TW: opisy ran, śmierci, ataku psa
W oddali falowało morze żółci, tam, gdzie graniczyło z zasiadającym sklepieniem niebieskim. Obfito wypełnione trawy złotymi kłosami, wysokie i delikatne, takie, które uginały się przy każdym najlżejszym podmuchu wiatru, który zdawał się przeczesywać trawy niewidzialną łapą, jak własne futro. Pozłacane kłosy szeleszczały cicho, jakby szeptały do siebie ciepłe słówka i sekrety, których Werbena nie była w stanie jeszcze zrozumieć. Każde źdźbło kiwające się razem z podmuchami wiatru zdawało się żyć własnym rytmem. Pachniało tam sucho, nagrzaną od słońca ziemią i czymś jeszcze, takim lekkim, wręcz słodkawym, kojarząc się z czymś kojącym, a jednocześnie obcym. Ten zapach nie był czymś dobrze jej znanym. Nie była to znajoma ścieżka, nie wiedziała, co się kryje w tych wysokich trawach, ani co ją tam będzie czekać, jednak chciała je pozwiedzać. Chciała przez nie biegać beztrosko, zwiedzać je bez końca i zatonąć. Mała czarna sylwetka poruszyła się niespokojnie, ocierając się o łapy większej sylwetki obok niej.
— Mamo — odezwała się Werbena, podnosząc wzrok i zatrzymując się nim na spokojnym pysku Lukrecji. — Możemy tam iść? — zapytała samotniczkę. Głos jej był spokojny, taki neutralny, ale nawet przed własną matką nie była w stanie ukryć tej naturalnej ciekawości, jaką kocięta posiadają.
Uniósłszy łapkę, wskazała przed siebie. Czekała cierpliwie. Nie rzuciła się do biegu, tak jak inne kociaki by to zrobiły, tylko patrzyła. Zielone, okrągłe oczka koteczki były szeroko otwarte, uważnie przyglądając się złocistej łące, jakby starała się zapamiętać każdy ruch trawy.
Lukrecja zwolniła, a później całkowicie zatrzymała się. Usłyszawszy pytanie córki, jej ciało napięło się niemal niedostrzegalnie, a uszy uniosły wyżej, skutecznie wyłapując każdy dźwięk, który mógł kryć się w trawach.
— Nie wiem... — mruknęła cicho bura, bardziej do siebie niż do córki. — Tereny nie należą do nas.
— A do kogo? — zapytała szybciej, niż tego pragnęła. Pytanie to samo wyrwało jej się z pyska.
— Kotów z klanów. Lepiej trzymać się od nich z daleka. Nie są przyjaźni — wytłumaczyła Lukrecja, pragnąc zakończyć tę rozmowę jak najszybciej. — Przynajmniej nie w stosunku do nas.
Werbena zrobiła kolejny krok bliżej, przyciskając do futra matki. Nie odezwała się od razu. Poczekała chwilę.
— Chcę zobaczyć — powiedziała w końcu. Krótko. Prosto. Bezpośrednio. Wypowiedziała to, jakby była to zwyczajna kocięca zachcianka, a nie złamanie świętych zasad między klanowiczami a samotnikami. — Tato. Możemy? — zmieniła swoje podejście, zaczepiając teraz ojca.
Klon stał długość lisa od nich. Niebieskie oczy samotnika przesunęły się najpierw po horyzoncie, a następnie po falującej trawie, aż w końcu zatrzymały się na małej, puchatej sylwetce przy boku ukochanej. Klon westchnął, czując, jak ta mała słodka duszyczka go urabia, by zdobyć to, co chcę...
— Możemy... — odezwał się, poprawiając swoją postawę. —Nic złego się nie stanie, jeśli pójdziemy tylko kawałek. Na chwilę, by Werbena mogła zobaczyć, jak tam jest. Zrozumieją to.
Werbena odsunęła się od matki i ponownie podniosła na nią wzrok. Tym razem nie mówiła wiele, jedynie kąciki jej pyska delikatnie uniosły się, sugerując uśmiech. Ogon kotki drgnął, a ciałko rozluźniło.
— Widzisz — mruknęła cicho — tata mówi, że możemy... — Kociak nie uśmiechał się szeroko, ale sposób, w jaki ogonek kotki drgał z podekscytowania, wskazywał na to, jak młodsza tylko pragnie wyrwać do przodu i rzucić się w złociste trawy.
— Chodź, Werbeno. Trzymaj się blisko — uśmiechnął się Klon, na co szylkretka energicznie pokiwała głową.
Droga, którą musiała kocia rodzina przekroczyć, nie była szeroka, ale była niebezpieczna. Musieli przedostać się przez most nad rzeką, by dostać się do wymarzonych kłosów Werbeny. Chociaż nie mogło to być aż tak trudne... Od drogi biło ciepło, a pył swędził ją w nosek. Unosił się tu zapach czegoś dziwnego, wręcz ostrego.
— Dziwnie tu pachnie — skomentowała krótko Werbena, marszcząc nosek, gdy zatrzymała się na skraju. Lukrecja postawiła łapę przed nią, blokując kotkę przed wejściem na drogę.
— Bo to nie miejsce dla nas. Drogi i miasta nigdy nie były miejscem bezpiecznym, dlatego pachnie ci obco, maleńka — odpowiedziała łagodnie, muskając córkę nosem między uszami. Kocica mimo starań nie potrafiła ukryć tego, jak mięśnie jej się napinają.
— Nie ma co zwlekać! — rzucił beztrosko ojciec szylkretki, przejeżdżając mokrym językiem po policzku partnerki. — Hop i po sprawie.
— Hop?
— Hop — odpowiedział z lekkim uśmiechem na pysku.
Lukrecja chwyciła córkę ostrożnie za kark, a potem wszystko wydarzyło się nagle. Szybkie kroki, dźwięk łap odbijających się o gorącą drogę, ciepło bijące z góry i ziemi, a uderzenie serca później poczuła miękkość pod łapami. Byli na drugiej stronie, bezpieczni.
Trawa po drugiej stronie była przyjemna, jednak pachniała tak obco. Wysokie i złociste, leniwo kołyszące się źdźbła pachniały słodko.
Gdy Lukrecja odstawiła Werbenę na ziemię, ta szepnęła krótkie, ciche:
— Miękkie... — wymruczała, robiąc krok w kierunku złocistego pola. Kłosy dotknęły jej łapki.
Później kolejny krok. Rośliny ocierały jej się o boki.
Następny. Zanurzyła się wśród traw, które sięgały wyżej niż jej niska, kocięca sylwetka, otulając ją ze wszystkich stron jak kocyk.
— Werbeno, nie oddalaj się! — zawołała Lukrecja, ruszając za córką.
— Jestem tutaj! — wymruczała radośnie, rzucając się w pszenicę, lądując na grzbiecie.
Klon delikatnie się uśmiechnął, towarzysząc swojej partnerce.
— Widzę, że podoba ci się tutaj? — zapytał kocur.
— Tak, tak! Jest tutaj cudownie! Ta trawa jest taka mięciutka… Łaskocze moje łapki! — przeturlała się młodsza szylkretka, a jej zielone oczka zabłysnęły niczym gwiazdki na nocnym niebie. Był to wspaniały dzień, ale coś się… Zmieniło. Wiatr zdawał się zatrzymać, ptaki przestały śpiewać, jednak Werbena bawiła się dalej, nie zauważając, jak rodzice jej nerwowo się rozglądają i nieznacznie zbliżają do córki, szeptając między sobą.
— Czujesz to..? — zapytał Klon, kładąc ogon na grzbiecie burej.
— Tak… — odparła zmartwiona matka kotki. Atmosfera stała się cięższa, a napięcie między nimi zdawało się gasić szczęście kotów. Klon zastygł, a ciało jego zdawało się napinać jak struna.
— Lukrecjo… — zaczął, ale było już zbyt późno. Samotniczka znalazła się przy dymnej, a Klon podążył za nią. Bura stanęła blisko kociaka, jakby chcąc skryć ją w jej własnym cieniu.
— Werbeno, ciszej — szepnęła bura.
— Ciszej?
— Jak myszka. Dasz radę? — zapytała, uśmiechając się do córki. — Jesteś już duża i taka mądra… Baw się ciszej, aż ci nie pozwolę wrócić do śmiania i biegania. — Okryła ogonem kotkę i spojrzała na nią czule. Werbena pokiwała głową. Umiała być cicho. Była dużą dziewczynką.
Wtedy coś się zmieniło. Poczuła zapach. Nie przypominał niczego, co mogła znać. Był on ciężki, gryzący ją w nos i bardzo intensywny, jakby chciał wypalić jej nosek. Poczuła, jak dreszcz przebiega jej po plecach, a w uszach rozbrzmiały słowa ojca, który zawsze tłumaczył jej to samo. Najpierw poczujesz zapach zagrożenia. Później je usłyszysz. Na koniec...
Przerwała, gdy coś usłyszała. Cichy dźwięk wydobywający się z wysokich traw. Niski. Gardłowy. Drżący i groźny, jakby wydobywał się z samego serca piekła. Nie znała tego dźwięku, ale dostrzegła, jak ciała rodziców jej się napinają, jak futro na ich grzbietach i ogonach się stroszy.
Trawy przed nimi nagle się rozchyliły, ale nie pod wpływem wiatru, a jakby coś je rozdarło od środka. W tej nienaturalnie wyglądającej luce w polu pojawił się ruch. Szybki i ciężki, niepasujący do innego kota.
Najpierw zobaczyła cień, przygarbioną sylwetkę.
Później zobaczyła oczy, błyszczące się w cieniu.
Na koniec ujrzała zęby, ostre niczym noże.
Powróciła myślami do słów ojca. Najpierw poczujesz zapach. Później usłyszysz dźwięk. Będzie już za późno, gdy ujrzysz jego cień.
Uderzenie przyszło natychmiast. Lukrecja nie zdążyła się cofnąć, nie zdążyła odtrącić córki.
— LUKRECJO! — krzyk Klona przeciął powietrze niczym ostrze. Werbena nigdy nie słyszała, by kocur tak głośno krzyczał. Rzucił się na ratunek partnerce, ale łapy kocura nigdy jej nie sięgnęły.
Pies uderzył w Lukrecję z mocą, jakiej Werbena nie znała. Cielsko bestii wpadło w nią niczym kamień, a złote kłosy ugięły pod ich ciężarem, łamiąc się i szeleszcząc. Szczęki głęboko zacisnęły się na barku burej, rozszarpując skórę i mięso do kości, gdy brutalny krzyk wyrwał się z pyska samotniczki.
Lukrecja nie mogła w taki sposób odejść.
Miała wiele powodów do życia. Miała córkę i kochającego partnera, którzy razem wypełniali jej życie szczęściem i radością. Czego mogła pragnąć więcej, się zastanawiała...
Odpowiedź była prosta. Pragnęła szansy. Szansy, na przeżycie kolejnego dnia. Szansy na podjęcie lepszych decyzji. Szansy na wychowanie jedynej córki, na bycie matką, jakiej Werbena pragnęła.
Dlatego postanowiła walczyć. Syknęła, pod ciężarem psa, zaczęła się wyrywać, szarpać, wbijać pazury w obce futro tej brutalnej istoty, pozostawiając długie, czerwone linie. Obserwowała, jak sok życia spływa po pysku i barkach psa, a następnie plami jej futro. Kącik pyska kocicy delikatnie poruszył się w górę. Pies warczał, szczekał, kłapał zębami tuż przy jej pysku, pazury jego wbijały jej się w brzuch, a rany ją piekły niemiłosiernie. Siła psa była przytłaczająca. Poczuła, jak ten łapie ją za kark. Jak potrząsnął nią niczym zdobyczą, a gdy poczuła, jak traci czucie w łapach, odrzucił ją na bok jak śmiecia. Ciało jej potoczyło się przez trzciny, zatrzymując się kilka długości lisa od nich. Lukrecja już się nie podniosła.
Pies przeniósł wzrok w przeciwną stronę. W stronę Werbeny. Kotka stała w miejscu, wpatrzona w istotę, której zrozumieć nie umiała, której serce biło innym rytmem.
Werbena nie potrafiła walczyć. Nie wiedziała, jak szarpać się w szczękach czegoś tak potężnego. Nie wiedziała, jak wbijać pazury, tak by rany zapiekły, tak by blizny powstały. Dymna jedynie ścisnęła oczka i skuliła się, pragnąc, by to wszystko się skończyło. Następne uderzenie było bolesne, gdy pies rzucił się na nią. Ciężar istoty tak wielkiej w porównaniu do jej drobnej sylwetki, którą mógł skruszyć łapą niczym gałązkę, był przytłaczający. Poczuła, jak łapa psa przygniata ją do ziemi, jak odbiera jej to oddech z piersi, a wszystko zaczyna wirować. Ostre pazury rozdarły jej bok, następne szarpnięcie przecięło skórę, a kolejne zapiekło ją w pyszczek. Z gardła kociaka wyrwał się wysoki, przerażony pisk. Poczuła, jak coś ciepłego spływa po jej pysku, po jej boku. Coś ciepłego, wilgotnego i lepkiego. Ciecz ta spływała po jej futrze, po pysku, po łapach. Zapach tego był nowy, obcy, ciężki i metaliczny. Zamrugała, gdy lepka maź przysłoniła jej oczko, a później coś zgasło, coś ją zabolało. Pies nią ponownie szarpnął, zacisnął szczęki na karku, a zamiast obrazu pojawiła się ciemność, jakby ktoś jednym podmuchem wiatru zgasił połowę świata Werbeny.
— ZOSTAW JĄ! — ryknął Klon, rzucając się do walki z psem bez wahania. Uderzył w niego całą swoją siłą, jaka mieściła się w jego kocim ciele. Samotnik wbił ostre pazury w jego bok, szarpał i drapał, a gdy odrzucił kociaka, walka oficjalnie się zaczęła.
Klon był kotem szybkim. Zwinnym. Ruchy jego zawsze były precyzyjne, umiał on wiele. Unikał ciosy bezbłędnie, unikał szczęk psa, ranił go, gdy tylko nadarzyła się taka okazja, pozostawiając ślady, które będą zdobiły tę bestię wiecznie.
Właśnie wtedy coś poszło nie tak.
Klon stracił równowagę, nie zdążył odskoczyć. Pies się rzucił, złapał samotnika, a szczęki jego ścisnęły się na gardle Klona.
Szarpnięcie bestii było krótkie, ale brutalne. Dźwięk chrupnięcia rozszedł się po polu bitwy. Z pyska kocura wydobył się cichy charkot, a uderzenie serca później ciało jego zwiotczało niemal natychmiast. Oczy kocura przygasły, pies nim szarpnął, odrzucając je bez wysiłku. Kocur przeleciał przez trawy, uderzył o brzeg rzeki z pluskiem, zsuwając się częściowo do wody. Krew zaczęła się rozlewać powoli. Najpierw zabarwiła rzekę na szkarłatną czerwień, którą nurt starał się rozmyć. Później wsiąknęła w ziemię, zabarwiła trawę, splamiła kłosy. Smugi krwi ciągnęły się po ziemi.
— Klonie.. — wyrwało się z pyska Lukrecji. Podniosła się. Zachwiała. Upadła. — Werbeno... Schowaj się, uciekaj, błagam... — wyszeptała. Głos samotniczki drżał, łamiąc się przy każdym słowie. Lukrecja nie zdążyła powiedzieć nic więcej. Pies stanął przy jej boku, rzucił się ponownie, a Lukrecja już nie próbowała się bronić. Była zbyt słaba. Szczęki i tym razem zamknęły się na jej szyi, przyciskając ją do ziemi. Wystarczyło jedno szarpnięcie, by wszystko ucichło. Werbena nie pamiętała, gdy zaczęła się ruszać. Czołgała się, wpychając się w pole pszenicy, które drapały ją w rany. Wcześniej ciepłe i przyjemne pola przypominały miejsce z horroru. Ból towarzyszył każdemu ruchowi, każdemu oddechowi, powoli rozrywając ją od środka. Skuliła się, gdy znalazła bezpieczne miejsce. Pragnęła zniknąć, wybudzić się z tego koszmaru, zlać się z otoczeniem lub stać się niewidzialną.
Bestia dalej krążyła. Wąchał powietrze, zatrzymywał się przy ciałach rodziców kociaka, ciężko na nie dysząc. Ślina zmieszana z krwią kapała mu z pyska.
Serce waliło jej w piersi, nie wiedziała, ile czasu minęło, ale pies odszedł. Niebezpieczeństwo minęło, ale Werbena nie odważyła się wystawić nosa poza swoją bezpieczną kryjówkę. Czekała, słuchała. Liczyła uderzenia swojego serca, chcąc się uspokoić. Bała się. W podobnej sytuacji Lukrecja już dawno by ją tuliła, a Klon by opowiadał historie ze swojego dzieciństwa, by zająć czymś córkę. Wiedziała, że już nigdy tak się nie stanie.
Łapki jej drżały, gdy zrobiła krok naprzód. Całe ciało ją bolało, a pół pyska miała przysłonione tą samą lepką substancją o metalicznym zapachu i czerwonej barwie. Niepewnie wyszła z traw.
Pole było teraz ciche, martwe. Ptaki milczały, a jedyny dźwięk to szum pobliskiej rzeki. Przejechała wzrokiem po polu bitwy. Trawa była splamiona krwią, pszenica połamana i nienaturalnie wygięta, a w miejscu, w którym wcześniej znajdowało się ciało Klona pozostała jedynie szkarłatna plama wraz z zabarwioną na czerwoną wodą, która rozmywała się coraz bardziej z każdym uderzeniem serca. Na widok ten kotka wydała z siebie dźwięk, podobny to stłumionego szlochu.
— Mamusiu... — wyszeptała. Jej głos był cichy, drżący, jakby nie chciała dać znać bestii o swoim istnieniu. — Mamusiu, proszę cię... Wstań już... — zapłakała. Nie otrzymała odpowiedzi.
Szturchnęła bure futro kocicy nosem.
— Mamo, proszę... Będę grzeczna... Ja- Ja już nigdy nie poproszę, by iść tam, gdzie ty nie chcesz... — pisnęła cicho, jąkając się. — Wstań, mamo, proszę... Taty nie ma… — zapłakała. Głos jej się łamał. Był przepełniony rozpaczą, gdy wtuliła się w jej ciało. Futro jej jeszcze było gorące, znajome, przepełnione jej zapachem, ale przesiąknięte krwią — gęstą i lepką. Werbena czuła ją wszędzie. Na swoim pysku, na łapach, na języku.
— Kocham cię mamusiu — wymamrotała przez łzy. Przycisnęła się mocniej, jakby mogła ją wybudzić, jakby ciepło mogło do niej wrócić. Drobne ciałko Werbeny drżało, a ból pulsował, rozlewając się po całym jej ciele. Czuła jak robi się słaba, jak jej główka robi się ciężka. Powoli zamknęła swoje oczy, pozwalając sobie odpłynąć w futrze matki, jakby licząc, że wybudzi się z tego koszmaru.
──── ≽^• ˕ •^≼ ────
Słońce zaczynało znikać za horyzontem, rozlewając swoje ostatnie pomarańczowe promienie po ziemi, nadając światu kolor rdzy. Dopiero gdy świat zaczął gasnąć, Werbena się obudziła. Delikatnie się ruszyła, podniosła główkę i wszystko ją zabolało. Powietrze zdawało się inne niż rano. Chłodniejsze.
Usłyszała szelest, cichy i niepewny, gdzieś w oddali. Werbena drgnęła, co przyniosło kolejną falę bólu. Leżała dalej wtulona w coś, co jeszcze kilka godzin temu było ciepłe.
Teraz było zimne i sztywne.
Klatka piersiowa Lukrecji już nie poruszała się. Krew, która wcześniej była lepka i świeża była juz zaschnięta, sklejając futro burej w twarde, szorstkie pasma. Zapach Lukrecji również zanikał. Był mniej intensywny, bardziej obcy, mieszając się z metalem. Jej pyszczek drgnął, a nosek wcisnęła w futro martwej, zimnej kocicy, jakby pragnęła zapamiętać jej zapach na wieki. Normalny kociak by dalej płakał, piszczał, krzyczał, jednak dymna nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Milczała, patrzała na świat ze strachem, a rozpacz ściskała jej gardło.
Kolejny szelest, tym razem bliżej, głośniej. Werbena zesztywniała, gdy pojawiły się trzy sylwetki.
Pierwsza była smukła, liliowa kocica z żółtymi, błyszczącymi oczami oraz futrem przeplecionym piórami.
Obok niej pojawił się drugi, trochę mniejszy, niebieski i cętkowany kocur.
Trzeci szedł nieco z tyłu. Rudy, zdecydowanie najspokojniejszy z trójki.
Gdy dostrzegli masakrę przed nimi, zatrzymali się wszyscy nagle. Ich ciała padły na ciało, na krew, na małą, czarną sylwetkę przy nim.
— Na Klan Gwiazdy... — wyrwało się Gąsienicowemu Ogryzkowi.
Kukułczy Wdzięk zamarła, a ciało jej napięło. Spojrzenie wojowniczki przesunęło się powoli po martwej sylwetce, po zaschniętej krwi, po śladach walki na terenach, aż nie zatrzymało się na małej, trzęsącej się sylwetce Werbeny,
— Hej... Spokojnie — odezwała się cicho. Głos jej był słodki, miękki, ale nie dało ukryć się w nim napięcia. — Co się stało, maleńka? — przemówiła, robiąc jeden krok bliżej. Stąpała ostrożnie, powoli, jakby jeden zbyt gwałtowny krok miałby spłoszyć młodszą kotkę.
Werbena w odpowiedzi na ruch wojowniczki cofnęła się minimalnie. Koty te pachniały tak inaczej, obco. Nie pachnieli jak mama bądź tata.
— Hej hej! Nic ci nie zrobimy... — powiedział szybciej niebieski, zauważając reakcję szylkretki. — Wszystko będzie dobrze.
Kukułczy Wdzięk podeszła bliżej.
— Nie musisz się bać... — dodała łagodnie do wypowiedzi drugiego wojownika.
W tym czasie Drzemiące Słońce obszedł kociaka ostrożnie. Zbliżył się do niej, pochylił nad ciałem, spojrzał na rany i dotknął nosem. Ciało było zimne, sztywne. Rudy powoli uniósł głowę, by następnie pokręcić głową na towarzyszy.
— Nie żyje — powiedział kocur cicho, pozwalając, by słowa te zawisły w powietrzu niczym wyrok.
— Pies? — wtrąciła liliowa.
Niebieski skinął głową.
— Na to wygląda.
Kukułczy Wdzięk spojrzała smutno na kociaka wtulonego w ciało swojej matki. Czuła, jak serce jej się łamie na ten widok. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak się teraz czuje maleństwo...
— Musimy ją zabrać, nie może tu zostać — powiedziała spokojnie, choć dalej stanowczo.
Gąsienicowy Ogryzek nie czekał na następne polecenie. Powoli podszedł bliżej, a głos jego przybrał typowy, przesłodzony ton.
— Hej mała...
Zatrzymał się obok dymnej. Werbena nie odpowiedziała, tylko patrzyła na niego swoim jednym okiem. Nie uciekała, nie piszczała, nie płakała. Było to obce dla nich. Kocur powoli pochylił się nad kociakiem i ostrożnie chwycił ją za kark. Była lekka jak piórko. Jej ciało zwisało z pyska kocura, jakby nie miała już siły na walkę.
— Wracamy do obozu — powiedziała cicho Kukułczy Wdzięk, dając znak do odwrotu. Trójka wojowników ruszyła do obozu Klanu Klifu, a w pysku jednego z nich zwisała mała obca koteczka. Złociste pole powoli znikały w oddali, a śpiew ptaków powrócił, jakby próbując ukryć to, co się wydarzyło.
Przez całą drogę Werbena milczała. Czuła się, jakby połknęła cierń i nie mogła go wypluć. Nie wiedziała, co teraz z nią będzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz