Lecznicę wypełniał specyficzny zapach ziół — ostry, przenikliwy, a jednocześnie dziwnie kojący. Aromat suszonych liści i świeżo rozgniecionych łodyg osiadał ciężko w powietrzu, mieszając się z chłodem kamiennych ścian i wilgocią mchu, którym wyścielone były posłania. Ruda sylwetka wojownika zastygła na moment u wejścia; jego nos zmarszczył się lekko, jakby próbował odróżnić poszczególne nuty zapachu, a jednocześnie odgrodzić się od wspomnień, które zawsze nieodłącznie towarzyszyły mu, gdy tylko wkraczał w to miejsce.
— Pani ślepa poszła do kociarni, a rudzinka po zioła — odezwała się, kiedy wojownik zdawał się stawać coraz to bardziej zdziwiony tym brakiem odpowiedzialnych kotów. — Ale możesz zostawić. Pewnie zaraz wrócą, a ja nie jestem głodna... Słuchaj, panie mentor, wiem, że pewnie czekasz, aż mój brat będzie w stanie stać o swoich łapach, ale zanim to się stanie, to ja wyzionę tu ducha z nudów. Czy proszę, możemy coś zrobić, tylko we dwójkę? Zasłużył na odpoczynek — tu wskazała na brata ogonem i dodała prędko: — Ale jak tak dalej pójdzie, to będziesz miał tylko go do szkolenia, bo ja nie wytrzymam, albo co gorsza, ta wasza zastępczyni, co czyha na mnie jak jastrząb z daleka, wyrwie mi wszystkie trzewia.
Jego spojrzenie spoczęło na Wędrującej Łapie. Kocur chrapał cicho na posłaniu, z pyskiem częściowo wtulonym w mech, a jego bok unosił się i opadał w nierównym rytmie. Co jakiś czas jedna z jego kończyn drgała niespokojnie, jakby nawet we śnie nie potrafił w pełni zaznać odpoczynku.
Wojownik przyglądał mu się dłuższą chwilę.
Zielonkawe oczy Truskawkowej Łapy lśniły w półmroku lecznicy, uparcie wbite w jego pysk. Było w nich coś niemal błagalnego, desperacka prośba.
Cisza przeciągała się, gęsta i lepka.
W końcu westchnął cicho, odrywając wzrok od śpiącego kota.
— W porządku — miauknął, tonem zmęczonym, lecz pozbawionym złości, jakby godził się na coś, czego od początku nie zamierzał odmawiać.
Na pysku pointki pojawił się jasny, szeroki uśmiech, w którym odbijało się szczęście, ale też i coś dużo bardziej odczuwalnego — ulga. Kotka wstała, przeciągnęła się szybko, po czym przystanęła u jego boku, czekając z odczuwalną ekscytacją, aż w końcu rozpocznie się jej pierwsze szkolenie. Gdy patrzył na nią — na to, jak jej ogon drga mimowolnie, jak w oczach tlą się liczne, jasne niczym świetliki na nocnym niebie iskierki, to zaczynał odnosić wrażenie, że surowe ściany lecznicy nabierają więcej ciepła, przywodząc mu na myśl te przyjemne dni, które najczęściej przynosiła ze sobą pora Zielonych Liści…
Machnął w końcu ogonem, którego końcówka musnęła zmarzniętą ziemię, po czym odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
Truskawkowa Łapa niemal natychmiast podążyła za nim energicznym, sprężystym krokiem, a jej łapy zostawiały na ubitej ziemi wyraźne, drobne odciski, które szybko przysypywał wiatr wciskający się do wnętrza obozowiska.
Gdy tylko przekroczyli osłonę cierniowych krzewów, przywitał ich śnieg zbity niczym kołtun starego futra, twardy i skrzypiący pod naciskiem, oraz lodowata bryza, która uderzyła w nich z taką siłą, że Truskawkowa Łapa odruchowo zmrużyła oczy. Powietrze było przejrzyste, aż bolesne w swej czystości, a każdy oddech wypełniał płuca chłodem, który zdawał się osiadać głęboko w piersi. Futro Mirtowego Lśnienia uniosło się lekko, gdy przeciskał się między niewielkimi zaspami, których powierzchnia połyskiwała jak rozbite szkło, oraz gałązkami ozdobionymi misterną koronką szronu, lśniącą w bladym świetle przysłoniętego chmurami słońca.
— No więc…? Myślałam, że mam coś robić — wtrąciła Truskawkowa Łapa, strząsając z wąsów płatki śniegu, które topniały niemal natychmiast, pozostawiając na jej pysku drobne kropelki wody.
— Cierpliwości. Zaraz wszystko ci pokażę — miauknął, nie odrywając wzroku od linii drzew, gdzie cienie sosen i brzóz splatały się w ciemniejszą smugę na tle jasnoszarego nieba.
— To dobrze, bo już myślałam, że..–
W tym momencie Mirtowe Lśnienie przestał słuchać. Jego wzrok błądził po niewielkich, białych zaspach, których miękkie krawędzie modelował wiatr, oraz po jasnoszarym niebie, ciężkim i niskim, jakby gotowym w każdej chwili opaść na las kolejną falą śnieżycy.
Wciągnął powietrze powoli, pozwalając, by zapachy osiadły w jego świadomości warstwa po warstwie: stara woń myszy, która przemknęła tędy o świcie, a pod tym wszystkim słaba woń jednego z patroli. Jego pazury wysunęły się nieznacznie, wbijając w twardą skorupę śniegu, gdy jedno i to samo pytanie powracało z uporczywością zimnego wiatru wciskającego się pod futro: ile ma jeszcze czasu, by wykończyć Pikującą Jaskółkę? I jak wielką cenę zapłaci, by móc obserwować jej cierpienie?
Niedługo po mianowaniu Truskawkowego Pola…
Nawet nie zauważył, kiedy jego uczennica otrzymała miano wojowniczki. Czas, który zwykle dla innych mentorów był okresem uważnego czuwania nad każdym krokiem swojego ucznia, dla niego zdawał się przemknąć niemal niezauważenie — jakby kolejne wschody i zachody słońca stapiały się w jedną, nieistotną smugę dni. Szkolenie Truskawki zleciało zaskakująco szybko, choć w gruncie rzeczy nie powinno go to dziwić. Kotka od samego początku wykazywała się wiedzą i umiejętnościami, które sprawiały, że jego rola mentora była niemal symboliczna, ograniczona jedynie do kilku wskazówek i sporadycznych uwag rzucanych mimochodem.
W rzeczywistości znacznie bardziej pochłaniały go własne myśli — plany, które od dłuższego czasu powoli dojrzewały w jego umyśle, splatając się ze sobą w coraz bardziej skomplikowaną sieć zamiarów, kalkulacji i przewidywań. Przy nich trening jednej, niemal w pełni ukształtowanej wojowniczki wydawał się sprawą drugorzędną.
Czasami zastanawiał się, dlaczego właściwie Judaszowcowa Gwiazda powierzył mu szkolenie kotów, które w gruncie rzeczy nie potrzebowały już prawdziwego treningu. Truskawka radziła sobie dobrze niemal od samego początku, a jej instynkty były wystarczająco rozwinięte, by mogła szybko nadrobić drobne braki. Wędrujący Wibrys też nieźle dawał sobie radę. Decyzja przywódcy wydawała się więc dziwnie pozbawiona sensu.
Jednak Mirtowe Lśnienie już dawno przestał doszukiwać się logiki w działaniach ojca.
Z czasem nauczył się po prostu akceptować jego decyzje, nawet jeśli wydawały się pozbawione większego celu. Wiedział bowiem, że sprzeciw niczego nie zmieni — Judaszowcowa Gwiazda był kotem upartym do granic możliwości, a jego nieustępliwość przypominała raczej twardogłowość starego osła niż rozsądną stanowczość przywódcy.
Przez krótką chwilę siedział w milczeniu, pogrążony w myślach.
Przed jego oczami zaczęła powoli formować się wizja przyszłości, która była tak wyraźna, że niemal czuł jej ciężar na własnych barkach. Gdy w końcu nadejdzie właściwy moment, gdy jego plany zaczną się spełniać jeden po drugim, Klan Klifu zostanie wyciągnięty ku światłu gwiezdnych przodków — ku nowemu porządkowi, w którym wszystko będzie wyglądało inaczej, lepiej niż dotychczas.
Wojownicy przestaną się wahać.
Przestaną kwestionować decyzje tych, którzy powinni prowadzić ich naprzód.
Zyskają nową nadzieję. A wraz z nią nowy autorytet — autorytet, od którego nie będą mogli oderwać wzroku.
W jego wyobraźni sceny przyszłości pojawiały się z niemal niepokojącą wyrazistością. Widział koty zgromadzone w obozowisku, słyszał szmer ich rozmów, czuł na sobie ciężar ich spojrzeń. Każdy z nich patrzyłby na niego z mieszaniną podziwu i uznania. Każdy gratulowałby mu odwagi, determinacji, gotowości, by przejąć odpowiedzialność za los klanu w chwili, gdy Pikująca Jaskółka zawiodła.
Tak…
Zdawało się, że już teraz czuł na sobie te spojrzenia.
Jednak w głębi duszy wiedział, że sama wizja wielkości nie wystarczy. Jeśli naprawdę miał kiedyś zasiąść na szczycie klanowej hierarchii, musiał upewnić się, że większość kotów będzie nie tylko akceptować jego władzę — ale wręcz się z niej cieszyć.
Potrzebował sprzymierzeńców.
A przynajmniej kotów, które będą wierzyć, że są jego sprzymierzeńcami.
"Przyjaciół”, którzy z dumą będą mówić o jego sukcesie, traktując go niemal jak własne zwycięstwo. Kotów, które będą go chwalić, bronić i powtarzać jego słowa, nawet nie zdając sobie sprawy, że stają się jedynie częścią większej gry.
Jego bursztynowe oczy powoli przesuwały się po obozowisku, zatrzymując się na kolejnych sylwetkach wojowników. Zastanawiał się, kto mógłby być idealnym kandydatem — w każdym widział potencjał oraz swoje przyszłe cele, jednak najlepiej będzie rozpocząć od kogoś ślepo wierzącego w oddanie innych. W końcu jego wzrok zatrzymał się na wojowniku o niebieskim futrze.
Gąsiennicowy Ogryzek.
Co prawda nie rozmawiał z nim zbyt często, jednak miał okazje przysłuchiwać się mu w legowisku wojowników i nietrudno było przeoczyć jego przyjazne usposobienie oraz troskę w obec najbliższych. Ten kot mógłby być dla niego dobrym początkiem…
Przez moment zastanawiał się, czy nie powinien podejść do Ogryzka, lecz wstrzymał się. Może lepiej skupić przez chwilę na kimś, kogo zna? Myślami wrócił do Truskawkowego Pola. Przez całe swoje szkolenie wojowniczka zdawała się być w niego wpatrzona jak w lusterko. Nie chciał, aby to spojrzenie odwróciło się od niego — byłoby to jak zmarnowana okazja.
Wypatrzył pointkę niedaleko sterty zwierzyny, po czym podszedł do niej.
— Dobrze cię widzieć, Truskawko — przywitał się z nią. — Jak tam wojownicze obowiązki? Mam nadzieję, że się nie nudzisz.
<Truskawko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz