Przed spaleniem się lasu, jeszcze podczas knucia intryg przeciwko Króliczej Gwieździe.
Tańcujące Pierze szedł pewnym krokiem, czasem zerkając przez ramię na ledwo żywego Ciernia. Biedaczek, pomyślał. Szedł jak pijany, jeśli nie gorzej. Zatrzymał się nagle, obracając w stronę kocura.
— Nie wytrzymujesz, co, Gradobijący Cierniu~? — wymruczał ze swoim ciepłym, aczkolwiek prowokującym uśmieszkiem.
— Nie. Wszystko w porządku. Gdzie zmierzamy? — zapytał spokojnym tonem srebrny, strzepując lekko ogonem.
Pierze ukrył swoje zaskoczenie determinacją Ciernia. Być może się mylił, co do jego wytrzymałości? Hm... musiał zataić swój podziw, aby go nie zauroczył przypadkiem. Zachowaj maskę ciepłego, złotego uśmiechu rycerza.
-Do pewnego miejsca. Musisz przyspieszyć tempo, bo zawadzasz, Cierniu…
— Już idę, no już… — odburknął, przyspieszając lekko. Po dłuższym spacerze, przy którym nie zamienili ze sobą zbyt wielu słów, znaleźli się w końcu na miejscu.
Tańcujące Pierze poprowadził ich do metalowej, wielkiej puszki porzuconej przez dwunożnych. Pewnie wszedł na pokład, cierpliwie czekając na Ciernia. Następnie zniknął w ciemnościach samolotu, niespodziewanie zostawiając na chwilę Ciernia samego z własnymi myślami. Długa chwila minęła, zanim świeży wojownik mógł usłyszeć szuranie czegoś z głębszej części puszki. Cóż to mogło być? Pierze w końcu wynurzył się z potwora, coś ze sobą ciągnąc. W końcu udało mu się wydostać z blaszaka coś, co miało w sobie trochę zapachu dwunożnych. Cierń przyjrzał się jego znalezisku zmieszany, a Pierze wyglądał tak, jakby już wcześniej je tam znalazł, przez swój pewny krok i minę. W końcu z niecierpliwością, ale i ciekawością, zdecydował się w końcu zapytać o jego skarb.
— Co tam masz? Jakieś pułapki na lisy? — prychnął srebrny.
Pierze popchnął wielkie, papierowe pudło dwunożne w kierunku Ciernia. W nim znajdowały się... rękodzieła Dwunożnych? Kwiatki?
— Znalazłem to dziewięć księżyców temu wraz z Lodówkową Łapą — wyjaśnił powoli, jakby tłumaczył zasady kociakowi. — W tym... niby legowisku? Nieważne, w tym czymś znalazłem wraz z nią wianki! Takie, które są wieczne, ale nie pachną! Postanowiliśmy je ukraść i zanieść tutaj, bo nikt inny tu raczej nie zaglądał. Wzięliśmy dla siebie wianki... - spojrzał na niego szmaragdowymi oczętami spod białego, gęstego wachlarza spiczastych rzęs. — ... Ale z tobą mogę się również podzielić.
Odwrócił się do niego plecami, grzebiąc w przedmiotach dwunożnych.
— No, to co byś chciał? Od wyboru, do koloru! Ci dwunożni... są bardzo inteligentni, wiesz? Umieją tworzyć wieczne kwiaty. Nie rozumiem, czemu koty tak bardzo nimi gardzą... — mamrotał, wypinając zadek w stronę Ciernia, próbując czegoś dosięgnąć. — Może moglibyśmy z nimi się zaprzyjaźnić... ciekawe, czy Rybka żyje... - ostatnie słowa powiedział ciszej, najprawdopodobniej do siebie. Jaki on to błąd popełnił, obracając się tyłem do mściwej osoby.
— Zaprzyjaźnić? Chyba źle ci robi wychodzenie na tak długo z obozu. Lub widok krwi… — ostatnie zdanie wyburknął pod nosem. Podszedł jednak po chwili zaciekawiony do pudełka, rozglądając się po wiankach. Faktycznie, gdy zawęszył nie czuł żadnego zapachu. Chwilę szperał, jednak myślał nadal o kocura słowach. — Z resztą, kim jest Rybka? Chyba nie wspominałeś o niej nigdy, ale mogę się mylić. Wybacz, po prostu szkolenie zajęło mi głowę.
— ...Obóz to odpowiednik przyziemnego Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, Cierniu — odpowiedział wyjątkowo poważnie, próbując ukryć urazę. Spojrzał z niedowierzaniem na jego pysk.
— Ty... ty zapomniałeś o Rybkowej Łapie!? — wypowiedział te słowa z wyraźnym zaskoczeniem. — Ej, nie rób sobie jaj. Przecież tak dużo nie minęło od jej zaginięcia... prawda? — dodał, po czym zajął się dalszym grzebaniem w wiankach.
Kocur widocznie sie speszył, bo odchrząknął odwracając wzrok.
— Przepraszam. Nie wiem, co ostatnio jest nie tak z moją pamięcią. Wszystko jest takie… Dziwne. Sam nie wiem. Rybkowa Łapa, tak, pamiętam ją. — znów zanurkował łapą w wiankach, dalej nie mogąc się zdecydować. Podobało się mu kilka, ale nie był pewny, które pasowałoby mu najlepiej… — Może… Chciałbyś wybrać za mnie? Wiesz, nie znam się na modzie tak, jak ty. Tobie ewidentnie bliżej do modela niż mi.
— Mhm... — wymruczał, uciekając wzrokiem. Musiał skupić się na wiankach.
Rybkowa Łapa to był... dosyć wrażliwy temat dla Pierza. Czasem zastanawiał się nad ich relacją. Czy była to rzeczywiście piękna przyjaźń, czy... wolał teraz o tym nie myśleć. Sama myśl o Oświeconej go narażała na przyspieszony oddech i niepotrzebne nerwy szkodzące jego piękności.
Kątem oka obdarzył go spojrzeniem, po czym wrócił oczami na wianki. Zmrużył oczy. Oczywiście podobały mu się pochlebstwa, ale musiał mieć się na baczności. Wiedział, do czego Cierń mógłby się posunąć, aby tylko się przypodobać. Idealna broń.
— Cóż... — zaczął cicho, grzebiąc łapą w pudle, prawie wpadając do niego. Tylko długie nogi wystawały na razie. — Granatowe będą ci do twarzy, Cierniu... Hm... — mówił, powoli odcinając się od otaczającego go świata. Skup się na wiankach, skup się na wiankach…
Cierń przechylił głowę na bok, patrząc, jak Pierze ocenia go i dobiera mu idealny wianek.
— Tak myślisz? W sumie, pod kolor oczu… Podoba mi się ten pomysł. Znalazłby się taki? — widział, że Pierze prawie wpada do pudełka. Nie chciał go wkurzać, ale zabawnie byłoby, gdyby teraz go tam tak wepchał…
Widząc nieuwagę kocura, zdecydował się na głupi psikus. Może nie pourywa mu uszu… Zaczął się skradać, a gdy zbliżył się na tyle, aby trafić, skoczył na niego, przez co ten wpadł do środka pudełka z wiankami. Zaskoczony uległ i trafił do pudła, jednakże szybko wyskoczył prosto przed Cierniem. Wyglądał na zaskoczonego, ale po chwili zmarszczył brwi i spojrzał na niego z wyższością, z widoczną odrazą.
-Może jakieś dzień dobry przed klepaniem mojego zadka, co? — zaczął z prowokującym uśmieszkiem. — Jesteś obleśnym staruchem, wiesz o tym? - miauknął pewniej. — Bawisz się w tatusia czy co? — dodał na koniec i zmrużył oczy w szparki.
Tańcujące Pierze w rzeczywistości chciał się z nim podroczyć, ale nie wiedział jak Cierń do końca by zareagował.
Cierń nagle spoważniał, patrząc na niego teraz zimnym wzrokiem. — Co ty właśnie powiedziałeś?
— To, co usłyszałeś.
Wojownik nastroszył futro, w końcu nie wytrzymując. Złość przejęła górę, a Cierń wyskoczył na kocura. Ten nie zdążył zareagować, więc wylądował pod nim. Cierń ugryzł go w ramię, przybijając go do ziemi. Zaskoczenie szybko minęło. Tańcujące Pierze zmarszczył pysk i syknął z bólu. Kopnął go ostrzegawczo tylnymi łapami w brzuch. Cierń odskoczył. Rudy stanął przed nim, ostrzegawczo machając ogonem.
Spojrzał kątem oka na szkarłatne ramię, gdzie Gradobijący Cierń pozostawił ślady kłów. Zrobiło mu się słabo. Pokręcił głową i spojrzał na kocura nienawistnie.
— Co ty odwalasz!? — warknął, płaszcząc uszy.
— Mam dość twojego ciągłego obrażania mnie! Może czas abyś to ty nauczył się gdzie jest twoje miejsce! — po tych słowach podbiegł do kocura, wskakując na jego grzbiet. Złapał się mocno pazurami jego futra i wgryzł mu się w kark, na co ten wrzasnął. Szybko jednak się okręcił, zrzucając go z siebie. Pierze ruszył na niego, wgryzając się w jego tylną nogę. Srebrny chciał mu oddać, jednak przeciwnik zdecydował się złapać go za kark i rzucić nim w bok. Gradobijący cierń z łomotem trafił na pobliskie drzewo, przez co nie mógł aż złapać oddechu. Nie zdążył się pozbierać, a Pierze już pobiegł w jego stronę, przybijając go jeszcze mocniej do drzewa. Gradobijący Cierń pisnął z bólu, czując, jak z głowy cieknie mu stróżka krwi. Przez jego plecy promieniował ból aż do każdej z kończyn, przez co grymas uformował się na jego pyszczku. Otworzył szeroko oczy, wpatrując się w Tańcujące Pierze.
— P- puść mnie! Tylko się nade mną znęcasz, kompletnie ci na mnie nie zależy! — warknął do przeciwnika srebrny, na co ten wpatrywał się na niego teraz zdziwiony.
— Dlaczego miałoby zależeć? Sam to powiedziałeś; jesteś moją bronią. Niczym więcej. Zrozum to, Cierniu. Gdy tylko uda się nam zrealizować nasze cele, nasze drogi się rozchodzą. — Cierń na słowa kocura z całej siły jaką tylko mógł zebrać w sobie odepchnął go, zadrapując mu brzuch. Pierze odskoczył, bijąc ogonem po ziemi.
— Ale mi zależy! Może… może ja nie chcę, aby nasze drogi się rozchodziły! — przez chwilę w jego oczach było widać iskierkę czegoś niespotykanego pewnie nigdy wcześniej przez Pierze. Może nadziei? Albo czegoś innego? Cierń zwiesił ogon. Czuł, jak siły powoli odchodzą od niego. Dyszał ciężko, próbując nadal zadać jakikolwiek cios przeciwnikowi, jednak bezskutecznie. Zamachnął w jego stronę łapą, ale zachwiał się, przez co kontratak Pierza, nawet niekoniecznie silny, powalił go nie ziemię. Cierń upadł, a jego ciało odmówiło już posłuszeństwa. Odkaszlnął, przy czym przez jego ciało przeszedł dreszcz. — Z resztą, nie ważne… Przecież ciebie to nie obchodzi. Faktycznie, tobie na mnie nie zależy. — Chwiejąc się podciągnął się, teraz siedząc przed kocurem. Dyszał, trząsł się, a jego wzrok był wbity w ziemię, pusty. Kocura po prostu nie obchodziło to, co czuje srebrny.
— Nie powiedziałem, że nie zależy. Zapytałem dlaczego według ciebie miałoby. O to nie masz zamiaru walczyć? — zapytał go Pierze, który teraz siedział z ogonem owiniętym wokół łap przed przegranym. Cierń odwrócił wzrok, teraz patrząc na jedno z drzew, jednak nie było mu dane podziwianie jego kilkudziesięcioletniego pnia, gdyż Pierze podszedł do niego, przesuwając swoim ogonem pod jego podbródkiem, aby ten skierował na niego wzrok. — Spójrz na mnie, Cierniu. Skoro aż tak ci zależy, to zapracuj sobie na to, aby mi też zależało.
— To nie ma sensu, bo to nigdy nie będzie szczere z twojej strony. — wyszeptał w odpowiedzi słabo srebrny. Spojrzał na swoje, a potem na kocura rany, nadal nie chcąc łapać jego wzroku. — Nie możemy tak wrócić do obozu. Trzeba będzie się wyczyścić. — Zaczął wylizywać rany, przy czym skrzywił się lekko z bólu. Nie spodziewał się jednak, że nagle poczuje na swoim boku czyjś język, a nie swój własny. Spojrzał w końcu na kocura, który teraz w ciszy wylizywał rany Ciernia, gdyż miał ich o wiele więcej, niż on sam. Zdecydował się nie protestować. Po prostu mu na to pozwolił, jednak nie wiedział, czy jeszcze będzie mu dane kiedykolwiek mieć taki moment z Pierzem.
***
Powrócili do obozu, jednak ciężko było wytłumaczyć ich rany. Zdecydowali się w drodze pójść do Zawodzącego Echa, aby zgłosić, że widzieli lisy na terytorium. Odszukali go, prosząc o rozmowę, na co zastępca się zgodził. Usiadł, patrząc na ich rany i czekając na to, aż któryś się odezwie, a że Pierze siedział cicho, to padło na Ciernia.
— Na terenie Klanu Burzy był lis. Zaatakował nas. — powiedział, patrząc na zastępcę zdyszany. Kocur patrzył po nich zdziwiony, jednak skinął głową.
— Zarządzę dodatkowe patrole. Dziękuję za informację, Gradobijący Cierniu. Wybierzcie się do medyków, muszą was opatrzeć. — obaj skinęli na słowa zastępcy i odeszli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz