BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mozart. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mozart. Pokaż wszystkie posty

06 lutego 2018

Od Mozarta CD Szepczącego Wiatru

Dymny kocur dumnie przechadzał się po ulicy. O tej godzinie dwunożni wracali z pracy, więc było ich bardzo dużo. Ich obecność nie za bardzo przeszkadzała pieszczochowi. Był już przyzwyczajony do tego jak pochodzili i głaskali go za uchem. Nie było to taki miły i przyjemny dotyk, jakim raczyła go właścicielka, jednak nie można mieć wszystkiego. Wszystko było tak jak zwykle, czasem gdzieś za koszem na śmieci mignie ogon bezdomnego kota, który wrogim prychnięciem będzie próbował odgonić intruza. Kocur szedł swobodnie, nie martwił się niczym, znał tutaj wszystkie zakamarki, a niebezpieczne psy czy koty nie mogły go zaatakować, kiedy plątał się pod nogami dwunożnych. Niektórzy odpychali go nogami, klnąc pod nosem, jednak to wszystko nie robiło na dymnym wrażenia. Mali dwunożni podbiegali i swoimi lepkimi łapami ciągnęli go za ogon, wtedy tylko cicho prychał i czekał aż uciekną. Najczęściej jednak były one mocno trzymane przez rodziców, którzy mówili coś o brudnych i zapchlonych przybłędach i nie dawali im się zbliżyć. Oczy pieszczocha były wlepione przed siebie. Wąsy były pokryte kropelkami wody, która została tam po piciu wody. Wysoko uniesiony ogon wskazywał na jego pewność. Przeskoczył przez krawężnik i z lekkością spadł najpierw na przednie, a potem tylne łapy. Nie wiedział jednak, że coś lekkiego i eleganckiego może być dla innych ciężkie i głośne. Przekonał się o tym bardzo szybko, kiedy niespodziewanie, wraz z trzepotem skrzydeł gołębia, który wzbił się do lotu, skoczyła na niego pręgowana kotka. Nieznajoma jednym, mocnym susem powaliła ciemnego pieszczocha na ziemie, przyciskając mu łapy do klatki piersiowej, utrudniając oddychanie. Wyszczerzyła się wrogo, pokazując białe, ostre kły. Oczy miała pełne złości i pogardy.
- Ładnie to tak płoszyć innym jedzenie?! - warknęła szylkretka, mocniej przyciskając kocura do ziemi  - Patrz jak chodzisz!
- Skoro jesteś aż tak głodna to może wracaj do swoich dwunożnych, na pewno mają dla ciebie pełną miskę - odpowiedział jadowicie, ciężko łapiąc powietrze. Kotka jeszcze bardziej się rozwścieczyła, ale nie przeniosła już ciężaru na przednie łapy. Wręcz odwrotnie, znacznie go osłabiła, był to dobry moment do oswobodzenia się. Pieszczoch odepchnął ją i skoczył na równe łapy, szybko nabierając powietrza. Wrogim spojrzeniem lustrował pręgowaną, była znacznie większa i postawniejsza. Gdyby stanęli do walki, dymny kocur nie miałby szans. Szylkretka wydawała się mocniejszym przeciwnikiem niż brzydki sfinks w sweterku z którym kocur miał często do czynienia.
- Nie upadłam jeszcze tak nisko, by zjadać mysie bobki którymi dwunożni karmią pieszczochy! - odwarknęła. W jej oczach palił się ogień, kocur nie pojmował jak można być tak złym za spłoszenie gołębia, których i tak jest od groma. Wszędzie latały i paskudziły, aż strach wyjść z domu.
- Mówisz jakbyś sama nim nie była. - rzucił kocur wpatrując się w błękit oczu przeciwniczki
- Śmiesz mnie nazywać tą przytulanką dwunogów?! - rozsierdzona (niczym Cebula po dołączeniu Hanii) kotka już otwierała pysk żeby coś dodać, ale ugryzła się w język.
- Chyba ci się coś pomieszało. Masz obroże, a większość kotek pozazdrościłoby ci ułożonego i wyczesanego futra. - powiedział, sam nie zdając sobie sprawy z pochwały, którą uraczył pręgowaną. - Na pewno nie należysz do tych brudasów co mieszkają w lesie i uganiają się za myszami, a jedyne co robią to wybijają się nawzajem.

<Szept?>

27 stycznia 2018

Od Mozarta CD Owocowego Alberta

Na pysk szczurka wpełzło rozbawienie. Zmierzyłem go gardzącym spojrzeniem, mój pysk zdradzał odraze skierowaną w stronę sfinksa. Zawsze kiedy spotykam Alberta dokładnie lustruje jego wygląd, dalej nie mogę się nadziwić, jak kot może być aż tak szkaradny i brzydki. Pomarszczone... wszystko, brak sierści i te odstające uszy. Gdybym zobaczył go po raz pierwszy i to w nocy na pewno przestraszyłbym się nie na żarty. Brzydki, zielony sweterek tylko podkreślał jego paskudztwo. Chciałbym jak najszybciej odejść i zapomnieć o nim, wyprzeć obraz jego szpetnej mordy z głowy. Przystanąłem z nogi na nogę, dalej wpatrując się w szczurka. Nabrałem głęboko powietrze i wypuściłem je z głośnym świstem. Zmrużyłem oczy i wypiąłem dumnie pierś. Patrzyłem na kocura z góry, jak władca patrzy na poddanych. Tak się też czułem, byłem górą. Zawsze ładniejszy, lepszy i nie chodziłem w brzydkim swetrze.
- Nie wiesz jak podnieść dupę? Mogę ci w tym pomóc - syknąłem na Alberta, a kocur spojrzał na mnie wrogo, ale żadnego wrażenia widocznie to na nim nie wywarło. Uśmiechnął się pod nosem i spojrzał w moje poważne oczy. Trzepnąłem ogonem o murek z cichym trzaskiem. Zamachnąłem nim, a sfinks niespodziewanie dostał kurzem, śniegiem i innymi brudami po pysku. Ściągnął brwi i otrzepał się, wstając na równe łapy. Zasyczał groźnie, jego wąsy drgały nerwowo, a ogon był wysoko uniesiony, gdyby kocur miał sierść (nie byłby tak brzydki) na pewno unosiłaby się sztywno na jego grzbiecie. Wyszczerzył białe kły w złowrogim i groźnym grymasie. W jego jasnych oczach żarzył się prawdziwy ogień. Widać, że kocur nie umie trzymać pazurów przy sobie, a wewnątrz gotowała się złość. Uśmiechnąłem się wyzywająco, jeśli kocur na mnie naskoczy mogę szybko uciec do domu, gorzej jeśli sfinks pobiegnie za nim przez klapkę. Nawet wtedy jestem wygranym, za drzwiami mam Chopina i Bacha, którzy bardzo chętnie wygonią go kilka ulic dalej, a on ucieknie z podkulonym ogonkiem i nie wróci.

<Albertino?>

Od Mozarta CD Małej Łapy

Wstałem na równe łapy, głośno dysząc. Kocur wcale nie był taki słaby i wątły jak mi się zdawało. Potrafił pokazać pazurki i do tego mocno nimi zadrapać przeciwnika. Miałem mocno poharatany bok, a kawałek ucha mój przeciwnik właśnie wypluł na ziemie. Byłem rozdygotany, a w środku mnie gotowała się złość. Nie będzie mnie jakiś kociak z ulicy rozstawiał po własnym ogródku. Jest na moim terytorium, a za ścianą domu mam jeszcze 2 koty, zawsze chętne do drapania po pysku. Gdybym zawołał Chopina lub Bacha, wyszedłbym na tchórza, który sam nie poradzi sobie z o wiele mniejszym i wynędzniałym kotem z ulicy. Tylko że właśnie ten kot urwał mi ucho, zadrapał brzuch i okaleczył boki. Wyglądałem źle, bardzo źle. Zacząłem przypominać te włóczęgi, które dokarmia nasza pani od czasu do czasu. Podniosłem gniewny wzrok na Małego. Nie wyglądał na tak wyczerpanego jak ja, ale przyspieszony oddech i sapanie nie uszło mojej uwadze. Wychowany bez ludzi, mógł znieść więcej i był do tego lepiej przygotowany, ale ja przynajmniej tak potwornie nie śmierdzę ulicą. Po chwili pręgowany również na mnie spojrzał, wzrok miał pełen dumy, za którą i tak widziałem iskierkę strachu, która pewnie zawsze gościła w jego oczach.
- Na-nadal jestem tylko sa-samymi ko-ko-kośćmi i skórą? - syknął kocur. Wyprostował się i nabrał głęboko powietrza, jakby chciał wyglądać groźniej. Parsknąłem śmiechem i zlustrowałem go. Mały też miał wiele ran, nie były głębokie, ale szkarłatna posoka i tak barwiła ciemne futro i sklejała włoski. Najbardziej szkaradna blizna zostanie mu zapewne na pysku. Nos kocura był oblepiony krwią, która skapywała z brody, na biały śnieg. Zadrapanie biegło od policzka i było dość duże, na pewno zapamięta kto mu je zrobił.
- Jak na takie wynędzniałe i słabe coś potrafisz mocno podrapać. Jedna potyczka nie jest wyznacznikiem siły. - powiedziałem wysilając się n spokojny i opanowany ton. Mówiąc w ten sposób wydawało mi się, że jestem starszy i koty za takiego mnie biorą. Dobieranie słów jest ważne, może być kluczem do sukcesu, zwłaszcza kiedy nie obdarzono cię siłą i zwrotnością. - Wracaj na ulice szkarado.

<Mały?>

08 stycznia 2018

Od Mozarta

Śnieg sypał w najlepsze. Słońce dopiero co wzeszło. Pani pojechała gdzieś i jeszcze nie wróciła. Rzadko gdzieś znikała i zazwyczaj wracała bardzo szybko, i miała jedzenie. Zaczynałem się trochę denerwować, bo przecież kto by się wtedy nami opiekował? Wszyscy zaczynali się niepokoić. Amelia coś wciąż powtarzała o jaszczurkach, Bach chciał iść jej poszukać i w ostateczności uratować od wściekłych psów, bo wszystko co złe, to psy. Chopin na półce mył się, ale jednocześnie trząsł jak galareta. Tylko Beethoven zachował względny spokój, trudno nie być spokojnym, kiedy zasnęło się wieczorem i dalej się nie wstało. On nawet nie wie, że nie ma naszej właścicielki, może to nawet lepiej, kiedy Beeth się denerwuje umie być bardziej denerwujący niż Chopin i Bach razem wzięci. Jego ciche pochrapywanie, pomieszane z szeptami matki zagłuszały grobową cisze. Leżałem na zimnym parapecie wpatrując się w biały puch za oknem. Czasem kładłem łeb na łapy i wlepiałem wzrok w któregoś z moich braci. Nie przyznałbym się do tego przed żadnym, ale dziwnie by było bez któregoś z nich. Każdy dawał uczucie domowej atmosfery, bez nich byłoby dziwnie i obco. Zbyt przyzwyczaiłem się do ich zachowania i wiecznego hałasu. Aż się łezka w oku kręci, kiedy przypominam sobie te wszystkie momenty z naszego życia. Te smutne, radosne, upokarzające...
Uśmiechnąłem się pod nosem i odwróciłem łeb w stronę okna. Zamknęłam wilgotne oczy i odgoniłem łzy. Nie mogę okazywać słabości, w tym domu to podstawa. Naglę usłyszałem dźwięk otwieranej bramy, szybko obróciłem łeb. Pani wysiadła z tej swojej wielkiej, śmierdzącej puszki, ale miała coś ze sobą co przykuło moją uwagę. Trzymała te pudełko, w którym przewoziła nas do tego człowieka u którego tak dziwnie pachnie. Śledziłem ją wzrokiem aż do drzwi. Weszła głośno tupiąc, tak by śnieg przyklejony do jej nóg się odkleił. Położyła pudełko na podłodze i zaczęłam mówić bardzo cicho do czegoś co tam się znajdowało. Poczułem zapach kota, a dokładniej, kotki. Zjeżyłem lekko sierść na grzbiecie. Nie miałem za dużo wspólnego z płcią przeciwną, nie licząc mojej matki. Poza nią nigdy nie obcowałem z samicami. Zeskoczyłem z parapetu i podszedłem do właścicielki, otarłem się o jej nogę głośno mrucząc. Ta jednak nawet nie pogłaskała mnie za uchem, jak miała z zwyczaju. Oburzony spojrzałem na nią. Wzrok miała wlepiony w pudełko, ciche pomruki wydobywały się z niego. Po chwili z niego wyłoniła się niebieska cętkowana kotka. Miała długie, sięgające prawie do ziemi futerko, śliczne brązowo-bursztynowe oczka, różowy nosek. Pachniała szamponami, jakby właśnie brała kąpiel. Miała wysoko uniesiony łeb, jakby była u siebie. Przymrużyłem oczy i zmarszczyłem nosek. Nie wydaje mi się, żeby jej obecność przyniosła coś dobrego. Sierść na grzbiecie sama mi się podniosła, a wąsy zaczęły drgać. Bach podobnie się zachował, tylko że on się tak nie krył. Syczał w stronę nieznajomej kotki głośno i wrogo. Beeth ziewnął przeciągle i z jeszcze zaspanym wzrokiem lustrował kotkę. Jednak najbardziej zdziwiła mnie reakcja Chopina. Kocur z maślanymi oczkami wpatrywał się w gościa. Rozmarzonym wzrokiem badał każdy jej włosek. Niezręczną cisze przerwała nasza pani. 
- Kochaniutcy, poznajcie Galię. Uznałam, że więcej kobiecego towarzystwa wam się przyda. Bądźcie uprzejmi dla koleżanki i zapoznajcie się bliżej. - powiedziała i podrapała kotkę po karku, potem odeszła. 
Nie chciałem się w to mieszać, jak się już zaaklimatyzuje i zacznie dogadywać z resztą, może wtedy zaczniemy znajomość. Prawda, kotka była bardzo ładna, a pachniała jeszcze lepiej. Było w niej coś pociągającego, ale nie dam się zwieść. A do tego mój wygląd był paskudny. Nie miałem już prawie wcale uszu (dziękuje, na serio. Zrobiliście z Mozarta jakiegoś obdarciucha) i zasklepione rany dalej mieniły się ciemnym szkarłatem. Odwróciłem się i wyszedłem z domu przez klapkę w drzwiach. Ruszyłem przed siebie, zaraz po przeskoczeniu płotu. Nie miałem nic do roboty, a moim jedynym marzeniem było aktualnie nie spotkać tego paskudnego szczura. Nie wiedziałem nawet kiedy doszedłem aż tak daleko. Nie miałem jak się zgubić, wszędzie było to samo. 
Zaczęło już się ściemniać, cały dzień spacerowałem po ogródkach innych kotów. Moje łapy zaczynały mnie boleć, więc postanowiłem odpocząć. Nie chciałem siedzieć na mokrej ziemi, więc podbiegłem i wskoczyłem na parapet. Po drugiej stronie widziałem dwie kotki. Jedna była czarno-ruda z białym, leżała zwinięta w kłębek. Jej bok podnosił się i opadał. Obok siedziała inna, brązowa i pręgowana. Wydawała się być dość naburmuszona i rozgniewana na cały świat. Kiedy zobaczyła, że się jej przyglądam, zmierzyła mnie wrogim spojrzeniem i również wskoczyła na parapet. 

<Szepcząca? Miało być krótko>

01 stycznia 2018

Od Mozarta

Przechadzałem się zaśnieżonymi ulicami przed moim domem. Śnieg delikatnie prószył i malował krajobraz na biało. Z mojego pyska wydobywała się biała para, a oczy za dużo nie widziały, bo pole widzenia zasłaniał biały, spadający z nieba puch. Niektóre koty uwielbiają taką pogodę, zwłaszcza kociaki, które świetnie się bawią łapiąc spadające płatki. jednak ja nie jestem już kociakiem, mam dość tej pogody, wszędzie jest mokro. Obok mnie przejechał rozpędzony samochód. Podmuch śmierdzącego wiatru odepchnął mnie trochę w bok, jednak dalej się nie ruszyłem z miejsca. Na moim futrze pojawiły się kropelki brązowej, brudnej wody z ulicy. Otrzepałem się i poszedłem dalej. Nie chciałem wracać do domu, bo znowu będę musiał się zadawać z moją dziwną rodziną, której miałem już szczerze dość i najchętniej wyszedłbym i nigdy nie wrócił. Jednak nie miałem co jeść i to uczucie głodu najczęściej zmuszało moje łapy do powrotu do domu, gdzie i tak nie spędzałem za dużo czasu. Drugim takim uczuciem była senność. Nie zasnę na ulicy, bo potem wrócę brudny i śmierdzący. Właśnie w tym momencie nadjechało większe auto. bardzo szybko przejechało obok mnie i zmoczyło mnie od łap do łba.

31 grudnia 2017

Od Mozarta

*Rodzina Mozarta jest spierdolona odc. 2*

Siedzieliśmy cała czwórką na parapecie. Uciśnięci jeden obok drugiego. Dlaczego tak siedzimy? No tego akurat najstarsze koty z ulicy nie wiedziały. Zaczęło się od tego, że Beethoven zajął mi miejsce przy oknie. Usiadłem więc na nim jakby nigdy nic, przy okazji miażdżąc mu głowę. Chwile coś pojęczał, ale potem mu przeszło i próbował zignorować ból i mój ciężar. Chopin szybko zauważył jak świetnie się "bawimy" i podbiegł do nas, po drodze jeszcze zabijając się o nogi od stołu. Wskoczył i zajął miejsce obok mnie i zaczął się ocierać o moje dymne futro mrucząc jak szalony. Wyższy kocur przyciskał mój łeb do ściany, a ja nawet nie mogłem się ruszyć, bo grubas, który pode mną leżał utrudniał mi ruszanie łapami. Młodszy wiedział jak to wykorzystać i jak szalony ocierał się o moją klatkę piersiową. Kiedy do pokoju wszedł Bach z politowaniem na nas spojrzał. Posłałem bratu błagające spojrzenie, a on uśmiechnął się chytrze. Podbiegł do nas i również wskoczył na parapet. Położył się na Chopinie, tak, że łapami dotykał drugiej ściany, a grzbiet położył na bracie. Odpychał się co chwile nogami, przez co dociskał mi pysk do ściany. Akompaniament muzyki granej na fortepianie zagłuszał gardłowy śmiech Bacha, piski Chopina, moje pomruki i gadanie Beethovena o tym, że kiedyś nas wywali przez to okno.

Od Mozarta

*Z serii rodzina Mozarta jest spierdolona*

Leżałem pod ciepłym kocem zwinięty w kłębek. Chopin zmęczony ganianiem się z Bachem zasnął pod krzesłem, a starszy mył sobie jajca w kwiatku. Gdzieś na piętrze nasza pani grała na pianinie, a słodkie brzmienie instrumentu było słyszalne nawet tutaj. Nagle jak oparzona do pokoju wbiegła Amelia. Stara kotka miała przerażenie wymalowane na pysku. Z poślizgiem zahamowała na panelach i głośno krzyknęła. Moi bracia obudzili się od razu, a Bach na chwilę zaprzestał się myć i spojrzał na rodzicielkę. Ja podniosłem łeb z łap i ziewnąłem przeciągle. Matka zlustrowała naszą czwórkę wzrokiem, a potem wrzasnęła jeszcze raz, ale tym razem o wiele głośniej i dłużej.
- Tam w pokoju obok jest taka wielka, okropna żaba! Albo to ropucha. Albo wąż. Nie mam pojęcia, ale to jest wielkie i się rusza. Nie idźcie tak skarbeńki, bo coś wam się stanie - wytłumaczyła drżącym głosem Amelia, a po tym usiadła z spuszczoną głową. bach zszedł z doniczki i otrzepał się od ziemi. Ominął starszą i poszedł do pokoju skąd wybiegła wcześniej i gdzie podobno miało być monstrum, które przestraszyło kotkę. Wszyscy wyczekiwali jak najstarszy przyjdzie z potworem w pysku, który już nic martwy nie zdziała. Jednak to się nie stało.
- Ej, bo tu tylko ten tłustodupiec śpi, ale akurat porównanie go do ropuchy jest bardzo trafne, bo wali na kilometr.

Od Mozarta CD Luxa

Skrzyczałem kocura, a on przepraszając mnie coraz bardziej dygotał. Wyglądał jakby był bliski płaczu, jego srebrno-żółte ślepia były wilgotne, a końcówka jego ogona drżała widocznie. Głośno nabrałem powietrza i wypuściłem go z głośnym świstem. Przeniosłem swój ciężar z jednej nogi na drugą, czekając na kolejne reakcje kocura. Jednak nic nie powiedział, tylko odwrócił się i odszedł w tylko sobie znanym kierunku. Wlokąc za sobą swój ogon oddalał się od mojego podwórka.
- Hej ty! Jeszcze nie skończyłem! - zawołałem nieznajomego tak głośno, żeby na pewno mnie usłyszał. Biały jednak nie zareagował, ale jego uszy zadrgały, więc na pewno usłyszał moje słowa. Po prostu je zignorował. Jak on mógł?! - Nie udawaj, że nie słyszysz jak do ciebie mówię! Okaż mi choć trochę szacunku! - wydarłem się jeszcze głośniej. Oburknąłem coś pod nosem i zacząłem biec w stronę kocura. Szedł bardzo wolni, jakby tylko prosił o to żebym do niego podbiegł i kontynuował rozmowę. Kilka większych susów i byłem już obok kocura, który nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Zlustrowałem jego osobę uważnie. Najciekawsze okazały się oczy kota. Przykryte biała mgiełką, niewidzące spojrzenie miał wlepione w swoje łapy. Widocznie był ślepy, ale to nie zmienia tego, że wbiegł we mnie bez żadnego uzasadnienia. Delikatnie dotknąłem nieznajomego nosem w bok żeby zwrócić na siebie uwagę kocura. Ten zatrzymał się i nastawił swoje uszy w moją stronę, żeby wychwycić każdy dźwięk, który będę wykonywał podczas jakiegokolwiek ruchu.
- Jesteś ślepy, prawda? Dlatego mnie nie widziałeś? - zapytałem cieplejszym już tonem

<Lux?>



Od Mozarta CD Luxa

Cała rodzina doszła dziś do pewnego wniosku...
Zaczęło się niewinnie. Słońce ładnie świeciło, więc Chopin pierwszy wybiegł z domu. Za nim szedł Bach z wysoko uniesioną głową. Ociężale, wlokąc za sobą łapy głośno stąpał Beethoven. Matka została w domu, bo uważała, że na dworze grasują borsuki i nie chce narażać życia. Chwile po nas z domu wyszła właścicielka dzierżąc w ręku łopatę do odśnieżania. Wszyscy stanęliśmy pod domem, gdzie śniegu było niewiele. Nagle najmłodszy trzepnął z całej siły Bacha po pysku ogonem i wystrzelił w przód śmiejąc się głośno. Starszy odburkną coś groźnie i pognał za czekoladowym. Wszyscy wiedzieli jak to się skończy. Beethoven westchnął i położył się na wycieraczce powoli zasypiając. Pomruczał przez chwile, a potem przestał i tyle go było. Powoli zacząłem iść w stronę płotu. Stąpałem ostrożnie po śladach wydeptanych butów właścicielki. Wskoczyłem na oblodzony kamienny murek i usiadłem. Jednak po chwili rozległ się trzask. Gałąź jednego z drzew złamała się po ciężarem dwóch braci, którzy razem z nią runęli na dół. Nasza pani podeszła do kawałka drewna i odrzuciła go gdzieś dalej. Oswobodzona dwójka nie ruszała sie przez krótką chwilę, ale potem zaczęła się, jak zwykle, ostra wymiana zdań
- Po cholerę tam właziłeś zdebilniały szczylu! - wykrzyczał Bach wyraźnie poirytowany zachowaniem młodszego. Chopin zaśmiał się i wstał z śniegu. Otrzepał swoje czekoladowe futerko z kryształków zmarzniętego śniegu i przysiadł przed bratem.
- Jestem zwinny jak wiewióreczka, to ty masz dupę grubszą od Becia i przez ciebie spadliśmy, spaślaku - odparł rozbawiony dymny kocur - W sumie nie. Nikt nie jest grubszy od Beethovena, ale i tak schudnij, bo nie wyrwiesz żadnej ładnej kotki na wiosnę i będziesz do końca życiem samotny.
Przewróciłem oczami i zeskoczyłem z murku na drugą stronę. Otrzepałem się z śniegu i rozejrzałem. Przede mną malował się kształt jakiegoś kota, ale coś widocznie było nie tak. Nawet jeśli stałem kilka kroków od niego on dalej szedł, nie chciał mnie ominąć, ani nawet nie zareagował jakkolwiek. Nagle stanął i po chwili zaczął szybko biec w moją stronę. Całym swoim ciałem przyszpilił mnie do ziemi, a ja zdezorientowany nie wiedziałem co mam teraz zrobić. Zmierzyłem kocura gardzącym spojrzeniem.
- Co ty robisz głupcze?!

<Lux?>

Od Mozarta CD Małej Łapy

Ten mały kocur wyglądał okropnie. Miał przeogromne uszy i jeszcze obrośnięte, był po prostu brzydki. Wszędzie wystawały mu kości i widocznie był głodzony. Futro miał matowe, a oczy nie miały blasku życia. Co za niedoświadczeni ludzie się nim opiekują. Prze chwilę mierzyłem wzrokiem czarnego kota. Obejrzałem dokładnie każdą wystająca kostkę, każdy przemoczony od śniegu pukiel sierści. Byłem przygotowany na każdy możliwi ruch. Jednak sprawa właścicieli zbyt mnie ciekawiła. Jeśli w jego domu jest aż tak źle, może powinienem wystawić pomocną łapę?
- Twoje łapy i uszy są dziwne, a to futro? Kto cię tak zaniedbał? - powiedziałem próbując wysilić się na trochę bardziej przyjazny ton. Przestraszony nie odpowie mi na nurtujące mnie pytanie, a ja lubię wiedzieć swoje. Młodzik (starszy od Mozarta) wyraźnie zadygotał. Na jego pyszczek wpełzło zdenerwowanie. Zdezorientowany nagłą zmianą w zachowaniu kocura zrobiłem ledwo widoczny kroczek w tył.
- Ja przynajmniej nie jestem całkowicie zależny od dwunogów i nie jem tego lisiego łajna, które tobie dają. - prychnął mniejszy. Przymrużyłem oczy w cienkie szparki, którymi zlustrowałem kocura. 
- Nie odzywaj się tak do starszych, maluchu! Ja przynajmniej nie wyglądam jakby mnie z rzeki wyłowili - zadarłem łeb do góry i wzrokiem pełnym dumy spojrzałem w oczy Małemu. Gotowała się w nim złość, a cały widocznie drżał. Odsłonił białe kiełki i nastroszył na grzbiecie pręgowaną sierść. - Ja przynajmniej mam co jeść i nie jestem chodzącymi kostkami, przykrytymi skórą. - odparłem spokojnym, ale jadowitym głosem. Moja sierść ledwo co uniosła się na grzbiecie. Nie chciałem pokazać, że nie panuję nad gniewem, jednak wiedziałem, że mogę wybuchnąć jeśli zostanę do tego zmuszony 

<Mały?>

Od Mozarta CD Owocowego Alberta

Po powrocie do domu położyłem się na legowisku mojej pani. Gdzieś obok kwiatka pochrapywał Bach, a spod kartonu było słychać jak Chopin gada przez sen. Dźwięk otwieranych drzwi przerwał ciszę. Poczułem jak ktoś głaszcze mnie po głowie. Zacząłem mruczeć i przekrzywiłem łepek. Po chwili przyjemne uczucie znikło, a ja znowu ułożyłem się wygodniej i zasnąłem.

~~~~~~~~~~~

Obudziły mnie zimowe słońce wpadające do pomieszczenia. Wstałem i przeciągnąłem się ziewając. Rany zakryły się delikatnymi strupkami. Zeskoczyłem na ziemie. Trzepnąłem łapą z karton, pod którym pochrapywał najmłodszy. Dźwięk niezadowolenia wydarł się z pyszczka Chopina. Czekoladowy kocur wygrzebał się spod kartonu i zmierzył starszego rozbawionym spojrzeniem.
- Haha! Mozi kto cię tak urządził? Wyglądasz jakbyś wyszedł spod kosiarki - zaśmiał się widocznie rozbawiony Chopin. Na moim pyszczku zawitał grymas pogardy i niezadowolenia. Jednak nie ma się co dziwić, miałem potargane futro, rany na klatce piersiowej i zabrakło mi kawałka ucha. Bliżej mi teraz do tych obdartych i brudnych kotów z ulicy niż do wyrafinowanego kota z dobrego domu.
- Nie twoja sprawa, głupcze! Lepiej pomóż mi się doprowadzić do porządku i nie zadawaj względnych pytań - zwężyłem oczy w cieniutkie szparki, którymi potem zmierzyłem Chopina. - A potem zapomnijmy o tym - powiedziałem zawstydzony.
- No dobrze, dobrze - po tym jak Chopin skończył się wyśmiewać ze mnie, wyszliśmy z pokoju, zostawiając tam tylko Bacha drzemiącego w doniczce. Nasza pani jak zwykle siedziała obok ognia w kominku, obok niej kręciła się nasza matka, a za nią, bliżej ciepła, wygrzewał się Beethoven. Stara kotka spojrzała w naszą stronę i niczym oparzone podbiegła.
- Na moją ulubioną karmę! Skarbeńku co ci się stało i kto ci to zrobił, i czy jeszcze nic ci nie jest?! - zaskrzeczała staruszka przytulając swój brązowy łebek do mojego boku. Uspokoiłem rodzicielkę cichymi pomrukami. Ta oderwała się ode mnie tylko dzięki Chopinowi, który zaczął z nią jakiś pasjonującą rozmowę na temat kwiatków i pszczółek ( ͡° ͜ʖ ͡°). Otarłem się o nogi właścicielki, która podniosła wzrok znad nut. Spojrzała na mnie z politowaniem.
- Gdzieś ty się wpakował, kochany? - zapytała i wstała, budząc przy okazji Beethovena, który mruknął coś niezadowolony. Po chwili wróciła z szczotką i ułożyła moje dymne futerko. Znowu wyglądałem idealnie, ale to ucho...

~~~~~~~~~~~

Znowu siedziałem na parapecie. To zdecydowanie moje ulubione miejsce w domu. Mogę obserwować co się dzieje na podwórku bez wychodzenia na dwór, a jeśli będzie taka potrzeba, wyjdę. Otarłem się szybę przymykając żółte ślepia. Moim oczom ukazał się kot, którego na prawdę nie miałem ochoty oglądać. Przy bramie zobaczyłem zielony, dobrze mi znany i co najgorsze, brzydki sweterek. Szczurek znowu prosił się o urwanie ucha, ale bójka i dla mnie by się zakończyła źle. Mimo to zeskoczyłem i wyszedłem na dwór przez klapkę w drzwiach. Dużymi susami podbiegłem do płotu i wskoczyłem na niego. Zmierzyłem kocura wrogim spojrzeniem.

<Alberciku?>


29 grudnia 2017

Od Mozarta CD Owocowego Alberta

Zdezorientowany zachowaniem tego nagiego przybłędy odsunąłem się. Zgarbiłem się lekko i zjeżyłem futro na grzbiecie. Odsłoniłem białe kiełki i prychnąłem wrogo. Szczurek machnął ogonem i wykrzywił pysk w zwycięskim uśmieszku.
- Co ty sobie wyobrażasz brudny, zapchlony szczaczu! - odgryzłem się, a na pyszczku szczurka pojawiło się więcej zmarszczek, kiedy zawitała tam złość. Zasyczał groźnie, przez chwile wpatrywał się we mnie. Miałem już wrócić po gryzonia, którego chciałem dać mojej pani i skierować się do domu, ale nagle kocur skoczył w moją stronę. Przewalił mnie na grzbiet i łapą zaczął drapać po klatce piersiowej. Tylnymi kończynami odrzuciłem brzydkiego kocura i gotowy na kolejną szarże wystawiłem pazury. Szczurek podbiegł, a padłem na ziemie. Ledwo drapnięty skoczyłem na niego. Wbiłem kiełki w nieposzkodowane ucho przeciwnika. Wyrwałem mały kawałek i krótkiej szarpaninie. 
- No chyba cie coś trafiło, że mam teraz bez uszu chodzić lalusiu! - wysyczał bezwłosy wyraźnie ROZSIERDZONY. Zmęczony walką dyszałem ciężko, jednak nie miałem zamiaru się poddawać i dawać mu satysfakcji z wygranej bójki. 
- Gorzej i tak wyglądać nie będziesz - odparłem świszczącym głosem. Nabrałem głębszego oddechu i podbiegłem do kocura. Z zamachem dałem mu pazurami po pysku. On odpowiedział podobnie - wgryzł mi się w ucho i szamocząc oderwał sporą część czubka. Szczurek wypluł dłuższe futro z pędzelków i puścił mnie. Oblizał pyszczek i kiedy poczuł krew, która kapał ze świeżej razy pobiegł w jakimś nieznanym mi kierunku. Zdezorientowany nagłą ucieczką przeciwnika padłem na zmrożoną ziemie. Łapczywie nabierałem oddechu. Po chwili wstałem na trzęsących się łapach i podszedłem do zdobyczy, która została pod płotem. Wskoczyłem na kamienne słupek wraz z nornicą, którą niosłem w pysku. Wlokąc za sobą ogon wróciłem do domu, gdzie znowu będę musiał użerać się z rodzinką.

<Albert? Pewnie się spotkają rano na następny dzień, kiedy Mozi będzie siedział na parapecie>

28 grudnia 2017

Od Mozarta CD Owocowego Alberta

Tupot łap. Trzask. Wrzask. Łup. Drzewko, które nasza pani wcześniej ozdabiał jakimiś kulkami spadło na ziemie. Gdzieś spod igieł wystawała czarna łapa Bacha, a obok, czekoladowy ogon Chopina. Najpierw spod niego wygrzebał się starszy. Ogon brązowego zaczął nagle się ruszać. Jednak żyje. Nikomu jednak się nie śpieszyło żeby pomóc. Po chwili cała rodzina siedziała obok siebie i czekała na właścicielkę, która miałaby to posprzątać. Bach i Chopin się na chwile uspokoili, nawet jeśli nikogo nie było wtedy w pokoju, każdy wiedział, że byli za to odpowiedzialni. Matka przymrużyła oczy i po chwili zaczęła się psychicznie śmiać. Byliśmy już przyzwyczajeni do takich zachowań rodzicielki. Na schodach rozległ się głośny i szybki tupot. Kobieta po chwili wyniosła każdego z nas. Beethoven ułożył się na posłaniu i położył łeb na przednich łapach. Chopin wskoczył do wielkiego pudła, a Bach zajął miejsce gdzie rósł duży kwiatek. Amelia gdzieś znikła. Położyłem się na dużym legowisku, gdzie miała zwyczaj spać nasza pani. 
- Moglibyście chociaż raz zachować się odpowiedzialnie - mruknąłem w stronę braci. Czarny kocur przewrócił oczami i prychnął coś po nosem. - W końcu zapłacicie za to życiem.
- Dramatyzujesz Mozi. My zawsze uważamy, po prostu rzadko nam wychodzi. Chyba nie zabronisz nam się bawić? - powiedział z uśmiechem na pysku Chopin. Łapa czekoladowego kocura wyłoniła się spod kartonu żeby po chwili znowu zniknąć. - My przynajmniej wzmacniamy braterską więź. Może ty też spróbujesz? To może być bardzo zabawne. 
- Ja i Mozart nie zadajemy się z przygłupami. - odezwał się na wpół śpiący Beethoven. Nastała chwilowa cisza. Przerwał ją Bach, który musiał sobie parsknąć pod nosem. 
- Gruba dupa~ - zaśmiał się najmłodszy. 
- To zapasy na zimę idioto. 
- Akurat! 
Bach okręcił się kilka razy i położył w ziemi obok kwiatka. Trzepnął kilka razy ogonem i zasnął. Pozostała dwójka dalej prowadziła słowne potyczki na temat nadwagi Beethovena. Przez lekko otwarte okno wpadł zimny wiatr. Spojrzałem po braciach i wymknąłem się na dwór. Nawet jeśli śnieg jest zimny, a wiatr mocno wieje lubiłem zapach świeżego powietrza i drzew z lasu. Zeskoczyłem z parapetu na biały, lodowaty puch. Dużymi susami dobiegłem do płotu. Wskoczyłem na niego i rozejrzałem sie po okolicy. Wszystko jak zwykle: śnieg, drzewa, domy, szczekanie psów, zapachy innych kotów, ludzie. Moją uwagę przykuło jednak poruszenie się kilka domów dalej. Przeszedłem po płocie bliżej. Na białym puchu siedział brązowy gryzoń. W pośpiechy jadł nasionko, które zapewne znalazł w śniegu. Z góry miałem go jak na tacy. Zeskoczyłem tylko i przyszpiliłem chude ciałko do ziemi. Cichy pisk wydarł się z jego pyszczka. Pacnąłem go jeszcze raz łapą i zwierzak przestał się ruszać. Tarmosząc ofiarę w łapach nie usłyszałem kroków za sobą. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, jakiś dziwny, łysy i brzydki kot pacnął mnie łapą w ogon. 

<Owocowy Albert?>

26 grudnia 2017

Od Mozarta

Za oknem prószył biały śnieg. Wiatr targał koronami wysokich drzew, które wyginały się pod jego ciężarem. Ziemia pokryta grubą warstwą puchu raziła w oczy swoją nieskazitelną bielą. Zima nadeszła niespodziewanie szybko i od razu pokazała na co może ją stać. Płatki śniegu spadały bez przerwy. Mróz i chłód podoby nie mógł mnie jednak dotknąć. Siedząc na parapecie, w ciepłym, przytulnym domu nie musiałem się obawiać zimna. Moja pani siedziała przy tym świecącym pudełku od bardzo długa. Obok niej leżał, cicho pochrapujący Beethoven. Gruby, krótkowłosy kocur przez sen uderzał ogonem o posadzkę. Gdzieś dalej słychać było wrzaski Chopina, który znowu skakał po wszystkim razem z Bachem. Oczywiście dzień bez zrobienia sobie krzywdy, był dla tej dwójki dniem straconym. Młodszy kocur rzeczywiście musiał mieć coś z głową, było to bardzo prawdopodobne, bo ilość upadków podczas tych ich “zabaw” powinna być już dawno śmiertelna. Starszy za to potrzebował atencji i musiał pokazać reszcie, że nie warto z nim zadzierać. Jednocześnie najdziwniejszą i najnormalniejszą osobom w tym domu była moja matka. Zdziwaczała ze starości kotka, co prawda bardzo… specyficzna, ale porównując ją do zachowanie reszty rodzinki potrafiła się zachować. Staruszka spała na swoim legowisku obok buchającego ognia. Cicho zeskoczyłem z parapetu. Szybkim truchtem podbiegłem do ganiające się dwójki. Właśnie w momencie kiedy znalazłem się pod nimi, najstarszy z rodzeństwa skoczył na młodszego, strącając go. Zrobiłem krok w tył, a czekoladowy kocur z hukiem wylądował na cztery łapy obok mnie.
- Ha! I co nadęty bufonie?! Gdybyś to ty skoczył to pewnie wszystko by się zatrzęsło grubasie! - zawołał kpiąco Chopin. Zamknął oczy i wypiął dumnie pierś. Gdyby nie głośny tupot łap brata pewnie dalej napawałby się swoją wygraną. Kiedy Bach zeskoczył z ostatniej półki, czekoladowy kocur przygotował się do skoku. Naparł na starszego i razem przeturlali się dalej.
No tak. Zwyczajna rozmowa z nimi graniczyła niemal z cudem. Każdy miał zawsze coś lepszego do roboty. Beethoven zazwyczaj śpi, Bach i Chopin ganiają się nawzajem i skaczą do gardeł, a matka gada o głupotach, których słuchać się nie da. Wróciłem na swoje dawne miejsce na parapecie. Otarłem się o szybę i usiadłem. Wszystko było takie samo jak chwile temu. No prawie. Pod drzewem- gdzie śniegu było trochę mniej, siedział ciemny, drobny kot. Nie miałem za dużo do roboty. Nawet jeśli śnieg jest okropny to może spotkanie z kimś nowy będzie lepszym rozwiązaniem niż patrzenie na harce dwójki rodzeństwa. Zacząłem głośno pomiaukiwać. Po chwili podeszła do okna moja właścicielka i otworzyła okno. Wyskoczyłem na dwór. Zimny śnieg okrył całkowicie moje łapy. Powoli podszedłem do drobnego gościa, który siedział pod dębem.
<Mała Łapo?>