TW: skórowanie zwierzyny, zwłoki
Oblizała policzki z krwi i przyuważywszy, że szkarłat pobrudził także jej pierś, zaczęła czyścić ją na tyle, na ile pozwoliła jej przykrótka kufa. Była niezwykle wdzięczna, że pogoda nieco zelżała – miała już trochę dość tych upałów, cały ten skwar przyprawiał ją o ból głowy, a oddychanie w takich warunkach było dla niej niezwykle utrudnione. Łapy piekły ją przez przegrzaną ziemię, zwierzyny także było jakoś mniej, bo chowała się po norkach przez zbyt intensywne promienie słoneczne. Chłodny powiew wiatru omiótł jej puchatą kryzę, naciskając aksamitnie na wibrysy kotki. Spojrzała raz jeszcze na żałośnie rozłożoną mysz przed jej łapami.
Postrzegała ją jako jedzenie i jako coś, czym mogła się bawić, dowiadywać się z tego więcej. Uczyć się. Mogła dzięki tym wszystkim myszom dowiedzieć się, jak wyglądały dokładnie od środka, nikt nie bronił jej także przeprowadzać wszelkiego rodzaju eksperymentów. Czasami zrywała ładnie pachnące rośliny i faszerowała nimi brzuchy gryzoni. Oczywiście im większa była zdobycz, tym więcej mogła w niej pomieścić. Niektóre dodawały jej przyjemnego smaku, inne… miały niezbyt przychylne działanie. Może gdyby poznała więcej kotów, to mogłaby im zaoferować spróbowanie czegoś nowego? Kandydaci nie byliby świadomi ryzyka, a ona dowiedziałaby się, bez potrzeby krzywdzenia siebie oraz własnych bliskich, co się stanie, jeśli wypcha swój łup określonymi rzeczami. Poruszyła puchatą kitą, zamiatając wysokie kłosy trawy za sobą. Drobne kropelki rosy osadziły się na jej futrze, czepiając kłosów niczym malutkie rzepy, które dało się strzepnąć przy jednym, konkretniejszym ruchu.
Wbiła delikatnie pazur w lekko chłodne już mięso, ciągnąc nim w jedną, określoną stronę. Zaczęła odrobinę szarpać, dbając o to, żeby warstwa oddzieliła się tak równo, jak tylko zapragnęła. Przecięła cienką błonkę pomiędzy skórą a mięsem, niekiedy myląc te dwa ze sobą przez nie najlepszą widoczność, zostawiając na skórze niepotrzebne kawałki mięsa. Szarpnęła za mocno. W jej klatce piersiowej zawrzało gorące uczucie – frustracja z powodu swojego niedbalstwa. Chciała wierzyć, że dało się to jeszcze naprawić. Starała się uważnie dokończyć własną wizję, nawet jeśli momentami szło jej to dość opornie. Nie zamierzała się poddawać. Na sam koniec chwyciła w szczęki kawałek własnego dzieła, ciągnąc je ku sobie. Odwinęła ją drugą stroną. Teraz będzie jej łatwiej jeść i nie zje kłaków.
Gdy wreszcie była usatysfakcjonowana ze swojej pracy, zaczęła skubać mięso, dokładnie żując większe części. Zaczęła pomrukiwać cicho, uszami doszukując się wszelkich dźwięków, jakie tylko mogły do niej dolecieć. Po jej podniebieniu rozpłynął się przyjemny posmak upolowanej zwierzyny. Rośliny porastające te tereny muskały ją po brodzie. Przygniotła wysoką łodygę z kwiatem łapą, łamiąc ją w połowie. Odrzuciła ją nieco dalej. — Już nie będzie mi przeszkadzać — pomyślała, marszcząc nos.
Wypluła tyle kostek, ile mogła. Niestety jej kolekcja nie była pełna, ponieważ część z nich połknęła, nie orientując się za bardzo, lecz nie było to teraz jakoś bardzo istotne. Kostki były na tyle drobne, że nie powinny jej raczej zaszkodzić. Były one także tak malutkie oraz nieprzyjemnie śliskie, że początkowo poczuła się tak, jakby cała jej praca była daremna i poszła na marne. Nie było to jednak prawdą.
Spakowała je w swoje skórzane zawiniątko, dorzucając do kolekcji także parę kwiatów rosnących tuż obok. Były to jedne z ostatnich, dlatego musiała korzystać, dopóki pogoda jeszcze jakkolwiek sprzyjała. Chociaż na tym słońcu większość z nich pomarła, a nadciągające chłody wcale nie zapowiadały dla nich lepszego losu. Dobrze będzie zatem, jeśli to Kobczyk się nimi zajmie. W dodatku… może skóra mogła przydać się do czegoś jeszcze? Mogłaby dzięki niej zrobić zasłonę na chore oko siostrzyczki? Dzięki temu korzystałaby jedynie z jednego oka, ponieważ drugie byłoby wiecznie zakryte. Chociaż czy nie obciążałoby to za bardzo zdrowego ślepia? Może będzie miała okazję za niedługo się przekonać… Będzie musiała także zastanowić się, czym byłaby w stanie przyczepić przedmiot do głowy, żeby się utrzymało i nie ześlizgiwało podczas podstawowych czynności. Czy istniało coś, co byłoby w stanie wytrzymać nawet mimo intensywnego deszczu? Podczas snu, gdzie kot mógł obracać się do woli w swoim legowisku, a nawet przypadkowo podrapać się, jeśli go akurat zaczęło swędzieć? Należałoby przymocować to na zawsze. A skóra, szczególnie z mięsem, mogła gnić. Dopóki było jeszcze w dobrym stanie, czekoladowa miała czas na namysł. Jeśli się zepsuje, najwyżej zapoluje ponownie. Może rozwiązaniem byłyby ptasie pióra albo od razu całe skrzydło czy ogon…
Kobczyk postąpiła dzisiaj inaczej niż dotychczas. Zawsze potrzebowała kompana do posiłku, tym razem jednak nie wchodziło to w grę. Nie chciała, żeby jej rodzice zastanawiali się, dlaczego bawi się kolacją, zamiast ją po prostu zjeść jak każdy inny kot. Poczuła lekkie ukłucie w żołądku. Nie było jej łatwo rezygnować z takich rzeczy, aczkolwiek czasami były rzeczy ważne i ważniejsze. Jeszcze zje z rodzicami, a jej chęć poszerzenia wiedzy nie mogła czekać. Nie mogła pozwolić na to, żeby więcej kotów, zmagających się z taką samą przypadłością co jej siostra, cierpiało codziennie z powodu swojej inności. Chciała wynaleźć coś, co pomogłoby każdej takiej Wąsatce czy Kobczykowi, zmagającymi się z utrudnionym oddychaniem czy uciekającym okiem. Podniosła zawiniątko, trzymając je sztywno w szczęce. Do jej nosa przyleciał nietypowy zapach jakby obcy kot. Futro na jej karku się podniosło. Co, jeśli to był ktoś z tych całych… klanów? Rozejrzała się pospiesznie, doszukując jakiegokolwiek ruchu. Zastygła w miejscu, dobrze, że nie była na otwartej przestrzeni, bo czułaby się teraz niczym łania spoglądająca w oczy myśliwego, swojego mordercy. Czmychnęła w zarośla, gnając ile sił w łapach przed siebie. Nie mogła ufać obcym, a już na pewno nie na tych terenach. Nie zamierzała umierać, nie teraz. Nigdy. Nie, dopóki nie wynajdzie czegoś, co pomogłoby potrzebującym.
***
Korony drzew kołysały się na delikatnym wietrze, przepuszczając przyjemne promienie słońca. Liście szeleściły w rytm grany przez podmuchy wiatru. Wiele z nich szybowało elegancko ku ziemi, stykając się nawet z gałęziami z powrotem czy grzbietami przeróżnych istot, jeśli zdążyły wylądować wystarczająco szybko. Kobczyk postanowiła dzisiaj również wyruszyć na łowy, musiała korzystać, dopóki pogoda dopisywała. Podmuchy wiatru mierzwiły jej delikatnie futro, gdy próbowała przecisnąć się obok krzewu jeżyn. Ostre kolce ciągnęły ją za długie kłosy, ból rozlał jej się po skórze, niczym dreszcz albo stado maleńkich mrówek. W myślach zaczęła przeklinać fakt, że była długowłosa, ostre igiełki nie zamierzały odpuścić jej tak łatwo. Gdy wreszcie wyswobodziła się ze swojego “tymczasowego więzienia”, rwąc kawałek cennego puchu, ruszyła szybszym krokiem w stronę zapachu, jaki jeździł jej po nosie już od paru uderzeń serca. Sprawiał, że futro podnosiło jej się na karku samo, a uszy stawiały się czujnie, jakby na baczność, nawet jeśli nie słyszały sporej części dźwięków. Skądś kojarzyła tę woń. Nie, nie mogło być… przecież… po co szłaby w tym kierunku? Czy nie było to lekkomyślne z jej strony?
Sięgnęła łapą do wysoko rozrastających się zielonych krzewów, które gdyby mogły, rozciągałyby się ku niebu niczym drzewa, którymi się otaczały. Widok, który zastała sprawił, że stanęła jak wryta.
To był ten sam kot, którego przelotnie zobaczyła ostatnim razem. Okrągły, łaciaty czarno-biały nieznajomy. Kocur podniósł się pospiesznie, Kobczyk zaczęła się wycofywać, chociaż było już za późno. Starszy samotnik już ją zauważył, tym razem mu nie ucieknie tak łatwo. Położyła po sobie uszy, kuląc ogon i wysuwając pazury. Szpony zagłębiły się odrobinę w glebie, rozpychając mikroskopijne drobinki na boki. Była gotowa o siebie walczyć.
— Hej, spokojnie, spokojnie, nie skrzywdzę cię — miauknął obcy, przygniatając grunt, jakby lekko zestresowany. Wgniótł go nieco, było to może spowodowane tym, iż był lekko wilgotny. Kobczyk przyglądała się całej tej scence. Skąd mogła wiedzieć? Może chciał tylko ją zmylić i tak naprawdę zaraz wyskoczy reszta jego bandy? Spojrzała na niego nieufnie, marszcząc nos. Rozejrzała się szybciutko na boki, aczkolwiek nie zauważyła nikogo, poza nim. Gdy próbowała zawęszyć, otwierając pysk i tym samym pozwalając, żeby zapachy dotarły do niej lepiej, niebieskooki zrobił o jeden krok za dużo. Syknęła, gdy kocur spróbował zbliżyć się do niej bardziej. — Jestem tu przelotnie. Podróżuję, rozumiesz… zostawiłem moją rodzinę daleko stąd. Jestem bardzo ciekawski i wszystko wokół, co nowe, mnie zachwyca. Nie jestem wrogo nastawiony do nikogo, tak naprawdę jeszcze nie zdarzyło się, żeby jakiś kot mnie nienawidził, przynajmniej nic takiego nigdy nie doszło do moich uszu, nikt mi także nie przekazał podobnych wieści — spróbował się wytłumaczyć, przyzdabiając pyszczek lekkim, przyjaznym uśmiechem.
Rozgadał się na tyle bardzo, że Kobczyk poczuła się odrobinę zagubiona. Nie miał wpływu na to, jak go oceni. Pierwsze wrażenie należało do niej i jej wyobraźni. Mógłby próbować wcisnąć jej wszelkiego rodzaju bajeczki, decyzja należała do niej. Mimo to czuła się trochę tak, jakby przypłynęła do niej pewna dawka ulgi po usłyszeniu tych słów. Inni raczej w tym momencie skoczyliby na nią, próbując odebrać jej życie. Może rzeczywiście nie chciał źle, aczkolwiek nie wiedziała w ile tego, co kocur jej wciśnie, należało oraz warto było wierzyć, jednak dopóki nie zamierzał jej skrzywdzić – nie był kłopotem. To było pewne. Ale czemu zatrzymał się akurat tutaj, skoro był przelotnie? Dlaczego spotkali się akurat tutaj, czego szukał? Adrenaliny, nowości? Nowych pysków, które mógłby nazwać przyjaciółmi?
— Znasz się na ziołach? Jesteś uzdrowicielem? — zapytała wprost czekoladowa wreszcie, machając kitą na boki. Może mógłby się jej na coś przydać. Może wiedział więcej od niej, mogłaby się od niego uczyć…! Może dzięki tej wiedzy wyleczyłaby swoją siostrzyczkę, kiedy wreszcie do nich wróci.
Wernyhora pokiwał głową.
— Oczywiście, coś o nich wiem. Czy potrzebujesz mojej pomocy? — zapytał, przechylając łebek lekko do boku, jakby próbował domyślić się, co mogło być na rzeczy. — Całe swoje życie ciekawiłem się każdą rośliną wokół i jak widzisz mam w futrze ich nawet sporo. Myślę, że to dość nietypowy sposób przechowywania ich… niestety musiałem zrezygnować z części z nich, ponieważ nie wszystkie mieściły mi się w futrze, aczkolwiek te najważniejsze nosze zawsze przy sobie. W dodatku nie pachną najgorzej, prawda? Lubię z nimi eksperymentować, tworzyć swoje własne leki. Tylko nie myśl o mnie źle, ja testuję je najpierw na sobie, nie naraziłbym nikogo na niebezpieczeństwo z powodu własnych zachcianek…
Kobczyk zatoczyła kółeczko przednią łapą w gruncie, kładąc po sobie futro. Może i byli w pewnym sensie podobni, ale jednocześnie różni. Ona nie zamierzała ryzykować własnym zdrowiem, prędzej podałaby interesujący ją przedmiot komuś, kogo mogłaby poświęcić na rzecz jej wielkiego projektu. W dodatku… on tak dużo gadał! Jakby mu się nigdy nie kończył oddech, a także pomysły, co powinien powiedzieć następnie. Czy nigdy nie zasychało mu w gardle? Nie bolała go głowa od ciągłego trajkotania? Pokiwała głową. Sięgnęła jedną z łap do swoich wąsów, poprawiając je odrobinę, jakby w zamyśleniu. Zmierzwiła je, kręcąc u końcówek. Ostatnimi czasy bardzo jej urosły. Gdyby nie zapach kotki, to może i by nawet uznali ją za kocura, co by jej tak naprawdę nie przeszkadzało. Było jej wszystko jedno.
— Słuchaj… moja siostra wyruszyła na niezwykle istotną misję i nie widziałem jej już długo, jednak czuję, że muszę jej pomóc. Jedno z jej oczu układa się niewłaściwie i podejrzewam, że to może negatywnie wpływać na jej koordynację. Zawsze przewracała się więcej, niż byłoby to normalne czy potrzebne. Niestety nigdy nie zdołałem przeprowadzić na niej testu, ponieważ brakowało mi wtedy wiedzy, ale z pewnością coś jest nie tak z jej gałką oczną. Czy potrafiłbyś coś na to zaradzić? A jeśli nie, to może chociaż nauczysz mnie o ziołach, które zdążyłeś poznać do tej pory? — zapytała z nadzieją, wpatrując się w kocura. Nie chciała nawet bawić się w przedstawianie, przynajmniej nie teraz. Miała priorytety i rzeczy tego typu, mogły zaczekać. Nawet jeśli zostałaby odebrana jako niewychowana, to nie zamierzała się tym przejmować jakoś szczególnie. Potrzebowała od niego jedynie się nauczyć paru rzeczy.
— Och, rozumiem. Wiesz, jest to jedna z przypadłości, na którą zioła na nic się zdadzą. Jeśli urodziła się w ten sposób, to niestety nie poradzimy za wiele, jednak zawsze warto spróbować. Naprawdę podziwiam twój zapał, długo minęło, odkąd spotkałem tak zdeterminowanego kota, a uwierz mi, spotkałem ich naprawdę wiele! — uśmiechnął się promiennie. — W miejscu, z którego pochodzę, spotykałem co jakiś czas nieznajomych i z pewnością nie zdziwisz się, kiedy powiem, że każdy z nich był inny. Najmilej zapamiętałem chyba kota, który charakterem był dość identyczny ze mną, a przynajmniej tak mi się wydawało…
Strzepnęła z irytacją ogonem. Tracili czas na takie błahostki, a mogliby już teraz przejść do nauki, czyli do tych istotnych rzeczy.
— Kiedy zaczniemy trening zatem? — podpytała, tym samym przerywając paplaninę kocura. Czy nie potrafił wyczuć, że ten moment nie był najlepszy na tego typu rzeczy? Czy nie czuł się dziwnie, opowiadając tak naprawdę komuś, kogo nie znał, tak wiele rzeczy o sobie? W dodatku co miały znaczyć słowa “przypadłość, na którą zioła się nic nie zdadzą”? To jeśli nie zioła, to co? Czy wydłubanie tego oka by pomogło? Wtedy widziałaby tylko jednym. A może zakrycie je w jakiś sposób, przykładowo skórą, którą znalazła wcześniej? Wtedy jedno by widziało, a drugie miało czarny obraz. Testowała już, jak się widziało przez ten materiał. Był on jednak niewłaściwy przez to, że nie był wieczny. Albo źle go przygotowała, może dało się sprawić, żeby się nie marnował w ten sposób.
Wernyhora przymknął się raz jeszcze, na jego mordce wymalowało się lekkie zdziwienie.
— Może przedstawmy się sobie najpierw, dobrze? Jestem Wernyhora — miauknął, robiąc delikatny ukłon przed kotką, jakby w formie szacunku.
Kobczyk nie słyszała nigdy wcześniej identycznego imienia. Pasowało to do niego, cały był jakiś inny…
— Nazywam się Kobczyk — powiedziała dość neutralnie, siląc się na pozytywny ton. Nie chciała wyjść na niemiłą, bo wcale taka nie była. Jedynie w sytuacji takiej, jak ta, każde uderzenie serca było istotne. Ponieważ w każdym momencie Wąsatka mogła wrócić do domu, a Kobczyk nie chciała być wtedy nieobecna. W dodatku jej rodzice mogli się martwić, że przebywa tak długo poza domem.
— Miło mi cię poznać, Kobczyku — powiedział pociesznie, spoglądając na kotkę. Na jego kufie wymalowało się lekkie zmartwienie, jakby dostrzegł niepewność brązowej przed sobą. — Czy coś się stało? Wyglądasz na zamyśloną — dorzucił, poruszając lekko ogonem. Poprawił parę kwiatków pośród swoich kłosów, nie spuszczając towarzyszki z oczu, jakby bał się, że odbierze jego ruchy jako niekulturalne albo nie na miejscu.
Kobczyk stała tak, zapatrzona w kocura. Zastanawiała się, o co mogłaby go najpierw zapytać. Skoro nie dało się według niego za pomocą ziół naprawiać oczu, to może powinna mu zaproponować to, co jej chodziło po głowie już od jakiegoś czasu? Gdyby nawet to odrzucił, to oznaczałoby to, że albo się nie zna, albo jest jakiś inny, lepszy sposób, chociaż brązowa nie chciała w to za bardzo wierzyć. Jej pomysły nie były wcale złe, były świetne i gdyby się postarała oraz miała pacjentów do wyleczenia, którym by mogła pomóc, zyskałaby szacunek. A na szacunku bardzo jej zależało! A jeszcze bardziej zależało jej na tym, aby znaleźć lek na przykrą przypadłość jej siostrzyczki i dla innych, którzy mogliby się zmagać z czymś identycznym.
Wernyhora pokręcił powoli głową.
— No dobrze. Nie musisz mi mówić, jeśli nie czujesz się obecnie na siłach. Chodź za mną, mieszkam niedaleko, tam też będziemy się najprawdopodobniej uczyć, ponieważ tutaj nie ma żadnych ciekawych ziół. Opowiem ci najpierw o tych najbardziej przydatnych. Nie zapominaj oczywiście pytać, od czegoś w końcu jestem — potok słów wylał się z jego pyszczka i nie zapowiadało się na to, by prędko się zakończył. Kobczyk mogłaby go porównać do jakiegoś małego, niezwykle rozśpiewanego ptaszka, który budził każdego o mniej więcej tej samej porze, o której słońce wskakiwało na horyzont i rzucało pomarańczowe promienie na drzewa w lesie, zachęcając mieszkańców do pobudki. A budził zwierzynę całym dniem, robiąc chwilowe przerwy na rozprostowanie skrzydeł, łapek czy krążenie w poszukiwaniu much, czyli swojego obiadu. — Myślę, że zaczniemy od najbardziej pospolitych. Czyli, rozumiesz, takich, których jest na tych terenach niezwykle wiele. Czy rośliny nie są przecudowne? — zadał pytanie, chociaż nie oczekiwał od młodszej odpowiedzi na już, o ile kiedykolwiek. Kobczyk szła u jego boku, słuchając go jedynie częściowo. Tym razem nie było to związane z jej słuchem, a bardziej faktem, że nie miała ochoty rozgadywać się o sobie czy innych rzeczach szczególnie, ponieważ nie znała go nawet za dobrze. Można było powiedzieć, że dużo krążyła myślami w obłokach, podczas gdy Wernyhora spowiadał się jej z każdej informacji, z jaką udało mu się w jakiś sposób powiązać dany temat.
Dotarli wreszcie do niezbyt wielkiego wgłębienia w ziemi. Było dobrze otoczone krzewami jeżyn, przez które ciężko się przechodziło. Szczególnie jeśli cały grzbiet oraz boki miało się w długich kłakach, które chwytały się każdego najmniejszego haczyka u roślin czy rzepów z gałęzi. Dwójka stanęła przed norą. Do Kobczyka dotarła intensywna woń ziół, kręcącej jej odrobinę w nosie swoją intensywnością. Ponadto wymieszana była jeszcze z mokrym, ziemistym zapachem, który był już dużo mniej przyjemny.
— Wejdźmy, zapraszam. Ty idź pierwsza — zachęcił ją kocur, podnosząc jedną z przednich łap i chyląc się odrobinę ku dołowi, jakby robił przed nią ukłon.
Kobczyk skinęła głową, po czym posłusznie weszła do środka. Miała szczerą nadzieję, iż nie była to pułapka. Ziemia pod jej łapami była odrobinę wilgotna, aczkolwiek nie była taką typową breją, której się spodziewała po tym miejscu. Można było powiedzieć, że została pozytywnie tym zaskoczona. Rozejrzała się po jamie, przyzwyczajając wzrok do otaczającego ją obecnie półmroku. Wernyhora wszedł tuż za nią, przysuwając zarośla odrobinę bliżej, jakby obecny kamuflaż był niewystarczający. Przysunął swoje starannie wyścielone legowisko do siebie, po czym ułożył się w nim wygodnie, pomrukując.
— Pozwól, że ci nieco opowiem o tym miejscu. Kojarzy mi się z domem… z moimi rodzicami, Tymotką i Wirkiem, niesamowite koty. Życzę każdemu kociakowi takich rodziców, naprawdę nie mogłem prosić o lepszych. Kobczyku, wiesz, próbowałem udekorować tę jamę na wzór mojego domu. Miejsca, w którym przyszedłem na świat. Uwierzysz mi, jeśli ci powiem, że zastałem ją w dużo gorszym stanie? — zachichotał. Kotka nie odpowiedziała, ale to go wcale nie zniechęciło do kontynuowania swojej wypowiedzi. — A teraz się rozejrzyj. Prawda, że ładnie? Starałem się, jak mogłem, żeby doprowadzić to miejsce do porządku. Stworzyłem z niego azyl, w którym bardzo przyjemnie mi się żyje i w dodatku nie spotkała mnie tutaj jeszcze nigdy żadna przykrość… Dobrze mnie chroni przed chłodami mroźnej pory oraz upałami, ponieważ nie dociera tutaj tak dokładnie słońce, jedynie gdzieniegdzie drobne promyczki.
Brązowa kotka pokiwała głową. Nie interesowało ją to nadto, raczej zastanawiała się nad zastosowaniem wszystkich tych ziół, jakie ją obecnie otaczały, starannie upchnięte w jedno miejsce. Nie rozsypywały się, a miejsce, jakie im przydzielono, nie dopuszczało wilgoci z taką łatwością. Wernyhora wziął ze stosiku parę nieznanych jej łodyg, po czym ułożył je na nieco większym liściu, rozdzielając starannie łapami. Kobczyk przyglądała się procesowi i chłonęła go, jakby mógł jej się w przyszłości jeszcze przydać.
— Te malutkie kwiatki, jakie widzisz, to bez czarny. Można spotkać go na tych terenach, aczkolwiek musisz się trochę postarać, żeby go znaleźć. Rosną na wysokich krzewach lub nawet i niskich drzewach o kulistej koronie, liście przypominają krople. Zapach mają kwiecisty, przepiękny. Gdybym miał doradzać komuś, jakie kwiaty powinien sobie wpleść, możliwe, że wspomniałbym właśnie o nim. Ale przechodząc do rzeczy… — poruszył ogonem, może zorientował się, że w Kobczyku zaczyna powoli narastać frustracja związana z niepotrzebnym przeciąganiem wszystkiego? — Kwiaty mają białego koloru, a używa się go najczęściej na złagodzenie zwichnięć czy skręceń. Należy przeżuć liście na miazgę, taką papkę i nałożyć ją jako okład. Potem bierzesz trochę pajęczyny, takiej jak tutaj — sięgnął łapą dwóch patyków, na których ulokowana była gęsto pajęcza nić. Samotniczka podążyła wzrokiem za ruchami kocura. — I nakładasz ją na ranę. Musisz pamiętać, żeby przed tym ją dokładnie wyczyścić, żeby nie doszło do zakażenia. Jeśli pajęczyna przesiąknie krwią, wtedy ściągasz ją i nakładasz nowy opatrunek. Pajęczyna niestety ma to do siebie, że prędko się brudzi, dlatego co jakiś czas będzie trzeba go zmieniać potrzebującym. Może zdarzyć się tak, że nawet przez sen ją zerwą, a to nie jest nigdy nic dobrego, szczególnie w takiej sytuacji — zamruczał, po czym zachęcił łaciatą do zbliżenia się i dokładnego zapoznania z ziołem. Kobczyk przysiadła obok, owijając ogon wokół swoich łap. Sięgnęła jedną bzu, delikatne kwiaty ugięły się odrobinę pod jej naciskiem. Kotka cofnęła palec, nie chcąc przypadkiem zepsuć tak cennej rośliny. Wernyhora nie komentował jej poczynań, jednak czuła jego wzrok na sobie. Szkoda, że nie było nikogo, na kim mogłaby przetestować nowo nabytą wiedzę.
— Pokażesz mi miejsca, gdzie mogę go znaleźć? — zapytała, przenosząc ślepia teraz na czarno-białego.
Kocur pokiwał energicznie głową.
— Oczywiście! Możemy przy najbliższym następnym spotkaniu poszukać miejsc, gdzie rosną wszystkie zioła, które ci dzisiaj przedstawię — przekazał, przejmując od niej roślinę, z którą kotka zdążyła już w miarę się zaznajomić. Chciała wierzyć, że zapamięta, jak dokładnie wyglądają drobne, białe kwiatuszki oraz charakterystyczne liście przyczepione do zielonej łodygi. Zastrzygła wąsami, ciekawa następnej dawki informacji. Ciekawe, czy Wernyhora pokaże jej coś więcej, oprócz tego, co przyszykował? Chociaż… nie powinna przebywać poza domem tak długo. Jej rodzice z pewnością się martwią. Zmarszczyła brwi, oddając się własnym myślom na parę uderzeń serca. Jeśli zostanie tu nieco dłużej, możliwość zaniepokojenia bliskich wzrastała. Jeśli jednak wróci teraz do domu, to nie dowie się więcej. Machnęła ogonem, gdy kocur przysunął następne ziele do jej łap.
— Co to jest? — zapytała, po czym utkwiła wzrok w nowym przedmiocie. Drobne, fioletowe kwiatki wyrosły z niego lekko, widać było, że ich czas świetności powoli mijał. Zapach, jaki ulatniał się z rośliny, był na tyle intensywny, żeby zakręcić brązowookiej w nosie. Kichnęła głośno. Samotnik prędko zadbał o to, żeby nie musiała tkwić długo w niewiedzy.
— To czosnek. Dziki czosnek. Możesz spotkać go w tych lasach, jednak nie jest dostępny przez cały czas, zresztą jak lwia część ziół. Rośnie w kępkach, jak go wyrwiesz z ziemi, to wychodzi taka bulwa, jaką widzisz tutaj. Jest matowa i bardzo nijaka w dotyku. Schodzi z niej sucha warstwa, jak się ją zgniecie, to chrupie jak prażone liście. Wydobywa się z niej bardzo intensywny, ostry zapach, którego nie da się pomylić z niczym innym. Zastanawiasz się na pewno, po co komu taka roślina? Otóż należy się w niej wytarzać i to porządnie. Jest świetny w leczeniu infekcji oraz zapobieganiu im, zwłaszcza gdy doświadczysz nieprzyjemnego ugryzienia szczura. Widziałaś je kiedyś? Są takie ogromne! Są w stanie także porządnie skrzywdzić kota i nie potrzeba im wcale całej grupy, by nam zaszkodzić… — opowiedział, w jego oczach zatańczyła nagła iskra, jakby go olśniło. Kotka pokiwała głową. — Może znasz go pod inną nazwą? Mówią na niego także czosnek niedźwiedzi.
Nie znała go pod żadną nazwą, ponieważ nie miała nigdy wcześniej do czynienia z tą rośliną. Raz jeszcze chwyciła ziele w łapki, tym razem ostrożniej, chociaż i tak zapach zdążył przejść na nią, nieważne jak bardzo by się starała, żeby było inaczej. Zmarszczyła mordkę z niezadowoleniem. Jeśli rodzice zapytają, to im po prostu powie, że wytarzała się w trawie i nie wiedziała, że będzie od niej z tego powodu tak jechać…
— Często spotykasz szczury w lesie? Ja jeszcze nie widziałam żadnego, ale z opowieści domyślam się, że są to po prostu przerośnięte myszy. Mają większe kły i więcej odwagi, aczkolwiek to nadal tylko głupie gryzonie. One zrobią wszystko dla jedzenia i nie mają wcale wystarczająco czujności, często padają ofiarą kotów — rozgadała się. — Myślisz, że szczury mogłyby podjadać zioła? Masz jakiś sposób na odgonienie ich, jeśli kiedykolwiek się tutaj dostały? Patrząc na wejście, myślę, że mogłyby mieć lekki kłopot z powodu krzewów, aczkolwiek z pewnością by się przedarły. Słyszałam, że są uparte.
Wernyhora uśmiechnął się raz jeszcze, mrużąc odrobinę oczy.
— W lesie jest ich zdecydowanie mniej niż w Siedlisku Dwunożnych… najprawdopodobniej dobrze im z dwunogami. W lesie mają mniej dziwnych przedmiotów i muszą rzeczywiście się starać, żeby dobrze się najeść. W siedlisku mają sporą konkurencję, ale mają o co walczyć, gdzie tutaj mogłyby co najwyżej o znalezione ziarna, których mogłoby im nie starczyć w razie bardziej srogiej pory. Jeszcze nigdy nie miałem sytuacji, żeby jakiś zawędrował do mojej jamy. Gdyby tak się stało, prawdopodobnie jakoś spróbowałbym go przegonić, ponieważ mógłby wyrządzić szkody moim zapasom. Nie pogardzą roślinami. Są uparte, jeśli mają powód do bycia takimi. Tak też jest z kotami, może wcale się nie różnimy od nich tak bardzo, jak nam się wydaje…
Kobczyk pokręciła głową.
— Nie mów tak nawet. Nie chciałabym być porównywana do szczura. Jesteśmy od nich mądrzejsi i nie musimy walczyć o odpadki dwunożnych. Chociaż pewnie istnieją koty, które muszą. My mamy jednak przywilej i brak obowiązku, ponieważ potrafimy polować na zwierzynę leśną. Potrafisz, prawda? — upewniła się, aczkolwiek nie miało to aż tak wielkiego znaczenia. Skinęła do niego głową. — Wernyhoro, muszę już iść. Moi rodzice będą się o mnie martwić. Dziękuję za dzisiejszy trening, wrócę tu jutro. Do zobaczenia — oznajmiła, po czym wycofała się do krótkiego tunelu. Łaciaty kocur pomachał jej ogonem na pożegnanie, poprawiając rozsunięte przez nią krzewy.
Drzewa szeleściły spokojnie, przyjemny, odrobinę chłodny wiatr owiał policzki samotniczki, która próbowała odnaleźć drogę powrotną do domu. W miarę starała się zapamiętać charakterystyczne miejsca – przykładowo drzewo, którego spora część kory wydawała się zdrapana, potem kolejne, tym razem przewalone. Miało tak ogromne korzenie, że gdyby ktoś zechciał, mógłby urządzić sobie tam przytulne legowisko. Zamyśliła się na chwilę, wpatrując we własne łapy. To, co dzisiaj zrobiła, nie należało absolutnie do najmądrzejszych zagrywek. Mogło się to skończyć dużo gorzej, nawet jeśli kocur zarzekał się, że nie zrobi jej krzywdy. Równie dobrze mógł, w końcu był straszny, a ona nigdy nie odbyła zbyt wielu treningów, jak chodziło o szkolenie się w zakresie chwytów bitewnych. Parę z nich znała, ale czy to wystarczyło? I jeszcze jej przykrótka kufa, uniemożliwiająca wysiłek trwający zbyt długo. Na samą myśl zrobiło jej się lekko niedobrze. Nabrała pełniejszego, chrapliwego oddechu, wypluwając nadmiar śliny gdzieś w krzaki. Jej łapy ślizgały się gdzieniegdzie przez teren pokryty błotem, promienie słońca zostały zakryte przez gęste, gołębie chmury, rozciągające się po nieboskłonie niczym kocie łapy. Uniosła wzrok ku niebu, doszukując się na gałęziach jakichkolwiek ptaków. Nie miała jednak pojęcia, że ptaki, a dokładniej jeden konkretny gatunek skubał coś nieopodal jej, kłócąc się o każdy skrawek.
Nagle nadepnęła na coś miękkiego. Otworzyła oczy szerzej, spozierając na to, co leżało w trawie.
Pozlepianie od skrzepniętej krwi futro zmierzwiło się pod jej dotykiem. Cofnęła łapę, zastanawiając się momentalnie, co mogło być powodem takiego końca. Wrony odleciały ze wrzaskiem, zasiadając na gałęziach ponad nią niczym sępy, ze złością próbując dosięgnąć jej grzbietu oraz uszu, niezadowolone z tego, że odkryła ich znalezisko i przeszkodziła im w uczcie. To, co niegdyś było postawnym, eleganckim kotem, teraz stało się niczym nieznaczącą kupą mięsa, z zamglonym wzrokiem i bezwładnymi, obgryzionymi łapskami zabrudzonymi błotem. Chociaż czy aby na pewno nie miało znaczenia? Brązowa schyliła się, teraz do niej dopiero dotarł smród truchła. Nigdy wcześniej nie czuła podobnego odoru. Zastanawiała się, jak powinna do niego podejść. Różniło się to odrobinę od martwych myszy, ptaków czy ogólnie jakiejkolwiek zdobyczy, jakie udało jej się złapać do tej pory. Tego nie upolowała, to był czyn kogoś innego. Miały jednak pewne cechy wspólne; nieobecny, pusty wzrok, zmierzwione, pobrudzone futro… było ich wiele, można tak było długo wymieniać. Smród nie był na tyle intensywny, żeby ją odrzucać, aczkolwiek była w stanie od teraz odróżnić go od każdego innego, odkąd się o nim dowiedziała. Zanotowała sobie to w głowie – z pewnością jej się jeszcze przyda w przyszłości.
Prawdopodobnie stracił za wiele krwi albo została uszkodzona jakaś istotna część jego organizmu. Chwyciła łapami łeb martwego, unosząc go delikatnie ku górze, co przyszło jej odrobinę z trudem, ponieważ było cięższe, niż wyglądało. Gardło zdawało się, miało ubytek. Możliwe więc, że zawalczył z kimś silniejszym i niestety… albo stety, stracił życie. Albo wpadł we wnyki dwunożnych. Można było je co jakiś czas spotkać, całe szczęście nie były czymś na porządku dziennym.
Skoro już poświęciła mu chwilę, może powinna zabrać kawałek dla siebie, żeby na zawsze o nim pamiętać, nawet jeśli nie było im dane nigdy się poznać. Tak naprawdę martwemu już się to nie przyda, a jej mogło. Kiedyś był kimś, a teraz stał się pokarmem dla wron. Dlatego…
Sięgnęła łapą jednego z oczodołu, po czym wysunęła pazury i zwinnym ruchem wydłubała nieco już podgniłe oko, które nadal w pewnym stopniu przypominało gałkę oczną. Może mogłaby ją wstawić Wąsatce? Wtedy jej ciało mogłoby je zregenerować i widziałaby normalnie. Może martwy byłby wdzięczny jej, że używa jego części do tak ważnego projektu, jakiego się podjęła? Z pewnością się nie pogniewa za ten czyn. Kobczyk nie zwróciła uwagi, jakiego koloru ślepie trzymała, aczkolwiek wypadałoby je chyba umyć, jeśli zamierzała go użyć. Zaczęła iść w kierunku pobliskiej wody, zostawiając tym samym swoje znalezisko za sobą.
— Wreszcie będę mógł pomóc Wąsatce! — pomyślała uradowana, do jej łap napłynęła nowa dawka energii, która byłaby w stanie zasilić wojownika na cały dzień polowań, najprawdopodobniej.
Znalazła się wreszcie nad wodą. Zbiornik skrzył się zjawiskowo w przerywanych promieniach słonecznych, lekkie fale obijały się o grunt, mocząc zbitą trawę. Słońce zdążyło przegonić przynajmniej kawałek chmur, na niebie malowała się teraz cała plejada barw, niezwykle przyjemna dla oczu. Grzała odrobinę dwukolorowe futro koteczki. Kobczyk westchnęła z ulgą, gdy chłodna ciecz otoczyła jej łapy. Starannie umyła znalezisko, mając nadzieję, że dzięki temu będzie mogło wystarczyć na dłużej – ponieważ nie miała pojęcia, kiedy dokładnie wróci jej siostra i czy rzeczywiście wróci. Gdy jednak tak się stanie, skarb będzie na nią już czekał, a razem z nim łaciata, Mewa i Wilczy Skowyt! Brud zszedł z galaretowatego obiektu dość łatwo, nie musiała go uszkadzać ani próbować bawić się w ściąganie warstw. Oczywiście dla każdego “czysty” oznaczało co innego, a sama brązowooka nie sądziła, że musiał być śnieżnobiały, żeby był w dobrym stanie.
Chwyciła jeden z większych liści, po czym zawinęła w niego starannie swój skarb i zaczęła zmierzać ku azylowi, w którym z pewnością czekali na nią zaniepokojeni rodzice.
***
Zgniło. Oko… zepsuło się. Co zrobiła nie tak? Co powinna zmienić, żeby zapobiec następnej takiej tragedii? Musiała spróbować jeszcze raz. Zabezpieczy je jakoś lepiej. Może źle je przechowywała? Powinna była umieścić je w innym miejscu? Stała tak nad swoim skarbem, wpatrując się w niego z pewną pustką wymalowaną w oczach. Trzepnęła ogonem z czystą frustracją, mając ochotę cisnąć liściem o jedno z pobliskich drzew, aczkolwiek tego nie zrobiła. Do jej nosa dotarł znajomy zapach, to był Wilczy Skowyt.
— Kobczyk, córciu, co to za smród? Czy zapomniałaś zjeść mysz, którą ci dałem wczoraj? Musimy coś z tym zrobić — skrzywił nos, na jego kufie wymalowana była troska. — Tylko nie próbuj jej jeść dzisiaj. Musimy ją niestety wyrzucić… — miauknął, zbliżając się do zawiniątka. Gdy ramię osłonki opadło na ziemię, odsłoniło ciemną papkę, do której zlatywały się muchy. Jedna z nich czmychnęła w powietrze, niemal nie wpadając na dwójkę. Brązowy kocur osłupiał, wpatrując się w niezidentyfikowany przedmiot. Kobczyk poczuła, jakby coś ścisnęło ją od wewnątrz.
— Co się dzieje? Co to za smród? — zawołała Mewa, podchodząc coraz bliżej dwójki.
Czekoladowa chwyciła papkę w łapy, rozbryzgując ją po posadzce przypadkowo. Miała ochotę wziąć ją i schować, jakby dzięki temu mogła wyrosnąć na nowo, niczym roślina. Niczym nowa gałka oczna specjalnie dla Wąsatki.
Wilczy Skowyt oraz Mewa wpatrywali się na poczynania córki, nie mogąc zrozumieć za bardzo, co odgrywało się przed ich oczami. Pyski krzywiły im się z obrzydzenia, aczkolwiek nie swoją latoroślą, a raczej tym, co trzymała w poduszkach.
Oni tego nie zrozumieją. Potrzeba było naprawdę wiele czasu, żeby dojść do tego, co odkryła Kobczyk. Nie miała zresztą nawet czasu im tłumaczyć dokładnego toku myślenia, musiała wymyślić coś innego. Coś, co pomogłoby Wąsatce i nie zepsuło się tak szybko.
— Kobczyku, co trzymasz? Skąd to wzięłaś…? — zapytał pręgus, poruszając nerwowo ogonem.
— To miało pomóc Wąsatce — miauknęła. Nie rozumiała, skąd wzięła się taka reakcja na jej znalezisko. Owszem, zepsuło się i tak naprawdę… zostało po nim coś, co ciężko było nazwać okiem. Ale może jeszcze było w stanie się przydać? W mniejszym lub większym stopniu? Może mogła tym kogoś nakarmić w ramach wzmocnienia albo zbadać, czy jest w ogóle zdatne do spożycia? Nie postrzegała tego wcześniej jako pożywienie, w zasadzie nadal nie widziała tego tak. To miało być rozwiązanie na uciekające oko jej siostrzyczki. Na jej przykrą koordynację, na wszelkie przykrości, jakie mogły jej towarzyszyć. Dlaczego się nie udało? Czy gdyby wróciła szybciej, to gałka nie zmarnowałaby się? Ścisnęła w łapie znalezisko, papka straciła swój poprzedni kształt, teraz barwiąc jej śnieżnobiałe palce brudem. Odwróciła łapę, doszukując się w tym czegokolwiek, co dałoby się jeszcze uratować. Ojciec spojrzał na nią z lekkim zmartwieniem.
— Kobczyku, córeczko, musimy to wyrzucić. Rozumiem, że tęsknisz za siostrą, ale musisz być cierpliwa. Wąsatka wróci, jednak nie teraz. To miłe, że chciałaś jej wręczyć prezent w postaci zwierzyny, ale ona też nie może zbyt długo leżeć. Może upolujemy dla niej coś nowego, jak tylko do nas wróci? — zaproponował, kładąc swój ogon na jej grzbiecie pocieszająco. Brązowooka wróciła wzrokiem do brudnej plamy, kiwając powoli głową.
Nie był to posiłek, było to zastępcze oko, dzięki któremu Wąsatka widziałaby normalnie. Jednak nie sądziła, by tata to zrozumiał. Łatwiej więc było zgodzić się z jego słowami, czegokolwiek by nie zaproponował. Kotka odwróciła się odrobinę, spozierając na rodziców.
— Może pójdziemy to umyć? — powiedziała Mewa, jej kochana mama.
— W porządku — odparła łaciata, idąc za mamą.
Następnym razem zadba o znalezisko lepiej, jeśli jeszcze kiedyś dane jej będzie znaleźć więcej.
Wyrzuciła resztki nieco dalej od domu, upewniając się, że kierunek zmierzania wiatru nie dmuchał prosto w stronę jej domu – byłoby to dość niewygodne, a dla jej rodziców najprawdopodobniej obrzydliwe. Zrobiła to wszystko z lekkim żalem, nadal gdzieś w niej tkwiła nadzieja, że dało się cokolwiek z niego uratować, nawet jeśli nie znalazła żadnego, zdatnego ani żywego kawałka.
***
Parę dni później
Czas minął jej spokojnie, jakby nic aż tak istotnego się nie wydarzyło – i dla niej tak naprawdę wyglądało to właśnie w ten sposób. Nic większego nie miało miejsca. No może poza tym, że źle zapakowała tak istotny dla niej przedmiot. Jednak przy kolejnej takiej możliwości zadba o to, żeby wystarczyło na dłużej.
Leśna ściółka szeleściła jej pod łapami. Wielokolorowe liście wpychały jej się pomiędzy palce, niekiedy próbując naciąć delikatną skórę, aczkolwiek Kobczyk prędko się ich wyzbywała, żeby jej nie zrobiły przypadkiem krzywdy. Nie miała dzisiaj ochoty na wyciąganie cierni czy wszelkiego rodzaju brudów spomiędzy palców, więc taka kolej rzeczy nie była jej wcale na łapę. Zawęszyła, sapiąc pod nosem. Dotarł do niej intensywny zapach drzew iglastych, a także mokry powiew, który sprawiał, że czuła się zrelaksowana. Mewa i Wilczy Skowyt nie wspominali więcej o tym, co miało miejsce ostatnio. Prawdopodobnie przyjęli, że najzwyczajniej w świecie zgniła zwierzyna, a Kobczyk o niej zapomniała i nie zdążyła jej zjeść. Na jej miejsce upolowali ze trzy myszy, więc nie byli wcale stratni. Nie wiedziała, kto chciałby jeść gałkę oczną, aczkolwiek była zbyt cenna, żeby skończyć w tak marny sposób. Rozejrzała się, szukając charakterystycznych oznaczeń. Minęła przewalone drzewo, które przygniotło parę krzewów na swojej drodze, całkowicie je rujnując. Korony wiekowych roślin kołysały się na wietrze, przepuszczając jedynie zdawkowe ilości promieni słonecznych, które z każdym kolejnym dniem grzały coraz słabiej. Niebo coraz częściej zapchane było przez gołębi puch.
Pora Nagich Drzew zbliżała się wielkimi krokami. Za niedługo wszystkie te tereny ponownie pokryją się gęstym, białym śniegiem, który odbierał każdemu kotu czucie w poduszkach łap. Skręciła, będąc już blisko swojego celu. Zapach znanego jej kocura dotarł do jej nosa, postawiła uszy, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków. Nic konkretnego jednak do niej nie dotarło. Rozsunęła przeszkadzające jej krzewy i weszła do tunelu, przyzwyczajając się szybko do półmroku.
— Jesteś tu, Wernyhora? — zawołała chrapliwym głosem.
Kocur wyszedł ze składzika z ziołami w pysku. Na widok kotki rozpromienił się, posyłając jej szczery uśmiech. Szybciutko odłożył to, cokolwiek wyjął z magazynka, oczywiście ostrożnie, po czym przysiadł nieopodal swojej uczennicy.
— Kobczyku! Czy pamiętasz, o czym się ostatnio uczyliśmy? — zagadnął, po czym zastrzygł wąsami. — Potrzebuję twojej pomocy. Dzisiaj twoja wiedza zostanie poddana testowi. Chodź za mną — powiedział jej i podniósł się ze swojego miejsca. Zanurkował jeszcze w małej odnóżce, biorąc ze sobą kilka najpotrzebniejszych ziół, a także… patyk? Po co mu był patyk? Może podeprze się, bo uszkodził łapę? Chociaż nie kulał.
Samotniczka także stanęła na czterech łapach, czekając, aż niebieskooki zacznie prowadzić. Wyszli wspólnie tunelem, po czym skierowali się w kierunku znanym jedynie biało-czarnemu. Ciekawe gdzie szli? I co dokładnie będzie dane jej dzisiaj zrobić? Może będzie w stanie wstawić komuś nowe oko, a stare dostanie na własność? W końcu, po co komu chore oko, skoro mógłby dostać zupełnie nowe, nienaruszone i możliwe, że działające dużo korzystniej od poprzedniego? Brązowooka czuła dreszcz podekscytowania. Nadszedł dzień, kiedy nabyta przez nią wiedza rzeczywiście się przyda!
Dotarli do małej norki, z której czuć było nietypowy zapach, ponieważ był to zapach… mleka? Brązowa kotka zajrzała do środka. Jej oczom ukazała się szylkretowa, wielokolorowa kotka, która była niezwykle obrzmiała. Poruszała się niespokojnie po własnym domu, drepcząc w tę i w tę, nie mogąc znaleźć dla siebie wystarczająco wygodnego miejsca. Kotka skupiła się w tym momencie na ziołach, po jakie sięgnął jej mentor. Ogórecznik o przepięknych, purpurowo-niebieskich płatkach, a także drobnych listkach pokrytych bieluchnym meszkiem. Był to ogórecznik, który wspomagał ciężarne kotki w produkowaniu mleka, jeśli posiadały go za mało. Kobczyk domyśliła się zatem, że mają do czynienia z kimś, kto spodziewał się kociąt. Zresztą samo przyjrzenie się jej brzuchowi wystarczyło, żeby wpaść na podobną odpowiedź.
Patyk zatem był po to, aby skupiła się na zagryzieniu drewna i wyładowaniu własnych emocji i stresów, gdy maluchy będą chciały już przyjść na świat.
— Witajcie! Och, całe szczęście, że już jesteście… martwiłam się, że nie dotrzecie! — powiedziała koteczka, poruszając ogonem na boki. Kobczyk zapatrzyła się na opadający i podnoszący się bok nieznajomej. Przez to całkowicie umknęło jej pierwsze zdanie, jakie wypowiedział kocur stojący tuż obok niej.
— …Jesteś w dobrych łapach. Obiecuję, że wszystko pójdzie dobrze. Nie masz co się martwić, w końcu nie okłamałbym cię, prawda? — zachichotał łaciaty, po czym pochylił się nad kotką i zaczął delikatnie łapami dotykać jej brzucha.
Brązowa przyglądała się każdemu jego ruchowi, ucząc się z nich. Jego łapa podniosła się odrobinę, jakby kocięta wewnątrz postanowiły, że odpowiednim momentem teraz będzie kopnięcie nieznanego im kocura w poduszkę. Uśmiechnęła się delikatnie na tę myśl. Z pewnością ona i Wąsatka też kiedyś tak robiły, kiedy jeszcze nie było ich na tym świecie.
Nagle przez ciało samotniczki przeszedł dreszcz, który sprawił, że ogon zadrżał jej boleśnie, a łapy wygięły się sztywno, jakby ktoś zadał jej niezwykle dotkliwy cios.
— Kobczyku, podaj mi patyk, proszę — powiedział szybko Wernyhora, spoglądając na swoją podopieczną.
Kotka szybko wykonała jego polecenie, wycofując się po przedmiot. Chwyciła go w pysk, po czym podała ostrożnie mentorowi. Odebrał go od niej, kładąc go teraz przed pyszczkiem sapiącej kocicy.
— Zagryź go, będzie ci, chociaż odrobinę łatwiej — powiedział jej nieco głośniej, będąc świadom, że przez ból mogła go słyszeć gorzej niż zwykle.
Po jakimś czasie na świat przyszły cztery malutkie kuleczki. Każda posiadała hojną ilość bieli, dwie były identyczne ze swoją mamą. Kobczyk dostała za zadanie podawanie ich delikatnie nieznajomej. Kocica odruchowo zaczynała je myć, mierzwiąc im futerka w celu ogrzania ich. Chroniła całą czwórkę swoim ciałem przed wpadającymi odrobinę do wgłębienia podmuchami wiatru. Maluchy instynktownie pełzły niczym drobne larwy ku brzuchowi matki, w celu wzięcia swojego pierwszego łyka mleka. Może lepiej było porównać je do innych robaków.
***
— Świetnie się spisałaś, Kobczyku. Na dzisiaj to będzie koniec naszego treningu. Możesz wrócić do rodziców i odpocząć. Jeśli chcesz, zapraszam jutro na dalszą naukę ziół. Chyba że masz jeszcze jakieś pytania? — zamruczał Wernyhora, układając się wygodnie w swoim legowisku. Wyciągnął przednie łapy przed siebie, wysuwając pazury i chowając je po chwili, gdy się rozciągnął. Ziewnął mocno, układając ogon w półksiężyc. Kobczyk skinęła głową i mruknęła cicho w odpowiedzi, chociaż wydany przez nią dźwięk nie przypominał żadnego konkretnego słowa. Zanotowała w głowie kształty i mniej więcej zachowania maluchów, które wyglądały tak, jakby zostały stworzone dużo wcześniej, ze swego rodzaju odgórnie nakazanym rozkazem. Wiedziały, co mają robić, mimo że nawet nie miały otwartych oczu. Każdy ich ruch oraz odruch był dla niej interesujący, nie spotkała się wcześniej z takimi malcami. Nie pamiętała nic z czasów, kiedy sama była taka, jak oni. Sposób, w jaki rywalizowały o miejsce przy brzuchu matki, także nie chciał wyjść jej z umysłu.
Nie mogła pozbyć się myśli, że przypominały jej robaki. Pełzające larwy, czepiające się jakiegokolwiek pokarmu i walczące o przetrwanie, nie licząc się z niczym innym dookoła, jedynie z własnym dobrostanem. Można było powiedzieć, że kocięta są bardzo egoistyczne. A egoizm ten wynika z przymusu przetrwania, bycia najlepszym, tym, który dostanie najwięcej mleka i tym samym przybierze na masie szybciej, może urośnie bardziej.
— Opowiesz mi więcej o kocimiętce? — poprosiła, zastanawiając się, co mogłaby dzięki niej zrobić. Doszły ją słuchy, że działała naprawdę różnie na koty; jednym poprawiała niezwykle humor. W większych dawkach doprowadzała ich do niezwykłego według nich stanu… Nie pamiętali z niego za wiele, ale wspominali go naprawdę dobrze. Może dzięki tej roślinie Wąsatka nie odczułaby bólu związanego z wymianą niewłaściwie działającego oka? Gdyby wymieszała kocimiętkę z makiem, może pacjentom byłoby nie dość, że miło, to jeszcze by ich wcale nie bolało, ponieważ mak dobrze się sprawdzał na tego rodzaju przykrości. Albo oddaliby się w najlepszy sen, jaki im się kiedykolwiek przyśnił. Wąsatka by zasnęła i niczego nie poczuła, a po przebudzeniu się mogłaby sprawdzić, jak jej się widzi z nowym, lepszym okiem.
— Oczywiście — odparł Wernyhora, wybierając ze składziku poszukiwane zioło. Przyjemny zapach poniósł się po jamie, łaskocząc Kobczyka w nos. Nabrała większego wdechu, wypuszczając go nozdrzami z jakby lekkim smutkiem. Skoro sama woń sprawiła, że przez jej łapy przeszło przyjemne mrowienie, to po spożyciu jej moc musiała być dużo większa. Otaksowała spojrzeniem cenną roślinę. — Kocimiętka w nadmiarze szkodzi. Jeśli chcesz ją podawać potrzebującym, najczęściej chorym na zielony kaszel, musisz uważać z dawkowaniem. Jeśli podasz jej za dużo, możesz nawet zabić nieświadomie kota, czego byś z pewnością nie chciała. Podaje się ją w następujący sposób… poszkodowany musi ją dokładnie przeżuć i zjeść. Jest to najlepszy, a także najszybszy sposób na pozbycie się kaszlu, żeby się nie rozprzestrzeniał i zniknął całkowicie. Poprawia ona także humor, jednak nie zalecałbym jej używać na każdym smutnym kocie. Niektóre sprawy da się przegadać słownie, bez obowiązku faszerowania kotów ziołami — wyjaśnił, gładząc zamszone liście poduszkami łap.
Kobczyk chwyciła roślinę w łapy, mając ochotę spożyć kawałek, aczkolwiek się powstrzymała. Będzie musiała znaleźć trochę kocimiętki tylko dla siebie. Mogłaby wtedy ją podać Wąsatce, jak już wreszcie wróci. Przekazała czarno-białemu jego własność, zapatrzyła się na jedną ze ścian. Ostatnio nauczyła się naprawdę wiele, a miała dowiedzieć się kolejne tyle.
***
— Kobczyku, córeczko, a widziałaś kiedyś ptaki latające nocą? — zapytał Wilczy Skowyt, zamiatając ogonem spokojnie podłoże.
Las wokół nich mienił się na wiele kolorów, robiło się z każdym dniem coraz zimniej. Noce były na tyle chłodne, że wychodzenie podczas nich stawało się wręcz nieprzyjemne i może i niewskazane, ponieważ łatwo było nabawić się jakiegoś niepożądanego choróbska związanego z wychłodzeniem. Brązowa koteczka szła u boku ojca, rozglądając się dookoła. Słońce świeciło im na grzbiety, przysłonięte kawałkiem gołębich, gęstych chmur. Gdyby dało się do nich sięgnąć łapą, prawdopodobnie można byłoby je ciąć pazurem bez większych oporów.
Samotniczka podniosła wzrok na rodzica, zastanawiając się chwilę. Nie przykładała im wcześniej aż tak wielkiej uwagi, o dziwo, mimo że wiecznie siedziała wpatrzona w te istoty przecież. Nocą raczej skupiała się albo na własnych celach, albo na tym, żeby się porządnie wyspać, ponieważ potrzebowała sił na następny dzień pełen roboty.
— Oczywiście… przecież na gałęziach zawsze zasiadują sowy i wypatrują myszy chowających się we własnych norkach. Czasami w nocy zdarzy się jakiemuś ptaszkowi zaćwierkać i niesie się to echem po lesie, niekiedy je słyszę, jeśli nie śpię wtedy już — odparła bez większych oporów. Ciekawe czemu miało służyć to pytanie? Może upolują jakiegoś ptaka i wyścielą sobie jego piórami własne legowiska? To byłoby miłe. Pióra były puchate i dobrze przechowywały ciepło. Podziękują sobie srogą Porą Nagich Drzew, jeśli tak postąpią. Jeszcze wystarczyło dorzucić do tego trochę mchu…
— Wiesz, że oprócz ptaków między naszymi drzewami lata coś jeszcze? Są to nietoperze i niektóre koty potrafią je upolować. Są niezwykle szybkie, żywią się owadami i latają nisko, podobnie do jaskółek. Koty doświadczone w polowaniu są w stanie je usłyszeć, jeszcze jak lecą. To niesamowite, prawda? Ponadto… gdy polujesz, nie otwieraj oczu szeroko, nie wytrzeszczaj ich. Wiesz dlaczego? Ponieważ jeśli mamy do czynienia z bezchmurną nocą, ślepia błyszczą niczym gwiazdy pośród ciemności — opowiadał jej ojciec, węsząc i rozglądając się, jakby szukał czegoś konkretnego. Otworzył pysk, próbując doszukać się jakichś poszczególnych zapachów.
Kobczyk zmarszczyła brew, po paru uderzeniach serca kiwając głową z uznaniem. Skrzek wron na zewnątrz poniósł się echem, docierając do dwójki kotów donośnie. Słońce oświetlało grządkę wysychających paproci, łaskoczących samotników po brzuchach. Prześlizgnęła się między pędami. Tym razem i ona uniosła pysk, smakując powietrza. Nie była pewna, co dokładnie wyczuła. Mysz? Nornicę? Może królika? Nie… to raczej nie mogło być to… może łasicę? Lisa?
— Tato, co to za zapach? — zapytała, odwracając łeb ku kocurowi.
W miejscu, w którym stał jeszcze chwilę temu, była pustka. Nieco wgnieciona trawa. Kobczyk mogła przysiąc, że ojciec stał tutaj jeszcze parę uderzeń serca temu.
Po chwili wrócił ze zwisającym ptakiem z pyska. Tłusty grzywacz rozprostował bezwładnie skrzydła, jego ślepia pozbawione były życia, a z szyi ciekła cienkimi strużkami krew, barwiąca łapy ojca czystym szkarłatem. Brązowooki położył zdobycz przed córką, wskazując łapą kolejnego ptaka, który siedział teraz nieopodal nich, na polanie. Skubał coś pomiędzy wysokimi źdźbłami trawy.
Kobczyk schyliła się, napinając mięśnie. Ogon trzymała nisko, tak, jak pokazywał jej tata. Zaczęła skradać się do niego pospiesznie, stawiając łapy ostrożnie. Wzrok miała utkwiony na zdobyczy. W pewnym momencie poczuła coś cienkiego pod łapą, a ptak wzniósł się w powietrze. Wyskoczyła najwyżej, jak mogła, zaczepiając pazurami o jego pióra na skrzydle. Ściągnęła go siłą na ziemię, następnie przygniotła go całym swoim ciężarem. Ptak próbował się bronić, uderzając skrzydłami w samotniczkę, aczkolwiek jego los został już przesądzony. Wgryzła się w jego szyję tak, jak jej ojciec. Zacisnęła kły na tchawicy zwierzyny. Posmak krwi rozpłynął jej się po podniebieniu. Chwyciła go za kark, niosąc teraz z dumą wymalowaną na pyszczku w stronę ojca. Dzisiaj się najedzą! Mewa z pewnością będzie dumna. I w dodatku będą mogli wyłożyć własne łoża puchatymi, szarymi piórkami.
Po powrocie wymościła się wygodnie w swoim posłaniu, wymieniając stary materiał na nowy, wplątując puchaty ptasi puch pomiędzy nieszczelne miejsca w łożu. Gdy była wreszcie usatysfakcjonowana ze swojej pracy, pomogła w naprawianiu jeszcze swoim rodzicom, ponieważ mieli nadmiar piór. Wyniosła je na tył ich azylu, żeby nie wpadały pod łapy.
[7787 słów - trening medyka, udział przy odbiorze porodu]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz