Dzień uwięzienia potencjonalnych zdrajców
Jeśli miał myśleć nieco dłużej nad tą całą sytuacją, musiał przyznać, że chyba bardziej zawiódł się na Borówkowej Słodyczy. Nie uważał jej za kotkę o dużym umyśle, w końcu związała się z jego głupim bratem, ale pałał do niej przynajmniej niewielką sympatią. Podobnie co do swoich bratanków. Dzieciaki nie wybrały sobie kretyna za ojca; nie miał zamiaru karać ich za coś, na co nie mieli wpływu, ani okazywać im niepotrzebnie wrogości czy obojętności. Miały szansę wyrosnąć na ludzi, wdać się bardziej w matkę lub, co byłoby optymalne, w wuja czy szylkretową babkę. Ale teraz to była już przeszłość. Teraz nie mógł być ich obrońcą; za wiele mógłby stracić. Tojad nie jest już kociakiem i ma swój własny mózg, który powinien pomóc mu wyjść z głową z całej tej sytuacji. Podobnie Borówka, która chociaż znalazła się w zdecydowanie większym bajorze, ma też większe umiejętności pomyślunku. Maluchów było mu najbardziej szkoda, ale to też nie były już bezmyślne robaczki, które jedynie piszczą i kwiczą. Życie nie było proste. On sam w ich wieku musiał przeżyć okropne wydarzenia, które utemperowały mu nieco nosa i wyrzeźbiły charakter. Ta cała straszna sytuacja dobrze im zrobi.
Koty zaczęły opuszczać swoje miejsca pod mównicą. Szeptały, prowadziły zażarte rozmowy i snuły niestworzone historie, którymi tylko nakręcały swoich rozmówców. Żmijowiec widział Trzcinowy Szmer, która niemal momentalnie znalazła się przy swoim uczniu, aby zabrać go na kolejny trening.
"Jej los nie oszczędza…" — pomyślał, odprowadzając ją aż za ściany obozu. Szkoda było mu nieco Rezedowej Łapy. Młodzik, na słowa, że będzie jej pierwszym uczniem, pewnie spodziewał się, że owinie sobie mentorkę wokół pazura, a tu proszę… Pracował najpewniej najwięcej ze wszystkich terminatorów. Wodził wzrokiem po wszystkich, którzy akurat nie zwracali na niego uwagi. Lubił czytać innych, zwłaszcza w tych rzadkich momentach, gdzie nie miał potrzeby strzępić sobie języka. Poczuł, że ślepia mu się nieco przymykają, ale wystarczyło jedno chrząknięcie przy jego uchu, aby momentalnie się rozbudził. Nastroszył futro i nieco się wyprostował. Przed jego pyskiem stał Błękitna Laguna. Bury nieco się zmieszał, ale skinął do księcia łbem na znak, że go słucha.
— Mandarynkowa Gwiazda chciałaby cię widzieć w swoim legowisku — oznajmił chłodnym głosem. Młodszy próbował wyczytać coś więcej z błękitnych ślepiów. Miał się bać? Czy znowu okazało się, że coś przeskrobał? Czy jednak jego dni powrotu do chwały trwały dosłownie kilka uderzeń serca?
— Coś się stało? — zapytał, może nieco naiwnie.
— Mandarynkowa Gwiazda chciałaby cię widzieć w swoim legowisku — oznajmił chłodnym głosem. Młodszy próbował wyczytać coś więcej z błękitnych ślepiów. Miał się bać? Czy znowu okazało się, że coś przeskrobał? Czy jednak jego dni powrotu do chwały trwały dosłownie kilka uderzeń serca?
— Coś się stało? — zapytał, może nieco naiwnie.
— Coś może się stać, jeśli będziesz się ociągać. Idź. — Machnął ogonem i wyminął kocura.
Wojownik odprowadził zastępce wzrokiem i szybkim krokiem ruszył w stronę sumaku. Stanął przed wejściem i wziął głęboki wdech. Nie wiedział, czego ma się w tym momencie spodziewać. To mogłoby być dosłownie wszystko. Nawet coś tak błahego jak pytanie, czy jest gotowy na szkolenie kolejnego ucznia.
— Witaj, Żmijowcowa Wicio. Mam dla ciebie propozycję… — Nie zdążył nawet się przywitać, nie zdążył skinąć łbem, a liderka już go uprzedziła. Zmarszczył brwi, a jego oczy pojaśniały. Propozycję? Jaką znowu propozycję?
— O-oczywiście, Mandarynkowa Gwiazdo, słucham cie — mruknął, stając prosto przed siedzącą starszą.
— Słyszałeś, z czym mamy do czynienia, prawda? Słyszałeś, jakiego problemu narobiła nam partnerka twojego brata, jego kocięta… — burknęła, a w oczach zalśniła jej iskierka złości. Kontynuowała: — O ile tobie ufam w pełni, tak Tojadowej Kryzie nie ufam niemal wcale, nie po tych wydarzeniach.
— Witaj, Żmijowcowa Wicio. Mam dla ciebie propozycję… — Nie zdążył nawet się przywitać, nie zdążył skinąć łbem, a liderka już go uprzedziła. Zmarszczył brwi, a jego oczy pojaśniały. Propozycję? Jaką znowu propozycję?
— O-oczywiście, Mandarynkowa Gwiazdo, słucham cie — mruknął, stając prosto przed siedzącą starszą.
— Słyszałeś, z czym mamy do czynienia, prawda? Słyszałeś, jakiego problemu narobiła nam partnerka twojego brata, jego kocięta… — burknęła, a w oczach zalśniła jej iskierka złości. Kontynuowała: — O ile tobie ufam w pełni, tak Tojadowej Kryzie nie ufam niemal wcale, nie po tych wydarzeniach.
— Od zawsze wiedziałem, że jest pozbawiony pomyślunku. Głupszy niż żołądź — wypluł zielonooki, ale przywódczyni nie była zadowolona z jego słów.
— To nie kwestia poziomu inteligencji, chociaż prawda jest, że łatwiej będzie ci trzymać się jego ogona, jeśli faktycznie głowę ma pustą, niczym łupina orzecha. — Jej słowa były mocne; wypowiadała je powoli, bez pośpiechu.
— Przepraszam, ale... Chcesz, abym go śledził, tak? To chcesz mi powiedzieć, Mandarynkowa Gwiazdo? — zapytał nieco niepewnie.
— Ujmując to krótko.
— To nie kwestia poziomu inteligencji, chociaż prawda jest, że łatwiej będzie ci trzymać się jego ogona, jeśli faktycznie głowę ma pustą, niczym łupina orzecha. — Jej słowa były mocne; wypowiadała je powoli, bez pośpiechu.
— Przepraszam, ale... Chcesz, abym go śledził, tak? To chcesz mi powiedzieć, Mandarynkowa Gwiazdo? — zapytał nieco niepewnie.
— Ujmując to krótko.
— Czy nie lepiej byłoby wybrać kota, który wcześniej spędzał z nim więcej czasu? Wiesz zapewne, że ja i Tojadowa Kryza nie pałamy do siebie najszczerszą sympatią.
— W takim razie mam nadzieję, że pozytywnie mnie zaskoczysz i coś wymyślisz — powiedziała, a włoski na karku Żmijowca nieco się podniosły. — Liczę na ciebie. Pamiętaj o tym — rzuciła jeszcze, a następnie odwróciła się w drugą stronę, dając mu znak, że ich rozmowa dobiegła końca. Wojownik chciał coś jeszcze dodać, ale zamilkł w ostatnim momencie. Skinął łbem i wyszedł.
"Jakże mógłbym oszukiwać samego siebie, że będzie to proste zadanie…" — zganił się w myślach i odszedł. Musiał stworzyć plan działania.
* * *
Akcja "Matka zabiera mi potencjalnego męża"
Wpatrywał się w matkę, która spoczywała w cieniu ścian żłobka. Próbował to zrozumieć, próbował przyjąć to do wiadomości i przejść z tym wszystkim do porządku dziennego, ale… ale nie umiał. Nie ukrywał przed samym sobą, że od kiedy Szałwiowe Serce stał się wrakiem kota, którym był wcześniej, spróbował zbliżyć się do Błękitnej Laguny. Nie mógł powiedzieć, że szło mu to znakomicie, ale widział postępy. Co prawda widział też, że jakimś cudem to właśnie Wężynowy Kieł najczęściej kręciła się wokół zastępcy. Próbował to zignorować. Znał matkę i jej potrzebę kontroli wszystkiego, co tylko mogła kontrolować. A najlepiej kontrolować poprzez inne koty. Lubiła władzę i lubiła wchodzić w łaski kotów, które ową władzę posiadały. Spędzała dużo czasu z Mandarynkową Gwiazdą, więc było to całkiem normalne, że również do jej syna zapałała pewną sympatią. Żmijowcowa Wić tylko przeraził się, że owa sympatia przerodziła się w coś tak... namacalnego. Swoje własne odczucia względem Laguny uważał jedynie za wrodzoną, wyssaną z mleka matki potrzebę podnoszenia swojego statusu społecznego. O ile czuł się dziwnie, kiedy patrzył na Wężynę, której brzuch miał teraz nosić przyszłych członków rodu, być może przyszłych liderów, tak nie mógł uciszyć głosu zazdrości. Był w takim szoku, że od kilku dni nie potrafił skupić się na swoim głównym zadaniu (którym nie było użalanie się nad samym sobą). Nie był jakoś bardzo tym zmartwiony, gdyż cały Klan Nocy żył owym wydarzeniem. Nawet w najgorszych chwilach starał się mieć Tojadową Kryzę na oku. Próbował stworzyć narrację, że w tak trudnych dla rudego momentach rodzeństwo musi trzymać się razem. Nie wiedział, czy jego brat jest na tyle głupi, że faktycznie kupił tą bajeczkę czy po prostu nic go już do końca nie obchodziło. Błękitna Laguna musiał być powiadomiony o jego nowym zdaniu, gdyż wszystkie patrole odbywali razem, co nie uszło uwadze innym Nocniakom. Bury nie mógł już nawet droczyć się z Tojadem, gdyż ten utracił chęci do jakichkolwiek głupot, a większość ich interakcji była płytka i krótka. Jego pogoda ducha i ego pozostały wraz z jego rodziną na wyspie, z której nie mogli wyściubiać nosa.
Wracał właśnie z treningu z Kropiatkową Skórką i ich nowymi uczniami. Ucieszył się, kiedy i on i jego dawna terminatorka zostali przydzieleni do szkolenia Lawendy i Szafirka. Był to najpewniej jedyny moment dnia, w którym nie musiał się martwić, że jego rudy brat wpadnie w jakiś nagły szał i w imię zemsty zacznie rozdzierać koty z królewskiego rodu na strzępy. A nawet gdyby to zrobił, Żmijowca nie było wtedy w obozie. Tym razem jednak jego sielanka skończyła się, a kiedy Kropiatka pożegnała się z nim i powędrowała do legowiska medyka, aby ktoś pomógł jej w wyciągnięciu kleszcza, który zadomowił jej się za uchem, pozostał sam. Młodzi uczniowie prędko pognali, aby poszukiwać swojego trzeciego brata, który też już zapewne zdążył skończyć swoje obowiązki. Widział, jak wszyscy spotkali się pod kłodą ze zwierzyną. On sam, chociaż czuł głód, nie miał ochoty na przeżuwanie. Wolałby drzemkę lub jakąś głupią rozmowę. Cokolwiek, co mogłoby pomóc mu się zrelaksować. Kiedy jednak ujrzał pomarańczowe ślepia Mandarynkowej Gwiazdy, która niby przypadkowo zawiesiła wzrok na osobie Wężynowego Kła, spoczywającej elegancko u wejściu do kociarni, coś w nim pękło. Zwykle unikał rozmów na ten temat. Nie chciał myśleć ani o matce, ani o Lagunie, ani o swoim nienarodzonym rodzeństwie, na którego czole widnieć będzie krwisty lotos.
— Mandarynkowa Gwiazdo… czy mógłbym spytać się o coś? — mruknął, usadawiając się u boku liderki. Kotka nieśpiesznie przeniosła wzrok na jego pysk. Chociaż nie dała mu pozwolenia, milczenie wziął za zgodę. Przynajmniej nie słyszał żadnego zakazu. — Wiedziałaś o tym? Znaczy... Czy wiedziałaś wcześniej... Czy Błękitna Laguna mówił ci coś, co mogłoby wskazywać, że to wszystko się tak potoczy... Albo moja matka. Jesteś dla niej przecież tak drogą przyjaciółką…
— Mandarynkowa Gwiazdo… czy mógłbym spytać się o coś? — mruknął, usadawiając się u boku liderki. Kotka nieśpiesznie przeniosła wzrok na jego pysk. Chociaż nie dała mu pozwolenia, milczenie wziął za zgodę. Przynajmniej nie słyszał żadnego zakazu. — Wiedziałaś o tym? Znaczy... Czy wiedziałaś wcześniej... Czy Błękitna Laguna mówił ci coś, co mogłoby wskazywać, że to wszystko się tak potoczy... Albo moja matka. Jesteś dla niej przecież tak drogą przyjaciółką…
<Mamdi?>
Wyleczeni: Kropiatkowa Skóra
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz