Po błędzie Wiciokrzewu była zmuszona przejąć szkolenie Gołąbka, gdyż tak naprawdę jako jedyna wśród mieszkańców dziupli uzdrowicieli go nie miała. Purchawka szkoliła Modrogończyka na przyszłego szamana, na co biała niezbyt przychylnie spoglądała. Obecnie bardziej im się przydadzą uzdrowiciele niż kolejny szaman, w dodatku wolała nie dopuszczać do siebie myśli, że jej dawna mentorka niedługo odejdzie do starszyzny na emeryturę. Nie chciała, by ta opuszczała ich legowisko — wystarczyło, że liliowy to uczynił.
Dawniej może i przeszkadzała jej obecność Wiciokrzewu, szczególnie na początku, kiedy to nadal żyła śmiercią swojej matki, jednak teraz wszystko wyglądało inaczej. Zielonooki był dla niej nieco, jak zastępczy ojciec, gdyż biologicznego nigdy nie poznała, a rodzicielka raczej mało co o nim mówiła. Po tylko księżycach Mistral też już powoli zaczynała zapominać momenty jako kociak, które spędzała u boku białej samotniczki.
Miała wrażenie, że odkąd pręgowanego kocura nie ma blisko, wszystko jakoś powoli się wali na jej oczach. Poczucie przytłoczenia coraz częściej jej towarzyszyło, aż w końcu przerodziło się w bezsenność, którą bagatelizowała. Nawet jeśli doskonale znała skutki swych działań, to uważała, że czas, który dotychczas poświęcała na sen, mogła wykorzystać na plan dotarcia do Wiciokrzewu, by ten w końcu otworzył się na nią.
«★»
Jasne spojrzenie powoli sunęło po każdym kocie w obozie, kiedy to zielarka wychyliła nos poza dziuplę. W pysku trzymała zawiniątko ziół, które w jej mniemaniu powinny pomóc emerytowanemu uzdrowicielowi — co dzień próbowała jakoś do niego dotrzeć. Jej wizyty w legowisku starszyzny stały się tak częste, że już pozostali Owocniacy nie spoglądali w stronę wejścia, kiedy tylko do ich uszu docierał dźwięk stawianych kroków. Może i zachowanie kotki było nieco egoistyczne, lecz pozostali mieli opiekę uczniów oraz stróżów, Wiciokrzew natomiast był tylko w jej łapach. Nie miała zamiaru komukolwiek pozwolić zniszczyć to, co skrupulatnie w ostatnich księżycach budowała.
Ledwo zdążyła wykonać pierwsze kroki w stronę ośnieżonego centrum obozu, kiedy przed nią pojawił się liliowy zwiadowca. Nieco tym zirytowana, trzepnęła końcówką ogona, choć na jej pysku widniał lekki uśmiech.
— Co Cię sprowadza Kurko? — spytała, kiedy tylko odłożyła trzymane zioła na ziemię przed swoimi łapami.
— Moja córka choruje i obawiamy się w żłobku, że to kocięcy kaszel.
— Przyprowadź ją — oznajmiła, na co starszy skinął głową i ulotnił się do żłóbka. W tym czasie biała westchnęła, obracając się na pięcie, by przygotować zioła dla Alki. Że też akurat teraz ktoś musiał jej ogon zawracać, szybko się z tym uwinie i pójdzie do Wiciokrzewu.
Długo nie musiała czekać na zmartwionego rodzica ze swoją pociechą. Do teraz Mistral myślała, że wyleczenie koteczki pójdzie szybko i sprawnie, lecz bardzo się myliła. Czekoladowa na każdą próbę podania ziół kręciła nosem, non stop oznajmiając, co jej się w nich nie podoba. Zielarka początkowo myślała, że wyjdzie z siebie w takim tempie i miała ochotę wręcz siłą wepchnąć lekarstwa w ten pyskaty pyszczek. Dopiero z późniejszą pomocą Gołąbka udało się namówić czekoladową.
— Nigdy więcej… — mruknęła, kładąc się na swoim posłaniu w głębi dziupli.
— Fakt, to był oporny przypadek — przyznał jej rację młodszy.
— Miałam iść do Wiciokrzewu, lecz Kurka z Alką mi plany pokrzyżowali… — poskarżyła się, mając dość tego wszystkiego. Odkąd pręgowany otruł Smugę i trafił do starszyzny, każda para łap się liczyła przy leczeniu Owocniaków. Na szczęście niewielką pomoc stanowił Modrogończyk, który postanowił iść w ślady matki.
— Teraz idź, ja na razie nigdzie się nie wybieram.
— Dzięki Ci Gołąbku, wiszę Ci największą piszczkę, kiedy tylko pora nagich drzew minie.
Nie czekając dłużej, podniosła się z dotychczasowego miejsca i niemal jak poparzona opuściła dziuplę, wcześniej zgarniając pakunek ziół, który przygotowała z myślą o starszym.
«★»
— Wiciokrzewie — zaczęła, podchodząc do zielonookiego. — Jak się dzisiaj czujesz? — spytała, ostrożnie kładąc zioła na ziemi, by następnie usiąść przed dawnym uzdrowicielem. Liczyła, że może dziś jej się uda z nim porozmawiać, że w końcu nadszedł dzień, kiedy to kocur, choć minimalnie się bardziej na nią otworzy.
<Wiciokrzewie?>
Wyleczeni:
Alka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz