BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pajęcza Lilia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pajęcza Lilia. Pokaż wszystkie posty

22 września 2024

Od Pajęczej Lilii CD. Skowronkowej Łapy

 — Tak, możesz..  — odpowiedziałam nieco zmęczona. Mój wzrok powędrował na jedną z półek, gdzie z tyłu leżał wysuszony, niezjadliwy już korzeń. Ah, zapomniałam o reszcie rzepy. — Możesz, ale skoro sprzątamy już legowisko, to przejrzymy najpierw stare rośliny i wyrzucimy co trzeba.
Skąd tam ta rzepa? Ach, to był akurat mój pomysł...
*przed mianowaniem Skowronka*
Plotki chodziły, że miałam dostać niedługo swojego pierwszego ucznia. A w zasadzie Szept chodził i rozpowiadał, że jego dziecko zdecydowało się leczyć klan i cóż to za chwalebna postawa! Póki co byłam jednak wciąż sama, bo kociakom brakowało jeszcze trochę do mianowania. Jak na złość pogoda była niezbyt przychylna zbiorom, a chorowały same wnerwiające koty, z jednym z których zmuszona byłam się teraz właśnie uporać. Westchnęłam ciężko, wpychając dość niedelikatnie korę olchy do pyska Smarka. To była druga kuracja, bo pierwsza nie wystarczyła, najwyraźniej, by mu pomóc.
— Tak trudno było tu wcześniej przyjść? — warknęłam, teatralnie przewracając oczami. Niech on kiedyś pójdzie na patrol i z niego nie wróci. Chyba nawet poproszę o to Klan Gwiazdy w następnym śnie.
Nie odpowiedział mi, pewnie dlatego, że właśnie miał wepchnięty pokaźnych rozmiarów kawałek drewna do pyska. Zamiast tego pociągnął znowu nosem i zaczął powoli pracować nad obgryzaniem kory, śliniąc się przy tym co niemiara. Co za obrzydliwe stworzenie. Jakikolwiek szacunek, który mogłabym kultywować do liderki parował, kiedy tylko musiałam przebywać w towarzystwie jej zapłakanego smarkacza. Jeśli chodzi o zęba poszkodowanego... to cóż, wypadł, sam ów smarkacz nawet przyniósł mi go z płaczem na dowód swojej choroby (jak gdybym chciała go oglądać, fuj). Ktoś by powiedział, o, super, no to problem z głowy, nie? Zgodziłabym się z nim, gdyby to sam Smark wypadł zamiast zęba, tak się jednak nie stało, więc naturalnie, problemu z głowy nie było. Trzeba się najpierw upewnić, żeby infekcja nie wdała się w dziurę oraz nie przeszła na resztę zębów. Zapchać dziurę pajęczyną i papką i może dać mu jakieś ziarna maku na ból, bo boleć na pewno bolało.
— Dobra, zjedz to i mi nie dziękuj, tylko wyjdź jak najszybciej, żeby mi nie pobrudzić stanowiska. Nie jedz nic do jutra, a pajęczynę możesz wyjąć tak jak się ściemni. Przyjdź za parę dni albo jak będzie bolało znowu — wygoniłam w końcu kocura. Teoretycznie powinien przyjść wcześniej, żebym się upewniła, czy na pewno wszystko się leczy dobrze, ale nie chciałam go oglądać tak szybko. Myślę, że wiele kotów z tych zdolnych do empatyzowania się by mnie zrozumiała.
Patrząc z lekkim obrzydzeniem za (w końcu) wychodzącym kocurem, poczułam swędzącą potrzebę umycia łapek, a najlepiej całego stanowiska. Co tu jednak zrobić, gdy mchu nie chciałam zużywać, a do wody było daleko. Po krótkim rozważeniu opcji uznałam, że chyba i tak się ruszę, odświeżę głowę przy okazji i w ogóle. O, mogę zajrzeć do naszych więźniów w dziurze przy okazji. Jeleni Puch ostatnio nie wyglądał za dobrze. Wyszłam statecznie z legowiska, rozprostowując łapy na świeżej trawie. Niesamowite uczucie, odprężające i uziemiające, szczególnie po ciężkich przypadkach pacjentów. Rzuciłam szybko okiem na obóz Klanu Burzy, gdzie wszystko wyglądało tak, jak zawsze. Uczniaki przekomarzały się wesoło między sobą, hasając wśród bujno rosnącego zielska, nad którym latały różnorakie owady. Nieco dalej zauważyłam paru wojowników szykujących się do patrolu, podsłuchując urywki ich rozmów o niedawnych zagrożeniach przy granicy. Strzepnęłam uchem i ruszyłam w końcu do wyjścia.
***
Jeleni Puch wyglądał gorzej niż ostatnio. I tak nie wyglądał już dobrze, ze względu na podeszły wiek, ale nie pamiętam, żeby ostatnio dyszał tak ciężko i leżał prawie, że bez życia. Zawahałam się nad dziurą, myśląc pokrótce nad przyczyną owego stanu, zanim nie otworzyłam pysk wychylając w stronę dołka.
— Cześć, słabo wyglądasz, boli cię coś? — zapytałam, przyglądając się starszemu kocurowi.
Kocur wypuścił z pyska ciężkie westchnięcie, jakby próbował mi odpowiedzieć, ale nie miał siły. Uniósł także powoli końcówkę ogona w górę. No dobrze, dosyć niepokojące. Nie mogłam nawet za bardzo sprawdzić teraz co mu było. Wcześniej wyglądało na to, że przegrzał się od słońca, ale może się zatruł? Nie mogę za bardzo przenieść go w chłodniejsze miejsce, w końcu siedzi w dziurze nie bez powodu. Muszę... hm. Podać mu wodę, to na pewno. Może mech nasiąknięty wodą go schłodzi, jeśli pomoczy nim też futro. Przydałoby się parę ziół na wzmocnienie... Ale nic z właściwościami moczopędnymi, nie chcemy go odwodnić jeszcze szybciej. Przekrzywiłam łeb, myśląc intensywnie. Może... nie, to głupie. Albo.. co jeśli jakiś korzeń ma właściwości przenoszenia wody? W końcu rośliny pobierają przez nie wilgoć z ziemi.
— Okej... wrócę do ciebie jeszcze — mruknęłam. Nie polepszyło mu się od samej wody (może dlatego, że jej też było niewiele), będę musiała spróbować czegoś innego. Poszłam do strumienia, gdzie zamierzałam udać się od początku, po drodze jednak przypomniałam sobie o czymś. Może dwunożni znowu będą mieli coś, co nam zaradzi? Ich zielniki potrafiły być niezwykle pomocne w takich sytuacjach, nawet jeśli droga była długa i niebezpieczna, bo trzeba było opuścić tereny Klanu Burzy. Nie miałam jednak dużo do stracenia, o swoje umiejętności przetrwania się nie bałam (chociaż może powinnam), poza tym odbywałam podobne wędrówki nawet całkowicie sama już parę razy. I tym razem łapy poniosły mnie więc wzdłuż Drogi Grzmotu, zalety wędrówki przewyższyły jej wady w mojej głowie. Tak w skrócie to udało mi się znaleźć rzepę. Nie wiedziałam zbyt wiele o tej roślinie, ale jej specyficzny smak przesiąknięty był również wodą, jak i zapewne wieloma minerałami. Wzięłam ile byłam w stanie i udałam się z powrotem na nasze tereny. Jakimś cudem leczenie zadziałało, co zdziwiło nawet mnie samą. Czy była to zasługa rzepy, czy kocur ozdrowiał sam z siebie? Kto wie. W każdym bądź razie, na pewno go to nie zabiło, więc powinien mi dziękować.
***
— No dobrze, to teraz powiedz mi, co mam dać Kukułczemu Skrzydłu, skarży się na chrypę i objawy także na to wskazują. Kocur nie należy już do najmłodszych, musisz wziąć to pod uwagę — odezwałam się do ucznia, ściszając głos na końcu i zerkając na burego pacjenta, który zjawił się u nas przed chwilą. Mój uczeń uczył się bardzo pilnie przez ostatnie księżyce i coraz częściej pozwalałam mu zajmować się codziennymi przypadkami.
— Na chrypę? Miód? — zapytał. — Można by dać jeszcze coś na gardło, ale teraz słabo trochę z ziołami... W końcu jest Pora Nagich Drzew.
Pokiwałam głową. Miód powinien wystarczyć. To i odpoczynek, oczywiście.
— Wiesz jakim pracoholikiem jest Kukułcze Skrzydło, więc nie zapomnij o tym, żeby kazać mu odpoczywać przez parę dni. Pewnie będzie się wykłócać, więc musisz zrobić groźną i poważną minę i użyć swojego medycznego autorytetu. — Uśmiechnęłam się lekko. To też należało do obowiązków uzdrowicieli, czasami trzeba było wiedzieć kiedy pokazać innym gdzie ich miejsce.
(Skowronek?)
[1078 słów]
[przyznano 11%]
Wyleczeni: Kukułcze Skrzydło


03 sierpnia 2024

Od Pajęczej Lilii CD. Skowronkowej Łapy

Serce zamarło mi w piersi na chwilę na wieść o otrzymaniu własnego ucznia. Niby się kot spodziewa czegoś takiego, ale wciąż jakoś tak łapie z zaskoczenia. Poza tym, już zdążyłam się przyzwyczaić do samotnego siedzenia w legowisku. Czy jednak narzekałam, że Skowronek od teraz przejdzie pod moją opiekę? W żadnym wypadku, był zdrowym i normalnym kociakiem, którego na pewno uda mi się szybko wyszkolić do pomocy. Charakter też miał prawie, że nienaganny, wiem, bo często spędzałam czas w żłobku przez incydent Pszczółki swego czasu. Uczeń podskoczył do mnie entuzjastycznie od razu po ceremonii, pytając o trening. Jeju, co to za młodzieńczy zapał! Spojrzałam na niego rozbawiona, ale też i lekko wzruszona.
— Spokojnie, to dopiero twój pierwszy dzień. Może pokażę ci najpierw co, jak i gdzie, i pójdziemy na spacer, dobra?
Mały pokiwał głową i przecisnęliśmy się razem do środka Skruszonego Drzewa. Miejsca tam może i nie było jakoś super dużo, ale na spokojnie mieściło ono dwa koty. Wskazałam pazurem na różne półki skalne, drewniane i na kamienie, które upchane były po brzegi różnymi roślinami i tym podobnym.
— To twój nowy dom. Tutaj leżą lekarstwa w stanie surowym. Poukładane są według zastosowania, czyli generalnie na przykład zioła na kaszel będą razem, a rzeczy przeciwbakteryjne już gdzieś dalej. Jeśli nie będziesz pamiętać jakiejś rośliny, to spójrz koło czego stoi i może przypomnisz sobie. Tak naprawdę możesz spać gdzie chcesz, ale z siostrą zawsze spaliśmy z boku, przy schodach. Nawet jest tu trochę suchej trawy, żeby było miękko. Na górze śpi lider, więc nie wchodź tam bez powodu.
Skowronkowa Łapa uważnie przysłuchiwał się temu, co mówiłam. Podszedł do półek, przyglądając się różnorakim kolorowym ziołom. Niektóre dokładnie obwąchał, na inne spojrzał tylko pobieżnie, na część się krzywił, bo miały nieprzyjemny zapach.
— A to? Czy to też jest do leczenia? — zapytał w końcu, wskazując na stojące w kącie kijki z pajęczyną i patyki.
— Poniekąd. Pajęczynę zbieramy, bo pomaga ona przymocować jakieś usztywnienie do kończyny albo zatamować krwawienie. Patyki są też do usztywnień, ale używamy ich również na przykład przy porodach... — zaczęłam, lekko się krzywiąc. Tłumaczenie małemu ich zastosowania nie będzie przyjemne, ale lepiej niech wie na co się pisze od razu. — Czasami przychodzą do nas koty w naprawdę złym stanie, jeśli będą zagryzać patyk, to pomoże im to w wyładowaniu silnego bólu na czymś, co nie jest naszą łapą. Kiedy trzeba nastawić bark albo zrobić coś podobnego, również im to wpycham do pyska, nawet jeśli będą chojraczyć, że dadzą rade bez, i ty rób to samo Skowronku. Zwłaszcza jak przyjdą ci "męskie" kocury, oni to się przechwalają, jaką to mają tolerancję na ból i nie będą wbijać sobie drzazg w zęby, a potem ci taki krzyczy w niebogłosy i przegania całą zwierzynę w promieniu godziny drogi, bo mu się cierń wbił w łapę.
[458 słów]
[przyznano 5%]
<Skowronkowa Łapo?>

29 lipca 2024

Od Pajęczej Lilii CD. Płomiennego Ryku

Czyli jak Pajęcza Lilia robi sobie wrogów z całej rodzinki po godzinach

 *za czasów kociaka* 

Spojrzałam zaspana na brata, jak gdyby urosły mu właśnie dwie głowy. O czym on znowu gadał? Czy to był jeszcze sen? Gdzie ja jestem? Niestety chyba wziął mój brak reakcji jako cichą zgodę, bo wznowił swoją paplaninę z jeszcze większym wigorem, blablabla. Przetarłam oczy małą łapą, zastanawiając się jaka jest w ogóle pora dnia, i czy ktoś oprócz nas też już nie śpi. Zaczęłam po chwili szukać rozmazanym wzrokiem Lwiej Paszczy, nie czując się na siłach, żeby samej stawiać czoła ciężkiemu losowi (w postaci rudego brata) w tym stanie.
— Gdzie jest twoja mama? — przerwałam mu w końcu, niedbale kładąc łapę na jego pysku, w nadziei, że go to uciszy. Czego się jednak nie spodziewałam, to sytuacja, w której została ona nagle ugryziona. Auć! Wyrwałam ją szybko, prawie odruchowo nawet przy tym uderzając Płomyczka. Powstrzymałam się od piśnięcia, nie chcąc dać mu tej satysfakcji, ale wykrzywiłam pysk w niezadowolonym grymasie (i po części trochę bólu) i fuknęłam na niego.
— Normalny jesteś?! Powiem o tym mamie! — syknęłam, ostentacyjnie wylizując łapkę między poduszkami. Kocurek zwiesił pysk w niedowierzeniu, że użyłam jego popisowego ruchu przeciw niemu samemu. Ostudziło go to, niestety tylko na parę szybkich bić serca.
— To ty zaczęłaś! Nie dotykaj mnie, ty... ty lisia kupo, fuj!
— Jak mnie nazwałeś?! Poczekaj, zaraz zobaczymy kto-
Poczułam wraz z bratem nagle obecność matki w pobliżu i obydwoje zmuszeni zostaliśmy do (niechętnego!) podjęcia chwilowego rozejmu. Nie mam pojęcia, jak taki pajac może być moim bratem, ani czemu mama go tak wychwala. Każdy przecież widział, że brak mu piątej klepki!

***

— Najgorszy okres w moim życiu, to kiedy dzieliłam razem z nim łożysko w brzuchu naszej mamki, pokój jej duszy — zaśmiałam się w stronę wybranki mojego brata, która na dodatek tego wszystkiego co się ostatnio stało, dołączyła do obozu prosto z Klanu Wilka. — Drugi najgorszy, to kiedy siedzieliśmy razem w żłobku przez sześć księżyców.
— Oh, przestań, nie mogło być tak źle — zachichotała ruda kotka, będąc najwyraźniej pewna, że żartuję i to takie nasze jakieś siostrzano-braciane przekomarzania. Nie miałam serca wyprowadzać jej z błędu, zwłaszcza, że właśnie znowu zaczęła się rozczulać nad swoim "ukochanym" i musiałam się skupić, żeby nie zrobić przykrej miny.
Płomienny Ryk za to gdyby mógł, to zabiłby mnie już spojrzeniem. Nie robiło to na mnie wrażenia, ba, w zasadzie, to mu teraz nawet trochę współczułam. Lwia Paszcza zgotowała mu niezły los. Dobrze, że zostałam medykiem, bo nie dość, że wywinęłam się z tych całych romansów, to jeszcze miałam władzę w łapach. Niedocenianą, ale jednak. Co do owej wybranki... no, nie mogę powiedzieć, żebym była zachwycona tym, że jest tutaj. Ostatecznie przekonał mnie nasz starszy brat (ten, który ma nieco mniej trocin w mózgu) i przywódczyni. Chociaż nadal nie rozumiem, czemu nie odwołali tego całego przedstawienia z partnerstwem po śmierci mamy, ale może to był sposób Płomyka na poradzenie sobie z jej odejściem. Kultywowanie jej planów, czy coś. Więcej rudych dzieci, jupi! Młoda kotka nie była zła, ale sam fakt, że wparowała tu z wrogiego klanu jak na swoje, a zamiast się do czegoś przydać, siedziała cały dzień swój zadek w żłobku, przyprawiał mnie o ból głowy. No i przychodziła tu do mnie, żebym pilnowała "ciąży". Co zabawne, objawy, które ostatnio zaczęła wykazywać, faktycznie podobne były do tych stanu brzemiennego. Ból brzucha, wymioty...
— Moja droga siostro — zaczęłam. Dla informacji, spytałam się jej, czy mogę ją tak nazywać (trudno mi było wypowiedzieć jej pełne imię z poważnym pyskiem) z powodu tego, że jest partnerką mojego brata, więc jesteśmy teraz blisko związane, i się zgodziła. — Niestety, ale wszystkie twoje objawy wskazują na zwykłą niestrawność. Jednakże, jeśli ktoś będzie ciebie pytał, są to poranne nudności i inne takie zupełnie normalne dla ciężarnych dolegliwości, rozumiesz, tak?
Pokiwała głową z przejęciem. Zanim zdążyłaby znowu przekierować rozmowę na tory jej ukochanego "skarba", odeszłam do półki z ziołami i zawołałam ją do siebie.
— Dobrze, moja droga, czy znasz może którąś z tych roślin? — zapytałam miło.
Kocica zmarszczyła brwi, jednak wskazała na jedną:
— No.. na przykład to jest lawenda, tak? Czy to ma jakiś związek ze mną?
— Haha, lawenda, co? Oczywiście, że taka znawczyni jak ty wybierze piękny kwiat. Dwunożny prawie mnie złapał, kiedy ją wyrywałam. — Zamyśliłam się, biorąc gałązkę w pysk.
— Cóż.. lawendą cię nie wyleczę. Lawenda dobrze maskuje zapachy. Jej kojące właściwości pomagają też z dreszczami podczas gorączki. Ta partia jednak.. już się wysuszyła i na wiele mi się nie przyda. Nie mam czasu tak sama ciągle biegać za ziołami i jeszcze leczyć koty, także gdybyś podczas jakiegoś spaceru znalazła ładny kwiatek, czy dziwnie pachnącą trawę... — mówiąc to wetknęłam jej fioletową gałązke za ucho. — Docenię gest, nawet jeśli okaże się nieprzydatna. Tylko uważaj na trucizny, no wiesz, te wszystkie przed którymi przestrzegają już kociaki, szalej, zimowit... ...Hm, jednak wiesz co, może lepiej przynoś tylko te rośliny, które znasz dobrze. A lawendę dostałaś, żeby zamaskować twój zapach. Ciążę często można wywąchać, zwłaszcza w późniejszym stadium, chociaż nie wszyscy o tym wiedzą. Na wszelki wypadek więc noś jakieś mocno pachnące rzeczy przy sobie.
Ognista... Piękność widocznie rozpromieniła się na mój prezent i otarła przyjaźnie swoim rudym bokiem o mój.
— Dziękuję! Widzisz, skarbie? Czyż nie wyglądam cudownie? — Przyjęła dziwną pozę, a nawet parę. — Będziesz mi teraz zbierał najpiękniejsze i najbardziej pachnące kwiatki z terenów Klanu Burzy.
— ..A teraz twoja mieszanka na ból brzucha — mruknęłam, niszcząc jej chwilę i posyłając tylko troszkę wredne spojrzenie w stronę brata. Bawiło mnie niezmiernie przerywanie "zakochanym" ich zalotów, jednak także i mnie męczyło powoli ich zachowanie. — Proszę, oto twoje lekarstwo, zjedz wszystko i daj mi znać jutro rano, czy objawy się utrzymują, dobrze? Trzymajcie się, papa.
Odprowadziłam odchodzącą parkę wzrokiem, po czym klepnęłam ciężko na ziemi. Do czego to doszło, niech Klan Gwiazdy ma nas wszystkich w opiece. A ja na środku tego głupiego przedstawienia. Nie zdążyłam nawet nacieszyć się krótką przerwą, bo usłyszałam kolejną samotną parę cichych kroków. Mimowolnie spięłam mięśnie. Dajcie mi odpocząć, bo wykituję! Rano Króliczy Nos z białym kaszlem (oczywiście obsmarkał mi całe stanowisko), w południe zbieranie ziół, których nigdzie nie można znaleźć, po południu kontrolne badanie fałszywej ciąży, co jeszcze! Chłód niebieskich ślepi zarejestrował się w moim umyśle, zanim poznałabym tego kota po czymkolwiek innym. Nagietkowy Wschód, wiem, po co tu przyszedł.
— Bracie, jak tam gardło? — zapytałam uprzejmie, wstając ponownie z lekkim grymasem. Z jakiegoś powodu wyglądał na mniej złego gdy zwracano się do niego tak, niż po imieniu. Może czuł większą władzę w pozycji brata, niż zwykłego wojownika, jakich wielu? Nie zapomnę, jak traktował Margaretkę na moich oczach i nie zamierzałam mu tego wybaczać, ale miło było czasem pobawić się z rodzinką w śmieszny, dysfunkcyjny dom.
— Nie boli. — Zlustrował mnie przenikliwym spojrzeniem. Wow, chyba ucieszyłam się właśnie, że moja siostra zrezygnowała ze stanowiska, bo to ona musiałaby teraz brać udział w tym przedstawieniu. Dobrze dla ciebie, Margaretkowy Zmierzchu, aż postaram się po tym znaleźć ci dobrą mieszankę ziół na twój problem "wypadającego" futra.
— Niemożliwe, przestałeś obgadywać inne koty- hej, żartuję, żartuję — mruknęłam, machając ogonem. Bez siostry w legowisku było mi trochę bardziej nieswojo zaczynać moje drażnienie się. — Masz teraz ważniejsze rzeczy na głowie niż Żmija, prawda? Utrzymać całą tą bajeczkę z ciążą?
— Jak poszło? — Zignorował mnie, tak? No dobra, możemy się bawić w ten sposób.
— Hm, a jak miało pójść? Masz nadzieję, że naprawdę zaszła? Kochasz tak bardzo mamę, że chcesz spełnić jej plan nawet po jej śmierci, czy nienawidzisz tak bardzo brata, że chcesz mu zniszczyć życie?
— Kretynko! Co ty niby możesz o tym wiedzieć, co? — syknął, obnażając przy tym lekko kły. Na widok błysku światła odbijającego się od ostrych zębów odczułam jakąś dziwną satysfakcję, że w końcu zareagował. — Pajęcza Lilio, mama ani babcia nie ufały tobie ze sprawami rodowymi z oczywistych względów, których nawet nie muszę przedstawiać. Zostaw myślenie mi i siedź grzecznie i rób co masz robić — dodał już nieco spokojniej, cały czas jednak mierząc mnie wzrokiem z góry. Wykalkulowanymi krokami podszedł do mnie, próbując zastraszyć własną siostrę samą postawą. Utrzymałam z tymi nieprzyjaznymi, błękitnymi oczyma kontakt wzrokowy, jednak w nagłym przypływie złości cofnęłam się do mojego zbioru lekarstw, zrzucając wszystkie na dół jednym, gwałtownym ruchem ogona. A potem drugim, równie wściekłym, na poprawkę, aż cała półka się zatrzęsła. Masa roboty walająca się teraz wszędzie po podłodze, co za szkoda.
— Nie zapominaj, że rozmawiasz z jedynym medykiem, Bracie — wycedziłam przez zęby, skrobiąc pazurami podłogę między opadającymi liśćmi. — To nie ty jesteś tutaj w pozycji na roszczenia, chyba, że chcesz żebyście wszyscy pomarli w parę księżyców.
Nie zabiłabym nikogo, oczywiście. Ale jeśli przestałabym leczyć- co takiego by się stało? Pewnie ktoś by mnie w końcu wydalił, jednak Nagietkowy Wschód powinien uważać na słowa, jeśli chciał w przyszłości znowu dostać dobre zioła na ból gardziołka. "Grozisz mi?" zdawała się mówić twarz, którą przybrał kocur w odpowiedzi. Nie cofnął się pod moimi słowami, wręcz przeciwnie, zrobił następny krok w moją stronę, dalej przyszpilając mnie swoim spojrzeniem do ściany. A przynajmniej próbując, no, żeby się dureń nie naciął.
— Aww, ktoś tu ma chyba gorszy dzień i robi przedstawionko. Może damskie hormony szaleją? Nie wierzę, taka groźna postawa, czyli jednak i ty masz coś z tej twojej znienawidzonej mamy. I co, jak planujesz nas wszystkich wykończyć, hm? — uśmiechnął się, mrużąc oczy, jawno czerpiąc przyjemność z drwienia ze mnie. — Wstyd. Każda z nauk Lwiej Paszczy o wartości rodziny musiała przelecieć ci między uszami.
— Dobrze, że lekcja o ziołach na ból gardła nie przeleciała, bo byś nadal chodził pochrząkując jak świnia — odgryzłam się krótko, nie ustępując swojego miejsca.
Atmosfera w legowisku medyka dawała wrażenie, jakby od teraz choć jedna mała iskierka mogła wzniecić pożar. Żadne z nas nie zamierzało odpuścić pierwsze. Obydwa futra nastroszone, uszy położone płasko po sobie.
— Znaj swoje miejsce — wycedził w końcu, niemal mnie przy tym opluwając.— I pilnuj swojego języka. Nasza rodzina nie potrzebuje takich niewdzięcznych kotek jak ty, i nie myśl, że jakaś pozycja czy sentyment cię uratuje.
Wiedział, że nie może mi teraz nic zrobić, ale najwidoczniej duma nie pozwoliłaby mu odejść bez pogróżek. Mam wiele rzeczy, które by mnie mogły uratować. Takie kłótnie z Nagietkiem były dla mnie jak zabawa.
— Tak? W takim wypadku dziękuję za dbanie o naszą rodzinę, Mamo. — Uśmiechnęłam się, robiąc niewinną minę. — Nie mogę się doczekać, aż znajdziesz sobie jakiegoś kolejnego rudego kocura, żeby zrobić kolejne rude dzieci bez ojca.
Bomba została zrzucona, a kocur wyglądał, jakby granica jego cierpliwości została właśnie przekroczona i miał się w końcu na mnie rzucić. Jego źrenice się zwęziły, a mięśnie spiął, jakby do wyskoku. W ułamku mgnienia oka, zanim Nagietek faktycznie zdążyłby zrobić coś głupiego, jak zatopić kły w moim gardle (czego ewidentnie pragnął), z tyłu usłyszeliśmy nikłe miauknięcie. Ciche, ale wystarczające, żeby zadziałać jak chluśnięcie lodowatą wodą na nas obu. Automatycznie odwróciliśmy łby w kierunku wejścia, gdzie, nieco mniej elegancko niż wcześniej, gdy ją widziałam, stanęła Ogień. A zaraz za nią, oczywiście, Płomyk, który wyglądał z kolei na nieco straumatyzowanego.
— ...Nie przeszkadzamy wam w niczym..? — zapytała troszkę niepewnie, co było u niej rzadkością. Spojrzała znacząco na bałagan wokół, a potem na nasz nieuporządkowany wygląd.
Nagietkowy Wschód cofnął się kilka kroków ode mnie niczym oparzony, a następnie przeciągnął niby od niechcenia, wygładzając z przejęciem językiem swoje postawione futerko.
— Nie nie, nic takiego. Kochana, czy coś się stało? Pogorszyło ci się? — Odpowiedziałam, próbując jak najszybciej ściągnąć dyskusję na właściwe tory.
— Ah... Tak, jejku, chociaż troszkę mi nieswojo o tym mówić w towarzystwie... — zatrzepotała rzęsami i spojrzała znacząco na Nagietkowy Wschód, który zrozumiał aluzję i kiwnął szybko głową. Nie omieszkał jednak rzucić mi jednego, ostatniego, lodowatego spojrzenia na wyjściu.
Zostaliśmy w trójkę, co zachęciło w końcu rudą kotkę do gadania.
— Otóż... Mój kochany ptaszek pomógł mi zjeść ziółka, które podałaś nam wcześniej, ale.. — urwała, zakrywając pysk łapą. — Było mi już w sumie niedobrze zanim je zjadłam i... ....
— ...Zwymiotowała je prawie od razu po tym, jak je wzięła — powiedział w końcu zamiast niej Płomienny Ryk. Był dosyć blady, w zasadzie to wyglądał, jakby to on sam wymiotował. Musiałam się powstrzymać, żeby się nie zaśmiać.
— Niestety tak, dziękuję, że przy mnie byłeś i mi pomogłeś skarbie. — Otarła się o niego, zaraz jednak znowu zwróciła do mnie. — Potrzebuję chyba drugiej dawki, bo tamtej nie zdążyłam strawić, przepraszamy za kłopot...
— Malwę mogę ci znowu podać, ale na jałowiec bym uważała, bo z nim łatwiej przedobrzyć. Przydałaby nam się mięta, ta co rośnie przy wodzie, ale po nią musiałabym się wybrać i poszukać — Zamyśliłam się, patrząc na rozwalone w nieładzie po podłodze zioła. ...Ah. No tak. Nie jestem pewna, jak kotka i jej partner zareagują na wiadomość, że albo będą musieli poczekać, aż wygrzebię liście z podłogi, w jakimkolwiek stanie nie będą, albo będziemy zmuszeni iść po nowe. Na szczęście malwa rosła w miarę blisko od obozu, ale mój brat z miotu nie słynął z cierpliwości, ani miłego temperamentu, więc nie wiem, na ile spodoba mu się ten pomysł. Poczułam, jak kąciki ust drgnęły mi mimowolnie. Ja chyba dzisiaj osiwieję w jedną noc, albo wszyscy w rodzinie się wymordujemy.

<Płomyk? Sorki, że takie długie, ale długo czekaliście>


Wyleczeni: Króliczy Nos, Ognista Łapa

08 lipca 2024

Od Liliowej Łapy do Przepiórczego Puchu

Ciepły powiew wiatru leciutko zmierzwił mi ognistorude futerko. Westchnęłam ciężko i spojrzałam na spory, jeszcze nieposortowany stos ziół pod moimi łapami. To wszystko udało mi się zebrać dzisiaj wraz z pomocą Malwowego Rozkwitu. Kocur lubił zbierać kwiatki, to mu trzeba było przyznać, toteż to on zazwyczaj towarzyszył nam przy zbieraniu roślin, jako dodatkowy pysk, jak i asysta w razie ataku. Miłe z jego strony, w dodatku był w tym nawet dobry. Pora Nowych Liści oznaczała uzupełnienie ubogiego (przez brak roślinności wcześniejszej pory roku) stosu z ziołami, a co za tym idzie – lepsze szanse na wyleczenie. Oznaczała jednak również masę roboty przy zbieraniu, do której najlepiej było zaprzęgnąć nawet i dwóch wojowników. No, łapy pełne roboty. Ale wolałam już to. Kiedy miałam za dużo wolnego, to zaczynałam przypominać sobie tamtą tragedię, która wydarzyła się parę księżyców temu. Przynajmniej nie byłam w tym sama, tamtego dnia każdy w klanie stracił coś, lub kogoś, ważnego. Dla nas była to Lwia Paszcza, nasza mama... Nieważne, jakim była kotem, była równiez dobrą matką, opiekuńczą, kochającą i zaangażowaną, i tak chcę ją zapamiętać. Jej ostatnim aktem miłości dla mnie było to, z jaką gracją umarła. Jej śmierć napełniła mnie ogromnym smutkiem, jednak gdyby otrzymała krytyczne rany i cierpiała przez parę wschodów słońca, to ja, jako uczeń medyka, byłabym tego głównym świadkiem, łącznie z siostrą. Obwiniałabym się też pewnie o jej nieuniknioną śmierć, nawet nie chcę o tym myśleć. Po raz kolejny tego słonecznego dnia westchnęłam. Musiało to być o jeden raz za dużo, bo medyczka, moja siostra zresztą, zauważyła to i zagadała mnie pogodnie:
— Coś nie tak z ziołami, Liliowa Łapo? 
Pokręciłam głową. Starsza siostra była doprawdy kochana, jednak zdecydowanie słabsza psychicznie ode mnie. To ja o nią się powinnam martwić.
— Z ziołami dobrze, to o ciebie się martwię Margaretkowy Zmierzchu. Twoje futro nadal nie odrasta, jak powinno?
Szylkretka wyraźnie się zmieszała i spuściła głowę. Miałam pewne podejrzenia czemu, jak również czemu ono jej "wypadało". Jej milczenie uznałam za ciche potwierdzenie. Podeszłam do niej i usiadłam obok. Już miałam zacząć ją łagodnie pouczać, kiedy do środka wślizgnął się kolejny z naszego rodzeństwa, Nagietkowy Wschód.
— Liliowa Łapo, siostrzyczki! — zawołał cichutko i z lekką chrypką, ale entuzjastycznie. Raczej udawany entuzjazm, skoro czegoś od nas chciał. No tak, na pewno leczenia, chyba że mu w końcu odbiło i przyszedł po kocimiętkę czy inne zioło.. w sumie to bym się nie zdziwiła. Kocur o dziwo, czy nie o dziwo, traktował mnie lepiej niż siostrę z własnego miotu. Wszyscy wiemy dlaczego, rude futro bla bla... Cóż, no wyglądaliśmy na pewno bardzo podobnie, więc zawsze zwracał się najpierw do mnie, a dopiero potem do właściwej medyczki. Duży błąd, bo miała większe doświadczenie niż ja, i to ona by mu lepiej pomogła. Ale ja nie jestem od rad życiowych, tylko od leczenia, więc chwilowo zignorowałam jego brak manier. Wskazałam pazurem na swoje gardło, po czym przechyliłam głowę pytająco. Skinął na to twierdząco łbem. No, to lubię, szybko i do rzeczy. Uśmiechnęłam się z przekąsem.
— Tyle obgadujesz innych, że cię w końcu gardło od tego zaczęło boleć, co braciszku? — zaczepiłam go z przekornym uśmiechem, odwracając się do ziół. — Dziwię się tylko, że tak późno.
Nagietkowy Wschód prychnął lekko urażony, a Margaretkowy Zmierzch zachichotała bezgłośnie, zakrywając przy tym pysk łapą.
— Dziwisz mi się? Po tym jak wybrali tą... tą żmiję na liderkę!
— Nie mów tak — wtrąciła łagodnie, acz stanowczo siostra. — Obserwująca Gwiazda niczym nie zasłużyła na naszą pogardę, ani jako kot, ani jako lider.
— Mogłaby wtedy zginąć na miejsce mamy. Była tchórzem... Obserwująca Gwiazda, dobre! Faktycznie tylko biernie obserwuje, a nic nie robi. W sercu zawsze będzie samotniczką, żmiją, nie będzie dbała o interes klanu, tylko o swój i swojego smarkacza zapchlony zad. Do tego to parszywe futro, czarne, jak tej gnidy, która-
W tym momencie zaniósł się lekkim kaszlem, jak nic spowodowanym zbytnim podrażnieniem gardła. No, ma za swoje. Nie mogłam jednak powiedzieć, żebym nie zgadzała się ze wszystkim, co właśnie powiedział. Widzę, że uderzył w czuły punkt, bo Margaretka zamknęła się w sobie z kwaśną miną i nie odpowiedziała mu już. Powstrzymałam w sobie kolejne westchnięcie i znudzonym, profesjonalnym tonem zmieniłam temat:
— Czy chcesz wrotycz?
— Przepraszam? 
— Czy chcesz wrotycz, na ból gardła. Mogę ci go dać, ale może ci podrażnić żołądek. Jest mocniejszy i daje lepsze rezultaty, ale wolę go używać tylko wtedy, gdy łagodniejsze lekarstwa nie zadziałają.
Nagietek zawahał się przez chwilę, jednak ostatecznie poprosił mnie o niego. No tak, typowy kocur, od razu prosi o najmocniejsze możliwie lekarstwa. Gdzie się podziało ich męstwo i wytrzymałość na ból? Niech mnie jeszcze poprosi o nasiona maku, bo gardełeczko boli auć auć. Dałam mu go, obtoczonego miodem dla lepszego rezultatu, i wyrzuciłam na zewnątrz, po uprzednim nakazie powrotu po drugą dawkę wieczorem. Nie podjęłyśmy już z siostrą tematu liderki ani brata, w ciszy sortując pozostałe zioła, aż do całkowitego porządku. Do końca dnia była u nas jeszcze tylko Szafirkowa Łapa, biedna przyszła nieśmiało z podrażonymi i krwawiącymi opuszkami łapek, w znacznie gorszym stanie, niż by na to wskazywał jej zakłopotany uśmiech. Chciałam oszczędzić jej smarowania wrażliwych łap miętą, więc razem z siostrą wybraliśmy do tego kurze ziele, a dodatkowo posmarowałam podrażnione miejsca (ale nie otwarte rany!) miodem, tak dla regeneracji i nawilżenia. Dostała przy tym zakaz wstawania na łapy z legowiska medyka, chyba że, żeby wyjść za potrzebą, aż do poprawy. Pokręciłam nad nią głową z politowaniem, po czym poszłam do jej mentora, aby przekazać wieści o chwilowej przerwie, niepodlegającej negocjacji, dla uczennicy. Resztę dnia spędziłyśmy we trzy, gawędząc.
***
Nie mogąc znaleźć dla siebie lepszej roboty tego dnia, postanowiłam udać się z kolejną wizytą do żłobka. W końcu był to mój obowiązek, może nie najmilszy, ale i nie najgorszy.
— Hej, wszystko dobrze? — spytałam na wejściu Przepiórczy Puch, pochylając przed nią głowę z szacunkiem, na powitanie. Zajmowała się teraz sześcioma kociakami, co było nie lada wyzwaniem, zarówno dla ducha, jak i dla ciała.
Patrząc na jej wymęczoną sylwetkę przypomniało mi się, jak pomagałam odbierać jej poród. Troszkę potem było niezręcznie, jak zawsze, ale jednak my, medycy, rządzimy się trochę innymi zasadami społecznymi. Jesteśmy świadkami różnych osobistych i prywatnych momentów z życia kotów, od ich narodzin, aż do ich śmierci. Sama szylkretka była bardzo dzielna i powinna teraz odpoczywać. Tymczasem wyglądało na to, że życie zamiast tego, dokładało jej coraz więcej roboty. Przyjrzałam się uważnie wszystkim kociakom, chociaż rany Pszczółki były wygojone i nie zagrażały już życiu. Robiłam to dla spokoju reszty kotów. W końcu każdy czuje się pewniej o swoje zdrowie z medykiem, bądź jego uczniem, przy boku, prawda? Przepiórka wyglądała na rozsądną kotkę, mimo, że nie urodziła się w Klanie Burzy. Miałam nadzieję, że nie będę miała nigdy powodów, aby w nią zwątpić.
<Przepiórko?>

[1099 słów] + leczenie npc, odbieranie porodu
[przyznano 22% + 5% + 5%]

wyleczeni: Nagietkowy Wschód, Szafirkowa Łapa