młody umysł udało jej się odciągnąć od walki. Kos nie rozumiał czemu mama tak pilnowała, żeby się nie bili. Dzieci Jeżyk walczyły między sobą i każde się dobrze miało. Czy to znowu chodziło o to, że oni byli samotnikami, a on pieszczochem? I pewnych rzeczy pieszczochą nie wypadało?
Podszedł do Kremówki, która dostrzegając jego zainteresowanie pluszakami, pochwyciła go ponownie w pyszczek, zaciskając na głowie krówki swoje małe ząbki. Nie odda mu zabawki, wiedział to. Przynajmniej jeśli będzie chciał użyć siły. W dodatku przyglądała im się mama, a nie chciał być przez nią kolejny raz strofowany. Tak też zaczął przekopywać koszyk, w celu znalezienia drugiej takiej samej zabawki. Zanurkował w jego wnętrzu, wywalając nic nie warte śmieci poza niego. Niestety nie udało mu się znaleźć zduplikowanej zabawki. Jednak może, mógł spróbować się z siostrą zamienić na pluszaki? Rozejrzał się po innych zabawkach, gdy dostrzegł całkiem fajną pluszową myszkę. Pochwycił ją w pyszczek, po czym wykaraskał się z plecionego kosza i położył zdobycz przed Kremówką.
— Wymienimy się? Ty dasz mi to, a w zamian dam ci to. Jest fajniejsza i bardziej pasuje do ciebie, niż ten łaciaty pluszak, więc możesz mi go oddać.
Zielonooka przyglądała się przedmiotowi wymiany, jednak nie wyglądała na dość przekonania co do oferty Kosa. 
— No nie wiem Kosie, aż tak bardzo zależy ci na tym? 
Przytaknął łebkiem, w końcu zależało mu na tym tak bardzo, jak jeszcze na niczym innym. Niby mogli się podzielić się zabawką, ale jednak wolał ją mieć na wyłączność. W koszu jest dużo innych gadżetów, więc raz dwa pieszczoszce coś innego wpadnie w oko i zajmie ją na dłuższy czas, dopóki nie stwierdzi, że się znudziła zabawą.

<Kremówka?>

17 września 2023

Od Kosa do Kremówki

 Siedział w kącie pokoju, będąc osaczony przez siostrę, która zagoniła go w kozi róg. Płowa szylkretka wpatrywała się w niego uważnie swymi zielonymi oczętami. Z jej pyska nie schodził uśmiech, gdy raczyła opowieściami swojego brata, nie dostrzegając, że kocura aż skręca od tych głupot, które opuszczają jej pyszczek.
— Tak jak mówiłam... Kosie, czy ty mnie słuchasz? — spytała się przekrzywiając łebek i zbliżyła się do brata — Braciszku, swojemu rozmówcy należy okazać szacunek i nawiązać z nim kontakt wzrokowy podczas rozmowy. Chcesz, by inne koty gadały na temat tego jak mama nas źle wychowała?
— Mam w nosie to co będą o nas mówić inne koty! W szczególności to co myślą sobie głupie pieszczochy! 
Kremówka usiadła i owinęła swoim ogonkiem łapki. Uśmiech ani na chwilę nie zszedł z jej pyszczka, ale Kos był niemal pewny że dostrzegł lwią zmarszczkę na czole siostry, gdy użył określenia "Głupie pieszczochy".
— Jesteś głupiutki, braciszku. W końcu sam jesteś pieszczochem. — zaśmiała się wskazując na jego znacznik na szyi — Dwunożni nie są przecież tak źli, a ty się zachowujesz tak, jakby obdzierano cię z futerka. A oni po prostu cię głaszczą. Nigdy nie krzyczą na nas, przytulają, kochają, tak jak mama! A ich ten napój w małym naczynku, smakuje wyśmienicie. Musisz kiedyś spróbować!
Nie wiedział co gorsze, to że miał trzy głupie siostry, które ślepo tak jak matka kochały dwunożne istoty, czy to, że jeszcze jeden z braci wyznawał to co one. Jedynie Duszek wydawał się ratować sytuację, ale ten brat to też nie było to czego oczekiwał od swojego rodzeństwa. 
Zawstydził się, gdy siostra wypomniała mu jak się zachowywał ostatnim razem, gdy kobieta pogłaskała go po głowie. Omal jej nie odgryzł palca. A ona uznając, że jest słodkim małym wojownikiem pocałowała go w czółko odbijając ślad ust ze szminki na jego białym futerku.
Tego było za wiele!
Skoczył w kierunku siostry przewracając ją na plecy. Oczekiwał poddania się przez kotkę, jednak ta już po chwili odpowiedziała na zaczepkę, okładając go swoimi małymi łapkami. Kos podszedł do walki na poważnie, skoro chciał być w przyszłości samotnikiem, coś na kształt tych z Kamiennej Sekty, to musiał pokazać, że jest silny. Że żaden głupi pieszczoch go nie pokona. Nawet jeśli był to słaby pupil dwunożnych, jego własna siostra, nie miał zamiaru dawać jej fory.
— Kosie, co ty wyrabiasz? — usłyszał głos matki, w momencie, gdy gryzł lekko tylną łapę swojej siostry, która ledwo co mogła powstrzymać śmiech

<Kremówka?>

Od Kosa do Cynii

 Siedział z nosem przyciśniętym w przezroczystą ścianę przyglądając się temu co się działo na zewnątrz. Skupił swój wzrok na kociętach Jeżyk, które kręciły się przy szopie. Zazdrościł życia samotnikom. Oni w każdej chwili mogli pójść gdzie tylko chcieli. A on? Dni spędzał w gnieździe dwunożnych, nie mogąc wyjść nigdzie poza ogródek. A jak udało mu się wyjść do ogródka, to i tak tylko wtedy, gdy wyszła z nimi mama. I jego reszta durnego rodzeństwa. Miał nadzieję, że prędzej czy później ktoś ich zabierze. Tak mówiła mama w końcu, że pewnego dnia mogą przyjść po nich inni dwunożni, ale nie była tego do końca pewna. Wtedy zostaną rozdzieleni. 
Położył sobie uszka po sobie dostrzegając, jak bury kocurek próbuje swoich sił w drapaniu się na drzewa. A zaraz obok niego pojawiła się koteczka, o szynszylowym umaszczeniu. Była czarno-biała, tak jak i on. Nawet jeśli to biel zdobiła większość jej futerka. Była mu bliższa niż jego rodzeństwo.
Nie wiele się zastanawiając, wykorzystując zainteresowanie matki resztą rodzeństwa jak i dwunożnymi, którzy głaskali jego bracia i siostry, skierował się do dziwnego kwadratu. Mama pomagała mu przez nie przejść nie raz, jednak samemu sprawiało mu to problem. Chwilę się męcząc z prześlizgnięciem się przez klapę, przeturlał się na zewnątrz. Zerknął w stronę ogromnych drzwi jeszcze, nim zbliżył się do schodów. Była to kolejna przeszkoda dla kociaka jak on. Mógł zawołać do starszych kociąt, by mu pomogły, jednak wiedział, że będą mogli się z niego śmiać. Bo był pieszczochem. Piecuchem. Głupio pupilkiem dwunożnych. 
Zrobił pierwszy krok w przepaściach, mając nadzieję, że uda mu się powoli zejść na trawę. Zazwyczaj to matka ich po kolei znosiła, gdy opuszczali gniazdo dwunożnych, a teraz nie mógł liczyć na jej pomoc. Ostrożne zejście mu nie wyszło, sturlał się, obijając o schodki nieco swe małe ciałko. Leżał rozwalony przy najniższym stopniu, starając się powstrzymać zawroty głowy. 
— A ty tu czego szukasz, co? — usłyszał, po czym przed sobą dostrzegł pysk burego kocurka, który spoglądał na niego spode łba, dmuchnął w niego ciepłym powietrzem z nozdrzy. Nie minęła chwila, a jego nastawienie względem pieszczocha się zmieniło. — A to ty, jesteś synem Cynamonki. Chwilą... Nie powinieneś być w gnieździe dwunogów?
— T... Nie. Chciałbym z wami spędzić trochę czasu — mówiąc to zerknął na Cynie i Goshenit, którzy znaleźli się po obu stronach kocura. W szczególności zależało mu na spędzeniu czasu właśnie z tą dwójką.
— A twoja mama wie, że będziesz się z nami bawił? — spytał cicho czarno-biały kocurek
— Tak! Pozwoliła mi pobawić się z wami. Sama chciała, byście pokazali mi jak wygląda życie samotnika. Widziałem przez przezroczystą ścianę, jak próbujecie wdrapać się na drzewo. Ja też chcę!

<Cynia?>

Od Kosa

 Kociak już od pierwszych dni na świecie stronił od dotyku dwunożnych. Piszczał najgłośniej ze swojego rodzeństwa. Nie lubił jak te łyse łapy dotykały go. Był za mały by zrozumieć, że nie musi się bać. Że te zimne łapy nie zrobią mu krzywdy. Próby uspokojenia go za każdym razem kończyły się klęską. Chciał przez cały czas leżeć wtulony w futro swej matki, tylko przy niej czuł się bezpiecznie. Nie rozumiał czemu kotka pozwalała na to tym dziwnym istota, ignorując jego nawoływanie o pomoc. Co z niej była za matka?!
— Och, Kosie — usłyszał westchnięcie matki, która przyglądała się z niedowierzaniem, że z jego gardła potrafią wychodzić tak wysokie dźwięki
W odpowiedzi na to ponownie zapiszczał. Jego ciałkiem raz za razem przechodziły dreszcze. Trwało to może parę minut, gdy dwunożni go trzymali, aż w końcu odstawili go do boku matki. A ten od razu wtulił się w jej bok. Było mu zimno, bardzo zimno. A krótkie futro matki nie dawało mu zbyt dużej ilości ciepła. Tak też zaczął się przeciskać w stronę swojego rodzeństwa, wolał ich towarzystwo niż towarzystwo paskudnych dwunożnych, dla których był niczym innym jak zabaweczką, która mogli trzymać i dotykać.
A on nie chciał takiego życia. Nie pasowało mu to, że wokół jego małej szyjki coś się znajdowało. Nie pasowało, że wszystko wokół przesiąknięte było ich zapachem. Byli wszędzie, wszędzie. Oszacali małego Kosa z każdej strony. A Cynamonka nic w tym złego nie widziała, i gdy bicolor chciał ponownie oznajmić swoje niezadowolenie cichymi piskami, kotka polizała go po głowie swym szorstkim językiem. To go nieco uspokoiło, jednak nie na długo. W ciągu następnych dni łyse łapy ciągle były wyciągane w stronę kociąt. Maluchy były kładzone, na dziwnym, zimnym urządzeniu, którego zapach nie podobał się kocurkowi.