Ślub
— Co masz dla nowożeńców, Ulewny Szkwale? — Rogaty Flaming podszedł do fińczyka, zaciekawiony jego zawiniątkiem. Usadowił się obok, patrząc na kocura. Sam również miał prezent, ale... postanowił go na razie schować! Musiał zobaczyć, co mieli inni. Oczywiście jego prezent był najlepszy i z pewnością spodoba się najbardziej. Musiał najzwyczajniej w świecie się rozejrzeć...
Niebieski uśmiechnął się, zauważywszy, iż książę do niego podszedł i przy nim przysiadł.
— Sądze, książę, że na pewno dzięki nim w Klanie Nocy będzie bardziej stabilnie. Trzeba w końcu kogoś, kto przypomni, że królewski autorytet jest ważny w klanie — zrobił chwilę przerwy. — A co książę sądzi o naszych nowych namiestnikach? — zagadał, poprawiając się lekko na swoim miejscu, w dość nietypowy, a może nawet i niewygodny sposób...
Namiestnicy to była nowa ranga, którą obdarzono czwórkę kotów, z którymi, tak naprawdę, point nie miał szczególniejszych interakcji może poza paroma zamienionymi słowami i faktem, iż każdego dnia się widywali przez to, że żyli w jednym obozie. Może powinien, jako iż działali tuż obok rodu królewskiego, dowodząc kotom położonym niżej od siebie, jeśli wymagała tego sytuacja.
Żmijowcowa Wić był jego przyrodnim bratem, ale sam Rogaty Flaming nie czuł się w ten sposób, nie łączyła go nigdy szczególniejsza więź z kocurem, point był raczej zapatrzony w siebie i martwił się własnymi sprawami. W końcu musiał pomyślnie przejść trening i zostać wojownikiem! Zasłuży sobie na to miano po tak ciężkiej pracy. Skoro jednak słynęli z dobrej opinii i nie chwalili czekotów, może rzeczywiście Klan Nocy czekały lepsze czasy. U Flaminga pojawiło się lekkie niezadowolenie, że niebieski zmienił tak nagle temat. Jak on śmiał kierować rozmowę, w którą stronę mu się podobało? Liliowa Pieśń źle wpływała na kocura... — Wstydzisz się swojego prezentu, Ulewny Szkwale? — przypomniał się, a końcówka jego ogona podrygiwała z lekkiego podirytowania. Musiał wiedzieć, czy jego zawiniątko było lepsze. Oczywiście w jego mniemaniu było, ale może Szkwał lepiej znał gust nowożeńców... nie, przecież czemu by miał... To Rogaty Flaming wiedział najlepiej. A pytał kocura tylko po to, żeby upewnić się, że jego pozytywna opinia o księciu się nie zmieniła. Zastrzygł długimi, śnieżnobiałymi wąsami.
Uwagę kocura także przykuła nietypowa pozycja, jaką przybrał łaciaty i uniósł brew, ale wojownik postanowił, że najpierw sam odpowie na zadane mu pytanie, sprawnie wybijając go z coraz to wyżej rosnących podejrzeń wobec nietypowego zachowania kompana. — To porządne koty. Dopóki nie mówią dobrze o kotach czekoladowej maści, to będzie dobrze — powiedział pewnie, mrużąc niebieskie ślepia. — Klan Nocy potrzebuje miłych chwil, szczególnie po tylu tragediach, nie sądzisz? — kontynuował, licząc na bardziej wylewną konwersację dla zabicia czasu. Nie obchodziło go to szczególnie, co działo się w przeszłości, jeśli nie dotyczyło to osobiście jego, albo jego babci, Mandarynkowej Gwiazdy. No i oczywiście matki, kochanej szylkretki, która teraz siedziała dumnie napuszona z futrem tak ulizanym, że aż lśniła w chłodnym blasku księżyca.
— Nie, że się wstydzę, ale nie wiem, czy będzie wystarczający dla kotów tak wysoko postawionych w hierarchii, zdecydowanie wyżej ode mnie — odparł wreszcie fińczyk, gdy został nieco przyparty do muru. W przeciwnym razie nadal by ignorował zadane mu pytanie, skandal! — Wątpię, że będą dobrze mówić o nich, zwłaszcza po tym, jak ta Mysiomózgowa Łapa wpuściła nam bestię do obozu. Jak chciała tego borsuka, to mogła go wpuścić do swojej nory, wtedy ten większy by ją zjadł, szukając tego mniejszego i byłoby mniej problemu — kontynuował ze słyszalnym zamyśleniem. — Sądzę, że owszem, mam nadzieję, że takich miłych chwil będzie tylko przybywać!
— Nawet nie wypada dobrze o nich mówić — podkreślił książe, nawet usatysfakcjonowany odpowiedzią kocura siedzącego obok. Flaming był jeszcze kociakiem, kiedy Mysiomózga Łapa wpuściła do obozu borsuka i nieszczególnie go to obchodziło, raczej był skupiony na tym, żeby to jemu było dobrze. Bardzo irytował go fakt, iż nie pozwalano mu spać, bo to albo trzeba było go chronić, albo przenieść, albo wiecznie budzić... dobrze, że teraz, jako wojownik, mógł sobie spać tyle, ile mu się żywnie podobało. — Czekoladowe koty są problemem i zsyłają na naszą wspaniałą społeczność same nieszczęścia, zawsze muszą wymyślić coś, żeby nam nie było dobrze za długo — przejechał językiem parokrotnie po swojej piersi, ponieważ jeden z kosmyków mu się wykrzywił, a musiał prezentować się olśniewająco. — Ale ty to na pewno wiesz, ponieważ jesteś mądry, w porównaniu do twojej siostry — dopowiedział jeszcze, a na samą myśl o niebieskiej szylkretce jego pysk przyzdobił lekki grymas. Wypędził go jednak i machnął parokrotnie łapą.
— Pomyśleć, że nawet są tak uciążliwe, że siedzą w naszych umysłach. Na szczęście możemy je wyprzeć i jak Książę, powiedział cieszyć się ceremonią ślubną.
— Ale co my tam. Po co mamy rozmawiać o przykrościach, skoro celem dzisiejszego spotkania jest zabawa. Zabawmy się, nie ma co strzępić języka na te pokraki — zaśmiał się, a końcówka jego ogona uderzała lekko o grunt, jakby żyła własnym życiem. Przy wypowiedzeniu tych słów szturchnął lekko w bark, przyjacielsko, fińczyka, a za nim zamigotało liliowe futro. Rogaty Flaming odwrócił się i ujrzał liliową kocicę, jego pysk momentalnie przybrało niezadowolenie, uszy położył po sobie, a serce zastukotało, nie spodziewając się jej tutaj. — Co TY tu robisz? — powiedział chłodno, wpatrując się w zielonooką. Nie była zaproszona!
— Poproszę wszystkich o zajęcie miejsc. Niechaj ceremonia się zacznie! — rozległ się donośny głos Mandarynkowej Gwiazdy. Ulewny Szkwał udał, że nic nie miało miejsca, przy okazji nadal próbując chować za sobą liliową, zajmując tym samym swoje miejsce. Point spojrzał w stronę babki na czas, kiedy mówiła, a potem ulotnił się do przestrzeni wyznaczonej dla niego, co jakiś czas łypiąc wrogo ślepiami w kierunku wojowniczki. Kisił w sobie jakimś cudem emocje, żeby przypadkiem nie wybuchnąć złością i nie zostać wyrzuconym z wysepki. Nie mógł pozwolić na to, żeby jakaś kotka mu zrujnowała opinię wyrobioną o nim. Im więcej na nią patrzył, tym bardziej zasiewało to w jego sercu niezadowolenie, dlatego wreszcie zerknął na nią ostatni raz, a potem na Mandarynkową Gwiazdę, teraz już zwyczajnie, oczekując dalszego rozwoju wydarzeń. Trzcinowy Szmer ustawiła się przy ołtarzu, tam czekał na nią już Żmijowcowa Wić.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła, po czym popatrzyła przez chwilę na oboje państwa młodych, moment później przekierowując wzrok na zgromadzonych. — Jeśli ktokolwiek chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Z tłumu podniosła się dymna kotka, a uderzenie serca później rozległo się donośne:
— Nie zgadzam się! — na jej krzyk zdziwione westchnienia przeszły całą wyspę, a na pyszczku Trzcinowego Szmeru wymalowany był szok i niedowierzanie. Książę poruszył się lekko, nie spodziewał się takiej sytuacji, ale też nie miał żadnych oczekiwań, no może poza podziwianiem jego za sam fakt istnienia, ale to była część każdego dnia... Spojrzał na zielonooką z zaintrygowaniem. Miała odwagę i czelność przerwać taką ceremonię? Musiała mieć rybią strawę zamiast mózgu albo najadła się za dużo ryb! Srebrna kocica u szczytu zmarszczyła brwi z zaskoczeniem, point chłonął każdą reakcję niczym gąbka wodę, niczym podekscytowane kocię, w myślach dopowiadając sobie, jak dalej mogło się to potoczyć, próbując tym samym mimowolnie zgadnąć przyszłość. Niezapominajkowa Nadzieja popatrzyła na parę z pytaniem w oczach.
Nagle jego uszy wyłapały jakiś szept, a potem przemówił Ulewny Szkwał, zaczepiając go. Point zaś nie odpowiedział na pierwszą część, zbyt zajęty całą aferą, musiał przecież coś mieć od życia, bycie księciem w końcu nie jest takie łatwe...
— Co za hańba, że Niezapominajka musi rujnować ten ślub, a nawet to nie początek tej uroczystości!
Rogaty Flaming trzepnął gniewnie ogonem, a niebieski odwrócił się ku kocicy za nim, chowając ją przed czujnym spojrzeniem Flaminga. Urodziwy Szafirek, ta przebrzydła ropucha, również znalazła się u ich boku i zgrywała rybiego móżdżka, kryjąc swoją przyjaciółkę. Wojownik nagle odwrócił się z powrotem ku niezadowolonemu kocurowi, klepiąc się po brzuchu parokrotnie, niczym foka.
— To chyba mi w brzuchu burczy, em... To przez ten chaos.
Point zerknął na niego ze zdziwieniem, gdy fińczyk poklepał się po brzuchu, niczym foka. Nigdy nie widział podobnego gestu u kocura. Czy uważał go za głupiego? Poprawił swoją wspaniałą grzywę, unosząc pysk wysoko i spozierając na niego zniechęcony.
— Zaraz coś zjesz, słuchaj teraz... słuchaj, słuchaj — mówił, próbując z powrotem wczuć się w słuchanie, jednak po chwili usłyszał desperackie, żałosne "bul, bul" co znowu wybiło go z rytmu. Uderzył łapą o grunt, po czym syknął, napinając mięśnie. Od niezbyt nieprzyjemnych słów odciągnął go wrzask gdzieś blisko, któregoś z kotów. Książę usadowił się na swoim miejscu, chyba właśnie tego potrzebował. W sercu mu wrzało, krew się gotowała, a pazury miał uszykowane, by przypomnieć niektórym, gdzie było ich miejsce. Później sobie porozmawia z tą rybo-kocicą i może jej równie durną przyjaciółką! Już ostatnio miał nieprzyjemności z nimi, same problemy. Ktoś jeszcze mógłby nawrzeszczeć na te dwie głupie kotki.
Niezapominajka została wyprowadzona z wyspy przez jego ojca, Błękitną Lagunę. Nie stawiała żadnego oporu, a na pysku miała wymalowany jedynie smutek. Spojrzał na łaciatego z nadzieją, ale błękitnooki jedynie skinął głową. Flaming liczył na to, że może i jego poproszą do pomocy, ale najwidoczniej nie było takiej potrzeby.
Wesoła Łapa wyrosła obok niego niczym z ziemi.
— Panie Książę Rogaty Flamingu, kiedy idziemy jeść?
Kocur spojrzał na Wesołą Łapę, która postanowiła go zaczepić pierwsza. Miał ochotę przewrócić oczami, ale miał być dla niej wzorem do naśladowania, więc... napuszył pierś dumnie i poprawił sobie łapą frędzelki na uszach, które mu się lekko zaplątały. — Jak tylko się wszyscy uspokoją — powiedział pewnie, ruchem ogona zachęcając młódkę do tego, żeby usiadła obok. W tym momencie robiło mu różnicę, czy była gdzieś blisko, bo jeśli była, to mogła się od niego uczyć nawet w tym momencie. Wydawało się, że ta chwila nastąpi za parę uderzeń serca, więc nie trzeba będzie długo czekać. Koteczka usadowiła się tuż obok mentora, również się pusząc, dokładnie tak, jak on, przypominając szary dmuchawiec.
— Proszę o uwagę! Kontynuujemy ceremonię!
— BUL, BAL, BLABUL! — wywrzeszczała Liliowa Pieśń, trzepiąc się pomiędzy futrami bliskich jej kotów. Mandarynkowa Gwiazda pomasowała poduszkami grzbiet nosa z zażenowaniem.
Wesoła Łapa uśmiechnęła się szeroko, a jej koncentracja w związku z ceremonią wyparowała szybciutko.
— A, Panie Książę Rogaty Flamingu, ma Pan przepięęęęęęknee futerko dzisiaj!
Wreszcie ktoś to zauważył! Pysk starszego rozświetliła duma, gdy siedział tak z uniesionym łbem, a obok niego jego uczennica, Wesoła Łapa. — Starałem się! W końcu muszę prezentować się najlepiej — powiedział z zadowoleniem, a już po chwili do jego uszu dotarła kontynuacja słów Mandarynkowej Gwiazdy, dlatego zamknął pysk, akurat swoją babkę-mentorkę szanował i to bardzo. Ruchem ogona polecił młódce obok też, żeby nic teraz nie mówiła.
— Trzcinowy Szmerze, Żmijowcowa Wici czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Buras oczy miał wlepione w oblicze Trzcinowego Szmeru.
— Przysięgam.
Szylkretka zamrugała uradowana, patrząc się na swojego wybranka.
— Przysięgam.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość nieprzerwanie rozjaśnia wasze życia niczym świetliki na łąkach Porą Zielonych Liści!
— JESZCZE RAZ! JESZCZE RAZ! PANIE KSIĄŻĘ ROGATY FLAMINGU, ON JĄ POLIZAŁ AAAAAAAAAAAAA, czy to nie piękne????
Kocur kiwnął głową, skoro każdy teraz mógł wrzeszczeć, to czemu miałby tego bronić swojej uczennicy... I tak ta wrzawa ją zagłuszy, raczej, więc nie przyniesie mu wstydu. Dopóki nie warczała czegoś w stylu "czekoty są najlepsze, powinny rządzić nami, całym Klanem Nocy!" to nie widział kłopotu.
— Wspaniale! W takim razie zaczynamy rzut żabą! — zawołała Trzcinowy Szmer do gości. Czekając, aż się ustawią, złapała w łapki żabę, stanęła tyłem do tłumu, by rzucić na oślep. Płaz poleciał na widownię, podskakując ile sił w kończynach. Wreszcie pochwyciła go Ćmie Mżenie, a już po paru uderzeniach serca wystartowała do niej Wesoła Łapa, krzycząc coś niezrozumiałego dla kocura. Przyglądał się poczynaniom własnej uczennicy, nie interweniując, przynajmniej dopóki nie zrobiłaby czegoś nie tak. W wyrwaniu żaby też nie widział niczego złego, więc nie uznał, by trzeba było cokolwiek z tym robić. A poza tym... nie tylko on tu był, żeby reagować! On się miał prezentować ładnie, wspaniale i dawać przykład każdemu.
Zauważywszy, z jaką łatwością jego uczennica została odepchnięta, skrzywił nieznacznie pysk. Musiała pokazać, że ich treningi nie poszły na marne! "Walnij jej, Wesoła Łapo!" — myślał sobie, a gdy młódka się podniosła, w jego sercu zagościła nadzieja. Jeszcze nie wszystko stracone. Mogła się wykazać. Ignorując zupełnie to, co mówiła (bo nie było to o czekotach), przyglądał się jej ruchom i szukał miejsc, które dało się udoskonalić przy przyszłych szkoleniach. Powinien nauczyć ją, jak się ustawić, żeby jej nikt nie mógł odepchnąć. Wymagało to siły, ale to nic, czego by się nie dało nauczyć (a tak przynajmniej myślał, z pewnością). Następne zwinne ruchy koteczki sprawiły, iż pochwyciła żabę.
Rogaty Flaming otworzył ślepia szeroko, gdy żaba skoczyła prosto na jego pysk. Gdy zetknęła się z jego nosem, wrzasnął, próbując łapami ją zdjąć z siebie. Siłował się z nią przez parę uderzeń serca, niemal zderzając się z paroma innymi kotami, jednak nie było to dla niego istotne, powinni mu zejść z drogi! Wreszcie strzepnął ją poduszką, chociaż pozostawiła po sobie jakieś drobinki ziemi, a same palce miała pokryte swego rodzaju mokrą mazią. Zmarszczył nos, a pysk wykrzywił w obrzydzeniu. Gdy już miał krzyknąć coś do Wesołki, wojowniczka ugryzła małą w ogon i to dość mocno. Rogaty Flaming przygniótł istotkę łapą, odskakując w bok, żeby dwie siłujące się kotki nie uderzyły w niego, wypuścił ją przypadkowo w kierunku swojej uczennicy.
Oczy niebieskiej się zaszkliły.
— Auć to boli! — pisnęła, kładąc uszy po sobie i zaczynając płakać.
Ćmie Mżenie odpuściła sobie na jakiś czas odbicie swojej nagrody, bo, nie czekając długo i nawet nie przepraszając młodej, odeszła gdzieś na bok, więc płaz wrócił w łapki pręguski. Kotka przetarła łzy i spojrzała na stworzenie. Jej wielkie oczka patrzyły każda w innym kierunku. Pociągnęła nosem. Po chwili dotknęła żabę łapką.
— Nie zjadaj mi oczu, potrzebuję ich do podziwiania Pana Księcia Rogatego Flaminga — zaczęła, nadal pociągając nosem. — Przez Ciebie tamta kotka mnie ugryzła, wiesz? Powinnaś pójść do kąta za karę! Ale tutaj nie ma kątów... więc ci się upiecze!
Point podszedł do płaczącej blisko Wesołej Łapy, po czym ruchem ogona zachęcił ją do tego, żeby wstała, przy tym oglądając ją pospiesznie, czy nie miała nigdzie wyrwanych kępek futra, jakby mógł w jakikolwiek sposób ocenić na tej podstawie, jak bardzo była poobijana. — No już. Wesoła Łapo, jaki prezent przyniosłaś dla nowożeńców? — zapytał. Nie robił tego dlatego, że się o nią martwił... tylko po to, żeby mu nie przynosiła wstydu, nie mogła tak łatwo się rozpłakiwać! No, może trochę się zmartwił, jak się tak skuliła... może liliowa szylkretka jej zrobiła krzywdę. — Musimy im go podarować — mówił.
Kotka spojrzała, cała poklejona od ziemi, brudu, śliny, pewnie śluzu żaby i łez, na swojego mentora, który wygląda jak cud zesłany przez przodków. Pociągnęła nosem i wstała, ocierając łzy.
— Chlip — mruknęła. — Wianek zrobiłam... leży o tam na liściu — pokazała łapką na zlepek krzywych gałązek i listkami znalezionymi dookoła obozu. — Myśli Pan, Panie Księciu Rogaty Flamingu, że im się spodoba? — zapytała z nadzieją w oczach.
W jego ślepiach pojawił się przebłysk obrzydzenia, gdy zorientował się, w jakim stanie była jego uczennica, ale nie mógł z tym za wiele zrobić, nie żeby też chciał cokolwiek robić. Jak wrócą, to powinna doprowadzić siebie do porządku, albo może niech zrobi to któryś z jej rodziców. Podążył wzrokiem i jego oczyska wychwyciły wianek. W źrenicach pojawiła mu się swego rodzaju frustracja. Jego prezent nie wyglądał tak wspaniale! — Tak, na pewno im się spodoba — zapewnił, po czym zachęcił ją do tego, żeby go wzięli. Podszedł do wianka. — Nieśmy go razem, wtedy zobaczą, jak nam bardzo zależy! — kontynuował i chwycił wianek od jednej strony, a drugą, delikatnie, przysunął ku młodej.
Poszli wreszcie ku Trzcinowemu Szmerowi oraz Żmijowcowej Wici i stanęli przed górą prezentów. Ruchem głowy ich przywitał i posłał lekki uśmiech, żeby nie było, że chodzi naburmuszony. — Żmijowcowa Wici, Trzcinowy Szmerze, to dla was od nas — powiedział oficjalnie, spoglądając na dwójkę. Miał nadzieję, że Wesoła Łapa doda coś od siebie, bo on sam nawet nie wiedział, jakich kwiatów tu użyto, nie znał tych gatunków, bo nigdy się nad tym nie zastanawiał.
— Użyłam do niego gałązek! I liści, które znalazłam! Wybierałam takie łaaadne, bo wy jesteście ładni! — miauknęła, jakby powiedziała największy komplement tego świata.
— Piękny prezent. Mama i tata na pewno docenią pański gest — zwróciła się bezpośrednio do Flaminga, taktycznie ignorując jego uczennicę.
Point spojrzał na jedno z dwóch kociąt, do tej pory nie patrzył na nie jakoś szczególnie... bo zajęty był wiankiem i prezentowaniem się, jak najlepiej tylko mógł, no i też robieniem dobrego wrażenie na kim tylko to było możliwe, oprócz kotów czekoladowych, ale nie było tu Fląderki czy Mysiomózgiej Łapy, to nie było mowy o dalszych nieszczęściach. Ukłoniła się tak, jakby jej to przychodziło naturalnie. Kiwnął jej głową. Właśnie takiej reakcji oczekiwał, ale sam nie wiedział, co powinien dodać, jako iż jego uczennica wyjaśniła szybko jakie to były gatunki, a także co nieco o samym wianku, więc od niego nie pozostawało nic więcej. Oczywiście, zawsze dało się zrobić miejsce na powiedzenie także o własnych wspaniałych zasługach, ale czy ze wszystkiego musiał się spowiadać, każdemu? Każdy widział, że był wspaniały. Szacunek mu się należał. Młódka sprawnie zignorowała niebieską pręguskę, całą uwagę skupiając na poincie.
— Jak podoba się panu ślub? Mogę w czymś pomóc? — zapytała. — Może przesuniemy się na bok, żeby zrobić miejsce dla innych gości?
Point przesunął się lekko, chociaż sam nie uważał, żeby zajmował jakoś szczególnie dużo miejsca (mimo że zajmował, bo nie był najmniejszy). — Czy wiesz może, czy twoi rodzice mają dobre stosunki z tamtą kocicą, o? — wskazał ogonem Urodziwy Szafirek, a potem Liliową Pieśń, a na jego pysku wymalował się niesmak. Jeśli mieli, nie świadczyło to dobrze także o jego przyrodnim bracie. Nawet jeśli nie czuł się względem niego w ten sposób, mogło to w pewnym sensie przynosić ujmę ich rodzinie, im, jako dzieciom Wężynowego Kła. — Nie cieszy mnie ich obecność. Chwalą koty maści czekoladowej, uważając naszą wspaniałą tradycję, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, za głupią, niewłaściwą. W dodatku, gdyby tego było mało... — zrobił dramatyczną przerwę, obserwując, jak zareaguje na to młódka. Musiał wykorzystać każdą okazję, jaką tylko mógł, do obgadywania kotów, które mu się nie podobały, bo jak śmiały go zwyzywać, ostatnio? Tak podle... Nawet Fląderka miała więcej w głowie, niż one dwie razem wzięte, pokazując im, że to właśnie one były w błędzie, a nie on, wspaniały kot, członek rodu królewskiego. — Nie mają za grosz szacunku do rodu królewskiego. Jeszcze nam nieprzyjemności przyniosą... — kontynuował, poruszając co jakiś czas końcówką ogona. Zastanowił się jeszcze nad tym, co vanka powiedziała parę uderzeń serca temu. — Nie sądzisz, że to absurd? — kontynuował. Tak naprawdę nie dał jej pełnej swobody we własnej odpowiedzi, bo już na początku podkreślił swoją niechęć, a wręcz obrzydzenie czekoladowymi kotami, a zresztą z innym podejściem spotkał się jedynie dwa razy i to u tychże właśnie kocic. Podświadomie wyrobił sobie względem niej oczekiwania, jakie miał wobec jej odpowiedzi, która miała dopiero nadejść.
Łabądek popatrzyła w stronę wskazanych kotek.
— Przykro mi, proszę pana, ale nie znam odpowiedzi na pańskie pytanie — odpowiedziała, a na resztę wypowiedzi kocura zakryła pyszczek łapką. — To okropne! Istny skandal! Naprawdę przepraszam za to, że te dwie kotki tak panu psują nastrój. Moi rodzice na pewno nie mogliby mieć z nimi dobrych relacji, skoro nie szanują rodu królewskiego! — odpowiedziała bardzo przejmująco.
Point otarł z policzka wyimaginowaną łezkę. Poczuł swego rodzaju déjà vu, bo nie był to pierwszy raz, kiedy narzekał właśnie na tę dwójkę, ale też i satysfakcję, ponieważ miał wrażenie, że udało mu się kolejnemu kotu przekazać prawdę, o której wiedzieli, tak mu się zdawało, nieliczni, skoro nadal otaczali się właśnie nimi. Pierwszy raz robił to w towarzystwie Ulewnego Szkwału, który zareagował dość podobnie, co sprawnie poprawiło mu humor. Tak tez było w tym przypadku, dobrze, że nawet młode koty wiedziały, co było właściwe, a co nie.
— Miło widzieć, że są jeszcze młode koty, które wiedzą, jak należy się zachowywać. Nie wszyscy są wychowywani równie dobrze — kontynuował, zauważywszy gest łapką, ale nawiązując też do szacunku, jakim go obdarzono i darzono nadal. Mówił tak, jakby on sam nie był młody... i niestety wiele kotów byłby w stanie wymienić w myślach, według niego. Tak naprawdę nawet on nie praktykował takich gestów, uważał, że on miał jedynie prezentować się dobrze, a jako iż wyglądał dość odmiennie w porównaniu do reszty, to nie było o to wcale trudno, no i jeszcze ten lotos na czole! Chociaż i tak najważniejszym dla niego w tym momencie było to, że kotka nie zareagowała jakoś inaczej względem tego, co jej powiedział, niż od niej oczekiwał. Potrafił przemawiać rozsądnie, właśnie przekazał kociakowi coś, czego niektórzy wojownicy nie byli w stanie pojąć, był wspaniały. No właśnie, nie tylko on to dostrzegał, skoro został mu przydzielony uczeń w tak młodym wieku! Jaka szkoda, że nie każdy wyniósł z gniazda podobnych wartości, może żyłoby im się wtedy dużo lepiej.
Koteczka wyprostowała się z dumą na komplement i skinęła głową.
— Dziękuję, proszę pana, to zaszczyt.
— Wystarczy panie książę Rogaty Flamingu — podkreślił. Z każdym kolejnym samym "panie" czuł się tak, jakby mu raz po raz opadał uśmiech z pyska.
<Słynę ze skromności, Łabądku>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz