Kociak się urodził. Nie było już czasu na odkładanie tego w strefę “mam czas”, bo tego czasu nie miała. Dziecko Wężynowego Kła i Błękitnej Laguny już żyło i oddychało. Tego ranka miało nastąpić bardzo ważne dla niego wydarzenie, którego jednak nie będzie pamiętać. Ceremonia naznaczenia czoła kociaka znakiem lotosu. Jednak czas upływał, a Mandarynka nadal siedziała w swoim legowisku, nie zwołując zebrania klanu. Można by pomyśleć, że jest to wina jej stanu psychicznego w ostatnim czasie. Łatwo byłoby sobie wyobrazić spanikowaną liderkę skuloną w pniu sumaka i drżącą z przerażenia. To jednak nie był obecny stan rzeczy. Srebrna siedziała w legowisku zupełnie odprężona. Zdążyła dokładnie wymyć swoje futro, ułożyć je oraz zakręcić loczki. Zjadła śniadanie przed tym, jak inne koty zdążyły się obudzić. Nic jej nie przeszkadzało. W takim razie, dlaczego ceremonia nie miała miejsca? Otóż Mandarynkowa Gwiazda nie zamierzała naznaczać znakiem lotosu kota, co do którego nie była pewna, czy chciała być z nim spokrewniona. Nie było żadnego innego sposobu. Dlaczego, więc jeszcze nikt nie przyszedł do niej spytać się, co się dzieje? Błękitna Laguna prawdopodobnie nadal czekał na ceremonię. Zwykli członkowie klanu byli pewnie zdezorientowani i nie chcieli możliwie denerwować przywódczyni. W końcu nadal wisiała nad nimi groźba podzielenia losu więźniów z wyspy. Ostatnim kotem, który został, była Wężyna. I tutaj Mandarynka nie musiała snuć domysłów. Szylkretka nigdy nie przychodziła do jej legowiska, gdzie musiała rozmawiać bardziej formalnie. Spotykały się zawsze na spacery. Było to nieuniknione szczególnie dzisiaj ze względu na zaistniałą sytuację. Przywódczyni przypuszczała, że zielone oczy karmicielki czujnie obserwują wejście do jej legowiska, żeby wiedzieć dokładnie, kiedy zostawić na chwilkę kociaka i zdążyć przeprowadzić rozmowę, zanim ten znowu będzie potrzebował mleka. Z jednej strony chciała już wyjść i mieć to za sobą. Z drugiej jednak… naprawdę nie czuła chęci do tej rozmowy. I tak prędzej czy później będzie musiała to zrobić. Westchnęła ciężko i wyszła z pnia sumaka, kierując się w stronę jakiegoś ustronnego miejsca w obozie, co nie było trudne, patrząc na to, że o tej porze większość kotów była na patrolu lub na treningu z uczniami. Zgodnie z jej przewidywaniami Wężynowy Kieł we własnej osobie pojawiła się obok niej praktycznie od razu. Usiadła w cichszym kącie obozu, a szylkretka zrobiła to samo naprzeciwko niej. Tamta nie czekała. Miała mało czasu, a dużo do zrobienia. Od razu przybrała minę zatroskanej koleżanki.
— Och, Mandarynko! Dobrze, że jesteś! Wiem, że ostatnio nie masz się najlepiej, dlatego zupełnie to rozumiem… ale chyba o czymś zapomniałaś.
Mandarynka nie odpowiedziała nic. Dlatego zielonooka kontynuowała.
— Wiesz, dzisiaj jest wielki dzień… — wymruczała. — To dzień wstąpienia Flaminga do rodu królewskiego… — spróbowała ją naprowadzić. Srebrna milczała, wiedziała, o co jej chodziło. Tyle czasu poświęciła na zastanowienie się nad całą tą sytuacją, że wreszcie przejrzała na oczy. Zrozumiała, że Wężynie nie zależało na przyjaźni, tylko na własnym zysku. Ale nie chciała już się uginać. Czas, żeby to ona dyktowała warunki.
— Wczesny poranek już minął — zauważyła. — Skoro ceremonia miała się wtedy odbyć, to już się nie wydarzy.
Wężynowy Kieł zmarszczyła brwi. Jej ogon drgnął.
— Przecież to twój wnuk. Takie są tradycje w rodzie królewskim.
— Wiem, jakie są tradycje w mojej rodzinie — powiedziała twardo. — Wiesz… przez ostatnie księżyce mocno sugerowałam się twoimi opiniami podczas kierowania klanem… i doszłam do wniosku, że już nie chcę tego robić. Pozwoliłaś mi zrozumieć, że to ja jestem przywódczynią Klanu Nocy i nie potrzebuję już twojej pomocy w wykonywaniu moich obowiązków. Dziękuję — powiedziała i wróciła do swojego legowiska, pozostawiając Wężynę samej sobie.
Mandarynkowa walk em down Gwiazda
OdpowiedzUsuń