BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 marca 2026

Od Paskudka (Pierzastej Łapy)

Najpierw czuł ciepło i ciemność. Potem przyszło uczucie, że było się zamkniętym w jakiejś bańce. Dziwne. Czym ja jestem? I czym się stanę wkrótce? Nie znał przyszłości ani przeszłości, nie wiedział nawet, cóż to było. Wszystko było tak nagłe – musiał dzielić swoje łoże z dwoma innymi bytami, niby świadomie, a niby nie. To tak, jakby wszystko, co dotąd wiedział w środku łona, wyleciało z jego główki wraz z zetknięciem się ze światem zewnętrznym. Wtedy jedyną myślą było przeżycie bez względu na wszystko. Urodził się pierwszy, pierworodny synek największy z ich trojga. Na świat przyszły jeszcze inne dzieci, chyba jego rodzeństwo.
Po księżycu w końcu kociak mógł otworzyć oczy, mówić, a nawet i biegać po żłobku. Nie miał imienia. Czy na pewno potrzebował? Bycie bezimiennym nie było złe. Wcale mu to nie przeszkadzało. Chciał być taki cały czas. Świat czekał, a on nie za bardzo chciał zwlekać i zastanawiać się nad imieniem. Może samo przyjdzie z czasem? Wolał tak myśleć niż biegać w kółko i w kółko wokół tego samego tematu, niby uczeń nadal wałkujący te same nudne podstawy łowiectwa i techniki.
W końcu nadszedł i czas, kiedy on z braćmi zaczęli razem grać na matczynych nerwach oraz pobratymców. Zgarnęli sobie nawet tytuł Burzakowych urwisów! Nie, żeby kocurki miały aż tak złą reputację; mieli przecież mamusię i tatusia oraz wujka. Więcej już nie potrzebowali.
W końcu, na samym końcu, pojawiła się nagła, kocięca ciekawość wszystkiego. A co to? A czemu to tak robi? A po co tak robi? A czemu tak wygląda i dlaczego? A co się stało? – pytania zadręczały rodziców. Mimo wszystkich gróźb, że odetną mu jęzor, rudy wciąż kłapał buzią non stop.
Obecnie siedział z braćmi – Aminkiem i Bąbelkiem – i niecierpliwie czekał na powrót tatusia. Podobno miał im dać coś ładnego!
Jak się okazało, Kminkowy Szum przyniósł coś niebywałego. Ojciec nazwał to ,,piórem”. Ale zabawne to “pióro”! — pomyślał, gdy w końcu złapał kolorowe pierze wolnoopadające. Ciekawe, jak to smakuje…
Kociak poczuł się szybko źle po zasmakowaniu białego puchu. Brzoza nie zareagowała, jakby zastygły wiecznie posąg. Patrzyła. Kminkowy Szum od razu zareagował; zabrał pierworodnego migiem do medyków jak poparzony i szybko wyjaśnił, co się stało. Wujek Zawilec szybko podał mu to, co trzeba. Kociak niechętnie wydalił pyskiem całą wcześniejszą zawartość, razem z ohydną pozostałością piórka oblepionego wymiocinami. Zawstydzony szybko uciekł z lecznicy i pobiegł do bawiących się braci. Drogę zagrodziła mu Brzoza, pochylając się nad nim. Pierze zdziwiony uważnie ją obserwował. Polizała go szorstkim językiem czule po czole, a następnie wypowiedziała niemalże bezdźwięczny szept:
— Jesteś Pierze.
— Jestem… Pierze — wypowiedział te słowa powoli, zapamiętując je.
Jestem Pierze. Nie jestem już bezimiennym.
I z takim wejściem rozpoczęła się w Klanie Burzy era Pierza. Dokąd zaprowadzą go dalej łapy? I jak to się skończy dla niego oraz jego najbliższych? Tego przewidzieć nie mógł, ale też o tym zbytnio nie myślał. Jego żywiołem był przecież ogień, nie woda. Płomienie niszczą i zarazem oczyszczają. Tylko czy z taką mocą nie skrzywdzi swoich najbliższych? Nie zrazi do siebie potencjalnych przyjaciół? Tego też nie był pewien, ale musiał wierzyć, iż tak nie będzie. Nie chciałby ich skrzywdzić, zwłaszcza mamusi. W końcu to ona nadała mu to imię.

***

Coś się stało. Nie, żeby Pierza to jakoś obchodziło. Ale czuł coś w każdym nerwowym, posępnym ruchu starszych. W smutnych pyskach uczniów. Coś, czego nie umiał prosto wytłumaczyć. Pęknięcie? W jakimś rodzaju “utrata”? Ale co właściwie utracili? I czemu Pierze tego nie odczuwał? Miał troszkę wyrzuty sumienia, ale sądził, iż po prostu nic nie złapano dzisiaj. Może porażka przyćmiła ich zdrowy rozsądek nakazujący przestać się mazać i biec do przodu? 
Pierze postanowił to zbadać. Dochodzenie nie trwało długo; po obozie ktoś głośno szemrał o jakimś uczniu, który… zmarł? Co? I to… tyle? Pierze nie rozumiał całego tego “zachwytu”. Czym była śmierć? Nie znalazł odpowiedzi w swojej makówce. Postanowił więc sięgnąć rady do starszych, mądrzejszych kotów. 
— Hej! — zawołał do Wędrującego Nieba. — Ej, ty! Zatrzymaj się!
Wędrujące Niebo stanął.
— O co chodzi? — zapytał. 
Kociak podszedł do niego i usiadł na swoim tłuściutkim zadzie. 
— Proszę pana, a kto dzisiaj umarł? 
— … Kołysankowa Łapa, Pierzku — wymamrotał i uniósł brew w zaciekawieniu.
— A czym jest ta śmierć? On już… on już nie wróci, prawda? 
Wędrujące Niebo spojrzał w górę, na błękitny sufit. 
— Śmierć to nieodłączne wydarzenie w naszym życiu. Życie i śmierć… nieodłączny cykl życia, którym się kierujemy aż do końca, nawet nieświadomie. Nawet i ty kiedyś umrzesz… 
— CO?! — poderwał kociak z wytrzeszczonymi oczami. Cofnął się o krok. — Ale ja nie chcę jeszcze umierać! 
— Pierzku, śmierć nie wybie… 
— Idę sobie! Jesteś dziwny! — miauknął, przestraszony i niepewny. — Dziwak! — dodał, po czym pośpiesznie uciekł do żłobka. 
Wędrujące Niebo jedynie westchnął i zmęczony rozmową wrócił do swoich kronikarskich zajęć.
I na tym zakończyło się dochodzenie. Od tamtej pory Pierza nawiedzały słowa: Ty też kiedyś umrzesz. Odtąd kociak miał się na baczności i kocura unikał jak ognia, obawiając, że przyniesie mu zwyczajnie pecha. On nie zamierza tak szybko umierać! O nie!
Po tym zdarzeniu zdarzyło mu się zaczepiać Brzozę. Kotka bez trudu opowiadała mu o morderstwach, o mężnych, walecznych czynach. Mówiła o swoim życiu jak o bajce pełnej akcji i przygód. Pierze też chciałby przeżyć coś ekstra jak ich bardzo dobra, odważna mamusia!
Śmierć to nieodłączny cykl, myślał gdzieś w kącie żłobku Pierze. Czy jeśli kogoś zabiję… to czy będzie to moja wina, czy wina tych sił wyższych, które wyznaczają nam ten określony czas życia? Długo zastanawiał się nad tym jakże interesującym pytaniem, dopóki nie wyrwał go z zamyślenia Bąbel, zachęcający do zabawy. Pierze z przyjemnością pobiegł do braci i zapomniał o sprawie. Ale… na jak długo?

***

Omówienie planu z Aminkiem i wykluczenie Bąbla z niego

Uciekł z objęć żłobka wraz ze swoim nicponiowatym braciszkiem, Aminkiem. Obie główki były przesiąknięte informacjami o zgromadzeniu tak bardzo, że aż same chciały w nim uczestniczyć! Z ekscytacją Aminek skoczył za bratem, zapewne nie mógł doczekać się zgromadzenia! Przez jego moment nieuwagi wpadł w kocura, upadając przy tym na zad z cichym pomrukiem niezadowolenia. Miał już powiedzieć coś w stylu "Patrz, jak chodzisz!", ale zobaczył niebieskooką wojowniczkę. Dwie rozbrajaki czmychnęły do najbliższego, ale i też najbardziej rudego kota, który okazał się kotką. Pierze skoczył prosto na ogon kocicy, ale na szczęście nie zaczął go ssać. Zanim zostałby spoliczkowany przez płomienny bicz kociska, odsunął się i pięknie się zaprezentował przed nią. Szturchnął brata, aby się wyprostował, po czym Pierze uśmiechnął się do wojowniczki.
— Dzień dobry! Czy możesz nas zabrać na zgromadzenie? Proooosimyyyy! — odezwał się pierwszy i bezpośrednio.
Odwróciła się ruda nerwowo, przyglądając się stojącym przed nią kociętom.
— Dzień dobry? — uśmiechnęła się, lekko przechylając rudy łebek. — Na zgromadzenie? Nie jestem pewna, maluchy... — zaczęła lekko rozbawiona, choć wiedziała, że nie muszą jej nawet przekonywać.
Kątem oka spojrzał na Aminka, aby coś podpowiedział. Jeśli rozmowa się nie uda, będą musieli się posłużyć swoją tajną techniką słodkich oczek.
Aminek zwrócił głowę ku kotce, potem spojrzał na Pierze i minęła chwila, zanim zrozumiał, co się dzieje. Uniósł wyżej głowę, chcąc dorównać bratu.
— Zabierz nas! Przyszli wojownicy muszą wiedzieć, jak wygląda zgromadzenie, co nie? A jak kiedyś zostanę przywódcą, to muszę wiedzieć, co mam gadać! — wypalił szybko, bez zastanowienia.
— Och, to na pewno. Powinniście się jednak dowiedzieć tego raczej już jako uczniowie... — mruknęła cicho, tak jakby te ostatnie pół szarej komórki próbowało jej przemówić do rozsądku.
— Musieliśmy znaleźć odpowiednią osobę, no a ty wyglądasz... ten, odpowiednio! — wyszczerzył ząbki. — Co ci się stało z uszami? — zbliżył się do srebrnej i "dyskretnie" szepnął jej do ucha pytanie. Oczywiście Pierze to usłyszał “dyskretnie”.
— Co mi się stało z uszami? — powtórzyła pytanie kociaka trochę zdziwiona. — Mam tak od zawsze. Spokojnie to nie boli ani nic — uśmiechnęła się lekko. — Ile macie księżyców? Jesteście wystarczająco duzi na taką przygodę? — zapytała w końcu z drobnym uśmiechem na pyszczku.
Rudy kociak nie odezwał się słowem przez całą wymianę zdań, gdyż kotka za dużo gadała i nie mógł się wtrącić. Dopiero gdy zamilkła, kocurek szybko przeanalizował swój plan. Nareszcie spojrzał na swoją tajną broń i się odezwał:
— Yyy... Tak, tak! Jesteśmy baaaardzo duzi! Co nie, Aminek? — szturchnął barkiem braciszka, który skinął twierdząco główką. — Mamy już po... yyy... sześć księżyców! Doookładnie! Tylko ten leniwy starszy nie chce nas mianować! — dodał, udając zirytowanie, niemiło określając Króliczą Gwiazdę. — Dlatego... eee... musimy mu pokazać, że jesteśmy już duzi i że możemy już zostać mianowani! — uśmiechnął się promiennie. — Dlatego to ciebie wybraliśmy, abyś nam pomogła!
Nastała krótka cisza. Na słowa brata Aminek prychnął, próbując nie wybuchnąć śmiechem i zakrył pyszczek łapą.
— Proooszę...? — odezwał się cicho Pierze z niewinną, słodką minką.
— Leniwy starszy? — mruknęła kotka jakby do siebie, po czym parsknęła śmiechem zaskoczona, mentalnie przybijając sobie piątkę z własnym czołem. — Pierze, ty chyba nie mówisz o Króliczej Gwieździe! — zawołała nerwowo, jednak ściszonym tonem głosu.
— Aha... bo on tak się nazywa? Ten na górze tego kamienia, który śpi większość czasu? — zapytał Pierze, wskazując skinieniem głowy na słup. — No dobra... no to ten Królicza Gwiazda nie chce nas mianować! — poprawił się.
— Ciszej! Co jak jest stary, ale ma dobry słuch? — Aminek pacnął brata w pysk.
Pierze stęknął i spod byka popatrzył na kremowego.
— Króliki mają duże uszy! — dodał, przypominając sobie stworzonka ze sterty zwierzyny.
— Coś mi się wydaje, że nie macie sześciu księżyców...
Czuł, jak nogi się pod nim uginają, gdy kotka powiedziała ,,Coś mi się wydaje, że nie macie sześciu księżyców..."
— … Ale dobra, niech wam będzie.
Szybko szczęście wróciło w ich łapy. Kocica się zgodziła! Gdy braciszek usłyszał podejrzenia na temat ich wieku, miał pewnie zamiar wyskoczyć z odpowiedzią, ale mruknął, tylko kiedy dostali pozwolenie.
— Tylko trzy zasady; nie oddalacie się; unikajcie wzroku tych, których znacie lub ich kojarzycie i wszyscy mają myśleć, że macie te sześć czy nawet siedem księżyców. Zrozumiano? — miauknęła, mając ochotę westchnąć cierpiętniczo.
Pierze westchnął z ulgą i przytakiwał na trzy zasady za brata.
— Zrozumiano!
Zapomniał.
— To co? Idziemy? Tylko bądźcie w miarę cicho, proszę, nie chcę, żeby ktoś dowiedział się, że jesteście ze mną jeszcze zanim dotrzemy na miejsce... — westchnęła nieco zmęczona.
Przytaknął rudej wojowniczce i mozolnie wspiął się na grzbiet kotki. — Wtopię się w twoje futro i nikt mnie nie zauważy! Na pewno! — spojrzał na dół na Aminka z uśmiechem. — Wskakuj na rumaka, Aminek!
— Będziemy cicho jak, um... szczury! Albo te, jak one się nazywały... króliki! — powiedział zadowolony i złapał za futro kotki, próbując się wspiąć. Pociągnął jednocześnie Pierze oraz biedną Rudzik za futro, wbił pazury w zad brata i w końcu wdrapał się na jej grzbiet. — Ruszajmy! — rozkazał, kiedy ułożył się wygodnie i prawie zepchnął rudego.
Stęknęła wojowniczka, gdy ciągnęli ją za futro.
— Dobra! Już! Cisza, idziemy! — miauknęła i skierowała się w stronę zgromadzenia.
Gdy już weszli na skałę, kocurek poderwał się na grzbiecie Rudzik i zaczął patrzeć z góry na wszystkie szarobure kocurzyska. Ależ im współczuł, pewnie źle im się żyło z takimi futerkami! Na szczęście on i Aminek są piękni. I Bąbel, chyba.
— Aminku, spójrz! — szepnął do brata i wskazał na czwórkę kotów na szczycie. — To są chyba ci przywódcy... idziemy tam? Z daleka ich tak bardzo nie widzę, wydają się taaaacy mali, a zwłaszcza nasz przywódca... — wymamrotał i uśmiechnął się nikczemnie. — Mam kolejny, niezawodny plan... pozwól, że za chwilę przejmę inicjatywę... — dodał szeptem, po czym jakby nigdy nic obrócił się do niego nieco obolałym zadem. On już się zemści... Aminek jeszcze tego pożałuje!
Podniósł głowę drugi kociak, starając się zobaczyć tych całych przywódców. Zmarszczył nos, zupełnie zawiedziony widokiem.
— Wyglądają na starych. Czy żaden klan nie ma jakiegoś silnego przywódcy? — pokręcił głową zażenowany. Spodziewał się wielkich wojowników, a nie paru staruchów!
— Musimy podejść bliże- hej! — zaskoczony cofnął się, prawie spadając z kotki. Złapał się za ogon Pierza. — Uważaj! — warknął.
Brat go podciągnął i odetchnął z ulgą. Aminek spojrzał na niego z iskrami w oczach.
— Sam uważaj lepiej…
— Wiesz co? Słabi ci przywódcy. My bylibyśmy lepsi. Wyobraź sobie Klan Aminka i Pierza! Ja byłbym Aminkową Gwiazdą, a ty... Pierzastą Gwiazdą! — wtrącił Aminek.
Przytaknął mu znacząco.
— No na pewno! Oboje byśmy rządzili i dali popalić tym staruchom, co nie? — wyszczerzył ząbki.
— No! I mielibyśmy duże tereny, ogromną armię i podbilibyśmy wszystkie klany! — pokiwał głową kremowy.
— Chodź, musimy zsiąść z tego rumaka i biec ku celu samotnie!
— Dobra, zejdź pierwszy... — mruknął i zupełnym przypadkiem zepchnął rudego brata. Gdy ten wylądował, skoczył na niego i wylądował na miękkim futrze.
Staranowany kociak warknął na braciszka.
— Ty gnido! — zawołał do Aminka. Za nimi obróciło się kilka zszokowanych pysków, wyraźnie przerażonych słownictwem malca. Pierze jednak się o to nie martwił.
— Sam jesteś gnida! Zawszona gnida! — odpowiedział mu równie kreatywnym wyzwiskiem. — No chodź, jesteśmy blisko! — ponaglił go, wstał jakby nigdy nic i ruszył w kierunku miejsca, z którego mieli przemawiać seniorzy. — Ogłosimy im Klan Aminka i Pierza! — powiedział i ruszył w stronę ogromnej skały.
Pierze został sam na chwilę. Rudzik złamała jedną ze swoich zasad. Odłożyła ich i gdzieś uciekła. Pff! Co za rumak. Przynajmniej nas zawiózł do celu...
— … Przepraszam, czy jesteś może z Klanu Burzy?
Z zamyśleń wyrwała go ładna, wręcz gwiezdna kotka. Kocurek spojrzał w górę z rozdziawionymi ustami, nie mogąc się napatrzeć na tą urokliwą istotkę. Pokręcił głową, uciekając z transu i odchrząknął.
— W samej osobie! Otóż jestem lojalnym uczniem Klanu Burzy! A o co chodzi, yyy... kotko? — rzekł zmieszany, niepewnie i rozpaczliwie kręcąc oczami pomiędzy nieznajomą a znikającym w tłumie Aminkiem.
— Ja… szukam mojego przyjaciela. Ma na imię Kołysankowa Łapa — zaczęła ostrożnie. — Chyba nie pojawił się na zgromadzeniu i… chciałam tylko wiedzieć, czy wszystko z nim dobrze. Dawno go nie widziałam, nawet nie wiem, czy nie został już wojownikiem.
Zawahała się na moment, po czym dodała ciszej:
— Jest rudym bengalem, ma pędzelki na uszach.
— No... rozumiem… — wymamrotał i zaczął się zastanawiać nad kotem. Aha! Już wiedział! Popatrzył ciekawsko na Niebiańską Poświatę, po czym westchnął. — Ale wiesz, że tego kota już nie ma, co nie? Zdechł ostatnio, coś mi tak mama mówiła. Albo umarł? Nie wiem, nie ma różnicy — stwierdził i wzruszył obojętnie ramionami.
Niebiańska Poświata zamarła, jakby ktoś nagle odebrał jej oddech. Przez ułamek chwili tylko patrzyła na malca, nie do końca wierząc w to, co właśnie usłyszała.
— Co…? — wymknęło jej się ledwie szeptem.
Gdy ujrzał, jak jego brat ucieka ku celu, spojrzał jeszcze raz na kotkę i krzyknął: Miłego dnia!, po czym ruszył za Aminkiem.
Jej ogon drgnął, a w oczach pojawił się cień bólu, który próbowała szybko ukryć.
— Ale jak to? To na pewno ten kot? Srebrzysty bengal. Nie macie innych kotów o podobnym umaszczeniu? To nie może być ten... — powiedziała, po czym ruszyła za malcem.
Zirytowany stanął przed nią.
— Tak, na pewno! Nie musisz już się za mną wlec. Wiem lepiej niż ty — wymamrotał pośpiesznie i ruszył znowu za braciszkiem. Ugh, co za uparta kotka!
— Rozumiem… — powiedziała cicho.
Malec już odwracał się, by pobiec za bratem, więc nie miała nawet komu zadać kolejnych pytań.
— Miłego dnia… — odpowiedziała automatycznie, choć kociak był już daleko.
Przez chwilę stała w miejscu, wpatrzona w ziemię, jakby próbowała poukładać w głowie to, co właśnie usłyszała.

***

Dogonił Aminka w kilka sekund. Stanęli oboje przed starszyzną.
— Eee... myślisz, że jak tam wejdziemy bez potrzebnego harmidru? — zapytał rudy. Do głowy przyszedł mu pomysł. — A może... może wejdziemy od tyłu i wepchniemy się? Zrobimy dobre, niespodziewane wejście tajemniczych, przystojnych kocurów! Co ty na to? — dodał. Zaczął iść dyskretnie na tyły, ale tak, aby nikt go nie zauważył. Trudno się wtopić w tłum ponurasów, gdy było się promykiem szczęścia i dziecięcej naiwności. Ale jak już było powiedziane, kociakom szczęście dopisywało, tylko na jak długo?
— Jak zamkniesz pysk, to wejdziemy. Musimy być cicho, bo inaczej ktoś nas zobaczy. Mówiłem ci, że ten cały Królik musi mieć dobry słuch — pokręcił głową, czuł się jak matka tłumacząca dziecku najprostszą rzecz. — I tylko ja jestem przystojny! Ty jesteś jak glista — ruszył za nim, zręcznie wymijając koty. Nikt nie wyglądał znajomo, to dobrze.
— Ja? Glista? Wybacz, ale wiemy, kogo bardziej kocha tata! A ja wyglądam jak tata, on mnie kocha najbardziej! A on jest przystojnym kotem!
Przez chwilę w jego oczach błysnęła niepewność. Po chwili Aminek potrząsnął głową.
— Mówi, że cię kocha tylko dlatego, żebyś nie beczał! — warknął i machnął ogonem, żeby zakończyć dyskusję.
Pierze go zignorował i zaczął się mozolnie wspinać na szczyt. Było stromo, owszem, ale w ścianie były dziury i dzięki nim wspinaczka stała się przyjemniejsza. Miał nadzieję, że Królik nie miał super słuchu. On przecież tylko śpi!
Aminek też zaczął wspinać się po skałach, co wcale nie szło mu tak źle. Miał tylko nadzieję, że nie spadnie.
Kiedy był już blisko szczytu, zerknął w dół na Pierze. W jego oczach zaiskrzyło zakłopotanie. Spokojnie, pomyślał Pierze. Wszystko idzie według planu.
Już siedział, gdy Aminek w końcu wszedł swym zadem na szczyt.
— Myślałeś o przemowie? — szepnął rudy cichutko do braciszka. — Ja mam jedną... no, chyba że ty chcesz całkowicie przejąć to całe widowisko. Nie mogę się doczekać min przywódców, gdy się dowiedzą, że jesteśmy od nich lepszymi przywódcami.
— No nie wiem... o czym masz zamiar mówić? — zapytał cicho kremowy.
Wypiął Pierze dumnie pierś i odchrząknął niczym starszyzna przed nimi.
— Witajcie kocury i kotki! — zaczął cichutko. — Z wyjątkowej okazji na zgromadzeniu pojawił się nowy klan, eee... Klan Pierza i Aminka! Oto nasz przywódca, Aminkowa Gwiazda, a ja również jestem przywódcą, Pierzastą Gwiazdą! Nie musicie nam bić brawa za tak honorowy czyn jak założenie klanu, ale będziemy zaszczyceni, jeśli to zrobicie! Chcemy również dodać, że jesteśmy lepsi od tych zgniłych pni, co stoją obok nas. Przyłączcie się, a nie pożałujecie! I… eee... no... to tyle. Masz lepszy pomysł?
— No dobra... niech ci będzie — mruknął, zły na siebie, że sam nie wymyślił czegoś lepszego. — Chodź, wepchniemy się między Królika a tamtego gościa — wskazał ogonem na starców
— A może między tą pomarańczowoczarnobiałą kotkę i królika? — zasugerował pierworodny. — Wtedy będziemy w centrum, chyba...
— Śmierdzi od niej, idź pierwszy! — zgodził się Aminek i delikatnie popchnął brata do przodu.
Pierze westchnął i spojrzał przez ramię niepewnie na brata, po czym wrócił wzrokiem na zady Królika i szylkretki. Pokręcił głową.
— Frajer — szepnął wtedy z uśmieszkiem.
— Sam jesteś frajer! — odwarknął zdenerwowany Aminek.
Pierze obejrzał się za siebie, ale znowu pokręcił głową. Spokojnie wrócił głową i…
Jednakże mina mu zrzedła, gdy zamiast zada szylkretki zobaczył brzydką, starą kocicę. Mimowolnie przełknął głośno ślinę i skulił się, ale tylko na moment.
— Aminek! Przejrzeli nas...! — krzyknął przestraszony z wytrzeszczonymi oczami do brata.
Nagle nic nie pozostało po Aminku. Przerażony wpatrywał się w pustkę po bracie. Zaczął się trząść. Gdzie on zniknął?
— Na litość! Kto z was nie pilnuje najmłodszych swojego klanu? — warknęła Zalotna Gwiazda, przenosząc wzrok na resztę liderów.
Musiał zemścić się za brata. Musiał, musiał, MUSIAŁ!
Przepchnął się przez starą prukwę i spojrzał z góry na wszystkich, z dumnie uniesioną brodą i wypchniętą piersią.
— Witajcie kocury i kotki! — zaczął głośnym, piskliwym głosem. — Z wyjątkowej okazji na zgromadzeniu pojawił się nowy klan, eee... Klan Pierza i Aminka! Oto nasz przywódca, Aminkowa Gwiazda, a ja jestem Pierzastą Gwiazdą! Nie musicie nam bić brawa za tak honorowy czyn jak założenie klanu, ale będziemy zaszczyceni, jeśli to zrobicie! Chcemy również dodać, że jesteśmy lepsi od tych zgniłych pni, co stoją obok nas. Przyłączcie się, a nie pożałujecie! I… eee... no... to tyle... — skończył i się cofnął. — Pamiętajcie o nas! — krzyknął. Poczuł się wielki. Mocarny. Zapomniał, że Aminek mógł strzaskać sobie łeb. On miał władzę! Muahahahaha!
Nim kociak zdążył uciec, Zalotna Gwiazda zatrzymała go łapą.
— A ty dokąd? Lider twojego klanu zaraz wymierzy ci karę! Tu i teraz! Temu drugiemu kociakowi też! — prychnęła.
— Odejdź, stara prukwo! — krzyknął zdenerwowany. — Mój brat mnie potrzebuje! — dodał, próbując uciec z łap liderki.
— Trochę szacunku dla przywódców, wronia strawo — syknęła druga klanowa przywódczyni na kociaka, wbijając w niego wzrok.
— W zadkach im się poprzewracało! — odparła pierwsza, nie ukrywając zdenerwowania.
Wbił oskarżycielskie spojrzenie w kolejną starą kocicę. Zjeżył się, wyginając grzbiet w łuk. Nie da się im! Musi im dokopać, o tak! To za Aminka! 
— Nie będę szanować starych, zgorzkniałych bab, co nie umieją rządzić klanem i są słabe! — krzyknął na całe gardło roztargniony.
— Hej, hej, hej! — krzyknął lider Klanu Burzy, w końcu wybudzając się z amoku. Ogonem przymknął pyszczek rudemu. — Spokojnie! Piórku, kto cię nauczył takich brzydkich słów? — syknął szeptem w stronę kociaka, na razie decydując się na nie poruszanie sprawy samej jego obecności na wyspie. Królik odwrócił się do urażonych liderek. — Najmocniej was przepraszam. Naprawdę, nie wiem co mu wstąpiło do głowy, by tak się zwracać do liderów...
— Na przyszłość lepiej pilnujcie swoich kociaków — prychnęła czarnosrebrzysta przywódczyni.
Szylkretka cała się zjeżyła.
— Tylko tyle mu powiesz? Gdzie w twoim klanie jest dyscyplina? Reszta powinna wiedzieć, jaki rybi flak wychowuje się pod waszym niebem! — rzuciła z pogardą.
Spojrzał spod byka na Królika. Ugryzł go w ogon, aby coś powiedzieć.
— A ty się nie odzywaj, bo jedyne, co robisz, to zżerasz nam jedzenie i śpisz w tym kamiennym słupie!
Z szokiem wymalowanym na pysku Królik spojrzał na malucha.
— Dziecko drogie... — uciekło mu z pyska, nim odchrząknął głośno. — Oczywiście, wszystkich zamieszanych spotka należyta kara. Proszę się o to nie martwić.
— No taka prawda, proszę pana! — powiedział rozjuszony. — Nic nie robisz, a mówisz o sobie jak o dobrym przywódcy! Pff!!! — mówił dalej.
— Pierzku, oczy to ty masz otwarte dopiero dwa księżyce, z czego obozu widziałeś tyle, co ja białych myszy, więc nie dziwię się, że w twoich ślepiach nic nie robię. Na Klan Gwiazdy, jeśli nie chcesz wywołać wojny, zamknij swój pyszczek i daj się tym zająć dorosłym…
— Nie zamknę się! Nie będziesz mi rozkazywał!
— Dobrze! Niech i tak będzie! — miauknął rozgniewany Burzak, po czym złapał brzdąca za skórę na karku i podszedł do dwóch liderek. — Tak właśnie kończą niegrzeczne kociaki. Mama ci nie mówiła, że jak będziesz szkodzić innym to przyjdzie zły pan i cię zje? No widzisz, my mamy dwie panie. Proszę, zaraz pójdziesz do swojego nowego domu.
— CO?! Ale ja nie chcę do nich! To są stare prukwy! One też nie umieją rządzić tak jak ty! — miauczał rozpaczliwie, łapami trzymał się szyi Króliczej Gwiazdy.
— Już za późno. Nie ma że nie. Zaraz się przekonamy, czy tak źle rządzę — mówił, już zupełnie wykończony zachowaniem kocurka.
— Myślę, że pobyt w Klanie Wilka nauczyłby go właściwego postępowania... — wymamrotała Wilczaczka pod nosem, przewracając oczami.
— Nie możesz go po prostu oddać! — wykrzyczał nagle Aminek z dołu, usilnie starając się odwrócić uwagę starych pni od Pierza. Wdrapał się obolały na szczyt.
Burzak ochoczo przytaknął głową liderce, czując, że w końcu dochodzą do porozumienia, a myśli nowej liderki płyną tym samym strumieniem co jego.
— Cudownie! — wykrzyknął, wciskając bez zbędnego myślenia Wilczaczce kociaka pod łapy.
— No skoro tak... — wymamrotał zmęczony. Spojrzał przestraszony na dwie stare baby. — Już wolę te dwie prukwy od ciebie, ty Króliczy niewdzięczniku! — syknął i zaczął się szamotać. — Dobrowolnie odejdę z tego parszywego klanu! — krzyknął. — Aminek, chodź tu! Odejdziemy — zażądał. Skulił się pod łapami przywódczyni.
Co ja narobiłem...?
Przerażony patrzył na zrezygnowanego przywódcę Klanu Burzy. Nie wiedział, co powiedzieć. Miał wrażenie, że w gardle ugrzęzła mu potężna gula. Zaczął szybciej oddychać.
Co ja narobiłem?!
Spojrzał rozpaczliwie na braciszka, na swojego Aminka. Co powie moja mama? I mój tatuś? O nie!!
— Odchodzę razem z nim! Nie zostawię brata samego z takimi starymi babami! — zadeklarował kremowy kocurek z wysoko uniesioną głową, rzucając przywódcom wyzywające spojrzenie.
Pierze uśmiechnął się do brata. 
— Tak trzymaj! Pokaż, że nie dasz się tym starym prukwom!
Zawodzące Echo wskoczył na skalę liderów.
— Królicza Gwiazdo — zaczął. — Z całym szacunkiem, jednak to tylko kociaki. Nawet lepszą nauczkę dostaną w obozie u nas... — wymruczał, posyłając złowieszczy uśmiech dzieciom.
Spojrzał zdziwiony na zastępcę.
— A ty też się nie odzywaj, bo nic nie robisz! Tylko siedzisz na zadzie! Wy pewnie jesteście w zmowie, na pewno! — mówił niby skrzywdzony przez Zawodzące Echo.
Zalotna Gwiazda zwróciła się do zastępcy Króliczej Gwiazdy:
— Pokazaliście nam już dzisiaj, że nie umiecie wychowywać kociąt. Nic sobie nie zrobią z waszej "nauczki".
— Ty! — wskazał Aminek roztrzęsiony gniewem na Zalotną Gwiazdę. — Jak nas wygnają do was, to zrobimy wam takie zamieszanie w obozie, że nas oddacie z płaczem! Nie jesteście na nas gotowi!
— To przez ich matkę, nie jest czysta — wyjaśnił chłodno zastępca. — Trafią pod łapy kogoś klanowego i od razu się naprostują…
— Nie widziałeś, jak się zaczął trząść, gdy Królicza Gwiazda powiedział, że go oddaje? Nie ma dla niego lepszej kary, niż kilka księżyców u nas — oznajmiła spokojnie, nie zwracając nawet uwagi na wrzaski i piski dwójki kociąt.
— Rozumiem, że bardzo chcecie pomóc, jednak... Dzieci będą dziećmi. Dostaną karę, pojęczą trochę, może nie zostaną wojownikami... I od razu im się polepszy.
— Bylebyście tylko nie pożałowali swojej decyzji — burknęła. — Te półgłówki za żadne skarby Klanu Gwiazdy was nie posłuchają, ale skoro uważacie, że coś z nimi wskóracie, to droga wolna...
— Ja już nie chcę do nich wracać — oznajmił trzęsącym się głosem. — Nie chcę, nie chcę!
Ktoś tłumu przebił się przez szemrania reszty.
— Dlaczego ich nie oddać, skoro tak bardzo chcą odejść? — odezwała się tajemnicza kocica głośniej, wstając z miejsca i wychodząc nieco naprzód, z wysoko i dumnie uniesioną głową, zerkając z góry na problematyczne dzieci. — Po co nam w klanie ktoś, kto nie potrafi wykazać się najprostszym szacunkiem? Chętnie zobaczę, jak zgodnie idą do Klanu Wilka, jestem pewna, że spotkają się z ciepłym przyjęciem — na moment na jej pysku zagościł wredny uśmiech, który szybko zniknął zastąpiony powagą.
Końcowo Echo pochwycił w zęby jedno z kociąt – Aminka, a drugie – Pierze – przekazał Sójczemu Błękitowi, którą w międzyczasie przywołał do siebie ruchem ogona. Za kotką pojawił się jeszcze jeden wojownik Klanu Burzy, któremu Echo wręczył Aminka.
— Zabierzcie ich do obozu. Teraz.
Widząc, że sytuację udało się opanować, Burzak praktycznie zaklaskał uszami.
— Cudownie! W takim razie możemy zacząć przemowy! — odchrząknął, przysuwając się do granicy skały. — Klanowi Burzy wiedzie się naprawdę dobrze. Jak sami zresztą mogliście zobaczyć, nasze kociaki są nie tylko ruchliwe, ale i bardzo żywotne... — spróbował zażartować. — Do żłobka stale przybywają kocięta, a nie tak dawno do grona wojowników dołączyła Sójczy Błękit, Lotosowy Pąk oraz Strzępotkowy Kokon!
— I do tego puste jak makówki po otwarciu… — przebił się głos kogoś z tłumu.
Aminek prychnął niezadowolony. Próbował wyrwać się z uścisku wojownika, jednak na marne. Na szczęście zdążył usłyszeć przemowę Królika, a także komentarz pewnego kota. Nie mógł tego tak zostawić, więc na pożegnanie postanowił przypomnieć o klanie.
— Chwała Klanowi Aminka i Pierza! Nie zapomnijcie o nas! Stare prukwy niech zdychają! — krzyknął.
— O tak! Przyłączcie się do nas, a nie pożałujecie! — dodał rudy.
Pierze był potem cicho. Nagle przygasł, niesiony przez wojownika Klanu Burzy. Miał dostać karę. Czy ich zabiją? Lub może wygnają?! Kocurek nie znał na to odpowiedzi. Po prostu pozwolił się nieść starszemu wojownikowi jak zwierzyna i patrzył tępym wzrokiem na braciszka.
Co ja narobiłem?

***

Siedzieli zgarbieni, skacząc nerwowo oczami po obozie niby poparzeni. Aminek i Pierze mieli… cóż, w wulgarny sposób przesrane, a przynajmniej tak ten drugi twierdził. Kremowy brat wciąż mówił o ich wspaniałym, wymyślonym klanie i o zgromadzeniu.
— Zamknij się — warknął przez zaciśnięte zęby Pierze, czując, jak łapy się pod nim uginają.
— Ale czemu? Przecież jesteśmy lepsi od tego króli…
— Wzywam wszystkich do siebie! — odezwał się głos Króliczej Gwiazdy.
— Oho, wywołałeś wilka z lasu… — zauważył rudy.
Pierze i Aminek spojrzeli po sobie, w tym samym czasie przełknęli głośno ślinę i zaczęli mozolnie iść niczym męczennicy na ukrzyżowanie.
Czarno-biały przywódca zmierzył ich oburzonym, oskarżycielskim wzrokiem. Odchrząknął i machnął kikutem.
— Ci dwaj, jak już wiecie, dopuścili się haniebnych czynów. Wprowadzono ich na zgromadzenie, gdy jeszcze nie przerzucili się na zwierzynę! — mówił donośnym głosem, z góry patrząc na pobratymców. Próbował być poważny i twardy niczym skała, ale Pierze wiedział, że to tylko udawanie. Pewnie tylko każe im nie wychodzić ze żłobka… — Pierzku, Aminku, wystąpcie — rozkazał. Kociaki niepewnie wykonały polecenie. — Odtąd będziecie zwani Paskudkiem i… Smrodkiem — miauknął. Pierze wstrzymał oddech. Aminek się zagotował. — W dodatku dla powagi sytuacji w wasze futro zostanie wtarta mysia żółć — warknął z odrazą Królik.
Rudy przeraził się, gdy zobaczył obce mu pyski zbliżające się niebezpiecznie do jego ciałka. On nie chciał, on nie chciał! Próbował uciec, ale przygwożdżono go do ziemi. Poczuł zapach wymiocin, a potem dziwną, gęstą ciecz na swoim futerku. Był bezsilny. Wpatrywał się z przerażeniem na przywódcę. I nie wiedział, czy mu się przewidziało, czy… przywódca się uśmiechnął! Kociak miał już dosyć. Był brudny, był potargany i obolały. Nie widział ojca ani mamusi w pobliżu. Nie mogli mu pomóc, nawet Zawilca nie widział. A wujka Barszcza nie mógł namierzyć w tłumie.
— W dodatku wasze mianowanie na uczniów zostanie wstrzymane, dopóki nie nauczycie się lekcji pokory — ciągnął przywódca. — Niech to będzie dla was nauczka, Smrodku i Paskudku.
Pierze chciał go uderzyć. Pobić. Nakrzyczeć na niego. Znienawidzić, zbezcześcić jego mienie i ciało przemocą. Chciał, żeby Królik zniknął.
Chciał, żeby Królik zdechł.

***

Kara. Kara. Dźwięczało mu w uszach raz po raz. Nawet matka nie chciała na nich unieść wzroku i zapewnić, że wszystko jest w porządku. Bo nie było.
Pierze skulony obserwował z daleka Brzozę. Nabroiłem... nabroiłem. Nie chcę tu być. Nie chcę być Paskudkiem! I śmierdzieć mysią flegmą!
Brzoza nagle wyszła. Paskudek nie zamierzał jej zatrzymywać. Sądził, że nie zasługuje teraz ani na mleczko, ani na przytulasa i bajkę na dobranoc. Westchnął i roztrzęsiony wpatrywał się z wyczekiwaniem. 
— Halo? — usłyszał z wyjścia. Rudy kociak spojrzał na swojego pięknego, eterycznego kuzyna, Księżycową Łapę.
Pierze przełknął ślinę i podszedł niepewnie. Co za niespodzianka, pomyślał.
— Dzień... dobry? — szepnął niemal bezdźwięcznie. — Co tu robisz? — zapytał pewniej. — Chcesz mi dokopać, bo wygarnąłem temu królikowi jego własne lenistwo? — dodał zirytowany i zatrzepotał białymi rzęsami. Na jego pysku widniał słodki grymas, a grzywka zwisała mu na oko. Gdyby nie krótsza sierść, inny kolor oczu i bardziej okrąglutkie ciałko, Księżyc mógłby go pomylić ze swoim zmarłym bratem.
— Uhh, czemu miałbym… — na pysku ucznia po chwilowym zdziwieniu zawitał grymas jakiegoś zmęczenia. — Um... jesteś... jesteś synem Brzozy... tak? Znaczy, Kminkowego Szumu...?
Rysy kocura złagodniały, widząc zakłopotanie Księżyca. Pokręcił głową bezsilnie. 
— Oczywiście, że jestem! Wyglądam przecież jak mój tata, prawda? Prawda...? 
Pierze myślał, że od zawsze wyglądał jak Kminkowy Szum, gdyby nie jego zielone oczy. W sumie jego rodzeństwo też miało szmaragdowe ślepia, więc nie mógł narzekać.
— Znaczy... nie wiem...? — nieco zmieszany srebrzysty kocur poszukał uszami jakiegoś dorosłego. — Skąd mam... skąd mam wiedzieć, nie wiem. Jeśli tak twierdzisz… to pewnie tak jest.
— Ale skąd nie wiesz? — zaciekawił się malec. Przechylił łeb. — Przecież wyglądam jak Kminkowy Szum, prawda? W końcu nie jesteś ślepy... — zmierzył go podejrzliwym wzrokiem — …Prawda? 
Przyjrzał mu się. Nie widział jeszcze w swoim życiu takich dziwnych ślepi. Nie miały tego czarnego kółka, co reszta. Może był chory? Albo stary? Wujek Barszcz przecież też miał nieco zamglone źrenice, ale przypadek Księżyca był inny. W końcu połączył kropki. 
— Ahaaa! Bo ty nie widzisz? — powiedział zdziwiony. — Ale jak to? Czemu tak wyglądasz? — zaczął zalewać go pytaniami. — Jesteś chory?
Na komentarz ,,nie jesteś ślepy", mina Księżyca przybrała całkiem ciekawy wyraz. ,,Nie jestem?", jakby pytała.
— Hmmm… kto wie? — z zamyśleniem, mechanicznie zaczął bawić się swoim futrem policzkowym. — Nie czuję się chory, przynajmniej nie w sposób, w jaki kojarzy się z normalną chorobą — spróbował wyjaśnić.
— Ahaaa... — wymamrotał trochę znudzony Paskudek. Nie pamiętał, aby koty kiedykolwiek go nudziły. Nawet Zawodzące Echo sprawiał, że się aż gotował na wzmiankę o króliczym zastępcy. Może było to przede wszystkim przez to, iż Księżyc... troszkę odstawał od energicznych, pełnych wigoru uczniów. Pierze zastanawiał się, czy on też taki będzie bez życia jak jego kuzyn. Oby nie! — przemknęło mu przez myśl. Nie chciałbym tak wyglądać, jak on! Jeszcze bym oślepł.
Usiadł przed nim i zastrzygnął jednym uchem.
— A tak po drodze, czemu akurat teraz przyszedłeś? Szukałeś kogoś konkretnego? — zapytał kociak. — Moja mama jest bardzo zajęta, wiesz? Ciągle gdzieś wychodzi. Nie wiem dokąd, ale myślę, że wtedy... że wtedy robi coś wielkiego! Że walczy z tymi ohydnymi pająkami lub szczurami! — powiedział z kocięcą ekscytacją i ekspresywnym pyskiem. — A może ty wiesz, dokąd chodzi? Nie, żebym się szwendał... ale chciałbym mamę poznać. Mama mało mówi i mało mówi o sobie, ale nie jestem zły na mamę. Ona po prostu stara się nas chronić! Co... nie? — ucichł, patrząc na Księżycową Łapę. Polubił jego perłowe, wiecznie zabłąkane oczy. Może i nawet uczeń miał zeza – jeśli długo się zacznie patrzeć w jego oczyska – a nie wiedział! Może powinien mu o tym powiedzieć. Ale co by to dało właściwie?
Uczeń się nieco skwasił i strzepnął uchem.
— Niektórzy po prostu nie widzą potrzeby w mówieniu o sobie — mruknął. — Jakby się mówiło tylko o tym, to inni uznać by cię mogli za skończonego egoistę i pępek świata... czy jakoś tak, że wiesz, że się tak postrzegasz, nie, że inni cię widzą w ten-... znaczy, widzą, ale... — zaplątał się, przygryzł język, zaklął w duchu i postanowił przerwać temat.
— Ale to moja mama! — wtrącając, oburzył się młody. — Powinienem o niej wiedzieć więcej niż jej imię!
Poza tym nie odezwał się słowem. Trochę irytowała kocurka plątanina Księżyca. Przeszły go ciarki na myśl, że mógłby w przyszłości być taki sam jak on. Ale obciach!
— … A przyszedłem, bo byłem ciekawy, jak rozwinęła się nasza rodzina pod moją nieobecność — dodał na końcu Księżycowa Łapa.
— Ahaaa... — wymamrotał Paskudek po raz trzeci. Położył się na brzuchu. Wsparł podróbek łapkami i znudzony zaczął się wpatrywać w kuzyna. — To ty jesteś moją rodziną... to znaczy, że ten Kołysankowa Łapa też? Ten, co zdechł? — zapytał i przechylił głowę.
Gdy więc została wspomniana świeża dość sprawa z Kołysankową Łapą, na mordce srebrnego na chwilę pojawił się szok, a zaraz potem coś nieprzyjemnego, jakby zdążył w ciągu sekundy postawić między sobą a malcem kolczaste ogrodzenie pod napięciem.
— Ta, uważaj, żeby twój… — przerwał, ugryzł się w język i obrócił na pięcie w stronę wyjścia.
A Paskudek tylko tak patrzył, w tej samej pięknej pozycji. Z psotnym uśmieszkiem. Chyba nadepnął na czyjś czuły punkt! Ale co powinien z tym zrobić? Jeśli cokolwiek powie, Królik może to usłyszeć swoim super słuchem i go wyrzucą z klanu. Ale nawet jeśli… czy nie byłaby to dla niego szansa na lepszy start? Mógłby zebrać wtedy siły i zaatakować ten podły Klan Burzy!
Jednakże w snuciu planów przeszkodził mu następny niespodziewany gość. Biały kot z niebieskimi uszami i brązowymi oczyma. Jak bardzo Pierze się cieszył, że nie urodził się z orzechowymi ślepiami. Byłaby to istna tragedia.
Rudy popatrzył po śpiących braciach. I choć to on zazwyczaj większość dni przesypiał, to właśnie Aminek i Bąbel zasypiali w najlepszych momentach. Kminkowy Szum od ostatniego zebrania nie odezwał się do niego ani jednym słowem. Paskudek mógł jedynie wzruszyć ramionami. Nie uważał kary Króliczej Gwiazdy za nauczkę, a za groźbę. Za przykrą zniewagę. W Pierzu tlił się gniew od zarania dziejów i tylko rósł w siłę.
— Hej, Pierze! — zaczęła nieznajoma. Na swoje dawne imię kociak usiadł normalnie i spojrzał jej w oczy. — Nazywam się Rybkowa Łapa! — dodała, wchodząc pewniej do żłobka. 
— Aha… — wymamrotał senny kociak.
— Słyszałam o tym, co zrobiłeś na zgromadzeniu i myślę, że…
Paskudek naprężył mięśnie.
— Myślę, że to było bardzo odważne!
Pierze się rozluźnił i zaskoczony spojrzał na Rybkę. Nie użyła jego karnego imienia. I nic nie powiedziała o jego zapachu!
— Seriooo? — uśmiechnął się i dumnie wypiął pierś.
— Ten Króliczy Bobek na to zasługiwał! — powiedziała ciszej i podeszła bliżej Pierza Rybkowa Łapa. Ściszyła głos. — Ja też go nie lubię — uśmiechnęła się. — Myślę, że coś przed nami ukrywa.
— Tak myślisz? — zaciekawił się Pierze. — A co może ukrywać? Może… może ma super słuch? — dodał niepewnie, ale zdał sobie sprawę, że to przywódczyni Klanu Wilka go usłyszała, a nie Królicza Gwiazda!
— Nieee, chodzi mi o takie wielkie tajemnice, no wiesz, typu prawda o Klanie Gwiazdy! — odpowiedziała mu Rybka. — No bo wiesz, to, co nam mówią… nie brzmi prawdziwie — dodała Rybkowa Łapa.
— Prawda o Klanie Gwiazdy? — kociak przekrzywił łebek zaciekawiony. Cóż to było? — Yyy... Tak, dokładnie! Czemu mamy wierzyć w ich bajeczki? — mówił zagorzale. A poza tym... czym był Klan Gwiazdy? Musiał sobie przypomnieć...
— No właśnie! Ja myślę, że oni wszyscy są w jednym wielkim spisku. To znaczy medycy i liderzy — ciągnęła uczennica. — Cały czas gadają o "sprawach medyków i liderów", a nigdy nie zdradzają, o co chodzi. Czyli muszą coś ukrywać! — Rybkowa Łapa wysunęła pazury. — Szkoda, że nie ma więcej kotów, które myślą tak jak ja!
Pierze słuchał uważnie Rybki. Gdyby nie jego dziecięca naiwność i chęć zemsty, zapewne nazwałby ją rybim móżdżkiem. Ale Paskudek na szczęście taki nie był!
Rudy spojrzał na jej łapy i spapugował to, co zrobiła.
— Ej, ale ja też tak myślę! — odezwał się malec. — Mój brat pewnie też się zgodzi! — dodał, broniąc swojego kremowego braciszka. — Powinniśmy się temu króliczemu móżdżkowi zbuntować!
— Tak, dokładnie! — rzekła rozradowana. — Musimy zrobić rewolucję! Niech te stare koty dostaną to, co im się należy! Może wtedy więcej z naszych pobratymców otworzy się na prawdziwą prawdę! — Rybkowa Łapa wypięła dumnie pierś.
— O, dokładnie! — powiedział rudy. — Powinniśmy im pokazać! O tak! — zamachnął się łapką w powietrzu. Stracił równowagę i upadł na zadek z głuchym dźwiękiem. Zawstydzony uciekł wzrokiem.
— Wszystko w porządku? — uczennica kucnęła przy kociaku. — Hmm. Ja na pewno już nie będę się słuchać Króliczej Gwiazdy. I jak chcesz, to mogę cię zabrać na następne zgromadzenie!
— Tak! — odpowiedział. — Eee... Musimy im pokazać, kto tu powinien rządzić! — dodał.
— potwierdził Pierze i kiwnął głową.
Na wiadomość, którą usłyszał, rozpromienił się natychmiast.
— Seriooo?! Dzięki, dzięki, dzięki! — miauczał podekscytowany, jednakże bystry kociak szybko coś zauważył i zrzedła mu natychmiast mina. — Ale jak mnie znowu zobaczą, to dostanę lanie stulecia! — powiedział przestraszony. Nie chciał znowu zostać, pachnieć mysią żółcią! — A... a może pomożesz mi się wykąpać? — miauknął. — Nie chcę dalej śmierdzieć tą mysią flegmą!
— Jasne, mogę pomóc! Przyniosę mech z wodą! A z tym laniem, to mogę wziąć winę na siebie! Mnie nie obchodzą jakieś kary! — biała kotka pobiegła po mech, żeby później namoczyć go wodą.
I tak oto Pierze został sam.
Paskudek powrócił myślami do zgromadzenia, gdzie świetnie pokazał potęgę i przejaw mądrości Klanu Burzy.
Rybkowa Łapa po chwili wróciła z namoczonym mchem. Niestety nie dała nim rady zmyć całej mysiej żółci, więc zaczęła myć kociaka językiem. Pierze popatrzył na nią zdziwiony. Czemu go lizała? Czyżby nie czuła smaku? Ale ona głupia była! Paskudek już chciał się odezwać, ale coś mu podpowiadało, że nie powinien. Więc się zamknął.
— Z tym zgromadzeniem to mogę powiedzieć Królikowi, że zmusiłam was do przyjścia. Wtedy cała wina będzie na mnie — uczennica najwidoczniej uznała, że rebelia była warta takiego poświęcenia
— Ale po co mamy tam wyjść? Aby ten królik nam spuścił lanie stuksiężyca? — zapytał malec. — Co ja mam tam zrobić? — dodał z naciskiem na słowo ,,ja". Zapewne chciała go użyć... do czegoś.
— Jak nie chcesz, to nie musisz iść. Myślałam po prostu, że będziesz chciał się sprzeciwiać Króliczemu Bobkowi. Jak zauważy, że koty się buntują, może sam zrezygnuje ze stanowiska.
— Ale on mnie nie szanuje! — burknął. — Jestem dla niego tylko małym, śmierdzącym smarkaczem! — dodał zirytowany. — A ty zaraz będziesz pewnie... ten no... wojowniczką! Według niego kociaki nie mają głosu…
Na słowa Paskudka Rybkowa Łapa stała się nieco niepewna, jakby wróciła do myśli, które ją nękały.
— Hmm. Chyba masz rację… pomyślę o czymś innym…
— A o czym? — zapytał malec. Naprawdę ciekawiły go myśli Rybkowej Łapy. Była taką interesującą kotką! I w dodatku ją szybko polubił, nie tak jak tego gbura Księżyca.
— O tym, jak inaczej się buntować. Dam ci znać, jak coś wymyślę — Rybkowa Łapa skończyła czyścić malca. Cmoknęła. — Z twoim futerkiem chyba jest lepiej! Usunęłam tyle, ile się dało.
Rudy przytaknął Rybkowej Łapie
— No dobra! Dzięki za to! — podziękował kotce. Spojrzał na wyjście ze żłobka. — Idziesz już sobie? Chyba przysypiam... — ziewnął przeciągle w trakcie. — Nie chcę zasnąć, gdy ty będziesz mówić.
— Idź sobie więc pospać — mruknęła. — Skrzydlata Płomykówka zapewne zaraz weźmie mnie na trening. W wolnym czasie popatrzę po obozie i postaram się znaleźć jeszcze kogoś, kto byłby po naszej stronie.

***

— Myślę, że już ją dopadłeś — zza kociaka męczącego kulkę mchu wyrosła nagle ruda głowa, która z ciekawością obserwowała zmagania malca.
Kociak spojrzał wielkimi, szmaragdowymi oczami na ognistego kota. Rozdziawił usta, przyglądając mu się.
— A kto ty? — wymamrotał. Nigdy wcześniej go nie widział! A poza tym, wyglądał bardzo dziwnie. Miał takie małe oczy!
— Oskrzydlony Ognik, pogłos Klanu Burzy — przedstawił się swoim tytułem, wcześniej się prostując. — Przepraszam, przestraszyłem cię? Nie miałem takiego zamiaru.
Kocurek zatrzepotał niby białymi igłami (rzęsami). Potrząsnął głową, prędko wracając do rzeczywistości.
— Nie, nie przestraszyłeś! Jestem najodważniejszym kociakiem w tym klanie! — miauknął. Wyszczerzył ząbki w szerokim uśmiechu i z dumą wypiął pierś. Malec po chwili przechylił główkę na bok, a uśmieszek został zastąpiony zaciekawieniem. Jego coraz to dłuższa grzywka zaczęła mu przykrywać lewe oko. — A kto to ten... rozgłos? Pogłos? — zapytał.
— Haha, nie wątpię — miauknął przyjaźnie. — Jestem kimś, kto słucha głosu klanu, by potem przekazać wszelkie informacje do zastępcy i lidera — wyjaśnił spokojnie. — Dzięki temu nie dochodzi do żadnych... nieprzyjemnych sytuacji. Przynajmniej z założenia.
Kociak uśmiechnął się chytrze i usiadł ciężkim zadkiem przed kocurem. Przytakiwał, a informacje chłonął jak gąbka.
— A to po co ta rola, jak tylko z założenia masz chronić te leniwe zady, a nie pracowite koty? — zapytał prosto z mostu rudy malec.
— Nie mam pojęcia, dlaczego doszedłeś do takiej konkluzji — mruknął szczerze zdziwiony. — Twój tok myślenia jest naprawdę bardzo ciekawy, nie mogę zrozumieć, w jakim kierunku poszedłeś. Czy możesz rozwinąć? A z założenia, ponieważ rola ta ma dopiero kilka księżyców i nie było okazji, by sprawdzić ją, że tak powiem, w ciężkich warunkach. Nigdy nie wiesz, co się stanie.
Zapadła między nimi długa cicha. Paskudek gapił się na niego tępo.
— ... A co to ta kon...konklusssja? — zapytał niepewnie. Najprawdopodobniej chciał też uciec od pytań pogłosu Klanu Burzy, bo sam odpowiedzi nie umiał znaleźć. A może i umiał, ale wolał się ugryźć w język niż dopuścić, by ten szpieg doniósł na niego temu zapchlonemu Królikowi!
— To inaczej dojście do jakichś wniosków na podstawie informacji, jakie posiadasz. Tak w skrócie.
Nic nie rozumiał.
— Aha… — wymamrotał. Między nimi ponownie zapadła głucha cisza, przerywana jedynie szuraniem łapki Paskudka, który kręcił nią kółeczka w czarnej ziemi. Nie był taki jak ten zrzędliwy Księżyc, oj nie, ale mimo wszystko... przy tym rudym kocie czuł się niezręcznie, nieswojo. Może był szpiegiem? I może chciał zobaczyć czy dobrze się sprawuje?! Myśli zaczęły uciekać w złą stronę, a ciało Pierza się spięło. Czuł się atakowany wewnątrz; gotował się od środka, a płomień tylko rósł i rósł. Nie chciał wybuchnąć, owszem, ale emocje rzadko umiał kontrolować. Zgarbił się i uciekł wzrokiem, próbując pozbyć się destruktywnych myśli mimo chęci dokonania tych okrutnych, barbarzyńskich czynów. Z grymasem na pyszczku wyglądał nie tyle, co uroczo, ale i bardzo zabawnie. W głębi duszy może i żałował, że w ogóle pomyślał o wtargnięciu na zgromadzenie.
Ognik tymczasem w spokoju, z zaciekawieniem i lekkim uśmiechem przyglądał się poczynaniom malca, niczym psycholog na sesji, czekający, aż pacjent się odezwie pierwszy. Niezbyt nachalnie, nie chcąc przestraszyć, jednak jak się zdawało, na to już było za późno.
— Czy jest coś jeszcze, o co chciałbyś spytać? Jeśli nie, to może pozwolisz, że ja coś powiem? W końcu przyszedłem tu, żeby poznać nowe pokolenia, w końcu taka moja praca~ Masz jeszcze dwóch braci... prawda? Dobrze myślę? Nie chciałbym popełnić jakiegoś głupiego błędu... czy tylko jednego brata?
Paskudek wreszcie obdarzył go niepewnym spojrzeniem leśnych oczu.
— Mam dwóch braci... Aminka i Bąbelka — wymamrotał o dziwo ze spokojem. — A ty masz jakąś rodzinę? — zapytał. — Mam chyba trzech kuzynów, może więcej! Ale jeden z nich zdechł... a drugi, taki gbur, chyba Księżycowa Łapa, mnie nie lubi! — mówił oburzony. — Ten kuzyn jest jakiś dziwny! I dziwnie gada, jakby... jakby zjadł za dużo kocimiętki! — dodał, mówiąc coraz więcej. — Teraz cały czas strzela jakieś znowu dziwne miny! Dziwak! — mówił i prychnął.
— Bardzo nieładnie mówić, że ktoś zdechł. To brak okazania szacunku zmarłej osobie. Czy Kołysankowa Łapa coś ci kiedyś zrobił? — zapytał najpierw spokojnie, porządkując sobie wszystkie informacje w głowie. — I tak, mam. Mamę oraz, jak się okazało, aż trzy siostry. Do tej pory myślałem, że mam tylko dwie — zaśmiał się. — Przyznam, że brat dla odmiany byłby całkiem ciekawy. A dalej... wiesz, Królicza Gwiazda jest chyba kimś, kogo można nazwać rodziną, chociaż nie jesteśmy bezpośrednio spokrewnieni. Mam również dwóch kuzynów, z czego jeden niestety jest martwy. A czy jest jakiś powód, dla którego myślisz, że cię nie lubi? — dodał Ognik.
Kociak wbił zaskoczone spojrzenie w kocura. Księżyc nic nie powiedział, że to nieładnie, tylko sobie poszedł! Chyba mógł tak od razu, a nie...
— Nie znałem go nawet! Nie chciałem go obrażać! — krzyknął piskliwym głosem, broniąc się. Zdechł i umarł, nie ma raczej znaczenia! – przemknęło mu przez myśl. Księżyc musiał być przewrażliwiony.
Paskudek z zaciekawieniem przysłuchiwał się słów ognistego Pogłosu Klanu Burzy. Czy on też mógłby zostać takim pogłosem? Miałby wszystkich w garści, a Królik już nigdy więcej by go nie nazwał Paskudkiem! Wydawało się to być lepsze od bycia przywódcą tej bandy kotów, bo w sumie i tak nic nie musiał robić, a każdy kot darzyłby go niezachwianym szacunkiem. Mimowolnie na jego pyszczek wkradł się marzący uśmiech.
Z myśli wyrwało go pytanie starszego. Pierze odchrząknął. W sumie to nie wiedział, co powiedzieć.
— Yyy... chyba był zły za tego swojego brata, nie wiem — wzruszył ramionami. — Ale jak widziałem, to przy każdym wygląda, jakby nienawidził całego świata, więc może i ja nie jestem wyjątkiem... — wymamrotał kocurek niepewnie.
Myślami znowu powrócił do pogłosu Klanu Burzy. Czy jak kara mu się skończy, to zostanie wojownikiem, czy może medykiem? A może kimś zupełnie innym? Chciałby być tym pogłosem Klanu Burzy! Albo... albo skończy jak ta śmierdząca Chomicza Łapa, zostając mięsem armatnim na walkę z lisami czy co to tam było, co chyba użarło jego wspólniczkę – Rybkową Łapę. Współczuł jej, ale gdzieś z tyłu głowy miał myśli, że ta kotka intelektem nie świeciła i wciąż nie świeci.
— W każdym razie teraz wiesz i nie będziesz popełniać tego samego błędu jak mądry kot, prawda? A wydźwięk słów ma ogromne znaczenie, jeśli chcesz, żeby ktoś cię polubił, Pierzu. No i trzeba się uczyć na błędach, nieważne czy swoich, czy kogoś innego — rzekł jakby ucieszony, że do kocurka dotarło, że robił coś źle. Na następne słowa natomiast zastanowił się przez chwilę, postukał łapą w podłoże. — Wiesz, nie tylko Kołysankowa Łapa zginął, lecz również Rozkwitająca Szanta jakiś czas temu, matka Księżycowej Łapy. Pewnie jeszcze nie spotkałeś się ze stratą nikogo bliskiego i ci tego nie życzę, ale na jego miejscu również nie tryskałbym radością, a każdy kot przeżywa stratę nieco inaczej.
— Ale ja jestem mądry! — oburzył się. — Po prostu... nie wiem jeszcze tyle, co inni! — dodał ciszej i uciekł wzrokiem na piach w żłobku. Może rzeczywiście powinien się zastanawiać dwa razy, co chciałby powiedzieć. — Mam... mam go przeprosić? — szepnął niepewnie. — Księżyca?
Na jego następne słowa rozdziawił usta w zaskoczeniu. Nie znał tej Szanty, ale skoro to była mama Księżyca... to może powinien być milszy. Może to mało powiedziane! Ale co się stało, to się już nie odstanie. Ognisty kocur tłumaczył wiele rzeczy Pierzowi, niby nawracając poganina. Paskudek kiwał głową co kilka słów, pochłaniając wszystko, co mówił. W końcu i on zabrał głos, zaciekawiony.
— Ahaaa... — wymamrotał po chwili. — A myślisz, że kiedy Królicza Gwiazda mi odpuści i Aminkowi? Nie podoba mi się bycie tym... eee... mięsem armatnim jak ta wredna Chomicza Łapa, ale wolałbym już walczyć z tym lisem niż się męczyć w tym śmierdzącym żłobku! — miauknął i się skrzywił.
— Oczywiście. Dlatego nie ma szans, żebyś nie wyciągnął z tego żadnych wniosków — spróbował uspokoić kocurka, w końcu wcale nie chciał go obrazić (przynajmniej nie publicznie), tylko dać znać, że skoro jest mądry, to się nauczy na własnym błędzie. — A co do przeprosin, to już zależy od ciebie. Jak myślisz, powinieneś? — spytał. Chciał go naprowadzić i ciekaw był, co młodszy odpowie i do czego dojdzie. — Niemniej jednak wątpię, żeby zadziałało to w przypadku Lidera i waszej kary — zauważył. — A lisy, przykro mi mówić, na chwilę obecną mogłyby sobie z was zrobić jedynie szybką przekąskę. Musicie jeszcze trochę podrosnąć, jeśli chcecie się z nimi mierzyć. Nie jestem też pewny... hmmm, czy żałujesz i rozumiesz, że to, co zrobiliście na zgromadzeniu, nie tylko przyniosło wstyd dla klanu, ale również naraziło was na niebezpieczeństwo? Podróże na takie odległości mogą być dla was tragiczne w skutkach i nie narażasz wtedy jedynie siebie, ale również swojego brata. Byłbyś w stanie ponieść ciężar odpowiedzialności, gdyby coś mu się stało, przez jeden, głupi pomysł?
— No... chyba powinienem... — wymamrotał i wzruszył barkami. Skrzywił się; czy na pewno tego chciał? Przecież to nie jego wina... chyba. To Księżyc mu nie wytłumaczył!
Słowa Pogłosu Klanu Burzy zostawiły w jego móżdżku wyraźny ślad. — Tak... żałuję... — powiedział smutno i położył się na ziemi, przypominając biało-ognistą kulkę. Patrzył w ziemię. Spłaszczył uszy, które przylgnęły do ciała. — Rozumiem... — mówił, a wtedy spojrzał prosto w oczy starszemu. Odnosił wrażenie, iż spowiadał się jakiemuś gwiezdnemu z mrocznych grzechów. — Wiem. Przepraszam. Nie chciałem... nie chciałem narażać Aminka... przepraszam — wymamrotał. — Czy... — przełknął ślinę. — Czy będę musiał przeprosić jeszcze Króliczą Gwiazdę? Osobiście...? I... i jego zastępcę? — zapytał cichutko. Zatrzepotał gęstym wachlarzem ośnieżonych sosnowych igieł.
Kiwnął głową z aprobatą. Nie chciał mówić ,,skoro tak czujesz, to pewnie jest to właściwy wybór" bo niektórzy czują, że muszą komuś wgryźć zęby w gardło tylko dlatego, że krzywo stoją. I nie byłby to właściwy wybór.
— Cóż, przeprosiny nie należą się mnie, tylko bardziej twojemu bratu — zauważył najpierw delikatnie. — Natomiast przeprosiny dla lidera na pewno nie będą odebrane jako coś złego, a tylko pozytywnie. Kto wie, może nawet cofnie waszą karę, jeśli się postaracie — puścił do młodszego sekretne oczko. — Ale nic nie obiecuję.
Pierze uśmiechnął się słabo i przytaknął z lekkością kocurowi.
— Tak zrobię! — powiedział głośno.
Malec wstał z ziemi i spojrzał na wyjście ze żłobka. W nich dojrzał już kolejnego gościa, pewnie chcieli mu dokopać. Na szczęście był już czysty i nikt nie mógł mu wytknąć, że cuchnął. Oby ten gość nie przyszedł z kolejną porcją mysiej żółci…
— Ktoś przyszedł — oznajmił cicho. Spojrzał na starszego. — Chyba do ciebie, Pogłosie Klanu Burzy — wymamrotał i odsunął się, dając mu przestrzeń.
A może to do niego? Kto wie! Ale wolałby tę pierwszą opcję; nie wiadomo czy ten kot nie miał złych zamiarów wobec Paskudka.
Kocica zerknęła z góry na rude kocię. Jej wzrok poleciał w bardzo wyraźnym, ostentacyjnym zirytowaniu i znużeniu w górę, zanim powędrował ze zobojętnieniem w bok.
— Przyniosłam mech do wymiany posłań! — zaświergotała w kwiecistej aurze niczym nieprzypominającej jej poprzedniego spojrzenia. — Jak myślisz, od czego by tu zacząć…
Pierze, o dziwo szybko rozpoznał tę uczennicę; była to nikt inny, jak ta kotka, która chciała, aby Klan Wilka go sobie wziął jak zwierzynę. Szkoda, że tak się nie stało, przemknęło mu przez myśl, wbijając oskarżycielskie spojrzenie w stronę starszej. Nie wiedział, jak dokładnie się zwała, ale nie dał się omamić jej śpiewnym dźwiękiem. Może to był kolejny sprawdzian! Może Oskrzydlony Ognik chce go wziąć na swojego ucznia?! Paskudka te myśli zmotywowały do porządnego zachowania, choć było to bardzo trudne. Ta śpiewająca kupa futra bardzo go irytowała. Nadymał policzki i wypuścił gwałtownie powietrze, zabierając głos:
— To pytanie... było do mnie? — zapytał rudy kociak. — Myślałem, że porządny uczeń wie, co robi i po co tu jest... ups! — wymsknęło mu się i z szokiem zasłonił swój pyszczek łapką. — Najmocniej przepraszam...! — dodał dramatycznie.
— Hahahah…!
Ach, cóż za klarowny, słodki śmiech, z łapką przy pysku przyłożoną, który tak bardzo nie współgrał z wyrazem pyska, który zaraz potem nastał.
— Powinnam wam zostawić tu ten mech i sami byście się nauczyli robić posłania pod swoje tłuste zadki, to może nauczylibyście się szacunku do starszych. Uczniowie mają ważniejsze rzeczy do nauki, a nie zajmowanie się latającymi po żłobku szczurami.
Zachowanie Śpiewające Łapy wybijało go z tropu. Czemu mu się śmiała prosto w pysk? Chciała go oczernić? A może jest jakaś nie ten teges? Powinien porozmawiać z wujkiem Zawilcem na temat psychiki uczniów w Klanie Burzy, bo rechoczą tak głośno i nieprzyjemnie dla uszu jak jakieś potworne potwory.
Kotka wyglądała na rozczarowaną. Zirytowany kocurek wstał i machnął swoim ognisto-białym biczem. I to on się prezentował źle?! To były jakieś jawne kpiny! Czy każdy uczeń Klanu Burzy był taki... dziwny? Najpierw ten dziwak Księżyc, a teraz ta psychiczna, skrzecząca prukwa? Nie, on tego dłużej nie będzie znosić. Naprawdę wolałby zostać oddany w łapska tych Wilczaków niż żyć z taką osobą jak Śpiewająca Łapa. Oby nadali jej imię Skrzecząca Pokraka...
Nienawiść wzięła górę w jego umyśle, jednakże szybko się opamiętał. Pamiętaj, Pierze — upomniał się. — To jest tylko test. Musisz tylko... musisz tylko ją znieść. Nic więcej!
Pulchne kocię uśmiechnęło się promiennie i przesłodko. Tak, jak go nauczono. Czemu miałoby być inaczej?
— Jeśli będziesz tak dalej trajkotać — zaczął powoli, ostrożnie patrząc na mimikę pyska uczennicy. — I nie wykonywać swojej roboty, mogę to zawsze zgłosić takiemu Rozg... Pogłosowi Klanu Burzy, który następnie rozniesie wieść, że uczennica Śpiewająca Łapa nie dość, że nie wykonuje swoich obowiązków, to jeszcze spiskuje za plecami własnego przywódcy — zakończył swoją sentencję i zmarszczył brwi w oczekiwaniu. — O, i powiem Zawilcowej Koronie, aby przebadał takich uczniów jak ty! Twój śmiech na peeeeewno nie jest zdrowy! A może i nawet wpada w kategorię... yyy... chorego... jak to tam gadał jakiś kot... o, wiem! Wpada to w kategorię kota chorego psy… psychicznie! — wyszczerzył śnieżnobiałe ząbki w szeroki uśmiech z dumą, że umiał wymówić wszystko prawie bez jąkania się. Ciekawe, ile mu się tym razem oberwie! A może to tamtej się oberwie? Oby! Karma wraca, Śpiewko!
— Uwierz mi, niedouczony kiełku, kiedy ci powiem, że Zawilcowa Korona ma lepsze rzeczy na głowie niż słuchanie wymysłów niepoczytalnego kociaka — mruknęła słodziutko pomiędzy pluciem jadem, łapą miętosząc policzek rudego jak ta jedna, znienawidzona ciocia. Szybko jednak łapę zabrała i nią strzepnęła albo przynajmniej ruch taki stworzyła, jak gdyby chciała się pozbyć resztek zapachu kociaka z łapy, niby cholery. — Oh i proszę bardzo, kto ci broni? No dawaj, śmiało, leć! Jestem pewna, że taaaak ci uwierzy — przeciągnęła, kończąc z sarkastycznym uśmiechem. — Widzisz, jestem tu najlepiej pracującym kotem, dzięki wychowaniu odpowiedniemu, obok którego ty nawet nie stałeś. Nie jestem tylko pewna czyja to wina, twojego ojca czy bardziej matki, ale widać, że raczej nic z ciebie nie będzie... wstyd jedynie przynosisz — rzuciła już jakby ciszej, zamyślając się, oceniająco, za pomocą łapy krótkim trzepnięciem unosząc końcówkę ogonka Pierza, który był w jej oczach teraz jak kiepskiej jakości serwetka przeznaczona do zakupu.

***

Tej nocy nie mógł zasnąć, zważywszy na te całe pojękiwanie Pożarowej Łapy. Na Klan Gwiazdy, ile tak można rodzić?! Nie miała przecież dziesięciu bachorów, a przynajmniej tak kocurek wywnioskował z ostatniego badania Wdzięcznej Firletki. Medycy tak ją obstawiali, jakby była ważniejsza od Króliczego Bobka. Ciekawe czy poród mojej mamy też tak wyglądał, przemknęło mu przez myśl. Nieee, na pewno nie! Moja mama jest silna, a nie taka jak tamta ruda kocica!
Aminek również nie spał. Schowali się pod posłaniem, ale chaos w żłobku dotarł nawet do najcichszego kącika w konarze. Kremowy kociak zasłonił swoje wrażliwe uszy łapami. Pierze zmęczony ledwo, co trzymał się na nogach, jednakże przez cały ten poród Pożar ciągle coś go wybudzało. W końcu Aminek wziął sprawy w swoje łapki i szepnął do Paskudka: 
— Może stąd zwiejemy?
Rudy tępo na niego spojrzał, po czym potrząsnął głową.
— Zwariowałeś?! — odpowiedział nerwowo, ściszając głos. — Nie chce zostać wieczną karmicielką!
— No ale tu jest za głośno!
— Wsadź sobie to głośno w zadek! O tak! Głęboko! — wycedził i wylazł wnerwiony spod posłania. Aminek prychnął.
Pierze nerwowo obracał się za siebie i obserwował przebieg porodu. To musiało być stresujące. Jako kociak nieco fascynowała go medycyna, ale teraz? Wolałby już urodzić nieznośne bachory niż pamiętać rodzaje tych chwastów, ich zastosowania i podanie kotowi… za dużo tego! A w dodatku to od niego zależało przetrwanie reszty Burzaków! Ale, ale… przecież mógłby to wykorzystać… zmusić ich do-...
— To kotka, zdrowa — określiła płeć nowo narodzonego malca Wdzięczna Firletka. Wyglądała na zmęczoną.
Wciąż słyszał pojękiwania i fuknięcia uczennicy. Pierze będzie miał przez to koszmary… ale najwyraźniej nikt się nie interesował maluchami, które do końca swoich dni będą pamiętać to straszne widowisko. Noworodek był prawie że łysy! Ale brzydka ta kotka, stwierdził w duchu. Kolejny szczur urodził się chwilę później, braciszek tak samo urodziwy, jak siostrzyczka. Paskudkowi zbierało się na wymioty. Fuu!
W końcu po godzinie wszyscy się rozeszli i poszli spać z wycieńczenia. Pierze usadowił się na posłaniu, spod którego na szczęście wyszedł Aminek. Razem zwinięci w kłębek, dwojga muszkieterów musiało się nacieszyć własną obecnością. Na razie tylko we dwoje, bo trzeci muszkieter ich zdradził.
Nastał nowy dzień, a wraz z nim nowe możliwości. Rudy kocurek otworzył z trudem oczy. Nad nim stał Aminek z szerokim, głupim uśmiechem. Paskudek trzepnął ostrzegawczo Smrodka w pysk, aby się odsunął. Kremowy oburzony co prawda się cofnął, ale “przypadkowo” wszedł mu na ogon. Pierze podskoczył jak oparzony i spojrzał na młodszego brata spod byka. Dmuchnął w swoją grzywkę, aby zobaczyć swojego nemezis w całej okazałości.
— Co tam, Smrodku? — wymamrotał, chcąc uderzyć w czuły punkt brata już z samego ranka.
Kremowy burmski kot prychnął.
— Idź się ogarnij, bo wyglądasz jak jakieś zwierzę…
Paskudek zmarszczył brwi.
— Ale po co? Przecież nikt…
Do żłobka weszła Śnieżycowa Chmura z kamiennym wyrazem pyska. Kociaki odwróciły się do niej powoli, obawiające się kolejnej kary. Kocica odchrząknęła po paru sekundach mierzenia dwóch muszkieterów wzrokiem:
— Przekazuję słowa Króliczej Gwiazdy; wasza kara dobiegła końca. Chodźcie za mną.
Słowa te uderzyły Paskudka z impetem, bez żadnej zapowiedzi. Stał tam z rozdziawioną buzią, podczas gdy Aminek podskakiwał wokół z przypływu radości. Śnieżycowa Chmura zachowała resztki powagi i powtórzyła polecenie, które wykonali z uśmiechem.
Stawili się przed kamiennym słupem. Otoczono ich w kręgu tak jak podczas nadawania karnych imion i wcierania mysiej żółci. Wspomnienia zaczęły go zalewać, jednakże… to nie było to samo. Nie, nie mogłoby być; koty milczały. Nie śmiały się już z Paskudka i Aminka.
Przestały już z niego szydzić?
— … Paskudku… twoja kara oficjalnie dobiegła końca. Ukończyłeś dziewięć księżyców i nadeszła pora, abyś został uczniem. Od tego dnia aż do otrzymania imienia wojownika będziesz nazywać się Pierzasta Łapa, zgodnie z pierwotnym imieniem. Twoim mentorem… zostanie Cyklonowe Oko. Mam nadzieję, że Cyklonowe Oko przekaże ci całą swoją wiedzę… oraz pokorę — mówił.
Odchrząknął i zwrócił się do Cyklonu.
— Cyklonowe Oko, jesteś gotowy wyszkolić własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora…
A dalej Pierzasta Łapa już nie słuchał. Patrzył na Cyklonowe Oko z podejrzliwością. Aha! Kolejny test. Muszę im pokazać, że umiem nie tylko sprzeciwiać się starym prukwom, ale i też uczyć! O tak!
W końcu Królicza Gwiazda ucichł, a Cyklonowe Oko podszedł do Pierzastej Łapy niepewnie w obawie, że ruda istota powstała z wybuchowej mieszanki go ugryzie i nie puści. Dotknął nos Pierza. Zdziwiony uczeń zatrzepotał gęstym wachlarzem rzęs, nie rozumiejąc tego gestu. Czemu go dotykał? I czemu akurat nos?! Mimo to nie odezwał się ani słowem, nie chcąc znowu czegoś zepsuć. Kątem oka nerwowo spoglądał na Rybkową Łapę, która krzyczała najgłośniej ze wszystkich w tłumie.
Ona nie mogła odejść.
Nie pozwoli jej.
Przenigdy.
Po ceremonii Paskudka… znaczy, Aminkowej Łapy, któremu został wyznaczony za mentora kot o imieniu Skrzypiący Skrzyp, tłum rozszedł się i na polanie został tylko Pierzasta Łapa z Cyklonowym Okiem. Starszy spojrzał na niego z góry. Odchrząknął I zaczął:
— A więc… Pierzasta Łapo, dzisiaj rozpoczynamy nasz pierwszy trening. Musisz nadrobić zaległości, które sobie narobiłeś przez wtargnięcie na zgromadzenie — miauknął z odrazą.
Pierzasta Łapa zmrużył oczy w szparki. Przytaknął na słowa Cyklonu, który wyprowadził go z obozu. Szli w ciszy przez otwartą przestrzeń wzdłuż granic. Cyklon mówił mu co jakiś czas o polityce klanowej i terytorium, o zapachu i zwierzynie. Była to bardziej teoria niż praktyka, ale Pierzastej Łapie to już wystarczało jak na jeden dzień spędzony z mentorem.
Nie tak późnym wieczorem wrócili ze swej wędrówki. Pierzasta Łapa mógł stwierdzić, że Cyklon był bardzo nudny i nie wierzył, aby kiedykolwiek szkolił ucznia przed nim. Może i równał się z tym marudą Księżycowym Odłamkiem!
Rudy burmski uczeń pewnie wszedł do legowiska. Z wysoko uniesioną brodą i gracją zanurkował w posłaniach. Oceniał wykonanie posłań, aż nagle do jego nozdrzy dotarł słodki, kwiecisty zapach. Uczeń obejrzał się, próbując znaleźć źródło. Nos doprowadził go do ładnie pachnącego posłania. Nie zastanawiając się, czy do kogoś należy, ulokował się w legowisku i spojrzał na Aminkową Łapę z chytrym, irytującym uśmieszkiem. Wiadomo przecież, że Pierze uwielbiał się otaczać wszystkim, co piękne!

[9796 słów]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz