Na terenach Klanu Wilka zagościła wyjątkowo lodowata Pora Nagich Drzew. Liczba patroli musiała zostać ograniczona ze względu na częste śnieżyce, a sterta zwierzyny zmniejszyła się przynajmniej o parę zdobyczy. Młodsi wraz z wojownikami zajmowali się odśnieżaniem legowisk po nocach z temperaturą nieschodzącą z ujemnych liczb, a starsi skarżyli się na doskwierający ból stawów i głowy ze względu na nagłą zmianę. Uczniowie zadbali o to, żeby legowiska w kociarni były wyścielone gęstym pierzem ptaków, a także resztą ściółki nieprzepuszczającej chłodów tak łatwo. Jakby tego było mało – sama karmicielka miała do zaoferowania półdługą sierść do ogrzewania malców, które lada moment miały przyjść na świat, dlatego miała pewność, że będą zaopiekowane. Zastanawiała się, jak bardzo odmienne teraz jej życie będzie. Odkąd zadomowiła się w kociarni, miała mało okazji ku temu, żeby porządnie zmęczyć łapy. Może wyszła z wprawy? Czy gdyby stanęła teraz do walki z tamtą kotką z Klanu Burzy, czy nadal byłaby na wygranej pozycji? Tak, nawet teraz, bez dwóch zdań. Tamta kocica była wyjątkowo żałosna.
Jej brzuch stał się obrzmiały, a sama ostatnio przyuważyła u siebie pewne zmiany. Nerwy puszczały jej dużo szybciej, czuła nierzadko nudności i w dodatku miewała problemy ze snem, a nie wolno było jej pobierać maku od medyków. Stała się wybredna i jeśli położono przed nią cokolwiek innego niż zając lub królik, wyładowywała własną frustrację na uczniach, pierwszą ofiarą tego był biedny Blednąca Łapa, ale szylkretce wcale nie było go szkoda. Parę nieprzyjemnych słówek nie zrobi mu na pewno różnicy. Zioła w celu lepszego wypoczynku mogłyby zaszkodzić kociętom, a tego nikt nie chciał. Miały ogromny potencjał, jako wnuki Zalotnej Gwiazdy i dzieci Ognikowej Słoty. Już na samym starcie ich życie miało być dużo łatwiejsze niż dla innych Wilczaków ze względu na przywileje i dobrą reputację rodziny w klanie. Dlatego już przedwczesne zmarnowanie takiej nadziei byłoby bez sensu, szczególnie po specjalnym pofatygowaniu się, żeby znaleźć im jak najlepszego ojca.Ognikowa Słota odpoczywała wygodnie w legowisku, nieopodal chrapał Tęcza, ułożony tak, jakby złamano mu kręgosłup. Szylkretka przymknęła ślepia na jakiś czas, czując obejmującą ją senność. Las spowijała noc, kilka gwiazd przeświecało między gęstymi, gołębimi chmurami, ale księżyca ani nawet jego chłodnego blasku nie było widać. Wilczaczce nie robiło to różnicy – może poza tym, że nie musiała przekręcać się w swoim łożu, żeby jej nie raziło po oczach. Odkąd Szalej, obecnie Blednąca Łapa, został mianowany, kremus wydawał się dość samotny, chociaż miał towarzystwo Bielinki, co prawda dużo starszej od niego, aczkolwiek musiał się tym zadowolić, przynajmniej na razie.
Nagle dotarły do niej spazmy. Ostre bóle brzucha przegoniły wszelką senność, jaka mogła towarzyszyć kocicy jeszcze parę uderzeń serca temu. Wysunęła pazury, wbijając je w posłanie pod sobą i mrużąc lekko oczy. Wydała z siebie stłumiony jęk. Tuż obok niej podniosła się ruda główka, która szybko pojęła, co miało miejsce i już po paru uderzeniach serca nieopodal znalazł się przynajmniej jeden medyk, wybudzony z upragnionego snu. Mistrzyni nie przypatrywała im się nadto, dlatego też nie skupiła się nad tym, kto konkretnie złożył jej wizytę. Teraz najważniejsze było jednak, żeby poród przeszedł pomyślnie i bez większych komplikacji. Potężne wstrząsy bólu przeszły przez jej brzuch, gdy wierciła się w swoim łożu. Wiedziała, że jej kocięta były już gotowe, by przyjść na świat. Przez ostatnie dni niezwykle dawały jej popalić, kopiąc ją w brzuch i nawet jeśli przeklinała je wtedy w myślach, teraz czuła, że był to dobry znak. Skoro miały czelność robić jej coś takiego… musiały być silne, a przynajmniej jedno z nich. Miała szczerą nadzieję, że Mroczna Puszcza nie obdarzy jej słabym potomstwem. Dyskomfort rozszedł się po całym jej ciele dreszczem, różniąc się od bólu, z jakim spotkała się do tej pory. Nie miała przed sobą przeciwnika, z którym mogłaby się zmierzyć i wyładować na nim frustrację. Zamiast tego podano jej patyk, który po paru uderzeniach serca zaczęła mocno gryźć, niemal nie przygryzając sobie języka. Małe kawałki gałązki ulatywały spod jej pyska, gdy wypluwała je nerwowo. Warknęła, gdy następna dawka przypłynęła do niej niczym chłodne podmuchy z zewnątrz.
Już niedługo jeden z zielarzy pochwycił kocię i przekazał dalej, wydając jasny rozkaz, żeby je wyczyścić. Nie był to jednak koniec, bo już zaraz potem ciało starszej zgięło się nieprzyjemnie, a ogon zjeżył, gdy na świat przyszło następne maleństwo. Słota wytrzymała do tej pory wiele, jednak nawet teraz ciężko było ukryć, że ta sytuacja najzwyczajniej w świecie nie należała do najprzyjemniejszych. Pod łapami chrzęściły jej nieco podsuszone paprocie.
W końcu, po długiej nocy boleści, a także ciemności, u jej boku pojawiły się trzy malutkie kuleczki, każda inna od poprzedniej, chociaż Ognikowa Słota doszukiwała się u nich podobieństwa do niej, a także do jej rodziny. Ostatnią wiadomość o stracie jej braciszka, Cienistej Zjawy, nie zniosła za dobrze, chociaż zrzucała winę na hormony, które do tej pory dawały jej popalić i co, zdawało się, każdy rozumiał. Jako członkini kultu, nie powinna tak bardzo rozczulać się nad utratą bliskiego jej kota; w końcu nie tolerowano słabości, ona sama również się nią brzydziła i od niej stroniła, odkąd tylko pamiętała, ale ze wszystkich kotów, które mogły odejść, jej brat zasługiwał na to najmniej. Nawet jeśli obecnie przebywał już w czułych ramionach kotów z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, ciesząc się swoim zasłużonym miejscem, tak Słota nie potrafiła się ot tak z tym pogodzić. Mieli w Klanie Wilka tak wiele słabych, niepotrzebnych kotów… a zamiast tego odszedł jej brat. Kot, z którym długo się kłóciła i do którego odczuwała ogromny żal, ale z którym udało jej się wreszcie dogadać, gdy przestał się lenić i wziął za siebie, przynosząc rodzinie wiele powodów do dumy. Dlaczego to jego musieli zabrać?
Dwa kłębuszki wierciły się, kopiąc trzeciego, który próbował równie zawzięcie oddać im to, co mu fundowano. Gdyby tylko mogła, wyszłaby z kociarni i zmierzyła się z kimkolwiek, kto odebrał jej brata. Nie mogła tego zrobić jednak wcześniej, jako iż była ciężarna i naraziłaby się na zbyt wielkie ryzyko, a teraz pod jej czujnym wzrokiem siedziało aż pięcioro kociąt, z czego jedno było w wieku młodo wojowniczym, a drugie znalazło się u nich z przypadku. Trzy pozostałe dopiero co pojawiły się na tym świecie. Musiała przełknąć żal i boleści, traktując nieprzyjemne nowinki jedynie jako kolejną lekcję od nieprzewidywalnego życia. Mistrzyni przyciągnęła do siebie jednego z kociaków – czarny, obdarzony pręgami niczym u tygrysa, o jaśniejszej szyi, łapkach i ogonku. Jego futro jeżyło się zabawnie na karku i ogonie, nieważne ile razy by nie przejechała po nim językiem. Malec zaczął kwilić głośno, niezadowolony, że odczepiono go od źródła pokarmu. Kocica zerknęła na siedzącą tuż obok Kocimiętkowy Wir, u której w oczkach tańczyło tak wiele iskier emocji.
— Nazwij go, kochana — zachęciła rudaska, posyłając jej lekki uśmiech. Zielonooka otworzyła ślepia szerzej, jednak po paru uderzeniach serca kiwnęła głową, chowając wystający do tej pory język.
— Iglak. Bo jego futerko sterczy tak zabawnie, słodko — wyjaśniła, z rozemocjonowaniem strzygąc wąsami. — Przypomina mi wszystkie te drzewa iglaste porastające nasze tereny.
Ognikowa Słota kiwnęła głową. Iglak. Kociak, który najbardziej przypominał jej brata, Cienistą Zjawę. Żeby tylko nie odziedziczył po nim lenistwa, które było głównym powodem niezgody między rodzeństwem podczas pierwszych parunastu księżyców ich życia. Oby przynosił jej dumę i sprawiał, że nie pożałowała swojej decyzji o wydaniu na świat potomstwa, tym samym poświęcając część siebie, a przynajmniej swojej kondycji. Odstawiła kociaka nieco dalej od brzucha, na co dymny zareagował determinacją, żeby do niego dopełznąć. Już po chwili wczepił się w jasne kłosy z powrotem, ugniatając swoje miejsce malutkimi łapkami z wysuniętymi pazurami, niczym śnieżnobiałymi igiełkami. W międzyczasie przyciągnęła do siebie kolejnego brzdąca, drugiego kocurka. Zaczęła go wylizywać w celu ogrzania i wybudzenia. Młodziak zaczął cichutko pomrukiwać, głowę opierając na jej łapie.
— Koszmar — miauknęła. Jego ciałko pokrywała szara, nakrapiana szata, przyciemniona przez brązowe pasma i nawet ciemniejsze cętki, biel na łapach, prawie że jak u niej. Nosek miał ciemny, wraz z małżowinami usznymi. Wyrośnie na wojownika. Może będzie kotem siejącym grozę między wszystkimi tymi parszywymi samotnikami. Gdy mistrzyni stanie na łapach, jak tylko dopadnie się jednego z nich, któregokolwiek… na samą myśl miała ochotę wydrapać komuś oczy, a żeby tylko tyle! Buras miauknął gniewnie, gdy matka przestała go wylizywać. Podmuch wiatru dotarł do nich, cętkowany w odpowiedzi się zatrząsł, nieprzyzwyczajony do takich temperatur. Brązowooka przyglądała się każdej najmniejszej reakcji kociaków, wręcz badając je i oceniając już od pierwszych chwil, podczas gdy ruda kocica obok wydawała z siebie piski podekscytowania. Słota zastanawiała się, czy dokładnie to samo czuła Zalotna Gwiazda, gdy miała przed sobą ich trójkę – Pomrok, ją i Cienia. Mimo to cieszyła się w duchu, a nawet pozwoliła sobie na następne rozpromienienie. Kocurek uderzał kończynami czekoladową kuleczkę obok siebie, gdy został odstawiony z powrotem do brzucha. Kuleczka w odpowiedzi szarpnęła łapkami i pisnęła głośno. Miała potężne płuca. Karmicielka wtuliła nos w futerko kłębuszka, w dotyku przypominało dmuchawca, który był o krok od rozsiania swoich nasion wszędzie dookoła, jeśli tylko porwie je konkretniejszy podmuch wiatru.
— Zamroczka — nazwała trzecie i ostatnie kocię. Biel nakrapiała jej uszy, cały brzuch i jeszcze parę miejsc, układając się nieregularnie i w dość zabawny sposób. Gdy dokuczanie jej zostało przerwane, ułożyła się wygodnie przy piersi matki, wtulając delikatnie w dwukolorowe futro, przyciskając do niego pyszczek. Polizała czubek jej głowy, układając futerko w taki sposób, żeby nie uwierało i nie pozwoliło na łatwy spadek temperatury.
Były takie bezradne, a jednak już od pierwszych chwil dało się stwierdzić mniej więcej, jakie będą z charakteru. Całe szczęście, nie urodził jej się żaden słaby kociak, dlatego ewentualne nieszczęście w rodzinie mogła wysłać gdzieś w odmęty swojego umysłu. Po tylu tragediach jedna dobra nowina była czymś, czego potrzebowali wszyscy Wilczacy. Ognikowa Słota miała wrażenie, że jej serce urosło i wypełniło całą jej pierś. Cała mordęga była za nią… a może był to dopiero początek?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz