Po zgromadzeniu, w obozie
Szylkretka po dotarciu do legowiska o późnej porze, padła na posłanie, błagając Gwiezdnych, by Kryształowa Łapa straciła wszelkie pokłady chęci do dalszych rozmów i oddała się w objęcia snu, podobnie jak to chciała uczynić sama żółtooka. Jednakże srebrna miała inne plany i kiedy tylko zajęła własne gniazdo z miękkiego mchu, zalała dymną masą pytań, głównie związaną o odczucia po pierwszym ich zgromadzeniu.
— Czego chciał od Ciebie Sowi Zmierzch? — To pytanie sprawiło, że żółte ślepia rozszerzyły się, a sama szylkretka nagle zamarła. Przecież co miała odpowiedzieć? Oczywiście, że prawdę, jednak czy musiała także dzielić się informacją o niecodziennych podziękowaniach ze swojej strony?
— On, cóż… — zaczęła, starając się jakoś dobrać słowa. — Poinformował mnie, że z rana chce mnie zabrać na patrol, bym poznała każdy skrawek naszych granic.
Po odpowiedzi na pytanie Kryształowej Łapy, jej wąsy minimalnie drgnęły, na co niebieskooka nieco zmrużyła swoje jasne ślepia, jakby doszukując się w słowach siostry pół prawdy.
— W takim razie już Cię nie męczę pytaniami! — oznajmiła nagle, nieco zbyt głośno, gdyż srebrna po chwili otrzymała kilka uciszających syknięć pod swoim adresem, jednakże zbytnio się tym nie przejęła. — Dobranoc Zwęglona Łapo.
— Dobranoc Kryształowa Łapo.
Pomimo życzenia sobie dobrej nocy, to ta okazała się mało przyjemna dla szylkretki, będąc męczoną przez poczucie winy, przez nie wyjawienie całej swojej rozmowy z mentorem. Przecież nigdy nie miała żadnych tajemnic przed swoją siostrą, jednak teraz pojawiły się obawy, że ta mogłaby się od niej odwrócić. Może brzmiało to niedorzecznie, gdyż Kryształowa Łapa nie była tego typu kotem, jednak strach przed jej utratą był silniejszy od zdrowego rozsądku.
Nieprzespana noc to niezbyt dobre posunięcie, biorąc pod uwagę wyruszenie na długi patrol niemal ze wschodem słońca, lecz myśli krążące w głowie Węgiel nie dawały jej spokój przez cały ten czas. Przejęta wymyślała możliwe scenariusze, gdyby nieco inaczej poprowadziła rozmowę z niebieskooką, która teraz tuż obok niej spokojnie leżała, nabierając sił na nowy dzień, który tak nieubłaganie zbliżał się wielkimi krokami. Szylkretka ciężki westchnęła, zwijając się w kłębek, jakby miało to sprawić, że cały świat o niej zapomni, a ona sama znajdzie się w kompletnie innym miejscu.
Żółtooki nie przespała choćby chwili, więc z widoczną niechęcią podniosła się z miękkiego posłania, które przez noc zdawało się być niczym z cierni, by następnie opuścić legowisko uczniów i zająć miejsce obok wejścia do niego w oczekiwaniu na pojawienie się Sowiego Zmierzchu. Kocur długo nie kazał na siebie czekać, zauważając w ostatnich dniach, że jego uczennica była typem kota, który wolał być wcześniej niż przyjść na styk lub co gorsza, spóźnić się.
— Witaj Zwęglona Łapo, mam nadzieję, że posłuchałaś moich słów.
Szylkretka widocznie się spięła, co nie uszło uwadze starszego, który nieco zmrużył swe ślepia, oczekując na odpowiedź ze strony dymnej.
— Dzień dobry Sowi Zmierzchu. Ja ten… cóż… — Z trudem kolejne słowa opuszczały jej biały pyszczek.
— Zwęglona Łapo — powiedział twardo, dając jasno do zrozumienia, by uczennica nawet nie próbowała kłamać.
— Kryształowa Łapa nieco mnie zagadała, a później nie mogłam zasnąć — westchnęła, spuszczając wzrok na swoje łapy. Czuła jak wstyd zaczyna ją palić żywym ogień od środka, a na język pojawiał się powoli posmak żółci. Zbyt dobrze wiedziała, że zawiodła swojego mentora nawet w tak błahej sprawie, jak sen i dbanie o siebie.
— W takim tempie to nic nie osiągniemy, a ty zostaniesz wygnana z klanu, chcesz tego? — spytał chłodno, czym nieco zdziwił młodszą, gdyż nie zdarzyło się jeszcze, by w taki sposób się do niej zwracał.
— Nie… — wydukała cicho pod nosem.
— Chcesz tego? — powtórzył, oczekując, że ta odpowie głośniej.
— Nie. — Wedle oczekiwań jej głos był bardziej hardy i słyszalny, co wywołało pomruk aprobaty ze strony wojownika.
— W takim razie zaczniesz być bardziej asertywna, szczególnie wobec Kryształowej Łapy, a teraz ruszamy.
Nie czekając na młodszą, ruszył ku wyjściu z obozu, będące tunelem w ciernistej ścianie. Szylkretka ciężko przełknęła ślinę, a z nimi słowa swojego mentora, by ruszyć za nim. Nie chciała zyskiwać więcej na swojej pewności i asertywności, obawiając się o relacje z niebieskooką uczennicą. Wolała uniknąć możliwego oddalenia się od niej jeszcze bardziej niż obecnie przez osobne treningi. Nawet jeśli była świadoma tego, że Sowi Zmierzch robi to dla jej dobra, jednakże jej dobrem było dobro Kryształowej Łapy.
Zwęglona Łapa nieco niczym zbity pies podążała za wojownikiem, słuchając z uwagą o granicach, choć starszy opowiadał jej o tym w dniu, kiedy wróciła cała i zdrowa z lasu, by zostać mianowaną na ucznia, a następnie odbyć dość długą rozmowę z mentorem. Była wdzięczna w duchu, że trafił jej się tak cierpliwy kocur, gdyż nie wyobrażała sobie mieć treningów z Cienistą Zjawą, który pod swoją opieką miał niebieskooką młódkę, o którą dymna ciągle zamartwiała się, szczególnie kiedy nie było jej u boku niewinnej siostry. Przy każdej możliwej chwili w duchu modliła się do Gwiezdnych, by ci mieli w opiece srebrną — Węgiel nie obchodziło własne zdrowie, psychika, najważniejsze było bezpieczeństwo cętkowanej i gdyby musiała, to poświęciłaby się, oddając szponom Mrocznej Puszczy.
Przez chwilę pogrążona w myślach, nie dostrzegła momentu, kiedy zaczęła się niebezpiecznie zbliżać do granicy terytorium klanu i o mało, co nie postawiła łapy po stronie Klanu Klifu. Dopiero niespodziewane szarpnięcie do tyłu spowodowało, że ta zaprzestała bujania w obłokach i w pełni skupiła się na trasie oraz słowach. Liliowy nie skomentował jej zachowania, jednak jego wzrok wyrażał więcej niż tysiąc słów i młódka zdawała sobie sprawę, że następnym razem Sowi Zmierzch nie będzie tolerować więcej braku skupienia.
Dymna nie była pewna, ile tak wędrowali, lecz kiedy zawitali na nowo w obozie, jej pusty żołądek nieprzyjemnie zaciskał się w supeł z głodu. Zielonooki za to nie wyglądał, jakby miał zaraz paść z powodu braku śniadania — spokojnie podszedł do stosu, wybierając nieco większą piszczkę, by ta mogła w pełni uciszyć jego pusty żołądek. Szylkretka postąpiła podobnie, wybierając dla siebie średniej wielkości drozda, z którym skierowała się do zacienionego kąta pod ścianami okalającymi obóz. Zwęglona Łapa już brała się za wyrywanie pierwszych piór z ptaka, kiedy to zauważyła, jak ruda młoda wojowniczka zmierza w jej kierunku. Jej futro było przyozdobione płatkami czerwonego kwiecia, zapewne maku, nawiązującego do jej imienia — żółtookiej było dość łatwo spamiętać imiona niektórych kotów, które w jakiś sposób wyróżniały się pośród Wilczaków. Makowa Iluzja była w gronie nielicznych wojowników, którzy wplatali coś w swe futra.
Ruda, zauważając uczennice, przystanęła, nieco skołowana jej obecnością.
— Chyba zajęłam twoje miejsce, j-już mnie nie ma — wydukała młodsza, biorąc drozda w zęby, mając zamiar podnieść się z zacienionego fragmentu trawy i przenieść się gdzie indziej.
<Makowa Iluzjo?>
[1056 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz