BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żmijowcowa Wić. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żmijowcowa Wić. Pokaż wszystkie posty

22 maja 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Śledzenie Czyhającej Mureny okazało się… przeokropnie nudne. O ile siedząc na ogonie Tojada miał jeszcze jakiekolwiek możliwości, aby go powkurzać, ponabijać się z niego czy sprawić, aby jego życie było jeszcze cięższe i bardziej uporczywe, tak z księżniczką sytuacja malowała się zupełnie, zupełnie odwrotnie. Murena była cicha, opanowana i bardzo ostrożna we wszystkim, co robiła. Nie wiedział, czy po prostu tak prędko odkryła jego zamiary, czy po prostu zawsze się tak zachowywała; nie mógł tego z niczym porównać, bo zwykle, jeśli wychodził na patrol z czarno-białą, to prędko znajdował sobie inne, poboczne zajęcie, aby nie zasnąć czy umrzeć z nudów. Miał tego zwyczajnie dość. Wpychał się na siłę do grup, w których ona akurat się znajdowała, mówiąc, że nie ma już czego nauczać Lawendową Łapę, więc przynajmniej może przydać się jakoś tam. Nikt nie patrzył na niego dziwnie; wszyscy wiedzieli, że jeśli robił coś niezrozumiałego, to zapewne chciała tego Mandarynkowa Gwiazda, której był podnóżkiem. A to też wiedział już cały Klan Nocy. Ale miał już zwyczajnie dość patroli przepełnionych ciszą i skupieniem, gdzie nikt nie śmiał się głośno i nie obrażał głupio rozczochranych ptaków na gałęziach o poranku. Trzcinowy Szmer, która przez jakiś czas też nie opuszczała go na krok (miał już podejrzenia, że on sam stał się ofiarą, którą kazano obserwować), teraz najwidoczniej wróciła do swojego zwyczajnego rozkładu obowiązków, gdyż coraz rzadziej przydzielano ich wspólnie do grup łowieckich, a jedyne, co pozostało, to wspólne treningi, podczas których uwielbiał przyglądać się walkom przyjaciółki z jej niesamowicie nieumiejętnym i niechętnym do nauki uczniem. 
Wszystko w Klanie Nocy wydawało się powoli wracać do porządku po tym dziwnym okresie, kiedy Mandarynkowa Gwiazda chowała się niemal po kątach. Ba! Nawet jego… brat? Nawet on został w końcu włączony do rodu. Okropnie się czuł, kiedy musiał myśleć o Flamingu w ten sam sposób, w jaki myślał o, powiedzmy, Lulkowym Zielu. Nie chciał widzieć w nim rodziny; nie byli nią. Chociaż nieco się cieszył, że matka odzyskała wigor i dobry humor. Nie mógł znieść jej skwaszonego pyska, kiedy okazało się, że jej najmłodszy jedynak nie zostanie naznaczony lotosem w standardowym czasie. Mimo że nie byli już nawet w połowie tak blisko jak kiedyś, wiedział, że z wybuchowym charakterem Wężyny wszystkim będzie się lepiej żyć, jeśli ona będzie w pozytywnym nastroju. Rogata Łapa też nieco... wydoroślał. Żmijowiec miał jakieś przelotne interakcje z księciem, chociaż na ogół starał się nie pchać w te same miejsca co on. Odwiedzał czasem żłobek, aby zanieść Wężynie coś na ząb, zwykle z rozkazu ojca kociaka. Wtedy kociak był niemożliwy i niezwykle irytujący. I mówił to Żmijowiec, którego sympatia do najmłodszych członków klanu była ogólnie znana i często komentowana. Rozmawiał też o nim z Widlikiem, który, chociaż uważał go za dość znakomitego kota z rodu, nie mógł nie zgodzić się, że charakter na pewno odziedziczył po matce (ale to była cecha wspólna większości jej maluchów, więc nikogo to nie zdziwiło). Teraz, kiedy wpadł pod łapy samej Mandarynkowej Gwiazdy, miał wrażenie, że cały ten wigor został przelany na treningi; i bardzo dobrze. Opóźnione włączenie do rodu najpewniej zabolało jego nabrzmiałe ego, o które matka zadbała już od pierwszych dni. Możliwe, że była to wyłącznie kwestia tego, że wymęczony uczeń to często cichy i spokojny w obozie uczeń, ale wolał nie narzekać. Dopóki wyrośnie na lojalnego księcia, to wszystko będzie okej. Sam Rogata Łapa raczej nie był skory do nazywania ani Żmijowca, ani, powiedzmy, Rosiczki, swoim starszym rodzeństwem. Czasami się nawet zastanawiał, czy był świadom, że są spokrewnieni. Miał wrażenie, że ani jego, ani Flaminga to nie interesowało. I najlepiej, żeby tak zostało. Tak będzie wszystkim łatwiej i oszczędzą sobie wielu niezręcznych chwil i rozmów. 

* * *
Po ataku borsuków

Senna Łza została przeniesiona w ciężkim stanie do legowiska medyków. Nie budziła się, a wokół jej mchu wciąż biegała to Gąbczasta Perła, to Klekoczący Bocian. Nikt nie wiedział, co tak faktycznie powinien zrobić, i nie chodziło tylko o medyków. Cała sytuacja rozdarła Klan Nocy. Kiedy koty, które uczestniczyły w zgromadzeniu, dotarły do obozu i ujrzały to, co się tam wcześniej wydarzyło, oniemieli. Wojownik wiedział, co czuli; on sam dotarł tam, kiedy już potyczka z borsukami wrzała w najlepsze. Pierwszy rozkaz, który wypadł z pyska liderki, dotyczył rannych i, o nieszczęście, zmarłej starszej. Wszyscy uwijali się jak mrówki mimo nieprzespanej nocy i słońca, które leniwie zaczęło wyłaniać się na horyzoncie. Później zajęto się sprawą jego bratanicy, która była samodzielnie odpowiedzialna za to całe nieszczęście. Żmijowiec nie udał się do lecznicy mimo ran na pysku, które uważał jedynie za niewielkie zadrapania, które do tego dodawały mu nieco męskości (słowa Trzcinowego Szmeru). Dużo myślał o tym, co się wydarzyło. To wszystko było jakimś absurdalnym, okrutnym snem. Nie rozumiał niczego. I nie mówił tylko o gadających borsukach, bo tej części nawet nie próbował rozwikłać w jakiś… sensowny i zdroworozsądkowy sposób. Jego osądy ciągle uciekały w kierunku Korzennej Łapy. Jak terminatorka mogła być aż taka nierozważna?! Rozumiał, że jej ojciec nie był najmądrzejszym kotem w klanie i chociaż on sam niekoniecznie wierzył w dyskryminację czekoladowych kotów, tak nie mógł przestać myśleć, że to jej błotniste plamy w końcu dotarły do jej niewielkiego mózgu i zaćmiły go kompletnie. Nie mógł zrozumieć, jakim cudem mieli niby być spokrewnieni. 

Następnego dnia wstał wcześnie, chociaż zmęczenie wciąż ściągało jego powieki w dół. Niemal machinalnie podszedł do legowiska liderki, ale zatrzymał go Błękitna Laguna. 
— W czym mogę ci pomóc, Żmijowcowa Wicio? — zapytał, zastawiając mu drogę. Zielone ślepia zmierzyły księcia od góry do dołu. 
— Chcę porozmawiać z Mandarynkową Gwiazdą. Jest u siebie? — zapytał, wciąż sennie i powoli. 
— Tak, ale nie wiem, czy nie wolałaby odespać wczorajszych wydarzeń — wymruczał zastępca. 
— Nie mów o tym, co wydarzyło się w nocy, bo siedziałeś na Bursztynowej Wyspie. — Był nieco zirytowany; nie wstał o świcie, aby kłócić się z Laguną, kiedy wciąż ma śpiochy w kącikach oczu. Już chciał coś dodać, jeszcze bardziej zdenerwować kocura, ale przerwał mu głos zza cienia, który okrywał legowisko przywódcy. 
— Co to za szarpanina już o poranku — warknęła Mandarynka, wyłaniając się powoli z dziury między korzeniami. Zmierzyła wzrokiem najpierw syna, potem burego wojownika. — Błękitna Laguno, z czym przychodzi Żmijowcowa Wić? 
— Z czymś, co na pewno może poczekać, aż słońce chociaż wzejdzie ponad nadbrzeżne trawy — odpowiedział już znacznie spokojniej. Zielonooki go zignorował. 
— Przychodzę z raportem wczorajszego wydarzenia. — Zrobił krok do przodu, a kotka skinęła łbem i zaprosiła go do środka. Wymijając zastępce, trącił go ogonem w policzek. Nie ukrywał, że było to dziecinne zachowanie. Nie ukrywał też, że poczuł napływ satysfakcji. 
— Mów zatem — powiedziała kotka, kiedy mrok ukrył ich przed rannymi ptaszkami, które już zajmowały się doprowadzaniem obozu do stanu przed napadem borsuczej zgrai. 
— Wiem, że już w nocy dowiedziałaś się, kto i co było powodem pojawienia się drapieżników, więc nie przyszedłem rozmawiać o tym — zaczął.
— Tak. Korzenna Łapa wykazała się nieopisaną głupotą i zostanie odpowiednio ukarana.
— Zgadzam się, tak... Mysi mózg... Nie wierze, że to kotka, z którą dziele krew, chociaż sam Tojadowa Kryza nie należy do najmądrzejszych.
— Nie przyszedłeś tu tylko, aby narzekać na rodzinę, mam nadzieję. — Podniosła brew, nieco zniecierpliwiona. Na pewno też była bardzo zmęczona. 
— Nie, nie... To może zabrzmieć głupio, ale... Te borsuki, one przemawiały. Najpierw mniej zrozumiale, ale z czasem coraz więcej słów miało sens... Jakby nas ostrzegały, Mandarynkowa Gwiazdo — szepnął, jakby chciał mieć pewność, że Błękitna Laguna go nie usłyszy.
— Uderzono tobą o skały, Żmijowcowa Wicio? Borsuki, mówiące kocim językiem? Słyszysz, co mówisz? — zakpiła liderka. Nie dziwił jej się. On sam nigdy by w to nie uwierzył. 
— Wiem, jak to brzmi, Mandarynkowa Gwiazdo, ale musisz uwierzyć, a jak nie, to innym, którzy byli tego świadkami. Kogokolwiek z grupy, która walczyła w obozie. Zapytaj Trzcinowego Szmeru lub Złocistego Widlika, a nawet Niezapominajkowej Nadziei. Oni wszyscy powiedzą to samo, co ja. 
— To był bardzo stresujący moment dla was wszystkich — mruknęła. 
— Wiesz, że do wiary w rzeczy, których pojąć nie umiem, za pomocą zwykłych zmysłów jestem ostatni. — Srebrna zamilkła. — Nie chcę mącić ci w głowie. Wiem, że byliśmy w szoku, a adrenalina mąciła nam w głowie. Ja nie jestem w stanie ci przekazać, co powiedziały; nie pamiętam tego; byłem zbyt wściekły na Korzenną Łapę, ale może Złocisty Widlik lub Wężynowy Splot byli w nieco lepszym stanie emocjonalnym. 
— Dobrze... Dziękuję ci, Żmijowcowa Wicio. Możesz odejść. Ja muszę pomyśleć. — Odwróciła się od niego i ogonem pokazała, że ma opuścić legowisko. Zrobił, jak kazała. 

* * *
Aktualnie

Wracał z patrolu. Humor od samego początku był nieciekawy. Nienawidził chodzić w grupie z Wzlatującą Uszatką. Nigdy nie zrozumie, dlaczego pozwolono jej powrócić, a w dodatku przywlec tego małego smrodka. Nie widział w wojowniczce niczego, co sprawiało, że była warta zatrzymania. Dzisiejsze wyjście tylko umocniło go w tym stwierdzeniu. Mewi Puch odniósł ranną kotkę do medyków. Byli już niemal przy samym obozie, kiedy pomarańczowooka poślizgnęła się i wpadła prosto w byliny z głośnym piskiem. Jej łapa wygięła się nienaturalnie, a końcowo musiała zostać wciągnięta na grzbiet potężnego kocura, który sprawnie przeprowadził ją na drugą stronę. Żmijowiec wszystko to oglądał z podniesioną brwią i skrzywionym pyskiem. Nie życzył jej oczywiście otwarcie źle, ale gdzieś z tyłu głowy miał nadzieję, że cokolwiek sobie zrobiła, będzie na tyle niebezpieczne i poważne, że zamkną ją w lecznicy na długie księżyce. Cokolwiek miało znajdować się w nocnych gwiazdach, już raz uwolniło go od Wzlatującej Uszatki. Była szansa, że nie wykorzystał swoich wszystkich życzeń. 

Wślizgnął się do kociarni, gdzie wrzała rozmowa między Kropiatkową Skórą i Trzcinowym Szmerem. W pysku niósł sporą rybę, którą udało mu się złapać z pomocą Kuniego Strumyczka. Kotki były tak zajęte swoimi własnymi rozmowami, że nie usłyszały wchodzącego wojownika, przynajmniej dopóki nie upuściła morskiego potwora z głośnym uderzeniem. Pomarańczowooka nieco podskoczyła i od razu zwróciła się do dawnego mentora. 
— Oh! Dzień dobry, Żmijowcu — wymruczała, kiedy kocur rozglądał się po dziwnie cichym żłobku. — Maluchy poszły pobrykać ze Zmierzchającą Zatoką, więc jest troszkę spokojniej. 
— Znowu ryba… — burknęła za to szylkretką, wpatrując się w leżące, dalej wilgotne cielsko. — Obiecałam ci ostatnio, że wsadzę ci ości w zad. 
— Ciebie też miło widzieć, Trzcinko — odpowiedział. — I trochę szacunku do tego majestatycznego okonia! Nie widzisz, jaki dorodny? Prawie odgryzł mi głowę, a ty jesteś niewdzięczna niczym małe kocię. Zajadaj i nie marudź; zobaczysz, jak ci od razu zacznie migotać futerko od tych drogocennych tłuszczy rybnych. Ja jem tylko ryby, a przynajmniej staram się i widzisz, jak wyglądam.
— Rybka wygląda faktycznie smakowicie, ale może uszanuj zachcianki matki swoich kociąt, Żmijowcowa Wicio… — Kropiatka próbowała załagodzić udawany, przedramatyzowany konflikt pary. Rdzawawa królowa fuknęła pod nosem. 
— Zaklepałem ją już dla was, kiedy wracaliśmy znad rzeki, więc jak chcecie coś innego, to poproście Zmierzcha. — Udawał obrażonego, ale prędko zwrócił się ponownie do najmłodszej. —  A jak twój katar? Lepiej się czujesz? Nie chcę, żebyś zaraziła Trzcinowy Szmer lub któreś ze swoich maluchów…
— Gąbczasta Perła odjęła go jednym machnięciem łapki. — Uśmiechnęła się delikatnie, a kocur pokiwał głową.
— To dobrze, całe szczęście. — Po tych słowach na moment zamilkł, po czym podszedł bliżej szylkretki, która przeniosła się bliżej wyjścia, aby łapać promienie zachodzącego słońca. Usiadł obok, dotykając udem jej boku. — Powiem Mandarynkowej Gwieździe, że spodziewamy się kociąt. 
— W porządku — mruknęła, kąpiąc pysk w przyjemnym cieple promieni. 
— Potrzebujesz czegoś? — zapytał jeszcze.
— Normalnego jedzenia. Nie mam ochoty na rybę — burknęła. 
— Przyniosę ci potem. Chyba, że jesteś bardzo głodna.
— Umieram normalnie z głodu — prychnęła żartobliwie. — Idź do niej, a zanim wrócisz, to się wyliż, bo capisz jak rzeczny muł. 
— Jaka się Pani zrobiła delikatna… — Przewrócił oczami, ale na pysku wciąż malował mu się łagodny uśmiech. Wstał powoli, a odchodząc, dotknął jeszcze ogonem ucha Trzcinki. 
Nie musiał szukać przywódczyni. Srebrna wróciła niedawno z treningu i teraz zabierała zwierzynę na bok, aby w spokoju się posilić. Przez moment zastanawiał się, czy powinien dać jej moment dla siebie, ale kiedy Mandarynka ujrzała, że ten stoi niczym porzucone kocie na środku obozu i gapi się prosto na nią, machnęła zapraszająco ogonem. Bury pomknął żwawo. 
— Czego chcesz tym razem? — zapytała w pół zirytowana i zmęczona, a w pół zaciekawiona. 
— Chciałem podzielić się nowiną... 
— Złą czy jakimś cudem dobrą? — Podniosła podejrzliwie brew. 
— Mam najszczerze nadzieję, że nie weźmiesz ją za coś negatywnego — mruknął nieco speszony. 
— Do sedna, Żmijowcu — pogoniła go.
— Ja i Trzinowy Szmer będziemy mieć kocięta. — Czekał na reakcję kotki. Nieco niezbyt skromnie zdawał sobie sprawę, że z wszystkich wojowników w Klanie Nocy, to właśnie jego i swoją dawną uczennicę Mandarynkowa Gwiazda trzyma najbliżej, więc od samego początku chciał, aby wiedziała, że to właśnie jej najbardziej zaufana para kotów postanowiła poszerzyć szeregi członków. Wiedział też jednak, że była spora szansa, że zwyczajnie się tego nie spodziewała. 

<Mamdi? będziesz mieć pseudownuki>

Wyleczeni: Kropiatkowa Skórka, Wzlatująca Uszatka

08 maja 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Trzcinowego Szmeru

Zmierzył kotkę przydługim spojrzeniem; nie spodziewał się tak... dosłownego zagonienia w kozi róg, i to akurat dzień, w którym nie dość że nic mu się nie udawało na patrolach, to jeszcze Lawendowa Łapa miała kiepski humor, więc cały trening spędził na próbie rozchmurzenia kotki, aby byli w stanie cokolwiek zrobić. Ta Pora Nagich Drzew go dobijała. 
— W taką pogodę? — oburzył się i skrzywił pysk. — Oszalałaś?
— Przeszkadza ci? — zapytała przekrzywiając łebek, a potem oglądając swoje futerko dość teatralnie, z każdej strony. — Ja niemal nie zauważam, aby cokolwiek mi w niej dokuczało, wiesz? Futerko mam suche, brudu niemal brak, ale widzę, że komuś tu na pewno by się przydała nie mała kąpiel. — Zwróciła wzrok ku niemu. Żmijowcowa Wić faktycznie nie wyglądał za dobrze, na pewno nie tak, jak jego droga przyjaciółka. Sierść Trzcinowego Szmeru, chociaż widocznie przybrudzona na łapach, a także wilgotna od tej morderczej mżawki, która wydawała się nie kończyć, to była… normalna; no może delikatnie spuszona pod pachwinami. Za to bury wojownik wyglądał, jakby poturbował go potwór dwunożnych, a następnie sam właściciel tego pojazdu wrzucił go w worze do jeziora. Był mokry, brudny niemal wszędzie (od wstydu chronił go jedynie fakt, że na ciemnej części szaty nie było tego tak bardzo widać). Próbował wszystkiego, aby zmywać błoto z łap i brzucha, ale i tak od razu znowu brudził się, kiedy tylko postawił łapy poza obóz. Ostatecznie się poddał; i tak większość kotów wyglądała tak samo lub nawet dużo gorzej. Przynajmniej nie był całkowicie białym, jak na przykład Borówkowa Słodycz. 
— Tak, nieco mi przeszkadza. Wiem, ciężko uwierzyć, że coś może ruszać takiego wspaniałego kocura jak ja, ale no cóż… Nawet ja mam swoją granicę — mruknął, i chociaż nie miał humoru, to machnął ogonem, aby wskazać szylkretce kierunek, który sam obrał na ich spacer.
— Czyżbym je przekroczyła? — Podniosła brew. 
— Ty? Oh, no proszę cię... Musiałabyś się postarać; większość czasu jestem ostoją spokoju i wzorem opanowania. 
— Mhm, no to mam nadzieję, że jeśli będziesz sobie dłużej to wmawiał, to faktycznie dzieci odziedziczą po tobie cechę, która nie istnieje. — Wykrzywiła pysk w kpiącym uśmieszku, a Żmijowiec, jak miał w zwyczaju, kiedy tylko brązowooka wspominała o ich przyszłych (już nie tylko teoretycznych czy planowanych) pociechach, nadął nieco policzki i speszył się, może nie bardzo widocznie, ale wystarczająco, aby ktoś, kto dobrze go znał (Trzcinka), to dostrzegł. Uderzyła go ogonem w obok. 
— Weź się w garść, jeśli chcesz, żeby faktycznie do tego doszło — skarciła go, a on burknął niezrozumiale pod nosem. — I nie mamrocz; to irytujące. 
— Masz dużo wymagań! Chyba nie dorastam do twoich standardów; obawiam się — mruknął i podniósł obrażony łeb. Powoli dochodzili na drugi brzeg, 
— Uspokój się, królewno — skarciła go ponownie. Przez chwilę nic nie mówiła, a następnie usiadła na sporej powalonej kłodzie, aby uchronić futro przed niepotrzebnym brudem. Ruchem pyska zaprosiła kocura obok; przyjął zaproszenie i po chwili milczenia kotka kontynuowała: — Daj mi jasną odpowiedź, czy tego chcesz…
Świdrowała go ciemnymi ślepiami, a chociaż wojownik bardzo chciał odwrócić wzrok, wytrzymał, i chociaż zawstydzenie próbowało odebrać mu głos, w końcu mruknął cicho, chociaż bez tonu zawahania. 
— Chcę tych kociąt. — Ciężar chwili został zdjęty z ich barków. Szylkretka widocznie się rozluźniła, a na jej pysku zawitał uśmiech. 
— Na taką odpowiedź liczyłam…
— A jakiej się spodziewałaś? — zapytał, zaciekawiony tą bardzo… ckliwą reakcją. 
— Nie wiem. Byłam pewna tego, że chcesz być tatą, ale jednocześnie jesteś też taką… miękką i niezdecydowaną płotką, że nie zdziwiłabym się, gdybyś uciekł mi z tego planu w ostatnim momencie. Ale teraz ci już nie dam. Nawet jakbym miała szukać twojego ubłoconego, długowłosego zadu po wszystkich klanach — zagroziła mu żartobliwie. 
— Żadna z tych rzeczy nie jest prawdą! — prychnął, chociaż w głębi serca wiedział, dlaczego mogła tak o nim uważać. Wiedział, że Trzcinowy Szmer nie pozwoli teraz na zmianę tematu, ale niekoniecznie chciał myśleć, a tym bardziej rozmawiać o samym… akcie, więc uciekł w inną stronę — A myślałaś już, jak je nazwiesz?
— Chyba nazwiemy. Nie myśl sobie, że pozwolę ci z czymkolwiek zostawić mnie samą. — Podniosła brew. Zaśmiał się pod nosem. — Spróbuj chociaż jeden dzień się im nie pokazać, to obiecuję, że następną rzeczą, którą JA im pokaże, to twoje wyrwane wąsy. 
— Urocze... Wychowasz małych psychopatów… 
— My wychowamy, ile można ci powtarzać. — Przewróciła oczami. 
— No dobrze, dobrze... To jak MY nazwiemy naszą latorośl? — poprawił się.
— Nie jestem pewna. Masz jakieś pomysły? — zapytała, a wojownik znów zamilkł. W sumie to spodziewał się, że szylkretka będzie już miała zrobioną całą listę potencjalnych imion; w końcu za każdym razem, kiedy się widywali, to musiała w jakiś sposób podjąc temat związany z dziećmi. W czasie tej przeciągającej się ciszy nad ich głowami przeleciał nurzyk, wydając z siebie dzwoniący, chrapliwy okrzyk. 
— Może od ptaków? Najlepiej wodnych... Myślę, że nieco połechta to ego Mandarynkowej Gwieździe, a skoro nie mamy innych pomysłów, to nie zaszkodzi wybrać tak, aby od razu ułatwić im nieco życie w klanie, prawda?

<Trzcinka?>

05 kwietnia 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Trzcinowego Szmeru

Westchnął. Zawsze zapominał, że Trzcinowy Szmer jest w niemal tym samym wieku co absztyfikant Kropiatkowej Skórki. Musiał przypominać sobie, jak trzymał tę dwójkę na gałęzi sumaka, kiedy obóz pochłaniały wzburzone fale powodzi. Miał wrażenie, że od tego wydarzenia minęły całe wieki…
— Pewnie tak… — Spojrzał przed siebie. Cisza była gęsta i przygnębiająca. Jego dobry i łobuziarski humor wyparował do reszty. — To nie tak, że nie chcę albo że o tym nie myślałem — wytłumaczył się, chociaż nie wiedział do końca, dlaczego. Trzcina nie obwiniała go. Nie musiała. Sam się obwiniał. — Lubię kocięta. Wiesz, że lubię — rzucił. Wszyscy w klanie mieli sposobność zauważyć, że jeśli z kimś ten uszczypliwy buras od razu się dogadywał, to właśnie z najmłodszymi. — Najwidoczniej mam po prostu kłopot z matkami — przyznał i wzruszył nieco łopatkami.
— Oj, dobrze wiem, że lubisz kocięta. Ciężko się oprzeć małym kuleczkom, które tak uroczo na ciebie patrzą — rozmarzyła się przez chwikę. Dostrzegając wzrok kocura, odchrząknęła, przyprowadzając się do pionu — Miałeś problem z matkami? Chyba ogólnie z kotkami. Rozmawiałeś z jakąś w klanie? Wiesz, może jakaś się znajdzie, czy coś.
Zmarszczył się od razu. Czy wszyscy musieli się go o to pytać? Matka, siostra, nawet jego przygłupi, zdradziecki brat... Wszyscy wydawali się być nagle mądrzejsi od niego w temacie sercowym; nawet ci, którzy sami nie byli w jakimkolwiek związku. 
"Tacy to właśnie zawsze mieli najwięcej do powiedzenia..." — mruknął w myślach.
— Dogadywałem się z moją mamą, kiedy byłem młodszy, ale z wiekiem chyba wydoroślałem i doszedłem do wniosku, że mnie w niej dużo… irytuje. No i też nie musiałem już walczyć o jej względy; dobrze wiem, że jestem najbardziej szanowany z mojego rodzeństwa, chociaż w tym momencie nie jest to zbyt duże osiągnięcie, sama przyznasz — mruknął. W sumie to nie myślał za wiele o tym, czemu od jakiegoś czasu już nie przejmuję się zdaniem Wężynowego Kła. Może to po prostu kwestia dojrzewania? Może każdy mamisynek w końcu zostawia za sobą swoje żałosne przywiązanie do rodzicielki? — A co do kotek — zmieszał się. — Nie powiem, że nie rozmawiałem. Przecież nawet teraz rozmawiam z tobą, a ty jesteś kotką. Przyjaźnie się też z Kropiatkową Skórką, no i dużo rozmawiam z Mandarynkową Gwiazdą. Mam swoją nową uczennicę... Nie widzę potrzeby, żeby wchodzić w relacje z innymi — ostatnie słowa wyburczał w swoją kryzę. Czuł się niezręcznie, rozmawiając o płci przeciwnej. Trzcinowy Szmer zauważyła jego zmieszanie, więc westchnęła przeciągle:
— Dobrze, jeśli tak uważasz, to twoja sprawa. Może kiedyś będziesz miał kocięta. — Wzięła kolejnego kęsa swojej ryby.  — Ja osobiście ci życzę, byś kiedyś dorobił się kociąt. Jestem ciekawa, jakby wyglądały małe Żmjowce .— Na myśl o małych kopiach przyjaciela robiło jej się ciepło na sercu, a na pyszczku pojawił się jej subtelny uśmiech. Ten szczegół umknął jednak kocurowi.
— Raczej nie byłyby takie niesamowite jak oryginał, ma się oczywiście rozumieć — przyznał, wypinając pierś. Odzyskał nieco pazura i pewności siebie. Wolał zdecydowanie mówić o sobie, a nie o jakichś bezsensownych miłostkach z kocicami. Zaśmiał się, a Trzcina cicho mu zawtórowała. Przez moment milczeli. W końcu dodał, nieco ciszej, łagodniej. — Ale nie chciałbym aż tak małego Żmijowca... Chciałbym mieć córkę.
— Małą Żmijkę? — zamruczała rozbawiona. — Szczerze, widzę cię jako dobrego ojca. Szczególnie dla kotki. Wplątywałbyś jej ładne kwiaty w jej długą sierść. Ja niestety nie mogę posiadać biżuterii, tak jak niektórzy. Mam za krótkie futerko i obawiam się, że moje kocięta też by takie miały... Za to ja chętnie bym miała kocurka, uczyłabym go pływać oraz pokazywałabym różne zabawy w wodzie, żeby wyrósł na wspaniałego wojownika. Jednak nie obraziłabym się, gdyby Klan Gwiazdy obdarował mnie córką w przyszłości, tylko nie chciałabym, by później miała mi za złe, że odziedziczyła po mnie krótkie futerko.
Uśmiechnął się pod nosem, a ostatecznie zachichotał nawet na głos. 
— Nie pomyślałbym, że masz jakieś kompleksy związane ze swoim futrem. Wydajesz się być osobą, która stawia na bycie praktycznym, niekoniecznie wylalusiowanym. Nie musisz się użerać z kłakami, a może i wplątywanie kwiatków jest urodziwe, ale równie łatwo w dłuższy ogon wplątują się gałązki i inne chwasty. Uwierz mi, wiem, co mówię — powiedział, drapiąc się nieco po długiej kryzie. Sam był nieźle zaznajomiony z tym, jak uciążliwa mogła być poranna toaleta, kiedy do brzucha przyczepił się niemal cały mech z legowiska, a pierwsze, co czujesz podczas wyjścia z legowiska, to te wszystkie włoski, które zebrały ci się w pysku i przełyku.  — Ale skoro aż tak nie chcesz skazać swoich przyszłych córek na twój "żałosny" los, to wystarczy, że znajdziesz sobie włochatego partnera, czyż nie?
Kotka wywróciła oczyma. Chyba to nie było takie proste, jak przedstawiał to buras.
— Może kiedyś spadnie taki gwiazdor z nieba z długim futrem, o ile dożyje do tego dnia — burknęła pod nosem, jakby wstydziła się swoich kompleksów. — Długie futro jest miękkie i po prostu ładnie wygląda. Pewnie po dniu bycia kudłaczem, musieliby mnie rozplątywać z własnych kłaków ale czasami warto sobie pomarzyć... — pazurem zaczęła rysować w ziemi różne wzorki. Żmijowiec chwilę wodził wzrokiem za jej łapą, ale doszedł do wniosku, że jeszcze chwila i zasnąłby na siedząco. 
"Marzyć zawsze warto..." — zgodził się z nią w myślach. 
— Na to samo wyjdzie, jak pójdziesz na plażę i wytarzasz się w wodorostach. Jak chcesz, mogę cię tam nawet zabrać i powiązać ci je wokół ogona. Wtedy na pewno nikt ci się nie oprze, moja droga koleżanko. Snur kocurów będzie się za tobą ustawiać, aby zaciągnąć się twoim morskim, algowym smrodkiem. — Uderzył ją łapą w brzuch. — A propos zapachu! Wiesz, jak ciężko pozbyć się smrodu ryb z długiego futra? To jakaś tragedia; śmierdzę, jakbym sam miał łuski i skrzela, i to po każdym polowaniu! Wolałbym, żeby moje maluchy nie musiały się z tym użerać, zwłaszcza że na samym początku, kiedy będą się tarzać w ciepłym, ugotowanym brodziku, to ja musiałbym wylizywać te ich ukiszone futerko — zaśmiał się. Chociaż narzekał, nie mógł zignorować ciepła, które rozlało się w nim wrac z tą wizją. Nawet śmierdzący maluch nie jest tak oszkliwy i paskudny. 

<Trzcinko?>

22 marca 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Przez moment wpatrywał się w oblicze liderki. Nie tego się spodziewał. Nie na to liczył. Był nieco zawiedziony. Nie tylko jej pojedynczą odpowiedzią, ale też tym, jak zachowywała się od tych kilku wschodów słońca. Szanował ją i wynosił ponad inne koty, ale głównie dlatego, że wyglądała na kota, zachowywała się jak kot, który na takie traktowanie zasługiwał. Teraz tak nie wyglądała.
— Hm... No cóż, rozumiem... — mruknął. Chciał podejść do tego na spokojnie, przynajmniej na początku. Wiedział, że Mandarynka jest blisko z jego matką, tak samo ze swoim synem; dlaczego miałaby więc wiedzieć kompletne nic? Nie mógł sobie wyobrazić, że któreś z jego rodzeństwa mogłoby być tak skryte w sprawie swojej ciąży i partnerstwa. No... Teraz może on by nie był taki wylewny, ale Wężyna sama sobie sprawiła ten los. 
— To był dla mnie szok. Nie spodziewałam się tego — wydukała kotka. Żmijowiec zdziwił się, że się odezwała. Nie wyglądała tak, jakby chciała kontynuować tę rozmowę. Teraz to nie wiedział, czy on ma na to ochotę. 
— Nie dziwię się — rzucił sucho. Zmrużył oczy; próbował coś wyczytać z jej oblicza, ale nawet w takim stanie była niezwykle skryta i niesamowicie dobrze maskowała swoje prawdziwe emocje. — Ale... Czy to nie dobrze, że ród się rozrasta? Miałaś przecież tylko jednego wnuka, a do tego na stanowisku medycznym. Ktoś będzie musiał zastąpić Błękitną Lagunę, kiedy on zajmie twoje miejsce, prawda? Czy nie ma większej pewności, że na to miejsce wzejdzie kot godny, niż stworzenie potomka samodzielnie? — rzucił, może zbyt żartobliwie i z przekąsem. Mandarynka milczała dłuższą chwilę. Wojownik nie miał czasu na takie zbytkowe rozmowy. Liderka jednak również nie chciała dłużej kontynuować paplaniny, a więc zmieniła temat. 
— Poprowadzisz dziś patrol. — Przyjęła swoją codzienną stoicką maskę. — Weź Lśniąca Ikrę oraz Kuni Strumyczek. 
— Dobrze. Zabiore Lawendową Łapę — oznajmił. — Ikra pewnie będzie chciał zabrać Narcyzową Łapę. Zgadzasz się, czy wolisz, aby pozostał w obozie i zajął się sprzątaniem?
— Niech zostanie. Idźcie we czwórkę. — Odwróciła się już. 
— Jeśli taka jest twoja wola — mruknął. Poszedł szukać swoich towarzyszy oraz ucznia. 

* * *

Potomek się narodził. Był to kocurek; zapewne wielka radość dla ojca i matki. Zapewne wyrośnie na wielkiego, mocnego młodzieńca; w końcu żaden z jego rodziców nie był chucherkiem. Był jeszcze mały. Wił się jedynie i popiskiwał, próbując przecisnąć się bliżej brzucha matki, wierzgając łapami tak, jakby miał walczyć ze swoim rodzeństwem, które jednak nie istniało. Był to jedynak. Oczko w głowie wszystkich kotów z rodu. A przynajmniej taka powinna być kolej rzeczy. 
Nie można było nie zauważyć, że nie wszyscy książęta i księżniczki byli zadowoleni z pojawienia się tego malucha. Nawet sam ojciec nie bywał zbyt często u swojego potomka. Jego kuzyn, za to jeszcze do niedawna najmłodszy członek królewskiej rodziny, kiedy już był zmuszony na niego patrzeć, mordował go wzrokiem. Nie widział zbyt często liderki. Na pewno nie w okolicach kociarni, co też bardzo go zainteresowało. Nie chciała być blisko swojej przyjaciółki, kiedy ta ledwo co została matką, a tym samym wkroczyła do jej szanowanej rodziny? Nawet on odwiedzał co jakiś czas matkę, słuchając jej narzekań i postękiwań. 
Właśnie kiedy wracał z jednego takiego krótkiego spotkania, ujrzał przywódczynię siedzącą niedaleko kłody z zwierzyną. Nie jadła, chociaż pod łapami leżał dorodny okoń. Westchnął i skierował się do niej. I tak musiał zdać jej raport z postępów Lawendowej Łapy. 
— Dzień dobry, Mandarynkowa Gwiazdo — zaczął, zanim jeszcze doszedł do niebieskiej. 
— Dzień dobry — mruknęła. Zerkała w jego stronę, kiedy wyślizgiwał się z kociarni. Wiedziała, że był u Wężynowego Kła. Chociaż wydawało się, że ciężko przechodzi jej to przez gardło, zapytała: — Jak czuje się twoja matka?
— Znakomicie. Oczywiście narzeka na wszystko, na co tylko może, ale znasz ją... Promienieje, a futro lśni  jej jak nigdy. Zdradziła mi, że zapędziła do czyszczenia swojego futra córki Tojadowej Kryzy — zaśmiał się sucho. 
— To dobrze... Słyszałam, że poród był szybki i bezproblemowy. To dobrze... — Wciąż wpatrywała się w rybę.
— Nie zapytasz o swojego wnuka? 
— Rozmawiałam o nim ze swoim synem. 
— Och. W porządku... Lawendowa Łapa świetnie sobie radzi — powiedział, zmieniając temat. — Poluję już na ryby i pływa coraz lepiej. Musimy jeszcze popracować nad walką i wspinaczką, ale ma bardzo łamliwe pazury. Często chodzi do medyczek. 
— To dobrze... — powtórzyła ponownie to samo. — Masz łapę do młodych — pochwaliła go dośc machinalnie. Machnął na to ogonem. 
— Nic nie knuję — rzucił nagle, cicho, prosto do jej ucha. 
— Tojadowa Kryza? — dopytała, aby mieć pewność. Skinął łbem. 
— Nieważne, gdzie idzie, co robi... Na razie jest czysty. Oczywiście będę kontynuował, ale czy mamy też może jakieś inne tropy?

<Mandi?>

11 marca 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Dzień uwięzienia potencjonalnych zdrajców 

Niestety musiał być ze sobą szczery. Chociaż w Klanie Nocy działy się rzeczy na pierwszy rzut oka tragiczne i niespodziewane, on sam nie był jakoś szczególnie przejęty. Nawet jeśli dotknęło to bezpośrednio jego rodziny, jego szwagierki, brata i bratowych... Jedyne, co czuł, to taką niewielką, naprawdę malutką, ale bardzo jaśniutką iskierkę okrutnego zadowolenia. Wiedział, że jego rodzeństwo, a zwłaszcza właśnie Tojadowa Kryza, nie należą do najmądrzejszych, najbardziej ogarniętych kotów w klanie, więc to była tylko kwestia czasu, aż któreś wpakuje się w kłopoty na tak… katastrofalnym w skutkach poziomie. Chociaż czuł pewien rodzaj, pewien poziom wstydu względem swojego brata, szybko minął. Wszyscy w klanie wiedzieli, że on i Tojad nie dogadują się nawet w najmniejszym stopniu, a co za tym idzie, pozycja Żmijowcowej Wici nie ucierpiała nawet minimalnie. Być może nawet podniosła się nieco, zważając, że Mandarynkowa Gwiazda była coraz bardziej przypierana do ściany. Coraz mniej kotów zdawała się znajdować w jej łaskach, a o ile przez dłuższy czas bury wojownik obawiał się, że on sam już dawno z nich wypadł, musiał przyznać, że porówbując swoją sytuację do sytuacji innych, wciąż znajdował się na szczycie. Jedynymi, którzy mogli mu w tym momencie podskoczyć, byli członkowie rodu. No, być może prócz Szałwiowego Serca, który wciąż chował się gdzieś po kątach.
Jeśli miał myśleć nieco dłużej nad tą całą sytuacją, musiał przyznać, że chyba bardziej zawiódł się na Borówkowej Słodyczy. Nie uważał jej za kotkę o dużym umyśle, w końcu związała się z jego głupim bratem, ale pałał do niej przynajmniej niewielką sympatią. Podobnie co do swoich bratanków. Dzieciaki nie wybrały sobie kretyna za ojca; nie miał zamiaru karać ich za coś, na co nie mieli wpływu, ani okazywać im niepotrzebnie wrogości czy obojętności. Miały szansę wyrosnąć na ludzi, wdać się bardziej w matkę lub, co byłoby optymalne, w wuja czy szylkretową babkę. Ale teraz to była już przeszłość. Teraz nie mógł być ich obrońcą; za wiele mógłby stracić. Tojad nie jest już kociakiem i ma swój własny mózg, który powinien pomóc mu wyjść z głową z całej tej sytuacji. Podobnie Borówka, która chociaż znalazła się w zdecydowanie większym bajorze, ma też większe umiejętności pomyślunku. Maluchów było mu najbardziej szkoda, ale to też nie były już bezmyślne robaczki, które jedynie piszczą i kwiczą. Życie nie było proste. On sam w ich wieku musiał przeżyć okropne wydarzenia, które utemperowały mu nieco nosa i wyrzeźbiły charakter. Ta cała straszna sytuacja dobrze im zrobi.
Koty zaczęły opuszczać swoje miejsca pod mównicą. Szeptały, prowadziły zażarte rozmowy i snuły niestworzone historie, którymi tylko nakręcały swoich rozmówców. Żmijowiec widział Trzcinowy Szmer, która niemal momentalnie znalazła się przy swoim uczniu, aby zabrać go na kolejny trening. 
"Jej los nie oszczędza…" — pomyślał, odprowadzając ją aż za ściany obozu. Szkoda było mu nieco Rezedowej Łapy. Młodzik, na słowa, że będzie jej pierwszym uczniem, pewnie spodziewał się, że owinie sobie mentorkę wokół pazura, a tu proszę… Pracował najpewniej najwięcej ze wszystkich terminatorów. Wodził wzrokiem po wszystkich, którzy akurat nie zwracali na niego uwagi. Lubił czytać innych, zwłaszcza w tych rzadkich momentach, gdzie nie miał potrzeby strzępić sobie języka. Poczuł, że ślepia mu się nieco przymykają, ale wystarczyło jedno chrząknięcie przy jego uchu, aby momentalnie się rozbudził. Nastroszył futro i nieco się wyprostował. Przed jego pyskiem stał Błękitna Laguna. Bury nieco się zmieszał, ale skinął do księcia łbem na znak, że go słucha.
— Mandarynkowa Gwiazda chciałaby cię widzieć w swoim legowisku — oznajmił chłodnym głosem. Młodszy próbował wyczytać coś więcej z błękitnych ślepiów. Miał się bać? Czy znowu okazało się, że coś przeskrobał? Czy jednak jego dni powrotu do chwały trwały dosłownie kilka uderzeń serca?
— Coś się stało? — zapytał, może nieco naiwnie.
— Coś może się stać, jeśli będziesz się ociągać. Idź. — Machnął ogonem i wyminął kocura. 
Wojownik odprowadził zastępce wzrokiem i szybkim krokiem ruszył w stronę sumaku. Stanął przed wejściem i wziął głęboki wdech. Nie wiedział, czego ma się w tym momencie spodziewać. To mogłoby być dosłownie wszystko. Nawet coś tak błahego jak pytanie, czy jest gotowy na szkolenie kolejnego ucznia. 
— Witaj, Żmijowcowa Wicio. Mam dla ciebie propozycję… — Nie zdążył nawet się przywitać, nie zdążył skinąć łbem, a liderka już go uprzedziła. Zmarszczył brwi, a jego oczy pojaśniały. Propozycję? Jaką znowu propozycję?
— O-oczywiście, Mandarynkowa Gwiazdo, słucham cie — mruknął, stając prosto przed siedzącą starszą. 
— Słyszałeś, z czym mamy do czynienia, prawda? Słyszałeś, jakiego problemu narobiła nam partnerka twojego brata, jego kocięta… — burknęła, a w oczach zalśniła jej iskierka złości. Kontynuowała: — O ile tobie ufam w pełni, tak Tojadowej Kryzie nie ufam niemal wcale, nie po tych wydarzeniach. 
— Od zawsze wiedziałem, że jest pozbawiony pomyślunku. Głupszy niż żołądź — wypluł zielonooki, ale przywódczyni nie była zadowolona z jego słów. 
— To nie kwestia poziomu inteligencji, chociaż prawda jest, że łatwiej będzie ci trzymać się jego ogona, jeśli faktycznie głowę ma pustą, niczym łupina orzecha. — Jej słowa były mocne; wypowiadała je powoli, bez pośpiechu. 
— Przepraszam, ale... Chcesz, abym go śledził, tak? To chcesz mi powiedzieć, Mandarynkowa Gwiazdo? — zapytał nieco niepewnie. 
— Ujmując to krótko. 
— Czy nie lepiej byłoby wybrać kota, który wcześniej spędzał z nim więcej czasu? Wiesz zapewne, że ja i Tojadowa Kryza nie pałamy do siebie najszczerszą sympatią.
— W takim razie mam nadzieję, że pozytywnie mnie zaskoczysz i coś wymyślisz — powiedziała, a włoski na karku Żmijowca nieco się podniosły. — Liczę na ciebie. Pamiętaj o tym — rzuciła jeszcze, a następnie odwróciła się w drugą stronę, dając mu znak, że ich rozmowa dobiegła końca. Wojownik chciał coś jeszcze dodać, ale zamilkł w ostatnim momencie. Skinął łbem i wyszedł. 
"Jakże mógłbym oszukiwać samego siebie, że będzie to proste zadanie…" — zganił się w myślach i odszedł. Musiał stworzyć plan działania. 

* * *
Akcja "Matka zabiera mi potencjalnego męża"

Wpatrywał się w matkę, która spoczywała w cieniu ścian żłobka. Próbował to zrozumieć, próbował przyjąć to do wiadomości i przejść z tym wszystkim do porządku dziennego, ale… ale nie umiał. Nie ukrywał przed samym sobą, że od kiedy Szałwiowe Serce stał się wrakiem kota, którym był wcześniej, spróbował zbliżyć się do Błękitnej Laguny. Nie mógł powiedzieć, że szło mu to znakomicie, ale widział postępy. Co prawda widział też, że jakimś cudem to właśnie Wężynowy Kieł najczęściej kręciła się wokół zastępcy. Próbował to zignorować. Znał matkę i jej potrzebę kontroli wszystkiego, co tylko mogła kontrolować. A najlepiej kontrolować poprzez inne koty. Lubiła władzę i lubiła wchodzić w łaski kotów, które ową władzę posiadały. Spędzała dużo czasu z Mandarynkową Gwiazdą, więc było to całkiem normalne, że również do jej syna zapałała pewną sympatią. Żmijowcowa Wić tylko przeraził się, że owa sympatia przerodziła się w coś tak... namacalnego. Swoje własne odczucia względem Laguny uważał jedynie za wrodzoną, wyssaną z mleka matki potrzebę podnoszenia swojego statusu społecznego. O ile czuł się dziwnie, kiedy patrzył na Wężynę, której brzuch miał teraz nosić przyszłych członków rodu, być może przyszłych liderów, tak nie mógł uciszyć głosu zazdrości. Był w takim szoku, że od kilku dni nie potrafił skupić się na swoim głównym zadaniu (którym nie było użalanie się nad samym sobą). Nie był jakoś bardzo tym zmartwiony, gdyż cały Klan Nocy żył owym wydarzeniem. Nawet w najgorszych chwilach starał się mieć Tojadową Kryzę na oku. Próbował stworzyć narrację, że  w tak trudnych dla rudego momentach rodzeństwo musi trzymać się razem. Nie wiedział, czy jego brat jest na tyle głupi, że faktycznie kupił tą bajeczkę czy po prostu nic go już do końca nie obchodziło. Błękitna Laguna musiał być powiadomiony o jego nowym zdaniu, gdyż wszystkie patrole odbywali razem, co nie uszło uwadze innym Nocniakom. Bury nie mógł już nawet droczyć się z Tojadem, gdyż ten utracił chęci do jakichkolwiek głupot, a większość ich interakcji była płytka i krótka. Jego pogoda ducha i ego pozostały wraz z jego rodziną na wyspie, z której nie mogli wyściubiać nosa. 

Wracał właśnie z treningu z Kropiatkową Skórką i ich nowymi uczniami. Ucieszył się, kiedy i on i jego dawna terminatorka zostali przydzieleni do szkolenia Lawendy i Szafirka. Był to najpewniej jedyny moment dnia, w którym nie musiał się martwić, że jego rudy brat wpadnie w jakiś nagły szał i w imię zemsty zacznie rozdzierać koty z królewskiego rodu na strzępy. A nawet gdyby to zrobił, Żmijowca nie było wtedy w obozie. Tym razem jednak jego sielanka skończyła się, a kiedy Kropiatka pożegnała się z nim i powędrowała do legowiska medyka, aby ktoś pomógł jej w wyciągnięciu kleszcza, który zadomowił jej się za uchem, pozostał sam. Młodzi uczniowie prędko pognali, aby poszukiwać swojego trzeciego brata, który też już zapewne zdążył skończyć swoje obowiązki. Widział, jak wszyscy spotkali się pod kłodą ze zwierzyną. On sam, chociaż czuł głód, nie miał ochoty na przeżuwanie. Wolałby drzemkę lub jakąś głupią rozmowę. Cokolwiek, co mogłoby pomóc mu się zrelaksować. Kiedy jednak ujrzał pomarańczowe ślepia Mandarynkowej Gwiazdy, która niby przypadkowo zawiesiła wzrok na osobie Wężynowego Kła, spoczywającej elegancko u wejściu do kociarni, coś w nim pękło. Zwykle unikał rozmów na ten temat. Nie chciał myśleć ani o matce, ani o Lagunie, ani o swoim nienarodzonym rodzeństwie, na którego czole widnieć będzie krwisty lotos. 
— Mandarynkowa Gwiazdo… czy mógłbym spytać się o coś? — mruknął, usadawiając się u boku liderki. Kotka nieśpiesznie przeniosła wzrok na jego pysk. Chociaż nie dała mu pozwolenia, milczenie wziął za zgodę. Przynajmniej nie słyszał żadnego zakazu. — Wiedziałaś o tym? Znaczy... Czy wiedziałaś wcześniej... Czy Błękitna Laguna mówił ci coś, co mogłoby wskazywać, że to wszystko się tak potoczy... Albo moja matka. Jesteś dla niej przecież tak drogą przyjaciółką…

<Mamdi?>

Wyleczeni: Kropiatkowa Skóra

10 lutego 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Trzcinowego Szmeru

Przełknął głośno kawałek mięsa i zerknął na wojowniczkę.
— Może i nie jestem kotem, którego inni nazwaliby przykładem cnót i dóbr, ale... chyba nie jestem aż takim draniem, aby pastwić się dodatkowo nad Szałwiowym Sercem — przyznał, drapiąc się pazurem po brodzie.
— Nie mówiłam, że masz się na nim pastwić — naprostowała kotka, a następnie nachyliła się bliżej kocura i szepnęła: — Chodzi o to, że w jej łaskach zrobiło się wolne miejsce. Czeka tylko, aż ktoś się tam wślizgnie. Chyba nie pozwolisz, aby był to Tojadowa Kryza albo ktoś inny, co?
— Dla twojej wiadomości... — zaczął wyniośle. — Ja już sobie uwiłem gniazdko w łaskach liderki, niemusze się martwić, że ktoś je zajmie.
— Mhm... Myślę, że Szałwiowe Serce też tak myślał.
— Och! Na zgniłe małże, Trzcinowy Szmerze, to nie to samo! — oburzył się.
— No już królewno, nie gniewaj się. Wiesz, że robie to wszystko dla twojego dobra. — Pogłaskała go ogonem po grzbiecie. Kocur jedynie podniósł wyżej łeb.
— To mój przyjaciel, nie będę pastwił się nad nim czy korzystał z jego niefortunnej sytuacji — burknął, wciąż trzymając głowę nad szylkretką.
— On wie, że jesteście przyjaciółmi — zapytała, podnosząc brew.
— Oczywiście. Najlepszymi. — Odtrącił swoim ogonem jej ogon i owinął go sobie wokół łap.
— Aleś się nafuczał... Wiem, że jesteś wpatrzony w Szałwiowe Serce, jak w obrazek, ale żeby aż tak się tym przejmować... A może jesteś zazdrosny, co? — Uśmiechnęła się zadziornie i znów przybliżyła pyszczek. Wojownik zjeżył się nieco i dmuchnął jej prosto w nos. Trzcinka odsunęła się i kichnęła. — A do tego jaki ślepy na własne uczucia...
— Masz algi zamiast mózgu, mówił ci to ktoś?!
— Jeśli ja mam algi, to ty masz całkowitą, piszczącą pustkę, wiesz? — Słodki uśmieszek nie opuszczał jej mordki, kiedy kontynuowała zaczepianie zielonookiego. — Och mój biedny towarzyszu... Może gdybyś powiedział Szałwiowemu Sercu, nie byłby teraz wygnańcem ze złamanym serce. — Pokiwała głową z udawanym żalem.
— Ach! Przestań już te swoje wygłupy! Jesteś niemożliwa! — warknął. Wstał i nie bacząc na swoją ledwo nadgryzioną piszczkę, zaczął odchodzić. Trzcinka jednak zdążyła rzucić jeszcze kilka słów.
— Przede mną możesz uciec, ale nie przed swoim prawdziwym ja!

* * *
Aktualnie

Wiedział, że nie ważne jak ciężka będzie sytuacja, Trzcinowy Szmer jest silna i nie przejmuję się zwykłymi pomówieniami czy plotkami, zwłaszcza tymi, które nie są rozpowiadane przez nią. Żmijowiec musiał przyznać, że było to dość ciekawe doświadczenie, kiedy to ktoś tak tobie bliski był na językach wszystkich, a ty sam nie do końca mogłeś dołączyć do tych wścibskich szeptów, nieważne jak mocno twoje wścibskie szepty chciały wyjść na światło dzienne. Wiedział, że koty czekają na podwinięcie się szylretowej łapy, wiedział, że patrząc jej na tył głowy, kiedy zostają wybrani na wspólny patrol, że trochę bardziej pilnują swoich tyłów podczas polowań z wojowniczką. On nie mógłby mieć tego wszystkiego bardziej w nosie. I o dziwo jego podejście podzielała Mandarynkowa Gwiazda, ale nie było to aż tak niespodziewane, patrząc na to, że to ona był mentorką jego przyjaciółki.
Nie był jednak ślepy i nieprzejęty samym faktem, że najwidoczniej od wielu, wielu księżyców w Klanie Nocy panoszyła się zgraja zdrajców. Oczywiście wszyscy zauważyli już po śmierci Pluskającego Potoku, że jego ojciec dziwacznie się zachowuję, ale jego partnerka zawsze była przecież przykładną wojowniczką. Próbował nie mówić zbyt wiele o jej rodzinie, kiedy jadali razem, polowali razem, plotkowali razem, ale musiał przyznać, że momentami było ciężko. Był wścibski i ciekawski z natury. Wiedział, że żeby osiągnąć spokój ducha musi wiedzieć WSZYSTKO na KAŻDY temat, który jest aktualnie na językach innych Nocniaków. W takich momentach robił wszystko, aby Trzcinka wiedziała, że zawsze będzie po jej stronie, nawet jeśli z boku ich relacja wyglądała bardziej tak, że to Żmijowiec jako pierwszy mógłby wrzucić ją do głębokiego bagna.
Dzień nie był szczególnie ładny, ale po tej straszliwej Porze Nagich Drzewa każdy dzień, gdzie widać było przynajmniej cienką wiązkę promieni słonecznych, był nieco piękniejszy od pozostałych. Kocur wracał właśnie z porannego patrolu. Chociaż nie pamiętał, kiedy ostatnio całej grupie udało się powrócić z pełnym pyskiem do obozu, nie mógł był całkowicie zadowolony. Nie wiedział, czy to paranoja, czy prawda, ale na każdym kroku, który stawiał przy granicy, miał wrażenie, że czuje lekki zapach samotnika... lub samotników. Za każdym razem jeżył się nieco, za każdym razem stawał się trochę bardziej rozedrgany i milczący. Nawet docinki Wężynowego Splotu, która również brała udział w zwiadach, nie mogły wprawić go w inny humor. Nie odgryzał się, nie prychał... Siostra w pewnym momencie przestała widząc, jak bardzo rozchwiany jest jej brat, który tak często (zawsze) ma wszystko głęboko w nosie. Zwłaszcza po tym, jak niemal nie skoczył na Rezedową Łapę, która wyłoniła się nagle z krzaków obok, najpewniej również biorąc patrol za coś, czym nie był. Zaraz za uczennica pokazał się pstrokaty łeb Trzcinowego Szmeru.
— Nie powinieneś mylić czterech kotów z myszą, Rezedo... — mruknęła, kiedy terminator zmarszczył nos i odwrócił się do niej.
— Nie pomyliłem się! Myślałem, że to jakaś parszywa zgraja!
— To pewnie wina Wężyny — mruknął Żmijowiec, odwracając się do siostry. — Jeśli w tym klanie jest kot, który pachnie jedynie śliną i swoim ozorem, to ona.
— Powinieneś znaleźć sobie jakieś kreatywniejsze obelgi... — prychnęła Wężynowy Splot. — Od kocięcia powtarzasz to samo.
— I od kocięcia liczę, że w końcu dostrzeżesz, że jest to problem. — Odwrócił się od niej, nie chcąc się niepotrzebnie irytować. Chociaż to on zaczął, nie miał w sumie ochoty na przekomarzanki. — Dużo wam zostało Trzcinowy Szmerze? Wracamy już do obozu, możemy się zebrać w jedną grupę i spróbować zapolować przy Zrujnowanym Moście — zaproponował, a kotka skinęła łbem. Rezedowa Łapa od razu przylepił się do Słodkiej Łapy, która szła kilka kroków przed swoją mentorką, a Trzcinka pozostała u boku Żmijowca.
— Coś ty taki najeżony? Boisz się, że siostra ci odgryzie ogon — zapytała, próbując poprawić humor i jemu, i zapewne sobie.
— Żebyś się nie zdziwiła, do czego ona jest zdolna... — Posłał do tyłu wymowne spojrzenie.
— W końcu ktoś, kto nie mnie podejrzewa o wbijanie pazurów w plecy — mruknęła.
— Świat byłby za piękny, gdyby ktoś wziął Wężynę lub Tojada pod swój pazur, a nie ciebie. Ba! Zapewne wtedy zacząłbym nawet wierzyć w Klan Gwiazdy — powiedział bury.
— Nie mów tak... Nie chciałbyś tego — skarciła go przyjaciółka, posyłając nieco zbyt mordercze spojrzenie. Zielonooki machnął na to ogonem.
— Może tak, może nie... — wypluł i przez moment panowała nieco ciężka cisza. Mimo obiecania sobie, że nie będzie niepotrzebnie zaczynał tego typu rozmowy, słowa same wyszły na światło dzienne: — Wszystko u ciebie okej, prawda? Znaczy... Prócz tego, że cała twoja rodzina jest albo martwa albo zdradziła klan...

<Trzcina?>

09 lutego 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Rodzina jego najlepszej przyjaciółki okazała się być zdradzieckimi szujami. Żmijowiec nigdy nie był blisko ani z Baśniową Stokrotką, ani z Dryfującą Bulwą, a tym bardziej nie ze starszym rodzeństwem Trzcinowego Szmeru, zwłaszcza po tym, co zrobił Pluskający Potok. Nie wierzył w zbytnio w teorie spiskowe, nie miał w zwyczaju łączyć w głowie faktów na siłę, aby tylko doszukać się jakiegoś niewidocznego znaku czy niemożliwej poszlaki. Nie lubił gdybania na takie tematy. Już wystarczało mu, że cały klan kładł się przed jakimś tajemniczym Klanem Gwiazdy, który miał w sobie tyle prawdziwości, co opady śniegu podczas Pory Zielonych Drzew. Cała ta sprawa jednak nie dawała mu spokoju. To wszystko było niczym swędzący noc, z którym nic nie możesz zrobić; nieważne jak mocno tarłbyś go łapą, to i tak nic nie da, gdyż irytujące uczucie powróci niemal momentalnie, kiedy przerwiesz czynność. Nie mógł o tym wszystkim powoli myśleć. Wszystko przypominało mu o tym, że w Klanie Nocy kryję się jakaś większa zagadka. Widział puste, zimne legowiska, na których jeszcze niedawno spali podstarzali Stokrotka i Bulwa, a nawet jedno zdecydowanie bliżej mchu jego i Trzcinki, które zajmowała Porywisty Sztorm. Jeśli by się skupił, najpewniej dalej umiałby odróżnić cząstkę ich zapachu. Widział wyraz pyska Trzcinowego Szmeru, która z całych sił próbowała pokazać, że to wszystko jej nie rusza, że jest ponad tymi plotkami. Sam kocur nie wątpił w lojalność przyjaciółki i, na szczęście, większość Nocniaków, a w tym i dawna mentorka wojowniczki, raczej podzielało tę opinię, ale i tak, nawet to nie mogło uchronić jej od podszeptywań, ledwo usłyszanych gdybań czy zrezygnowanych i często nieco przestraszonych pytań, które wszyscy zdawali się zadawać. Czasami miał wrażenie, że od kiedy się urodzili, nie było w Klanie Nocy spokojnego czasu.
Wrócił z polowania. Często ostatnio wychodził sam, chociaż wielokrotnie był ganiony przez przemądrzałą siostrę czy właśnie ciemnooką przyjaciółkę. Machał na to wszystko ogonem, mówiąc, że jeśli ktoś ma go obranego za cel, co za różnica czy wykończy go dziś, czy za kilka wschodów słońca. Udawał rozbawienie i nonszalancje, ale musiał przyznać przed samym sobą, że niejednokrotnie podczas tych jednoosobowych łowów, kiedy krzak zaszeleścił zbyt głośno, zbyt blisko, zbyt nienaturalnie, zalewała go fala zimnego potu. Pora Nagich Drzew powoli opuszczała tereny, ale to "powoli" było słowem klucz. Chociaż zwierzyny stale przybywało, nie mógł powiedzieć, że polowania były całkowicie udane, a zdobycz liczna. Wciąż starał się z całych sił, aby ponownie zaistnieć w oczach Mandarynkowej Gwiazdy, chociaż powoli tracił nie tylko cierpliwość (z której nie słynął), ale też nadzieje, że kiedykolwiek odkupi czymś swoje nieprzemyślane, ale niekoniecznie głupie zachowanie sprzed wielu, wielu księżyców. Teraz stał pod jej legowiskiem, z pyska zwisał mu niezbyt pokaźny leszcz, którego udało mu się wyłowić dzisiejszego poranka, zanim jeszcze rozdzielił się ze Zmierzchającą Falą i Kropiatkową Skórką. Wszedł do środka po uprzednim zapowiedzeniu się. Srebrna kocica nie wyglądała zbyt dobrze, ale kto by się dziwił... on też najpewniej nie wyglądałby znakomicie, gdyby miał na karku cały klan i jeszcze widmo zdrajców, drapieżników i samotników.
— Przepraszam za najście, ale rozmawiałem z Błękitną Laguną i powiedział, że zapewne jeszcze dzisiaj nie jadłaś, więc pomyślałem, że przyniosę coś — powiedział, kiedy podniósł łebek po delikatnym ukłonie. Liderka zerknęła na niego, to na rybę, a to z powrotem na bury pysk.
— Czy reszta klanu już jadła? — zapytała.
— Ci, których ściskał głód, a powrócili już z polowań czy treningów, zapewne tak. Leszcza złapałem osobiście, więc nie martw się tym. Zwierzyny znów będzie dostatek. Może to jeszcze nie ten czas, ale coraz częściej koła widać na tafli wody, a myszy już zaczęły harcować w tataraku — próbował przekonać kotkę.
— Połóż ją, zjem później — oznajmiła, a Żmijowiec wykonał polecenie. Przez moment stał w niepewnej ciszy, nie wiedząc, czego tak faktycznie chciał. Znaczy... wiedział, o co chciałby zapytać, o czym chciałby porozmawiać, ale wiedział też, że jest to paskudnie kiepski pomysł, zwłaszcza w takim niepewnym czasie. — Żmijowcowa Wicio, czy tylko po to tu przyszedłeś? Czego chcesz? — zapytała, ale jej głos nie był wrogi, bardziej... zmęczony.
— Nie chce niczego — mruknął, chociaż był to fałsz.
— Ty zawsze czegoś chcesz, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego do końca sprawy — odpowiedziała kocica i westchnęła. Wojownik zaśmiał się smętnie pod nosem.
— Może to prawda... — zgodził się i usiadł, owijając ogon wokół łap. — Może... nie jest to sprawa, która musiała zostać poruszona teraz, ale skoro już i tak zawracam ci głowę... Słyszałem, że jakiś czas temu patrol Trzcinowego Szmeru napotkał samotnika, a do tego ta masa kociąt, które cały czas odnajdujemy... Nie jestem przesądny, nie mam nic do kotów spoza klanu. Sam urodziłem się tutaj tylko dlatego, że uznano, że mojej matce można zaufać... A-ale to dziwne, prawda? Ta Niedźwiedziówka i jej kocięta... Ponownie, nie mogę nic mówić z wyprzedzeniem, gdyż to niemal taka sama sytuacja, co z nami, ale... Ah... Przepraszam Mandarynkowa Gwiazdo... Czasami mam wrażenie, że jestem błyskotliwszy niż faktycznie, ale najwidoczniej moje wyobrażenie siebie wybiega zdecydowanie za bardzo przed rzeczywistość — zaśmiał się smutno. Było mu nieco głupio, próbował ukryć zażenowanie i wstyd, który wykwitł mu na policzkach, ale białe futerko nie pomagało.
— Co masz na myśli, dokończ — poleciła liderka.
— Wiesz, że nie przestanę wracać do sytuacji z samotnikami, prawda? Wiesz, że nie pozwolę zaginać tym poszlakom, które znalazłem na ciałach Sterletowej Łuski i Rozpędzonej Ważki... Nie-nie wiem dokładnie jakie może być powiązanie tej całej sprawy z tym, co dzieje się teraz, ale nie mogę przestać myśleć, że jakieś musi być. — Przełknął ślinę. Nie podnosił głowy, wpatrywał się w swoje łapy, ale mówił dalej: — Daj mi, proszę, chociaż pozwolenie, abym mógł zająć się tą sprawą, jeśli nie chcesz zawracać głowy innym kotom, mogę to robić samodzielnie, nie potrzebuję partnera, nie boję się samotników; jeśli chcą, niech spróbują mnie dogonić...

<Mandarynko?>

17 stycznia 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Borówkowej Słodyczy

Podniósł brew, trzymając w pysku nieszczególnie okazałą ukleję. O ile znał Borówkę dość długo, od małego można by rzec, a jeśli miałby być szczególnie uszczypliwy tego dnia, powiedziałby, że miał z nią bliższe kontakty prędzej niż jego głupi, rudy brat, tak... rzadko widywał ją faktycznie zmartwioną jakimś wydarzeniem. Oczywiście, widział, jak zamartwia się przyszłością swoich małych pociech, widział, jak stresuje się, kiedy nadawano im uczniowskie imiona, kiedy wymaszerowały na pierwszy trening. Tylko że to wszystko było jej znane. Było IM znane. Ona przez to przechodziła, Tojadowa Kryza przez to przechodził, on przez to przechodził, wszyscy w Klanie Nocy przez to przechodzili. Nie każdy jednak dopuścił się zdrady i mezaliansu, którego wielkim fanem okazał się książę Szałwiowe Serce. Wybór Żmijowcowej Wici do poruszenia tego tematu też nie był całkowicie głupi i pozostawiony przypadkowi, ta przynajmniej sam kocur myślał, gdyż point był przecież mentorem obu wojowników. Szkolili się pod jego okiem w tym samym momencie; obu im przeprowadzał test, obu przygotował do bycia pełnoprawnym, szanowanym członkiem Klanu Nocy. A teraz... a teraz to właśnie on krył się po wysokich tatarakach, obsmarowany hańbą i obdarty z godności, którą jeszcze kilka wschodów słońca temu nosił na szerokiej piersi. Rzucił rybę pod łapy i oblizał jasny pysk od krwi.
— Trudno było nie słyszeć. Wystarczyło mieć sprawne uszy. Nawet jak kogoś nie było podczas tego... oskarżenia, że tak to ujmę, Błękitnej Laguny, to najwidoczniej plotki noszą się tutaj z prędkością rzecznego nurtu — mruknął, owijając się ogonem. Nie był aż tak przejęty tą sytuacją. Na pewno nie tak, jak jego szwagierka. Poczuł się zobligowany dodać, wiedząc, jaką posiada reputację w klanie. — Aha i żeby to było jasne, tym razem ani ja, ani Trzcinowy Szmer nie maczaliśmy w tym łap.
Borówka spojrzała na niego smutno, chcąc mu dać do zrozumienia, że to nie był zbyt dobry czas na te typowe "żmijowcowe" zaczepki i dramatyczne zagrywki.
— Wiem, wiem... Dużo można o tobie mówić, ale szanujesz Szałwiowe Serce... Nie posądziłabym cię o rozpowiadanie plotek o nim.
— To dobrze, bo już mi się o ucho gdzieś obiło, że to niby od naszej dwójki, Laguna miał się o tym dowiedzieć, ale to bez sensu, po co miałbym się zapuszczać na tereny Klanu Klifu. Może jakbym miał dalej ucznia, ale teraz? Nie ma szans. — Nachylił się nad ukleją i wziął drobny, elegancki kęsik.
— Ale... Co o tym sądzisz, tak szczerze? — powtórzyła jedno z kilku pytań, którym zasypała go na samym początku.
— Nie wiem — rzucił bez namysłu. Chwile milczał, ale wyraz na mordce wojowniczki powiedział mu, że jeśli nie chce wyjść na kretyna, musi rozwinąć swoją wypowiedź. Przełknął i kontynuował: — Mam w sobie mniej krwi Klanu Nocy niż ta ryba. — Wskazał na swój nadgryziony posiłek. — Ciężko mi krytykować kogoś, kto wszedł związek z kimś z innego klanu, wiedząc, że i moja matka, i mój ojciec byli samotnikami i nie należeli do żadnego, kiedy zdecydowali się na posiadanie potomstwa. Nie widze w tym nic złego, ale może to właśnie problem, nie moja zaleta. Na pewno w ten sposób myśli Błękitna Laguna.
— Rozumiem — skomentowała krótko niebieskooka.
— Swoją drogą, nie mów może głośno tej mojej opinii, co? — Przechylił nieco głowę, patrząc jej prosto w pysk. — Nie wiem, jakie nastawienie do tego wszystkiego ma Mandarynkowa Gwiazda, a ja wciąż... niekoniecznie ją ku sobie z powrotem przekonałem. Wole nie pakować się w dodatkowe bagno, rozumiesz? — Kotka kiwnęła głową, a Żmijowiec odwzajemnił gest, biorąc kolejnego dziaba. Na moment zapanowała nieco niezręczna cisza, którą za wszelką cenę chciał przerwać. Borówkowa Słodycz ubiegła go jednak i zadała pytanie, na szczęście niezwiązane już z tematem Szałwiowego Serca.
— Widziała, że wychodziłeś na patrol poranny z Tojadem. — Na te słowa skrzywił się i niechętnie potaknął. — Wiesz, gdzie jest? Nie widziałam go, a już wróciliście...
— Pszczoła użądliła go z brzuch, kiedy próbował złapać mysz — opowiedział prędko, nie chcąc zbyt długo rozwodzić się nad swoim przygłupim bratem. Na wspomnienie pisku, który wydał z siebie rudy, uśmiechnął się jednak i dodał: — Poszedł do Gąbczastej Perły, ale nie wiem, ile można siedzieć u medyków z czymś tak błahym.
— Może ma uczulenie... — zmartwiła się jego partnerka.
— Może. — Wydłubał sobie pazurem ość spomiędzy zębów. Coś go tknęło, aby wrócić do poprzedniego tematu: — A ty? W sumie ty nie powiedziałaś mi, co o tym wszystkim myślisz, Boróweczko... Przedstaw mi opinie kota, który wie, jak to jest poświęcić wiele dla prawdziwej miłości... Godność, honor, zdrowy rozsądek... — wyliczył, szczerząc się.

<Borówka?>

Wyleczeni: Tojadowa Kryza

13 stycznia 2026

Od Żmijowcowej Wici Do Narcyza

Jak w niemal wszystkich sprawach, które dotykały przez ostatnie księżyce ten biedny Klan Nocy, każdy musiał mieć swoją własną, wcale nie podyktowaną przez innych, opinie. Zaczynając od ilości zwierzyny na stosie, która, chociaż na ten moment pokaźna i pulchniutka, to wkrótce miała się znacząco skurczyć, przechodząc przez aferę związana z Szałwiowym Sercem, a kończąc na kolejnej niespodziewanej samotniczce, która akurat znalazła się na ich terenach w idealnie takim czasie, aby bezpiecznie okocić się w ich ciepłym żłobku, pod okiem ich wyszkolonych medyczek. Chociaż każda z tych rzeczy była na swój sposób bardzo poważna i oczywiście nie powinna być traktowana pobłażliwie, ale... trzeba było przyznać, że na ten moment nie powinno to nikogo dziwić. Sprawa kłody na zwierzynę powtarzała się co roku; byli się na to w stanie przygotować w lepszy lub gorszy sposób i ostatecznie przeboleć czas niedostatku, który, uwaga, przychodził zawsze w tym samym momencie, nieprzerwanie i niezmiennie. Zdradziecki występek Szałwiowego Serca też już go irytował, ale w innym sensie niż widzieli to poplecznicy Laguny... Miał zwyczajnie dość tego, że zrobiono z tego taką aferę! Nie dość, że nikomu nie wyszło to na dobre, to jego przyjaciel marniał w oczach, widocznie ogarnięty cierpieniem i emocjonalnym bólem wewnętrznym. Żmijowcowa Wić próbował mu jakoś ulżyć. Proponował nawet własną pierś, aby kocur mógł się do niej wypłakać! Wszystko jednak kończyło się zawsze tak samo; książę wzdychał cierpiętniczo i odchodził, ukrywać się gdzieś przez następne kilka wschodów słońca.
Co do owej Niedźwiedziówki miał mieszane uczucia. Sama kotka wydawała mu się nieźle podejrzana, ale z drugiej strony... Czy gdyby był ciężarną kotką, którą mogą rozszarpać wściekłe lisy, czy nie poszedłby o pomoc do klanu, jeśli wiedziałby, gdzie on się znajduje?
"Na szczęście nie jestem ani kotką, ani nie spodziewam się kociąt..." — pomyślał, kierując się z ładnym okoniem do kociarni. Ostatecznie jednak nieważne czy był do niej nastawiony pozytywnie, czy negatywnie, bo karmicielka była aktualnie pod ich pieczą, a kodeks zabraniał pozostawiania matek z kociętami na pastwę okrutnego świata. Do samych maluchów nie mógł nic mieć. Sam przecież nie miał w żyłach ani kropelki krwi Nocniaka, a żyje mu się tutaj całkiem nieźle; jego współklanowicze również nie mieli prawa narzekać na jego pracę i jej efektywność. Polował dużo, na patrolach się nie ociągał, miał też już za sobą pierwszego ucznia, który jakiś czas temu doczekał się swojego własnego podopiecznego. Był przykładem tego, że przyjęcie ciężarnej samotniczki może skończyć się szczęśliwym zakończeniem.
Elegancko wślizgnął się do kociarni, gdzie prócz właśnie burej kocicy przesiadywał jeszcze Złocisty Widlik. Wojownik posłał piastunowi przyjacielski, delikatny uśmiech i skinął głową na powitanie. Upuścił rybę, która z głuchym plaskiem upadła na mech. Zwrócił się do kocura, sprawnie ignorując na ten moment królowo-więźniarkę.
— Ładny dzień, szkoda, że tkwisz w przesiąkniętej mlekiem kociarni — skomentował zielonooki, a Widlik parsknął nieco pod nosem.
— Ziąb i wiatr... Podziękuje. Gdybym miał rozpaczać nad straconymi dniami, nie zostawałbym uczniem Kotewkowego Powiewu — mruknął, krzątając się z niewiadomego powodu po legowisku. Żmijowiec jakiś czas myślał o owej posadzie, ale o ile lubił kocięta, chyba umarłby z nudów. Nawet jako osobnik lubiący się nieco polenić.
— Mam dla was rybkę, ale nie wiem, czy kociaki już jedzą... to. — Wskazał na okonia pazurem.
— Mam łapy, mogę sam przynieść sobie zdobycz; nie mam ochoty na rybę — powiedział kremowy i skierował się w kierunku wyjścia, zapewne zadowolony, że może się nieco przejść.
— Zobaczymy czy będziesz taki wybredny za księżyc lub dwa — rzucił jeszcze wojownik, kiedy piastun znikał za zakrętem.
Żmijowiec pozostał sam z nowymi nabytkami Klanu Nocy. Zrozumiał, że nie powinien ich zostawiać, dopóki nie wróci młodszy kocur, więc na moment zapanowała niezręczna cisza. Nienawidził niezręcznej ciszy...
— A więc... — zaczął nonszalancko. — Jak twoje kocięta, Niedźwiedziówko? Zdrowe, tłuste? Mam nadzieje, bo to trochę kiepski czas, żeby się rodzić... Zimno, mokro... Tobie to tam nic, masz kłaki jak niedźwiedzica, ale...
— Mają się bardzo dobrze, dziękuje — przerwała mu kotka, nie odrywając wzroku od jakiegoś niekonkretnego miejsca nad głową kocura. — I dziękuje za rybę, zjem za moment.
— Nie ma za co... — mruknął. W oddali widział, jak Złocisty Widlik zostaje zagarnięty przez jednego z braci do rozmowy. Westchnął pod nosem. Rozejrzał się po żłobku, szukając czegokolwiek, o co mógłby zapytać i podtrzymać rozmowę. Prędko jednak zaniechał, bo znalazł dokładnie to, czego potrzebował. Obok łap Niedźwiedziówki leżało jedno z jej kociąt. Puchaty, idealnie czarno-biały maluch, którego poza przypominała martwą padlinkę niż rozbrykane, pełne werwy kocię. Zwrócił się więc, nieco do matki, nieco do dzieciaka: — H-hej... On tak powinien wyglądać?

<Narcyzik?>

09 stycznia 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Szałwiowego Serca

Słońce przyjemnie grzało w jego grzbiet, a delikatny, przesączony zapachem ciepłej, przepełnionej rybami rzeki szarpało jego przydługawą sierść na gardzieli. Żmijowcowa Wić właśnie wysunął się z wodnych odmętów i spokojnym krokiem skierował się ku wejściu do obozu. Był zmęczony, ale zadowolony ze swoich dzisiejszych łowów; złapał ładną, tłustą zdobycz, której łuski lśniły w popołudniowym blasku. Dni sunęły powoli, nie rzadko dłużyły się wręcz, zwłaszcza kiedy nie miało się pod opieką żadnego potrzebującego opieki i nadzoru podrostka. Tęsknił nieco jednak za tym. Tęsknił za poczuciem, że jest dla kogoś całkowicie niezbędnym, że jest podziwianym na każdym kroku, że może sprawić, że jakiś młodzik odnajdzie się później w klanowej społeczności, że znajdzie coś, w czym jest ponadprzeciętnie dobry. Chciałby dostać nowego terminatora, ale wiedział, że nic nie wskazuję, aby Mandarynkowa Gwiazda ponownie uraczyła go tym ogromnym zaszczytem. Nie wiedział już, co ma zrobić, aby to wszystko odkręcić. Pluł sobie wciąż w brodę za to, co zrobił przed egzekucją Pluskającego Potoku. Nie uważał, że nie miał racji, ale mógł sobie zwyczajnie darować. Ostatecznie i tak z jego słów nie było żadnego pożytku; jedynie wykopał pod sobą ogromny, głęboki dół, z którego najpewniej nie uda mu się nigdy wyczołgać... a przynajmniej nic na to na ten moment nie wskazywało. Za każdym razem, kiedy powracał do chwili osądu rudego kocura, na jego pysk wciskał się niezmiennie ten sam wyraz zażenowania, wstydu i poczucia własnej żałości. Mógł zrobić tyle innych rzeczy, wybrać tyle innych ścieżek... czuł, że wybrał najgorszą. Może i przez chwile miałby wrażenie, że zrobił coś niezgodnego z jego moralnością, ale w ostatecznym rozrachunku... kogo tak faktycznie interesuję prawość i honorowość, jeśli przynosi ona jedynie gorycz w pysku? Może i miał teraz świadomość, że próbować coś wtedy zrobić, ale jedyną osobą, która zdawała się o tym pamiętać, był sam Żmijowiec. A Żmijowiec nie potrzebował swojej własnej aprobaty. Ta cała sytuacja ściągała mu sen z powiek, zatruwała każdą chwilę na polowaniach, patrolach, a także podczas jego skąpego czasu wolnego; miał wrażenie, że jeśli wkrótce coś się nie zmieni, to doszczętnie straci resztki zdrowego rozsądku i stanie się zwyczajnie umysłowo chorym. Najgorszym było to... okropne poczucie niesamowitej bezsilności. Jedynym, co mogło poprawić jego relację z liderką, byłoby jej zwyczajne zmienienie zdania. Nawet nieprzebaczenie czy zapomnienie, ale refleksja i zrozumienie, jakie intencje miał tak naprawdę młody wojownik, kiedy ośmielił się stanąć po przeciwnej stronie.
"To nawet nie była przeciwna strona. Nie broniłem tego rudego, śmierdzącego zdradą szczura... Robiłem dokładnie to, o co mnie poprosiła, a dostałem za to nie podziękowanie, nie docenienie, a chlast w policzek i splunięcie prosto w pysk." — pomyślał, nie panując nad wyrazem całkowitego obrzydzenia, który wślizgnął się na jego mordkę, zdeformowanym dodatkowo przez obecność śliskiego cielska w jego zębach. Z zażenowaniem i wstydem schylił łeb i wgapił się w ziemie, jednocześnie kontynuując swoją mozolną wędrówkę przez obóz, aby zapełnić tą rosnącą, ciemną dziurę, która rosła mu w brzuchu. Ogon ryby sunął po ziemi, która powoli, coraz bardziej oblepiała go z każdej strony. W końcu rzucił zdobycz przed siebie, a sam chciał wziąć dla siebie coś znacznie mniejszego; nie było mowy, że zdołałby uporać się z takim kawałkiem mięsa, a Trzcinowy Szmer była dzisiaj na drugim patrolu. Nie miał pomysłu, z kim miałby podzielić się takim potworem... Przynajmniej nie do momentu, kiedy kątem oka dojrzał jasne futro tuż przy swoim policzku. Podniósł głowę nieco zbity z tropu. Wpatrywał się zadziwiony w zmarnowaną, kiedyś tak... majestatyczną sylwetkę Szałwiowego Serca. Przez chwile nie wiedział co zrobić. Oczywiście wiedział o rzekomej zdradzie i mezaliansie, którego miał dopuścić się niegdyś tak szanowany kocur, ba! Którego miał dopuścić się sam książę Klanu Nocy! Wiedział o nim i nawet poczuł napływający smak gorzkiej zazdrości, ale... musiał przyznać, że źródło jego negatywnych odczuć, które wynikły z tej sytuacji, było nieco inne niż te reszty Nocniaków. A przynajmniej tak mu się zdawało.
Żmijowcowa Wić nie widział nic krytycznie złego w zakochaniu się w kocie z innego klanu. Nie widział różnicy, szczerze... Ostatecznie i tak wszyscy żremy te same nornice, pijemy wodę z tych samych rzek, mokniemy przez ten sam deszcz. Jego podejście było podobne w tej kwestii do tego, jakie miał w sprawie koloru futra. Dlatego też nie mógł mówić o tym zbyt swawolnie, nie każdemu, nie w każdym momencie. Mógł o tym podyskutować na uboczu z Trzcinką, posyłając innym kotom oceniające spojrzenia, ale nigdy w życiu nie posunąłby się tak daleko, jak otwarty sprzeciw czy nawet rozmowa z Błękitną Laguną o faktycznej wadze tego, co zrobił Szałwiowe Serce.
"Kotka to kotka... Co za różnica czy zdąży jej się czasem zeżreć płoć, czy kraba" — myślał kocur.
W końcu niezręczna, zdecydowanie zbyt długa cisza została przerwana, i to przez tego z kocurów, który raczej nie zaczynał ich rozmów.
— Wi-witaj, Żmijowcowa Wici — bąknął książę, wyglądając na niesamowicie zmieszanego tą interakcją.
— Dzień dobry, Szałwiowe Serce, wyglądasz... niewylizanie... — powiedział z lekką nutką dystansu. Wojownik naprawdę nie wyglądał zbyt dobrze. Był widocznie szczuplejszy, a jego futro straciło ten piękny, księżycowy blask, na który młodszy tak lubił patrzeć. Najgorsze jednak były te oczy... takie smutne, pełne wstydu i tęsknoty. Sosnowa igiełka wbiła się w serce burego kota. Dodał: — Co prawda... I tak ci w nim do twarzy. — Nie chciał wyjść na niegrzecznego. Chociaż pokazanie tego zaraz pod kłodą na zwierzynę nie było mądrym posunięciem, tak chciał pokazać, że nie jest całkowicie przeciwko Szałwikowi. Nie miał powodu.
— N-no tak... Zapewne może tak być — mruknął cicho książę, nie patrząc młodszemu już dłużej w oczy. Zaczął się wycofywać, a co zaciekawiło i zaniepokoiło Żmijowca, z pustym pyskiem. Już miał się odwrócić i czmychnąć do miejsca, gdzie musiał się wiecznie skrywać, ale przeszkodził mu nagły głos.
— H-hej! Czekaj no! — zawołał zielonooki, a point stanął w miejscu. — Wyglądasz marnie niczym wodorost wyrzucony przez morze. To się nie godzi księciu, nawet takiemu, któremu życie chlusnęło błotem w twarz — zauważył kocur, wyciągając jeden pazur i wskazując nim na niebieskiego, który coraz bardziej musiał żałować, że wybrał akurat ten moment na zdobycie posiłku.
— Przestań, p-prosze. — Głos wojownika był tak nędzny, tak niepodobny do jego poprzedniego, mężnego tonu, że futerko aż samo nastroszyło się na grzbiecie drugiego. Żmijowcowa Wić okręcił się na tylnych łapach i złapał ogon ryby, którą sam przytargał do obozu. Zauważył, jak w turkusowych oczach zaświeciła się obawa.
— Nie, nie, przestań... — wydukał książę, próbując zmusić burego, aby puścił pokaźne truchło.
— Sam to złowiłem, więc sam zdecyduje, kto to będzie jadł. A zdecydowałem, że będziemy to my. Razem. Ta, pod tymi trawami, rzucającymi miły cień. — Wskazał znów pazurem, tym razem na nieco oddalone miejsce na skraju obozowiska, gdzie długie trzciny faktycznie tworzyły niewielki baldachim. — Słońce zgrzało mi grzbiet i nie chce, żeby skończyło się to na wizycie u Różanej Woni; przyznam, że nieco mnie ona przeraża, a ciebie? — zapytał, biorąc znów do pyska rybsko. Naparł kościstą łopatką na pierś Szałwiowego Serca, aby zmusić go do jakiegokolwiek ruchu w kierunku, który obrał. Ku jego zdziwieniu kocur faktycznie posłuchał i potulnie pomaszerował u jego boku, nie odpowiedział jednak na pytanie. Żmijowiec, kiedy już dotarli, rzucił mięsiwo na ziemie i usiadł, dając znać ogonem, że dawny mentor ma usiąść obok. Zrobił to powoli. Siedzieli w ciszy; żaden nie chciał brać pierwszego kęsa. W końcu zielonooki przerwał cisze i przeszedł do sedna. To była jedyna opcja, a nikogo nie było w pobliżu.
— Słuchaj... To strasznie niewygodna sytuacja, ta, w której się znalazłeś i nie mogę powiedzieć, że wiem, co teraz czujesz, bo ja sam raczej... nie mam potrzeby kokietowania kotek na granicach, ale... Chciałbym, żebyś wiedział, że nie widze w tobie żadnego zdrajcy — zaczął, próbując z całych sił zmusić księcia, aby odwzajemnił kontakt wzrokowy. — Mam gdzieś czy ktoś wchodzi w związek z kotem, z którym dzieli legowisko, czy którego widuje jedynie na zgromadzeniach; nie widze w tym najmniejszej różnicy. Uważam też, że to wszystko, co dzieje się wokół tej twojej... afery, jest tak napompowane, że aż boli mnie głowa, a tym bardziej nie wiem, co musi dziać się u ciebie. Nie wiem... Nie wiem, czy ci to jakoś pomoże, ale... Skoro ja nie mam z tym żadnego problemu i nie zgadzam się ze słowami Błękitnej Laguny, który okrzyknął się zdrajcą, to nie wierzę, że cała reszta klanu jest niczym bezmyślna ławica, która głupio wierzy we wszystkie jego słowa, a nawet jeśli wierzy, to, że ma co do tego taki ogromny problem. Na pewno nie jesteś pierwszym, któremu ładna panienka zza kamienia, który wskazuję na granicę, zawróciła w głowie — powiedział, starając się zabrzmieć jak najbardziej pocieszająco i wspierająco. W pewnym momencie nawet zaczął gładzić kocura delikatnie ogonem po grzbiecie; nie zauważył, kiedy dokładnie.

<Szałwiowe Serca?>

16 grudnia 2025

Od Żmijowcowej Wici CD. Złocistej Łapy (Złocistego Widlika)

Kiedy Widlik był jeszcze uczniem

Kocur podniósł brew. Nie spodziewał się, że młody poruszy ten dość... specyficzny, a zarazem bardzo "nocniakowy" temat. Chociaż ta cała kwestia była raczej sprawą dość codzienną i w pewnym stopniu wyczuwalną dla każdego, tak taka otwarta rozmowa, spytanie się o szczerą opinię, było... co najmniej niespodziewanym, a nawet nieco szokującym. Zwłaszcza kiedy inicjatywa wychodzi od jednego z młodszych kolegów, którzy szkolą się pod okiem samego Kotewkowego Powiewu, pod okiem samej członkini rodu, a co za tym idzie, kotki, która była ideałem w oczach tego klanowego systemu wartości i piękności. Dla Żmijowcowej Wici całkowicie oczywistym byłoby, gdyby Złocista Łapa okazał się ogromny sprzymierzeńcem tego całego sposoby myślenia, entuzjastą tej ich historyjki o stworzeniu kotów, która tak bardzo próbowała wbić im do głowy piastunka. W końcu to on będzie musiał wkrótce opowiadać ją tym ledwo myślącym kociakom, lepić ich głupie móżdżki tak, aby nienawidziły czekoladowych, a wgapiały się w te czarno-białe jak w najpiękniejszą kwietną łąkę. Ale co on o tym wszystkim myślał? W sumie to... niekoniecznie wiedział. Myślał o tym dość sporo, głównie w wolnych momentach, kiedy nikt nie wydawał się być na tyle ciekawy, aby spędzić z nim porę posiłku, lub kiedy udawał, że wybiera się na samotne polowanie, głównie po to, aby poleżeć sobie na nasłonecznionych gałęziach w spokoju i ciszy. No i potem jeszcze urodziło się to czekoladowe kocię Tojadowej Kryzy i Borówkowej Słodyczy; jego mała bratanica Korzonek, której radosne, niczym niezmącone piski słyszał, dobiegające gdzieś z wnętrza kociarni. Na moment skupił się właśnie na tych dźwiękach, ale drganie końcówki ogona Widlika sprowadziło go na ziemie; poczuł je na tylnej łapie. 
— Hm... Nie wiem, co mogę ci na ten temat powiedzieć — zaczął w końcu, czując rosnącą niecierpliwość w młodszym koledze. — Nocniak ze mnie na tyle, na ile można uznać Nocniakiem kota, który urodził się z dwójki samotników. I chociaż próbowano mu wpoić te wszystkie magiczne, niesamowicie fantazyjne, przepełnione czarem i nietuzinkowością bajeczki, najwidoczniej ta... obca krew była we mnie zbyt dominująca i nie uwierzyłem w te wasze... bzdury —  powiedział, może trochę bardziej kąśliwie niż wypadało, niż wymagała tego sytuacja. O ile liczył się ze zdaniem rodu, a zwłaszcza Mandarynki, na swój temat, tak ta cała gadka, ta cała ich wiara i wymyślone zasady, w których próbowali przypisać najbardziej podstawowe odruchy cywilizowanego kota jakiejś wszechobecnej i wszystkowiedzącej sile... Żmijowiec uważał, że jest ponad tym wszystkim. Widziałby w sobie tego najmądrzejszego wojownika, ale niestety reszta jego rodzeństwa również raczej skłaniała się ku krytycznemu ateizmowi, więc nie mogło łączyć się to bezpośrednio z wielkością i światłością jego wspaniałego umysłu. To by znaczyło, że Tojadowa Kryza również coś musiałby z tego uszczknąć, a to nie mogło być prawdą.
— Ty możesz myśleć, co chcesz. Nie będę ci zawracać zadka gadką o równości wszystkich kocich futerek, bo szczerze... mam to gdzieś, a nie będę nadstawiać sobie karku za sprawę, w której mogę ten kark stracić, nawet jeśli jedynie metaforycznie. Chociaż sam nie uważam, aby czekoladowi wypełźli z jakiegoś bagnistego błociska, to raczej nie zobaczysz mnie stającego w obronie sprawiedliwości. Mam swoje własne kłopoty, a to, że los chciał, abym urodził się, jaki się urodziłem, to znaczy... ze zdecydowanie preferowaną aparycją... no cóż, miałem najwidoczniej zwykłe szczęście. No i właśnie to jest to, i tylko to: szczęście. Nie ma nic, czym mógłbym to inaczej wytłumaczyć. Jeśli ty wierzysz w bajeczki o magicznym pochodzeniu kotów... może to i lepiej; łatwiej będzie ci to wbijać do kocięcych łbów, a jeśli nie, jeśli moja odpowiedź na twoje pytanie miała faktycznie coś zmienić w tym twoim wciąż rozwijającym się móżdżku... — Tutaj popukał go lekko pazurem po czole i uśmiechnął się cukierkowo niczym starszy brat. Kontynuował: — To w takim razie mam dla ciebie jedną, ostateczną wskazówkę... Jeśli chcesz gdzieś zajść, to nie próbuj być stróżem prawości. Zachowuj się ładnie, wpajaj te głupoty tym swoim kociaczkom, czasem spójrz krzywo na malucha, którego futerko zbyt zlewa się z kolorem ziemi. Życie samo w sobie jest zbyt ciężkie, aby sobie je jeszcze bardziej utrudniać. — Zostawił go z tymi słowami. Wstał i otrzepał się elegancko, jakby chciał specjalnie pokazać swoje idealne futerko, jego idealną barwę, a następnie odszedł spokojnym, niepośpiesznym krokiem.

<Złocista Łapooo, możesz zrobić time skip, a wtedy bardziej Złocisty Widliku?>


11 grudnia 2025

Od Żmijowcowej Wici CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Odprowadził Kropiatkę do lecznicy. Czuł wciąż pewną powinność względem dawnej uczennicy, zwłaszcza że to była po części jego wina, że wybiła bark. To on zaprosił ją na wspólne polowanie, chociaż na ziemi zalegała pokaźna, śliska warstwa błota. Pora Opadających Liści, chociaż nie szczególnie chłodna, zaczęła być bardzo, bardzo obfita w opady. Miało być spokojnie, przyjemnie, może tylko nieco brudno... A skończyło się tym, że musiał wyciągać młodszą z rowu, kiedy poślizgnęła się na przemokniętym kawałku kory. 
Chciał ją jedynie odstawić pod łapy Różanej Woni, ale dostrzegł, że w ciemnych ścianach miga mu znajome srebrne futro. Był już zmęczony tym wszystkim, tym co podziało się między nim a liderką. Uwielbiał uczucie, że chronią go jej skrzydła, że nie musi się niczym martwić, bo kotka nie pozwoli, aby ktokolwiek źle się o nim wypowiadał czy mu umniejszał. Z kogoś, kto mógł czuwać nad jego dobrym imieniem, o ile zbytnio Żmijowiec sam nie psocił, stała się jego największym krytykiem, a może i wrogiem. Nie chwaliła go, nawet jeśli starał się trzy razy bardziej niż większość innych wojowników. Przez moment nawet pomyślał, czy nie wybrać się do niej osobiście i nie poprosić o drugiego ucznia; może wtedy ujrzałaby jego zaangażowanie. Próbował wykorzystać każdą szansę na rozmowę, jaka mu się przytrafiała, ale często z tak miernym rezultatem, że szkoda było to rozpamiętywać. Mandarynkowa Gwiazda musiała być bardzo zajęta, bo wszystko, co do niej mówił, spotykało się jedynie ze skinieniem łba (w najlepszym wypadku, kiedy kotka była w szczególnie dobrym humorze). Ciężko mu było to przyznawać, ale czuł się, jakby prowadził cichą wojnę z infantylnym, obrażonym kociakiem, któremu odebrał ulubioną kulkę mchu lub którego postawił przed matką, mówiąc, że zrobił coś niewłaściwego. Za każdym razem, gdy ta realizacja dobijała się do jego głowy, czuł się źle; nie powinien tak myśleć o tej szanownej jednostce, o swojej przywódczyni i swoim wzorze do naśladowania. 
Spróbował też tym razem, już nawet otwierał pysk... ale liderka wyszła, jakby nawet nie zauważyła jego obecności. Westchnął i pożegnał się z Kropiatkową Skórką i Różaną Wonią. Musiał coś zjeść; w brzuchu wyła mu wilcza wataha.

* * *
Po śmierci królewskich staruszków, przed wyjawieniem zdrady Szałwika.

Nowina o śmierci Spienionej Gwiazdy, Kotewkowego Powiewu i Kolcolistnego Kwiecia była... niekoniecznie niespodziewana. Kocur właśnie wracał z porannego patrolu, którym przewodził wraz z Tojadową Kryzą. Z pysków zwisały im liczne ryby, które same wręcz prosiły się o złowienie, kiedy już kończyli przemarsz przez tereny. Scena, którą zastali w obozie jeszcze przed momentem szczytowania słońca była... przedziwna. Koty były smutne, zwłaszcza rodzina królewska, ale nikt nie wydawał się faktycznie płakać; przecież wszyscy się spodziewali, że w końcu do tego dojdzie. Odnalazł na boku Śnieżną Mordkę, która zaciekawiona, chociaż niespecjalnie poruszona, przyglądała się kotom nieco bliżej legowiska starszyzny. 
— Co się stało? — zapytał bezpośrednio. Kotka odwróciła głowę w jego stronę nieco zaskoczona. 
— Umarli — rzuciła. 
— Do tego doszedłem sam. Nie mam mózgu płotki — odwarknął. Nie przepadał specjalnie za wojowniczką, która kojarzył wyłącznie przez jej dziwne nastawienie do zaginionego brata. 
— Nie wiem. W sumie to chyba wiesz wszystko. Oni umarli, ale podobno nic się nie stało, nikt nie był chory, ani nic. — Wzruszyła ramionami i odwróciła głowe. Żmijowiec nie miał ochoty z nią już rozmawiać. Wślizgnął się do legowiska wojowników, nie chcąc przeszkadzać kotom, którzy faktycznie mieli jakieś szczególne powiązania ze zmarłymi. Dla burego ich śmierć nie była niczym wielkim, niczym specjalnym. Wkrótce członkowie rodu wybrali się, aby pochować zmarłych na swojej... tajemnej, sekretnej wyspie. Wojownik nie miał ochoty spać; nie miał dużo do roboty, zwłaszcza że polowanie w tak podniosłej chwili mogłoby rozgniewać nie tyle, co ich magiczne duszki na niebie, co Mandarynkową Gwiazdę. Tego się obawiał. 
Czekał poza legowiskiem, aż koty powrócą. Minęła go Algowa Struga z Czyhającą Mureną i jej synem, minął go też w końcu Szałwiowe Serce. Dłużej czekał na medyczkę i właśnie samą liderkę. Wymienił się nawet z Porywistym Sztormem, aby mógł stać na nocnej warcie. Kotka ucieszyła się z tej propozycji i poszła na wczesny spoczynek z uśmiechem na pysku. Kiedy właśnie jego ślepia napotkały pomarańczowe spojrzenie liderki, nieco się wyprostował i poprawił swoją postawę. Krok miała spokojny, nie umiał określić czy była bardzo przejęta stratą, czy była bardzo wstrząśnięta. Kiedy mijała go, kocur odezwał się.
— Noc jest ładna, niemal nie ma chmur... Dusze mają łatwą drogę. — Miał nadzieję, że jakkolwiek uda mu się ją... pocieszyć? Nie był nawet do końca pewny, co chciał osiągnąć. Możliwe, że chodziło mu wyłącznie o uwagę, o to, by usłyszeć słowa, skierowane bezpośrednio do niego. Chwilę milczał. — Moje kondolencje... 

<Mamdarymka?>

30 listopada 2025

Od Żmijowcowej Wici CD. Trzcinowej Łapy (Trzcinowego Szmeru)

Dawno, kiedy Trzcinka była jeszcze uczennicą

Kocur na prędce wyjaśnił młodszej koleżance, że bez większych problemów udało mu się załatwić wszystko z obiema kotkami. Na początku oczywiście udał się do Mandarynkowego Pióra, aby móc powiedzieć swojej siostrze, że to właśnie od zastępczyni wyszła owa inicjatywa, a to znaczy, że nie mogłaby się zwyczajnie nie zgodzić na wspólny trening i potyczkę. Samo przekonanie srebrnej nie było ani zbytnio skomplikowane, ani tez całkowicie proste. 
— Musiałem chwile podyskutować z twoją ukochaną mentorką, bo początkowo uznała, że chcemy jedynie poobijać się przy rzece, czy coś tego rodzaju, ale kiedy powiedziałem, że równie dobrze mogłaby udać się z nami, że nie mamy do tego żadnych obiekcji, uznała, że to niekoniecznie potrzebne, aby doglądała was aż trójka wojowników. Możliwe, że jedynie wpadnie na momencik upewnić się, że nikogo nie porwał nurt — powiedział spokojnie Żmijowiec, biorąc między słowami niewielkie kęsy leszcza. — Aha, a co do twojej obawy, że nie zgodzi się, abym wziął cie pod moje opiekuńcze skrzydła... Powiedziałem, że Kropiatka jest nieco nieśmiała, a bardzo ceni sobie waszą rosnąca przyjaźń, której moc mogłaby sprawić, że nawet podczas pojedynku ze znacznie silniejszym kocurkiem, byłaby w stanie poczuć się pewniej, wiedząc, że ma na widowni takiego sprzymierzeńca. — Na te słowa Trzcinowa Łapa parsknęła śmiechem. 
— To i tak lepiej poszło, niż jakbym ja ją o to poprosiła. Jakby to była moja propozycja... Szkoda gadać! — przyznała szylkretka, przewracając oczami. 
— Boś najwidoczniej leń i obibok, a Mandarynkowe Pióro dobrze o tym wie. Mnie ma przykładnego członka klanu i wie, że nigdy nie dałbym wam nic nie robić. — Wypiął pierś i spojrzał na terminatorkę z góry. 
— Raczej myśli tak o Wężynowym Splocie, ale jeśli ma ci pomóc myślenie w taki sposób... Kim ja jestem, aby niszczyć twoje złudne wyobrażenia o samym sobie i twojej relacji z Mandarynką. — Wzruszyła ramionami i również wzięła kęs. — A właśnie... — mruknęła z pełnym pyskiem. — A rozmowa z twoją siostrą? Coś mi mówi, że to poszło gorzej. 
— Otóż zdziwiłabyś się, ale ja to wszystko sprytnie zaplanowałem i zwyczajnie powiedziałem jej, że to rozkaz zastępczyni. 
— Szczwany kłamca! — rzuciła, nie ukrywając złośliwego uśmieszku. 
— Kłamstwo nie zawsze jest złe!
— No tak. Jest na pewno dobrze w momencie, w którym chcesz skopać zad innego kota i ośmieszyć jego mentora. 
— Zło to pojęcie względne, moja mała kruszynko. Zrozumiesz, jak będziesz starsza. — Uśmiechnął się słodko i złośliwie poczochrał młodszą po głowie. 
— Bierz łapy! — warknęła, ale też widocznie rozbawiona. — Na kiedy to wszystko zorganizowałeś? 
— Pojutrze. Chciałem jak najszybciej, ale Wężyna idzie jutro na poranny patrol. Musiałem iść jej na łapę — mruknął, kończąc rybę. 
— Nawet lepiej. Mogę się przygotować na oficjalną kompromitację leszcza.
— No i to jest duch walki! — zaśmiał się i powoli wstał, wyginając grzbiet w półksiężyc. — Ja uciekam. Jestem padnięty, a ćwiczymy jutro polowanie, więc chce być w stanie usłyszeć i wyczuć cokolwiek. Dobrej nocy w legowisku uczniów. — Ostatnie słowa powiedział z przekąsem, a Trzcinka pokazała mu język. Kocur odszedł i udał się na upragniony odpoczynek.

* * *

Czy był jakikolwiek piękniejszy smak niż smaku zwycięstwa? 
Oczywiście, że nie. Zwłaszcza kiedy zwycięzcą jesteś ty, a przegranym twoje idealne, przykładne rodzeństwo, któremu nigdy nikt nie utarł tego głupiego, wyślinionego nosa. Wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak to sobie wymarzył i zaplanował wspólnie z Trzcinową Łapą. Całą piątką zgłosili się rano do Mandarynkowego Pióra, aby wiedziała, że wszystko doszło do skutku i nie musi się tego dnia martwić treningiem swojej uczennicy. Powiedzieli, że gdyby miała ich szukać, będą w okolicy lasku za Kolorową Łąką i raczej nie planują zmieniać położenia w trakcie, chyba że nie uda im się nic złapać po samej walce; wtedy pójdą bardziej okrężną drogą do obozu, aby nałapać zwierzyny. Zastępczyni jedynie skinęła głową i odesłała ich ruchem ogona. 
Droga minęła spokojnie. Wężynowy Splot rozmawiała głównie ze Zmierzchającą Łapą, a Trzcinowa Łapa plotkowała ze Żmijowcem, czasami podpytując Kropiatkową Łapę o jej opinie na jakiś szczególny temat. Przez większość czasu najmłodsza uczennica jednak była cicho, wpatrując się w pobliskie krzaki, bardziej z ciekawości niż obawy. Atmosfera nie była szczególnie napięta, ale wszyscy wiedzieli, że to nie było zwyczajne, niewinne wyjście na wspólny trening, który miał być z korzyścią dla adeptów wojowniczego życia. Nie. To była cicha wojna, która trwała, od kiedy Wężynka i Żmijowiec wyszli z łona matki, a potem do tej rodzinnej przepychanki dołączyła Trzcinowa Łapa... Zmierzch i Kropiatka byli w tej sytuacji ubezwłasnowolnieni... Każdego szkoda. 
Kiedy dotarli, nie czekali długo. Odesłał najmłodszą terminatorkę, aby spróbowała coś upolować w okolicy, kiedy pozostała dwójka przygotowywała się do pierwszego pojedynku. Żmijowiec widział w oczach przyjaciółki, że jest gotowa, jest pewna i nie ugnie się, dopóki uczeń jej siostry nie zostanie zmieszany z błotem. W końcu ruszyli, a sama potyczka nie trwała długo. O ile Zmierzch myślał, że to jedynie zwyczajny sparing, że nie będzie musiał się wysilać tak, jak podczas walki ze swoją nauczycielką... tak się pomylił... Krótkowłosa koteczka musiała przemyśleć każdy możliwy ruch, gdyż jej kolega z legowiska zwyczajnie nie miał szans na wystarczająco prędki i zaplanowany kontratak lub nawet unik. W końcu runął na ziemie, przytrzymywany chudymi, acz wystarczająco wytrenowanymi łapami Trzcinki. Szylkretka stała na nim zwycięsko. Wężynowy Splot zmieszana spojrzała na swojego podopiecznego, to na brata, to na uczennice Mandarynkowego Pióra. Odchrząknęła i pochwaliła ją niepewnie, następnie przekazała kilka wskazówek kocurowi, któremu udało się wyślizgnąć spod łap ciemnookiej. Następnie zawalczył z Kropiatką, która w międzyczasie wróciła z chudą myszką w pysku. Tym razem zwyciężył, ale nikogo to nie zdziwiło. W końcu Trzcinowa Łapa zapytała, czy ma ochotę na dogrywkę... Po chwili milczenia odmówił i skrył pysk, odwracając się. Zakończyli dzień długim polowaniem w lesie.
— Nie wyglądasz na zadowoloną. Czyżby wizja twojego ucznia, który najwidoczniej nie jest najlepszy, mimo że przecież jest uczony przez najlepszą wojowniczkę w Klanie Nocy, dostającego po zadzie od kogoś innego, tak cię poruszyła? — zapytał Żmijowcowa Wić, podchodząc bliżej do swojej siostry, kiedy byli w mniej więcej połowie drogi do domu. Kotka spojrzała na niego wrogo.
— Z tego, co udało mi się dostrzec, to mój uczeń pokonał twoją uczennicę — mruknęła, nie dając się sprowokować. 
— To było do przewidzenia; jest starszy, większy. Moim zdaniem zachował się niezwykle niestosownie, traktując młodszą, mniejszą koleżankę w tak surowy sposób. Mógł zrobić jej krzywdę. — Pysk kocura przybrał szczerze poddenerwowany wyraz. Szylkretka prychnęła urwanym śmiechem. 
— Bo podczas wojny ktoś potraktuję ją jak płatek kwiatu, z powodu jej postury.
— Nie jesteśmy na wojnie i radze ci nie rzucać takich słów na wiatr. To zły omen. 
— Od kiedy jesteś przesądny? Myślałam, że nie wierzysz w takie rzeczy. 
— Nie wierzę, ale jaki sens kusić los? — Spojrzał na nią, ale ta nie powiedziała nic więcej. Dodał, więc: — Chciałem, żeby Kropiatkowa Łapa walczyła z Trzcinową Łapą. Ona by wiedziała, że ma być ostrożniejsza. 
— Nie wyrywałeś się z tym pomysłem. Nie czytam ci w myślach. Nawet jakbym mogła, nie chciałabym. — Skrzywiła się. 
— Nie chce podcinać jej ogona. A teraz ty to zrobiłaś. Przykro jej, że nie wygrała. Powinnaś myśleć o takich rzeczach. — Zostawił ją, przyśpieszając kroku, chcąc dogonić Trzcinową Łapę, która szła z przodu wraz z drugą buraską, wysoko trzymając pysk wypchany piszczkami. Posłał jej oczko, ale nie powiedział nic. I tak nie dałaby rady odpowiedzieć. Trójka w ciszy dotarła do obozu, a Wężyna z uczniem przybyli nieco później, gdyż odbili jeszcze na jedno polowanie. 

* * *
Aktualnie

Dawał z siebie wszystko, żeby tylko w jakiś sposób udobruchać Mandarynkową Gwiazdę. Miał dość tej napiętej atmosfery między nimi, która dosłownie nie dawała mu spać, kiedy mrok okrywał obóz. Najgorsze było to, że nie mógł nawet winić samego siebie. Wszystko byłoby prostsze, gdyby mógł podczas nieprzespanych nocy przeklinać swoją głupotę. Ale nie. Nie uważał, żeby to, co powiedział, było złe czy szkodliwe. Nie uważał nawet, że było uwłaczające dla samej srebrnej kotki. Choć nie powiedziałby tego nigdy na głos... był przekonany, że ta jedynie przesadzała i była przewrażliwiona na temat swojej reputacji. Mimo wszystko nie poddawał się. Chodził na patrole, chodził na łowy, a kiedy ktoś się pochorował lub nie mógł z innych powodów wykonywać swoich obowiązków, wchodził na jego miejsce bez kręcenia nosem. Nie wychylał się, kiedy nie musiał. Nie podnosił wysoko łapy, kiedy szukano zastępstwa, nie próbował biegać przed nosem nowej liderki, tylko żeby zobaczyła, jak ciężko pracuję, aby się jej znów przypodobać. Dopóki nie miał ucznia, nie martwił się tym, kiedy wraca do obozu z polowania. Chciał łapać najwięcej, najczęściej, najlepiej. 
Tak właśnie było teraz. Chociaż Pora Zielonych Liści była piękna i słoneczna, tak wieczorami zdarzało się, że chłodny wiatr przedzierał się przez zmoknięte futro, a kiedy dochodził do obozu; cały już drżał. Był głodny i zmęczony, a ryba w jego pysku tylko jeszcze bardziej wykręcała mu pusty żołądek. W końcu wrócił do obozu, gdzie niechlujnie rzucił swoją zdobycz, zabierając z kłody zdecydowanie mniejszego gryzonia. Rozejrzał się po skrytych w półmroku kotach. Zobaczył Trzcinowy Szmer. Od kiedy kotka została wojowniczką, a on zaczął robić wszystko, żeby Mandarynka przestała być na niego kocięco obrażona, nie rozmawiali zbyt wiele. Ba! Nie rozmawiali niemal wcale. Może jedynie na patrolach, kiedy akurat udało im się być na jakimś wspólnie, ale nic więcej. 
— Hej — powiedział nonszalancko, siadając obok szylkretki, która już najwidoczniej skończyła jeść kolację.
— No, no... Dobry wieczór. — Spojrzała na niego dość... przenikliwie. 
— Mam coś na pysku? Nawet nie zacząłem jeść. — Zmarszczył brwi i przekręcił pysk.
— Tak łazisz po nocach, że słyszałam, że cie posądzają o jakiś dziki, zabroniony romans.
— Phi! Jeśli to Tojad wygaduję takie głupoty, to obiecuję, że drania zamorduje, a ogon podaruję Borówce — warknął. 
— Nie... W sumie nikt tak nie mówi, sama to wymyśliłam, a ty jesteś wciąż kocięco o wszystko zazdrosny i wściękły, jeśli chodzi o twoje rodzeństwo, co jest niesamowice przezabawne — przyznała, uderzając się pazurkiem po dolnych zębach. Żmijowiec podniósł obrażony głowę. — Co nie zmienia faktu, że jak będziesz tak dalej robić, to ktoś zacznie tam pod nosem mruczeć. 
— Kot się stara, haruje za trzech wojowników, a spotykają go same nieszczęścia i haniebne słowa — oburzył się. 
— Od kiedy tak się przejmujesz... czymkolwiek..? — zapytała szczerze zaciekawiona. 
— Od kiedy twoja mentorka, nasza szanowna liderka, obraziła się na mnie, bo miałem czelność nie chcieć zabić twojego zdradzieckiego brata w prędkości polującego suma, i zaproponowałem, aby może przepytać go o cokolwiek. Przypomne, że to sama ona poprosiła, abym dowiedział się czegoś o śmierdzi członków rodu... Ale najwidoczniej to ja jestem tym złym. Niech i mnie skażą na egzekucję. Może wtedy mi wybaczy. 

<Trzcinka?>