Pora zielonych liści powoli dobiegała końca, a zapas ziół nie był obiecujący, co mogło być złym omenem na nadchodzące sezony, szczególnie że miało być coraz chłodniej, więc raczej nic zbytnio już nie będzie kwitnąć. Niebieskooka opuściła składzik, by niemal od razu się minąć z Wiciokrzewem, który szedł po jakieś zioła. Nieco zdziwiona zamrugała parę razy, myśląc, że wyleczyli już wszystkich chorych w tym sezonie, jednakże musiała być w błędzie.
— Wiciokrzewie, sprawdzałam przed chwilą zioła, nie musisz tego robić — zagaiła, spoglądając w stronę kocura.
— N-nie o t-to c-chodzi — wyjąkał, biorąc po kolei zioła wzmacniające i przeciwwymiotne, co jeszcze bardziej przykuło uwagę uczennicy.
— To o co? Po co ci te zioła? — dopytywała, podchodząc bliżej swojego ojca, choć nie wiedziała o tym fakcie. Nawet przez myśl jej nie przeszło, by być spokrewnioną z uzdrowicielem, a co dopiero jakimś lowelasem, jakim był Jaskier — była w pełni przekonana, że jej matka nie zniżyłaby się do takiego poziomu, by utrzymywać tego typu stosunki z wędrującym uzdrowicielem.
— D-dla s-starszyzny — przyznał.
— Jak to dla starszyzny? Myślałam, że wszystkich w tym sezonie uleczyliśmy…
— O-ostatnio s-skarżą s-się na w-wymioty, bóle b-brzucha i b-biegunkę, c-choć p-parę i-innych k-kotów podobnie — odparł starszy, kończąc powoli pakować poszczególne zioła w zawiniątka.
— Jakaś epidemia, zakaźna choroba? — zaczęła się zastanawiać na głos.
— N-nie w-wiem, a-ale m-muszę to z-zanieść.
— Pomogę ci, a później z Purchawką pójdziemy po wodę oraz pozbierać zioła — poinformowała liliowego.
— D-dziękuję.
— Nie dziękuj, tylko rusz ten stary zad.
«★»
W legowisku starszyzny panował niemały zamęt, niektórzy zwijali się z bólu brzucha lub wymiotowali po kątach, przez co na białym pysku Mistral pojawił się widoczny grymas. Z zawiniątkiem między zębami podeszła do dawnej szylkretowej wojowniczki, która zaciskała szczękę z powodu bólu. Uczennica od razu odłożyła pakunek ziół, by następnie podać jagody jałowca i liście malwy na później. Potem podeszła do kolejnego kota z podobnymi objawami i podało to samo.
Kiedy tylko udzielili każdemu wszystkim szybkiej pomocy i podali zioła, niebieskooka wyszła, chcąc odetchnąć świeżym powietrzem oraz znaleźć Purchawkę — w takim tempie zabraknie im ziół i Owocniacy będą coraz bardziej chorować, aż w końcu znajdą się w krytycznym stanie. Machnęła ogonem przyozdobionym łodyżką lawendy, by ruszyć na poszukiwania szamanki i drugiego uzdrowiciela, w końcu ktoś musi pomóc Wiciokrzewowi, kiedy to jej nie będzie w obozie wraz ze zwariowaną kocicą. Znalezienie Poranka było znacznie łatwiejsze niż odszukanie Purchawki, gdyż kocica miała w zwyczaju włóczyć się w okolicach obozu i zbierać rzeczy na talizmany. Gdy tylko przekazała wieści starszemu uzdrowicielowi, ciężko westchnęła, szukając wzrokiem kota, którego mogłaby wykorzystać do swoich celów. Nawet jeśli szkoliła się na zielarza, to nadal była uczniem i samotne opuszczanie obozu było dla niej zabronione, także odszukała wzrokiem liliową wojowniczkę, którą już miała okazję poznać.
— Orchideo, pójdziesz ze mną — zarządziła i nie czekając na jakikolwiek sprzeciw starszej, ruszyła w stronę wyjścia z obozu.
— C-czekaj — zawołała pomarańczowooka, będąc nadal w szoku słowami uczennicy.
— Nie ma “czekaj”, trzeba uzupełnić zioła, a Purchawki nie ma w pobliżu. Samej nie wyjdę, więc mi pomożesz — wyjaśniła pokrótce, nie mając zamiaru tracić czasu, dlatego też słowa te wypowiadała w marszu, nie przewidując nawet opcji zatrzymania się, dopóki nie dotrze do jednego z docelowych miejsc, by pozbierać zioła.
[517 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz