– Może być.
Figa przymrużyła oczy i popatrzyła na niego przez chwilę, po czym strzepnęła ogonem.
– W takim razie chodźmy! – zarządziła i oboje wymaszerowali z obozu. Praktycznie od razu zatrzymali się przy jakimś drzewie.
– Blisko naszego obozu nie ma lisich tropów, więc musimy pójść gdzieś indziej. Wejdź na drzewo – poleciła zastępczyni. Puchacz niepewnie podszedł do wiązu.
– Niedawno padało… jest śliskie…
– No to co? Deszcz nie odwołuje patroli. Wskakuj!
Uczeń położył po sobie uszy ze wstydu. Jaki miał być z niego zwiadowca, skoro nawet na zwykłe drzewo nie umiał wejść? I to tylko dlatego, że trochę popadało. Mama musiała się z nim męczyć. Spróbował jednak wdrapać się na drzewo. Wczepił jedną łapę, drugą, trzecią. Podciągnął się do góry i… ześlizgnął się na sam dół. Totalna porażka.
– Kiedy wspinasz się po śliskim pniu, jest to szczególnie ważne, żeby podciągać się wszystkimi łapami. I ani na chwilę nie luzuj chwytu!
Napiął mięśnie i ruszył jeszcze raz. Wściekłość na samego siebie napędzała go. W końcu wszedł na jedną z gałęzi i usiadł tam. Chwilę później Figa była już obok niego. Zielonooka uśmiechnęła się.
– No widzisz! Udało ci się! Nie było takie trudne co?
Ale Puchacz nie był z siebie dumny. Był wściekły. Znowu pokazał, jaki jest bezużyteczny. Ani przez chwilę nie wierzył w to, że matka może widzieć w nim postęp, bo w jego mniemaniu takowego nie było. Do tego takie komentarze jak ten jeszcze dolewały oliwy do ognia. Rozmawiała z nim jak z kociakiem! A w międzyczasie Wrona była już pełnoprawną zwiadowczynią.
– No dobra, chodź. Tylko uważaj, żeby nie spaść – Figa zarządziła koniec przerwy i ruszyła do przodu. On oczywiście szedł za nią. Przemykali koronami drzew, co chwila, schylając się, żeby nie dostać mniejszymi gałązkami w oko. Może i wyglądałoby to super Porą Zielonych Liści. Wtedy byliby dobrze zasłonięci liśćmi. Teraz byli widoczni jak na dłoni. Puchaczowi bardzo się ta myśl nie podobała. W końcu zastępczyni zatrzymała się. Chociaż powinna go wcześniej uprzedzić, bo musiał z całej siły wbić pazury w konar, żeby nie spaść. Zachwiał się lekko i po odzyskaniu równowagi spojrzał tam, gdzie kotka wskazywała ogonem. Jakieś ślady tuż pod drzewem, na którym stali. Srebrna zawęszyła, żeby upewnić się, że otoczenie jest bezpieczne, po czym zeszli na ziemię. Tam zobaczył ślad. Był trochę mniejszy od kociej łapy i miał dziwne ułożenie palców. Do tego widać było odciśnięte w ziemi pazury.
– Powąchaj. Zapach jest zwietrzały.
Wziął głęboki oddech i od razu tego pożałował. Woń była ostra i ziemista. Skoro ten zapach był zwietrzały, to jakim cudem koty mogą nie wyczuć lisa szykującego się do ataku?! Szybko cofnął się od śladu. Matka zamruczała z rozbawieniem.
– Widzę, że ci się nie podoba – zauważyła. – Dobrze, to tyle na dzisiaj. Wracajmy do obozu. Może po drodze jeszcze coś upolujesz. Z Powrotem weszli na drzewo (tym razem bez problemów) i skierowali się do obozu.
<Figo?>
[ 505 słów + wspinaczka na drzewa]
[10% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz