Było nadzwyczaj cicho i wyjątkowo lśniąco pustkami. Zdanie, wypowiedziane stłumionym głosem, pewnie również zginęłoby w bezgłosie, gdyby odległość pomiędzy korytarzem a pokojem dziennym nie była tak mała. Rozgłos w domu nie był przewidziany przy rozmowie. Szeptane słowa były pomrukami doskonale zdolnymi do wyłapania dla wprawionego ucha. Jedynym szczęściem było, iż Odelka takowym nie była. Zamiast tego stała zaraz za rogiem, strzygąc uszami, ale nie mogąc usłyszeć nic poza tym jednym zdaniem.
Wypowiedź była przeznaczona zdecydowanie nie dla niej. Pomimo tego, doprowadziła dreszcz do przebiegnięcia wzdłuż jej karku, aż po sam koniuszek ogona. Ciężka, ołowiana atmosfera wisząca w powietrzu przygniatała ją oraz pozostawiała skołataną. Wydawało się, jak gdyby musiała walczyć o każdy z oddechów z narastającą gęstością wdychanego tlenu. Nastały bezruch dodał tylko sytuacji powagi oraz skłonił malutką do drżenia w miejscu, aby tylko powstrzymać się od ujawnienia przed dorosłymi po drugiej stronie ściany, nieświadomymi jej próby podsłuchiwania.
Brak było jej pewności w tym, o co chodziło w tej wymianie zdań, dziejącej się parę metrów dalej. Sam jej wydźwięk zdawał się jednak na tyle niepokojący, że zastanawiała się autentycznie, jak można wywołać takie wrażenie tylko paroma prostymi słowami — bez żadnego sprecyzowania czy nawet konkretnie nacechowanego kierunku. Coś musiało być nie tak w stopniu na tyle mocnym, aż namacalnym dla zaledwie gapiów.
Przysiadła sobie, rozważając w ciszy. Otoczenie jedynie szeptało gdzieś w tle znanymi dźwiękami, bez żadnego znaczenia dla filozoficznie nastawionej pieszczoszki. Coś było nie tak — na ten temat nie było dwóch zdań. Filozofowania młodziaka są nieco niepoważne, niemniej Odelka ma w sobie coś przynoszącego powagę głupotom, jakie potrafi myśleć na co dzień. Przytoczę wam, jak wyglądała taka rozmowa ze samą sobą w jej głowie, dzieląc kwestie na głos wewnętrzny i logikę.
– Skoro obydwoje, mama i tata, martwią się, to nie może być błaha sprawa… – przemawia jej podejście do świata. Mówiło głośno, ale dosyć niepewnie.
Wtedy wtrąca się drugi głos. Wewnętrzny monolog zajmuje podest. – Nie pomijajmy tego, że powiedziane zostało to “nie wróży” nic dobrego! To ogólne stwierdzenie! – rzucił ostrzegawczym tonem. To nie był do końca pełen obraz jej podejścia, zważywszy na częste ignorowanie. To tradycyjnie było podświadome ostrzeżenie, z którym nie ma się obowiązku zrobić czegokolwiek. Zakończenia są równie różne.
– Nie wróży… nie… wró… ży… – rozważała z całą powagą, jaką w sobie miała. Znaczenie tego krótkiego stwierdzenia mogło być tak rozbieżne; niektórzy mówią tak od rzeczy, lecz czy sytuacja taka osobliwa zasługiwała na lekkomyślne potraktowanie słowami, które naprawdę nie sięgają do sedna?
– Na wszystkie kwiatki ogrodu! Jak tu się dowiedzieć? Jak wiedzieć? – rozmyślała bardzo silnie. Ciekawość nie pozwalała jej odrzucić myślenia od tym. Prędzej umrze, niż pozostawi tę sprawę nierozwiązaną! – Jak zrozumieć… – zacisnęła powieki, skupiając całą swoją uwagę na tym właśnie trudzie. Jej mała główka nie potrafiła jednak ująć tego całego wydarzenia spójnie.
Stojąc i zaciskając oczęta, naprawdę mogła wyglądać słabo. Młoda, chuderlawa, z futerkiem wyczesanym trzęsącą się ręką… ni śladu uczniowskiego szychu, jak u kota Klanu. Zamiast tego prosty mieszkaniec betonowego światu, bez szans na przeżycie poza bezpieczeństwem znanej okolicy. Stawianie łapek gdzieś poza terenami płotu zdarzało się co rusz, mimochodem pozostawało pytanie: czy jeśli wydarzyłaby się rzecz tak straszna, iż zmusiłaby ją do odejścia z domu, poradziłaby sobie na własną łapę? Rozważanie tego było poza jej obecnym procesem myślowym, jednocześnie będąc relatywnie ważnym dylematem w obliczu sprawy.
Wielka ciemnozielona kanapa; splamiony stolik kawowy przy niej; zakurzony parapet; nieskończona ilość świecidełek i targowej jakości ozdóbek; półki bez odrobiny miejsca. Tylko to znała i tylko stojąc pomiędzy tym, mogła zaznać prawdziwego spokoju.
Wreszcie usłyszała ciche stawianie łap na korytarzu, a powietrze zaczęło nosić znamię ruchu. Nie wiedząc co zrobić, przez moment zamarła w bezruchu. Dopiero przybliżanie się kroków dało jej dostatecznego kopa, aby odwrócić się i zbiec w zieleń. Była kotem zamkniętej przestrzeni, ale to jej naturalny instynkt prowadził ją w głąb naturalnego środowiska zewnętrznego.
———————
Zatrzymując się z poślizgiem zaraz przed drewnem oddzielającym ją od wszystkiego, spojrzała w górę. Samej praktycznie nigdy nie zdarzało jej się opuszczać domu, zwykle z przymusu nakładanego przez tatę. Osobiście nawet wolała, kiedy to on oprowadzał ją po uliczkach, ponieważ znał je jak własne. “To mój drugi dom”, powiadał. Nigdy nie chciał rozwinąć, czy naprawdę żył pomiędzy domostwami, czy też nie. Chociaż ścieżki wydawały się łagodne, z całych im piaskowym i żwirowym wykończeniem, pozostawiały wątpliwości co do potencjału wykorzystania jako dom. Na szczęście Odelki, zanim uciekła zbyt bardzo w swoją głowę, znalazł się ktoś, kto był gotowy zaoferować pogawędkę.
– Hej, ładnie wyglądam? – wyskoczyła z zapytaniem Klementyna. Przyjrzawszy się jej, kociak dostrzegł przyozdobione przypadkowymi płatkami kwiatków futerko. Śmiech był nie do powstrzymania.
– No co! – ryknęła siostra, zbliżając się z niezadowoloną miną. Zrozumiała chyba jednakże, jak komicznie wyglądała w tak niespójnym przybraniu, gdyż otrzepała się, sprawnie doprowadzając do zniknięcia kwiatowych elementów. Sama Odetka, pomogła jej zdjąć jeden, który niefortunnie utknął jej na policzku. Powoli przestała rechotać, pomimo pozostałego uśmiechu.
– Czuje się wyśmiana. – zarzuciła jej urażona koteczka, stojąc naprzeciw oraz obracając głowę w bok, na wyraz swojego dozgonnego urażenia.
Młoda zacisnęła pysk, na wypadek, gdyby miała wybuchnąć ponowną falą chichotu. Zmusiła się do odpowiedzi nie zbyt długo po tym. – Dopasowywanie elementów stroju nie jest twoją mocną stroną, to tyle! – próbowała stwierdzić najłagodniejszym głosem, na jakim było ją stać, po intensywnym rechocie.
Wieczór wkradał się nieproszony, a słońce znikało za horyzontem. Dzisiaj nie było odpowiednią datą na wyjście… nie. Jeszcze nie dziś. Odetka odwróciła się do Klementyny i podążyła za nią gdzieś w odmęty podwórza. Na wszystko przyjdzie pora — dziś jest czas na przyozdabianie siostrze futerka w ładny sposób.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz