— Eh… Jest nawet dobrze — skłamała.
Pyskiem wskazała na Wężynowy Splot oraz uczniów, którzy byli zajęci sobą. Nie chciała teraz się uzewnętrzniać przed kocurem, szczególnie jeśli przed nimi szła jego siostra. Mogli zaczekać i później wyjść na osobności poza obóz.
O dziwo Żmijowcowa Wić zrozumiał przesłanie i skinął głową, ze zrozumieniem.
— Tak… To dobrze, że jesteś taka twarda.
Trzcinowy Szmer nie odpowiedziała, jedynie zamruczała pod nosem.
Oboje szli za patrolem w ciszy. Mimo tego, że udało jej się przełożyć rozmowę na później, tak nie była w stanie powiedzieć, czy uda jej się zachować kamienny i niewzruszony pysk przed kocurem. Nie chciała okazywać słabości, jednak z drugiej strony kocur był jej przyjacielem. Kiedyś musiał się o to zapytać, a jej wypadałoby się zwierzyć.
Rozmyślając nad odpowiedzią, napawała się bliską obecnością Żmijowcowej Wici.
***
Byli już wolni od obowiązków, a na niebie pojawiali się pierwsi Gwiezdni. Wyszli z obozu i ruszyli brzegiem plaży na wieczorny spacer. Trzcinowy Szmer czuła, jak pod poduszeczkami łap rzęzi chłodny piasek, a wiatr lekko przeczesuje jej futerko.
W środku była poddenerwowana. Nie chciała mówić wszystkiego Żmijowcowej Wici, nie chciała się otwierać przed żadnym kotem, jednak nie miała wyboru. Chciała utrzymywać dobre relacje z burym wojownikiem, a jego ciekawość mogła świadczyć, że rzeczywiście się o nią martwi.
“Miejmy to za sobą…” — westchnęła w myślach.
Weszła do wody, pozwalając, by przyjemny chłód owinął się wokół jej łapek.
— Mam wrażenie, że moja krew jest przeklęta… — zaczęła, przerywając ciszę. — Nie chcę tracić żadnego kota, który jest mi bliski, jednak śmierć jest lepsza, niż zdrada klanu. Wolę być uznawana za kota, z rodziny, która ma pecha, a nie z rodziny, gdzie wszyscy odwracają się od pobratymców. Nie wiem, ile jeszcze tego udźwignę.
— Wiem, że jest ci ciężko, jednak możesz być pewna, że nie każdy na ciebie patrzy w ten sposób, co Wężynowy Splot i inni… Ich głupie plotki, skończą się, jak wszystkie inne. Koty zapomną o nich po kilku dniach.
Pysk Żmijowcowej Wici nie był zbytnio przekonujący, sam wyglądał, jakby chciał siebie przekonać o swojej racji, jednak oboje wiedzieli, że tak liczne zdrady w rodzinie, nie odchodzą w niepamięć tak łatwo.
Pokręciła krótko głową.
— Wątpię, by to wszystko poszło ot tak w niepamięć po jednym księżycu. Kilka kotów może mnie lubić, jednak też chciałabym być w łasce Mandarynkowej Gwiazdy i innych Nocniaków, jednak zwyczajnie się tak nie da. Musiałabym się bardziej przysłużyć klanowi.
— Już i tak ciężko pracujesz i jesteś twarda. Ciężko cię zagiąć, co się szanuje. Poza tym trochę masz kotów w Klanie Nocy, którzy cię lubią i nie patrzą na ciebie, jak na zdradziecką wydrę, która jest w stanie zaatakować kota w najmniej spodziewanym momencie.
— Chyba chodziło ci o potwora, który połyka kota w całości — zaśmiała się cicho, robiąc nawiązanie do strasznych opowieści, które opowiadał jej kocur z wczesnych lat dzieciństwa.
Żmijowcowa Wić również się uśmiechnął i podszedł do niej, jednak nie wszedł do wody.
— Z potworem będą miały do czynienia koty, które krzywo na ciebie patrzą. Z biegiem czasu pożałują, że wątpili w twoją lojalność.
Serce Trzcinowego Szmeru się uspokoiło. Słowa kocura były pokrzepiające i dawały jej siły do walki z niedowiarkami.
— Dzięki, że jednak mnie wspierasz — zamruczała cicho. — Miło to słyszeć od ciebie.
Żmijowcowa Wić lekko się napuszył i przeczesał swoje futro na piersi.
— Nie musisz, mi dziękować. Po prostu zwykła ciekawość, a najlepiej wiedzieć od źródła.
— Tak, tak, tak, jasne — trąciła go barkiem i wyszła z wody. — Chodź, wracajmy do obozu. Jeśli będziesz chciał, to zapraszam cię na jutrzejszy trening z Rezedową Łapą.
— Hmm… Zastanowię się — odpowiedział tamten, udając niezainteresowanego.
Trzcinowy Szmer wiedziała, że Żmijowcowa Wić nie odpuści takiej okazji, żeby spędzić wspólnie czas.
***
Po wysłaniu rodziny Trzcinowego Szmeru na osobną wysepkę
Dni mijały, a dziwne i nieprzyjemne uczucie rosło pod skórą Trzcinowego Szmeru. Nie widziała w obozie kotów, których jeszcze mogła uznawać za rodzinę, no może oprócz Korzennej Łapy wraz ze Słodką Łapą, które snuły się po obozie niczym cienie. Tak, jak mówiła Mandarynkowa Gwiazda, kotki zostały zdegradowane do roli kocięcia i wykonywały podstawowe obowiązki, jak Fląderka.
Zauważyła również, że od momentu, wezwania Żmijowcowej Wici przez Mandarynkową Gwiazdę, ten ciągle był w okolicy wraz z Tojadową Kryzą. Było to naprawdę podejrzane, gdyż dobrze wiedziała, jak tamten nie przepadał za swoim bratem. Oczywiście mogła się spytać przyjaciela, co się zmieniło od niedawnych wydarzeń, że ten nagle spędzał dnie na patrolach wraz z rudym wojownikiem.
Apropo burasa, ten właśnie siedział przy stercie zwierzyny. Bez wahania podeszła do niego i nosem tknęła go w bark.
— Coś długo zastanawiasz się nad zwierzyną, może ja ci pomogę coś wybrać i zjemy razem. Co ty na to? — rzuciła propozycję do przyjaciela.
Tamten nieco podskoczył, kiedy poczuł nagły dotyk. Rozluźnił się jednak kiedy ujrzał znajome futro. Skinął łbem na propozycję.
— Skoro nalegasz — powiedział nonszalancko. Po chwili namysłu dodał jeszcze, na rozluźnienie atmosfery oczywiście, nie dlatego, aby być wrednym: — Znaj moje dobre serce. Wiesz, przecież jak to może zaszkodzić mojej pozycji w klanie, moja droga przyjaciółko.
Trzcinowy Szmer zamruczała pod nosem, rozbawiona tekstem kocura.
— Uważaj, uważaj, bo jeszcze cię umieszczą na wyspie wraz z innymi — podeszła bliżej dziupli i wyjęła dwa okonie.
Zeszła z kamiennych schodków i usiadła przy źródełku, na kamieniach.
— Ciekawi mnie kilka rzeczy... — zaczęła, udając niewzruszoną. — Coś ostatnio często przebywasz z Tojadową Kryzą i chciałam się spytać, czy upadłeś na głowę, czy coś jest poważniejszego na rzeczy?
Podniósł brew. Nachylił się nad rybą i wziął jednego, malutkiego kęsa, odrywając śliską skórę. W końcu zerknął na kotkę.
— Wiesz... To dla niego bardzo, bardzo trudny czas. Rozumiesz na pewno — złapał się za pierś, udając poruszonego i zatroskanego. — Nie mógłbym go tak zostawić. Kto wyliże mu grzbiet, kiedy nie ma już z nami Borówkowej Słodyczy, co? — wytarł wyimaginowaną łezkę z kąciku oka.
Trzcinowy Szmer również wzięła kęs i uważnie obserwowała teatralne zagrywki kocura.
— Niby tak, jednak wszystkie moje zmysły mówią mi, że nie o to chodzi. Nie jesteś aż tak wspaniałym bratem, żeby nagle wspierać Tojadową Kryzę — zauważyła i również ściszyła głos. — Wiesz, znam cię trochę i nie jestem w stanie uwierzyć w to, co mówisz. Może mówisz prawdę, jednak wtedy upadłeś mocno na głowę podczas wspinaczki lub podczas pływania zagnieździły się w twojej głowie same algi.
Posłał jej chytry uśmieszek.
— Masz mnie za bardzo nieprzyjemną osobę, Trzcinowy Szmerze — powiedział, znów wracając do zajadania się okoniem. Bystre oko zauważyłoby, że na pysku malowało się zamyślenie.
Ogołocił rybę niemal całkowicie po jednej stronie, zanim znów się odezwał. Po chwili namysłu odpowiedział.
— Jestem szpiegiem.
Trzcinowy Szmer poruszyła zaciekawiona wąsami.
— No, no, no... Tego to się nie spodziewałam — przyznała wojownikowi, a na jej pyszczku malowało się zaciekawienie. — Coś jeszcze mi wyśpiewasz, czy lepiej, żebym nie węszyła dalej? Nie chciałabym cię jednak wkopać, już i tak długo starałeś się wpaść w łaski Mandarynkowej Gwiazdy.
Posłał jej pobłażliwe spojrzenie.
— Moja droga, na ten moment nic nie jest w stanie zaszkodzić mojej pozycji, uwierz mi — oznajmił. Był całkowicie pewny swoich słów. Jego walki o względy okazały się warte zachodu. — No chyba sam musiałbym zamordować Błękitną Lagunę lub podrzucić Mandarynkowej Gwieździe jakieś szemrane jagody — rzucił bez namysłu, ale prędko dodał, nieco głośniej. — Ale oczywiście tego nigdy nie zrobię. A co do mojej misji... Nie opowiem ci więcej, bo niczego więcej nie ma. Łażę za tym rudym kretynem głównie po to, aby dowiedzieć się, czy jest wierny tej swojej białej gołąbeczce, czy jednak ma swój własny rozum i szacunek do rodziny, rodu i Klanu Nocy.
Westchnęła głośno i wzięła gryza okonia.
— Pfff... Myślałam, że to będzie coś bardziej odjechanego. No nic, trochę mnie rozczarowałeś, nie będę tego ukrywać — przeczesała się pazurkami po sierści na polikach. Musiała trochę zająć czymś swoje łapki. — Czyli można powiedzieć, że twoje relacje z Mandarynkową Gwiazdą wróciły do normy? Skoro tak, to cieszę się twoim szczęściem.
Mówiła znudzonym głosem.
Żmijowcowa Wić położył uszy po sobie.
— Hej! Nie narzekaj na mnie, narzekaj na Tojada, że nie knuje nic niecnego! Sama nie wiesz, jak bardzo chciałbym zaobserwować, jak się stacza na sam dół. Sam bym go odprowadził na tę zaszczaną wyspę — pogroził jej pazurem przed pyskiem, ale prędko odzyskał godność. — I tak. Moja relacja z liderką jest już całkowicie odbudowana. Co nie znaczy, że wybaczyłem jej to, jak mnie znieważyła i upokorzyła wtedy po wybryku Pluskającego Potoku. Dalej uważam, że ta sytuacja śmierdzi. I to nie tylko zakrwawionymi członkami rodu czy zgniłymi rybami.
Wąsy poruszyły się jej z rozbawienia. Bawiła ją reakcja Żmijowcowej Wici.
— No dobrze, dobrze. Może Tojadowej Kryzie się tam kiedyś łapa poślizgnie i zostaniesz wyniesiony ponad niebiosa przez Mandarynkową Gwiazdę — na wspominkę o swoim bracie, strzepnęła ogonem, który od razu się zjeżył, kiedy usłyszała imię Pluskający Potok. — Co masz na myśli? Że mój starszy brat jest niewinny? Chociaż chętnie usłyszę, jaka jest twoja opinia. Za bardzo mi się nudzi i mam dużo wolnego czasu, zanim Rezedowa Łapa zdąży wymienić mech w posłaniach wojowników.
Przwrócił oczami.
— Nie. Uważam, że wina oczywiście ciążyła mu na grzbiecie, ale że ktoś lub coś jeszcze jest w tym zamieszany — zaczął. Zbliżył się nieco do kotki, aby nikt nieproszony nie usłyszał ich rozmowy. — Nie wiem, czy byli to samotnicy, chociaż jestem skłonny domyślać się, że tak, bo wiecznie kręcą się przy naszych terenach. Sama przecież pamiętasz tego łachudrę od Wzlatującej Uszatki. Nie wiem, kto dokładnie, ale nie daje mi to spokoju…
— Mówisz o tamtym Ślepowronie? To prawda, coś tutaj śmierdzi i to mocno. Jeszcze twierdził, że jest bratem Kropiatkowej Skóry... Od początku mi się nie podobał. Jednak samotników jest znacznie więcej i nie możesz mieć pewności, kto co planuje — ogonem strzepnęła w stronę Niedźwiedziówkowej Łapy. — Ona dostała się do Klanu Nocy, tylko dlatego, że była przy nadziei oraz przyprowadzili ją tutaj Słodka Łapa wraz z Konwaliową Mielizną i kimś jeszcze...
Pokręciła głową powoli i bezsilnie. — Skąd wiesz, czy tamta o czymś nie wie? Ile ma kotów na sumieniu? Każda kotka może mieć kocięta, jednak nie wiesz, czy czegoś nie ma za uszami.
— Tak. Ona jest bardzo podejrzana — zgodził się. — Nie rozmawiałem z nią, ale z oczu patrzy jej niczym borsukowi. Te dzieciaki też panoszą się niczym prawowici Nocniacy — burknął, na moment zapominając, że on sam przecież żyje godnie tylko dlatego, że pozwolono jego matce ostać się tutaj, kiedy była w ciąży. Nawet jeśli była częścią samotniczej bandy. — Moglibyśmy z nią porozmawiać, ale wydaje się sprytna… A co do Ślepowrona; myślisz, że dalej się gdzieś kręci? Boje się spuszczać z oczu Kropiatkę, żeby się do niej nie dobrał. Czuję, jakbym znów był jej mentorem.
— Co do kociaków, tej przybłędy, to zdaje mi się, że moglibyśmy je jakoś naprostować. Każde z nich mogłoby się w przyszłości przydać. Wiesz, że Klan Nocy potrzebuje zdrowych i silnych wojowników. Im więcej łap do roboty, tym więcej pazurów. Mandarynkowa Gwiazda mogłaby coś spróbować z przejęciem więcej terytorium... — mówiła ściszonym głosem. — Natomiast do Kropiatkowej Skóry, to widzę, że coraz częściej przebywa ze Zmierzchającą Falą. Mam nadzieję, że zapomniała o swoim bracie i skupi się nad życiem klanu. Jednak trzeba często patrolować granice, nigdy nie wiadomo, czy znów się nie natrafimy na Ślepowrona lub innych samotników, którzy mogliby coś wiedzieć.
— Zmierzchająca Fala powinien na ten moment zająć się właśnie niańczeniem i szlifowaniem jednego z tych krnąbrnych malców, a nie bawić się w podrywy — burknął.
Widać było, że kocur nie lubił słuchać o rzekomych amorach tej dwójki. Były ważniejsze rzeczy w klanie. Kropiatkowa Skórka miała przed sobą jeszcze całe życie i nie powinna go marnować dla byle kogo.
— Gdybym to ja został mentorem któregoś, to na pewno by wyrosły na porządne koty tak jak Kropiatka. O ile jestem pewny, że Kijankowe Moczary i Lśniąca Ikra sobie poradzą, bo to doświadczone kocury, tak nie jestem tak bardzo pewny co do tego lalusia. Zwłaszcza jak dalej będzie się bardziej zajmował tą biedną Kropiatką, zamiast swoim uczniem — narzekał.
Trzcinowy Szmer jedynie poruszyła wąsami, uciekając przy tym wzrokiem. Zmierzchająca Fala nie był jej obojętny i nie umiała być dla niego jakoś bardziej nastawiona krytycznie. Chciałaby się cieszyć ich powstającym związkiem, jednak w środku czuła nieprzyjemną zazdrość.
— Czy ja wiem... Może w przyszłości dostałbyś ich kociaka, jako ucznia. Miałbyś drugi raz Kropiatkową Skórę za uczennicę, tylko tym razem jej małego klonika — zaśmiała się, bo brzmiało to naprawdę śmiesznie i uroczo zarazem.
— Nie mów tak! — warknął. — Kropiatka nie może mieć kociąt! Jest za młoda! — złapał się za głowę. — To jest żałosne... To wszystko... Przecież oni mają mleko na wąsach…
— Czy ja wiem? Prawie 40 księżyców na karku mają. Nie są najmłodszymi kotami w klanie — posłała mu wymowne spojrzenie. — Sama jestem w wieku, w którym spokojnie mogę mieć kocięta i powinnam je mieć.
"No i chciałabym je mieć" — dodała w myślach.
— Sam już powinieneś być ojcem, później nie będziesz miał sił na niańczenie kociąt, a takie małe puchate biegające kuleczki, są naprawdę urocze.
< Żmijowcowa Wici? Też chcesz mieć kocięta, nieprawdaż? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz