— Od dawna nie chorowałam. Zdrowie mi dopisuje, a jak u ciebie? Widzę, że nasza ostatnia rozmowa okazała się owocna. Byłeś wtedy małym kociakiem, a teraz? Teraz jesteś dorosłym kocurem, który wykonuje znakomicie swoją robotę — pochwaliła kocura i odgryzła pierwszy kęs zwierzyny.
Złocisty Widlik zaśmiał się na jej komentarz.
— Teraz oprócz piastuna jestem też ojcem — odparł rozbawiony, a jednocześnie rozczulony. — Małe urwisy — rzekł i pokręcił lekko łebkiem.
Również zamruczała z rozbawienia.
— Miałam okazje już zostać zaczepiona przez Szkwałka. Jest z niego prawdziwy urwisek. Będą dobrymi wojownikami Klanu Nocy. Czuje się trochę, jak babcia, chociaż jeszcze nie miałam dzieci.
Piastun uśmiechnął się na wzmiankę o Szkwale. Kocurek bardzo mocno podzielał jego zdanie i to sprawiało, że czuł ulgę.
— Nie masz tam kogoś na oku? No wiesz, jesteś piękna i wciąż młoda. Na pewno masz jakiegoś adoratora lub adoratorkę — rzekł zupełnie szczerze.
— Kiedyś miałam, teraz jednak widzę, że kandydat do wzięcia spędza dużo czasu z Kropiatkową Skórką — powiedziała smutno, mając na myśli Zmierzchającą Falę. — Może kiedyś znajdę kogoś. Szczerze chciałabym mieć własne, rodzone kocięta... — Przyznała trochę zawstydzona. — Blisko jestem z Niezapominajkową Nadzieją, jednak z nią nie mogłabym mieć swoich kociąt.
Nagle poczuła, jak kocur otulił ją ogonem.
— Rozumiem cię, ja również kiedyś chciałem mieć rodzone kocięta, ale widząc moje dzieci, już wiem, że nie krew definiuje, a więzy. Niemniej mam nadzieję, że uda ci się mieć własne kociaki — wymruczał ciepło.
Zamruczała na pocieszenie od młodszego.
— Masz rację, jednak z każdym dniem staję się coraz starsza, a rodzina wokół mnie jest albo na wyspie, albo są martwi, albo uznani za zdrajców. Chciałabym dać nadzieję i udowodnić Klanowi Nocy, że krew, która płynie w moich żyłach, nie definiuje tego, że kot jest zdrajcą. Po prostu chcę mieć kociaki, bym miała jakiś sens w życiu.
Piastun westchnął i tylko mocniej otulił ją ogonem. Po jego pysku mogła stwierdzić, że Złocisty Widlik całkowicie ją rozumie.
— Kociaki z miłości tak? — spytał, przenosząc wzrok na kocięta w tle.
Zapadła chwilowa cisza. Miała wrażenie, że kocur chciałby coś dopowiedzieć, jednak wolał się powstrzymać.
— Z miłości... — powtórzyła za młodszym. — Raczej dla szczęścia i przedłużenia krwi.
Skinął lekko łebkiem.
— Rozumiem, ale co jeśli twoją bratnią duszą jest Niezapominajkowa Nadzieja? Wiem, że chciałabyś mieć kocięta z własnej krwi, ale znajdki nie są gorsze. Ja również nie mógłbym być ojcem, ale dzięki Szafirce, Lawendzie i Szkwałowi jestem. Nie chcę być niemiły. Chciałbym po prostu byś i to wzięła pod uwagę — wymruczał ciepło.
Pokręciła jedynie głową. Nie chciała czyichś dzieci, chciała mieć swoje.
— Nie wykluczam takiej opcji, jednak z Niezapominajkową Nadzieją nawet nie jesteśmy jeszcze razem. Powinnam przeczekać i zobaczyć, co z tego wyjdzie... Jednak za ten czas mógłby się nadarzyć inny kandydat na ojca kociąt.
— Rozumiem, jak mówiłem, masz jeszcze czas. Miłość to najważniejsza sprawa, którą trzeba przemyśleć. Trzeba mieć pewność, że to właśnie temu kotu chcemy oddać serce. Wierzę, że znajdziesz swoją miłość. Życzę ci tego z całego serca — wymruczał. — A powiedz, co u twojego ucznia? Rezedowa Łapa, prawda?
Szczerze nie chciała poświęcić się drugiemu kotu. Nikomu nie chciała w pełni oddać serca, by mieć kocięta. Chciała dzieci, ale tylko dla siebie. Nie potrzebowała do szczęścia drugiej połówki. Za wiele zachodu ze znajdowaniem kogoś, z kim mogłaby założyć rodzinę.
— Tak, mam pod swoimi skrzydłami Rezedową Łapę. Dobrze sobie radzi, nawet po śmierci własnej siostry. Treningi odciągają go od roztrząsania niepotrzebnych myśli. Niedługo pójdę do Mandarynkowej Gwiazdy, żeby ta go mianowała.
Zamyślił się na moment, ale zaraz oczy mu zalśniły, gdy sobie coś przypomniał.
— Pamiętasz, jak zapytałem się ciebie czy chciałabyś mieć ucznia? Wtedy nie byłaś pewna, a teraz jak jest? — spytał pogodnie. Odsunął od niej lekko ogon, bo chyba zbyt długo naruszał jej przestrzeń.
Otrząsnęła się, czując nieprzyjemny dreszcz.
— Bycie mentorem jest dość dziwne... Nie wiem, czy nie powinnam być dla niego bardziej ostra, czasami myśli, że może mnie owinąć wokół pazura, jednak zawsze się myli. Jeśli bycie mentorem, to ciągłe rywalizowanie z uczniem, to jestem w tym całkiem dobra.
Wysłuchał jej. Piastun jeszcze nigdy nie miał ucznia, więc w tej sprawie był tak zielony, jak wodorosty na jego ogonie.
— Wiesz? To jest jak z kociakami. Niektóre kruszyny potrzebują stanowczości, a inne wręcz przeciwnie. Podejście trzeba dostosować pod charakter. Przynajmniej takie jest moje zdanie. Niemniej jeśli niedługo jest gotów do mianowania, wypełniłaś rolę mentorki wręcz po mistrzowsku — wymruczał.
— Miło mi to słyszeć.
Nie zdążyli nacieszyć się dalszą rozmową, kiedy kocięta się obudziły i zaczęły kwilić głośno. Obejrzeli się na małe kuleczki, które wierciły się na posłaniu.
— No to koniec twojej przerwy, Złocisty Widliku. Musisz chyba wracać do pracy. Następnym razem cię odwiedzę, kiedy będę miała chwilę wolnego, obiecuję — dotknęła go nosem w policzek, jakby był jej dorosłym synem lub bratankiem. — Jeśli upały będą łaskawsze i znajdę jakąś kaczkę, to w żłobku zrobimy ucztę, a kocięta będą miały frajdę z kaczych piórek.
Kocur zamruczał uradowany.
— To naprawdę wspaniały pomysł.
Nie rozmawiali dalej, wyszła od razu na polanę, a do jej nosa dotarł znajomy zapach. Była to woń Zmierzchającej Fali mieszająca się z zapachem Kropiatkowej Skórki. Tę dwójkę można było zobaczyć ze sobą częściej niż osobno.
Trzcinowy Szmer pokręciła głową, mając mieszane uczucia. Z jednej życzyła im szczęścia, gdyż to właśnie oboje byli jej dobrymi przyjaciółmi, a z drugiej czuła zazdrość. Też chciała mieć partnera oraz ogłaszać wszystkim, że spodziewa się kociąt. Chociaż, czy nie była to jej chwilowa faza?
***
Początek Pory Opadających Liści
Zawiało w obozie popołudniowym chłodem, a ona właśnie wróciła z patrolu łowieckiego, na którym była zakochana para, jaką byli Kropiatkowa Skórka wraz ze Zmierzchającą Falą. Jeszcze nie byli oni oficjalnie parą, jednak niektóre Nocniaki zaczęły zauważać, że coś iskrzy między tą dwójką.
Chcąc poplotkować o zakochanej parze, złapała uklejkę w pyszczek i popędziła do żłobka, by zobaczyć się ze Złocistym Widlikiem. Nie było w obozie Żmijowcowej Wici, więc musiała troszkę podręczyć piastuna.
— Cześć, Złocisty Widliku! Mam dla ciebie plotkę! Chcesz usłyszeć? — zamruczała podekscytowana, na co Wężynowy Kieł podniosła głowę, również zaciekawiona, co za wieści przyniosła do żłobka.
< Złocisty Widliku? Chyba niedługo będziesz się opiekował następnymi szkrabami! 🐈💕>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz