BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tańcujące Pierze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tańcujące Pierze. Pokaż wszystkie posty

11 lipca 2026

Od Tańcującego Pierza

Zawodzące Echo odrywając spojrzenie od oddalającej się córki, potrząsnął łbem i westchnął. Odchrząknął i uniósł głos.
— Mamy wystarczająco głosów, aby wydać wyrok!
Szumy w tłumie ucichły. Spojrzał po zebranych kotach, po czym wzrok skierował na grupę oskarżonych.
— Pamiętajcie, że decyzja ta została podjęta wspólnie.
Wziął głęboki oddech.
— Zgodnie ze słowami większej części klanu, Tańcujące Pierze oraz Nieustraszony Chomik spotka kara śmierci — oznajmił. Zamilkł na moment, pozwalając informacji dotrzeć do każdego. Po jego grzbiecie przeszedł dreszcz. — Dziki Berberys zostanie wygnany daleko za naszą granicę. Gradobijący Cierń, natomiast... Zostaje skazany na dożywotnią pracę w tunelach pod stałym nadzorem. Liczę, że będzie skłonny do współpracy, abyśmy mogli w przyszłości lepiej wyjaśnić tę sytuację.
Odczekał parę uderzeń serca.
— Co do Rudzikowego Skrzydełka, Zwiewnego Maku oraz Bąbelkowego Plusku — kontynuował — ich również spotka kara w postaci prac w obozie i poza nim, jak i ograniczonej wolności.
Rudy podejrzany wciąż miał rozluźniony tułów, mimo to zmarszczył brwi i zacisnął szczękę. Na jego język cisnęły się różne, niezbyt kulturalne słowa. Zauważył to spojrzenie Gradobijącego Ciernia, który po ujrzeniu szmaragdowego ślepia Pierza odwrócił prędko wzrok. W oczach rudego tliła się furia.
Przegrał?
Tańcujące Pierze przegrał.
— Upiekło ci się jak na mordercę dwóch starszych kotów — Dziki Berberys uśmiechnął się arogancko do brata. — No, no, no... Nie wiedziałem, że uda ci się tak spłakać przed resztą, że łaskawie ci darują życie. A podobno to ja byłem beksą. Szkoda tylko, że wspinasz się po trupach do celu, a potem wycierasz się innymi. Nikt ci nie kazał zabijać, zrobiłeś to sam i to dwa razy.
Cierń spojrzał teraz na brata, który ciskał w niego piorunującym spojrzeniem.
— Berberysie, przykro mi, że tak uważasz i że sam nie żałujesz swojego występku. — odpowiedział cicho kocurowi.
Białorudy zaśmiał się rozbawiony słowami srebrnego.
— Sam byś tego nie żałował, gdyby ciebie nie złapano i nie przeraziła wizja śmierci z łap pobratymców. Czasami trzeba mieć honor, ty go już dawno straciłeś. Pewnie ojciec byłby z ciebie dumny — prychnął rozbawiony, z nietęgiej miny brata. — Całkiem dobrze jak niespełna rozumu mordercę.
— Gradobijący Cierń łga. Mówi to, co się mu nasuwa na język niczym idiota niższej klasy. Kłamać to potrafi, a w nie tylko jednej sprawie — odezwał się Tańcujące Pierze. — Twój braciszek o mało, co nie zabił własnej siostry. Ciebie. Zobacz, do czego może się posunąć taki egoistyczny kot, aby przeżyć, zniżając się do... ale to już nie mój kłopot — odetchnął i uśmiechnął się. — Niech ten klan zgnije z raną, której przez dumę nie chciała pokazać medykowi.
Skinął głową Dzikiemu Berberysowi.
— Owszem, Dziki Berberysie. Gradobijący Cierń jest jak ze skóry zdarty swojego ojczulka. Mówił mi, że chciał go pomścić. Najwyraźniej Świerszczowy Skok na długo nie opuści naszego ukochanego Klanu Burzy, co? — uniósł brew i wyszczerzył ząbki w irytującym uśmieszku. — Jaki ojciec, taki syn. Oboje bezmyślni, ale tylko jeden zachowujący, choć grosz honoru i podziwu. I to na pewno nie ten, co teraz się skulił pod wzrokiem zwykłych kotów — prychnął z pogardą i uniósł podbródek.
— Dobrze byłoby go nazwać po tym wszystkim Świerszczowy Skok. Aby zapamiętał, dla kogo zabił aż dwa koty i mógł zabić jeszcze więcej — wycedził przez zaciśnięte zęby, nie odrywając wzroku od Gradobijącego Ciernia.
Berberys zamruczał rozbawiony na słowa Tańcującego Pierza. Polizał swoje pazury i przeczesał białą kryzę.
Zwrócił wzrok na Berberysa i Pierze.
— Uspokójcie się. Decyzja już zapadła — miauknął, jego głos ostry. Odczekał parę uderzeń serca, po czym ponownie uchylił pysk. — Nim wszyscy się rozejdą, a oskarżeni tymczasowo powrócą do dołów, chciałbym coś ogłosić.
Spojrzał po kotach zebranych w Grocie Pamięci. Z jego pyska można było wyczytać zmęczenie, jak i zmartwienie, ale głowę trzymał wysoko uniesioną.
— W związku z odejściem Króliczej Gwiazdy — zaczął, uciszając tym samym większość szeptów w tłumie — Jestem zobowiązany oficjalnie przejąć rolę przywódcy oraz wyznaczyć nowego zastępcę.
Wziął głęboki oddech, zamrugał, po czym wbił wzrok w jednego z kotów.
— Skrzydlata Płomykówko, wystąp — polecił. Gdy kocica, po chwili zawahania, stanęła przed nim, kontynuował. — Jesteś kompetentną wojowniczką, jak i wytrwałą mentorką, co pokazał trening Ostatniego Pożaru. Dziś wykazałaś się umiejętnością przewodzenia grupie oraz zachowałaś spokój pomimo stresującej sytuacji. Od tej chwili pełnisz rolę mojego zastępcy.
Wysilił się na delikatny uśmiech, po czym zniżył ton głosu.
— Przykro mi z powodu śmierci Twojej matki i partnera — mruknął, słowa skierowane tylko do stojących obok kotów i samej Płomykówki. — Sójczy Błękit odeszła jako szlachetna wojowniczka, broniąc życia innych. Widzę w Tobie to, co tak bardzo szanowałem właśnie w niej.
Prychnął kpiąco na tą wiadomość. Kolejny kot, który doprowadzi w najbliższych księżycach do upadku Klanu Burzy. Gdyby nie Tańcujące Pierze, Zawodzące Echo nadal byłby Zawodzącym Echem; bo co, jeśli Królicza Gwiazda jeszcze na długo by pełnił swoją rolę?
Przyszły przywódca nie poprzestał na nowych informacjach.
— Gdy tylko sytuacja Klanu Burzy się ustabilizuje, odbędę podróż do Księżycowej Sadzawki — kontynuował. — Na razie powinniśmy się skupić na wyżywieniu klanu oraz zajęciu się jego najmłodszymi członkami.
Skinął głową swojej nowej zastępczyni.
— Skrzydlata Płomykówka wyznaczy patrole łowieckie. Trzymajcie się zachodniej części naszego terytorium, tej, której nie dosięgły płomienie; w przeciągu następnych wschodów słońca wysyłane będą również grupy, których celem będzie ocena wielkości strat. Chętnych uczniów oraz wojowników proszę również o zgłoszenie się do Wdzięcznej Firletki, aby w wolnej chwili pomóc jej oraz Łzawej Łapie w odbudowaniu prowizorycznych zapasów ziół, aby mogły zająć się waszymi urazami, jeżeli takowe się pojawiły. Dodatkowo, szczątki Pozłacanej Pszenicy oraz Ognistej Piękności zostaną przygotowane do czuwania, aby później mogły zostać godnie pochowane.
Zamilkł na moment.
— Tańcujące Pierze, Nieustraszony Chomik oraz Dziki Berberys powrócą do dołów, w których spędzili wczorajszą noc — oznajmił. — Tam, pod stałym nadzorem, wyczekiwać będą egzekucji, lub w przypadku Berberysu, odprowadzenia poza granice klanu. Gradobijący Cierń, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Bąbelkowy Plusk zostaną przeniesieni do ślepej odnogi jednego z tuneli prowadzących do Groty Pamięci.

***

Tańcujące Pierze nie spał. Wiercił szmaragdowym okiem w kotach, które niegdyś bez słowa go popierali w morderstwach. Niegdyś byli tak przekonani o jego racji, tak teraz są, jak skruszony lód, bezużyteczni dla niego w każdym, małym aspekcie. Ich obecność w dziurze tylko frustrowała rudego kocura. Zwłaszcza Gradobijącego… nie, jego tu już nie było. Świerszczowy Skok, potomek zawodowego mordercy, teraz się kulił niczym Paskudek i płakał. Co za rozczarowanie. Rudy oczekiwał od niego więcej. Miał nadzieję, że koty dadzą mu nauczkę.
Wszyscy się od niego odwrócili. Lodówkowa Łapa…
Nie. Nie wszyscy. Wciąż miał swojego Bąbla. Bąbelkowy Plusk nie mógłby go porzucić. Nigdy. Miał szczerą nadzieję, że kocurowi uda się pomścić braci.

***

W końcu nadszedł świt i zabrano go wraz z Nieustraszonym Chomikiem na egzekucję. Specjalnie poszli w przeciwne strony, aby podejrzani nie mogli się komunikować ze sobą. Tańcujące Pierze szedł pomiędzy Szakłakiem a Ognikiem. Przeszli dłuższy kawałek terytorium, postanawiając, że zakończą jego udrękę raz na zawsze w pobliżu wody. Pogłos Klanu Burzy miał go uśmiercić, natomiast drugi, nieco dalej gdzieś z boku siedział Burzak, który służył za obstawę, najprawdopodobniej, gdyby Tańcujące Pierze stawiał jakikolwiek opór.
Brat Rudzikowe Skrzydełka przygotował się na szybką śmierć, lecz zanim faktycznie tego dokonał, oskarżony otworzył pysk w celu przemówienia.
— Jak mi ciebie szkoda, Ogniku... — zaczął szeptem, zważając, że niedaleko czaił się irytujący, zmieniający strony jak dwunożni dziwne futra na tylnych łapach, czarny kot o imieniu Szakłak. — Dobrze wiemy, że to ty powinieneś był zostać zastępcą. W końcu jesteś Pogłosem Klanu Burzy... zasługiwałeś na to stanowisko od początku — wymruczał, a na jego pysk wkradł się lekki uśmiech. — Klan Burzy to jeden wielki spisek, Ogniku. Nie zdziwiłbym się, gdyby to wszystko było zaplanowane od początku. Skoro dopiero teraz poleciały te wszystkie... brudy... nie sądzisz, że czekali na ten moment? Może chcieli się nami wysłużyć i zabić niepotrzebne koty? Może od początku byliśmy tylko ich marionetkami... — wtedy powstał na pysku szeroki, niepokojący uśmiech Tańcującego Pierza. Mimo to w oczach nic się nie tliło. Nawet jedna iskra słońca, z którego według legend Nocniaków ogniste futro miało powstać, nie umiała wpaść w jego szmaragdowe ślepia.
Na pysku Ognika pojawił się głęboki smutek.
— Miałeś wielki potencjał, Tańcujące Pierze. Szkoda, że się pospieszyłeś — mruknął z nieodgadnionym wyrazem na pysku i dziwnym błyskiem w oczach. — Wielka szkoda.
Rudy morderca zamknął oczy.
Nagle z jego gardła wyrwał się głęboki, maniakalny śmiech.
— GDY TU WRÓCĘ, BĘDZIECIE MNIE BŁAGAĆ O WYBACZENIE!
I tak o to czarna owieczka zakończyła własny żywot. Nawet śmierć Tańcującego Pierza była szybka.
Białe owieczki w końcu pozbyły się, choć z tej samej rasy, to spaczonego i zawiedzionego przez środowisko wyrzutka w wilczej skórze. Bowiem zimowa owca zawsze będzie dla białych, głupiutkich owieczek tylko zagrożeniem, abominacją. Czymś, co według ich prawa nie powinno istnieć.
Kiedy otworzył szmaragdowe ślepia, nie widział przed sobą zmieszanego Szakłaka i rudego Pogłosu. Spalonych równin i wzgórz też nie było w pobliżu. Zamiast tego obudził się w ciemnym lesie bez ich liściastych koron. Uniósł brwi i wstał. Obejrzał dookoła polanę, na której przed chwilą spoczywał. Gdzie on się znajdował?
— Jesteś teraz w lepszym miejscu, Tańcujące Pierze.
Rozległ się za nim czyjś donośny, męski głos. Zaalarmowany, wysunął pazury i obrócił się szybko w stronę źródła dochodzących słów. We mgle najpierw dostrzegł zieloną parę kocich oczu i ogniste futro. Zdał sobie sprawę, że został otoczony na polanie przez inne istoty. To nie był właściwy Klan Gwiazdy. Mimo to nie czuł lęku.
Uśmiechnął się szeroko, gdy rudy postanowił się zbliżyć do młodego wojownika.
— Witaj w domu… — zaczął, szczerząc żółte kły w uśmiechu.
— W Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd — dokończył z dumą Tańcujące Pierze i skinął mu głową. — Tak. Mój dom zawsze tu należał…
Jego dom od teraz był spowity mrokiem i przesiąknięty krwią tych, którzy go nie zrozumieli.
Ta zimowa owieczka szukała w świecie śmiertelników tylko zrozumienia, miłości. Może jej losy potoczyłyby się inaczej, gdyby ktoś w końcu zaczął się zamartwiać, co się działo w umyśle maluszka w żłobku Klanie Burzy?

07 lipca 2026

Od Tańcującego Pierza CD. Wdzięcznej Firletki

timeskip; krótko po ostatnim opowiadaniu Pierza
TW: Krew, morderstwo, okrucieństwo, nieprzyjemne opisy

Sójczy Błękit starała się umiejętnie przewodzić przydzielonej jej grupie i poruszać się szybko. Naprawdę. Jednak powłóczący nogami starsi, którzy robili to nawet w obliczu zagrożenia, nie pomagali.
Coraz bardziej oddalali się od pierwszej grupy.
Długie jęzory ognia tańczyły na wietrze, zamieniając suchą trawę . Wraz z nimi przemieszczały się prędko dwa koty; jeden wtapiający się w płomienie z łatwością, drugi srebrzysto rudy kot za nim podążał. Długonogi kocur uśmiechał się szeroko, czując pieczenie w oczach, wiatr w sierści i ciepło bijące ze skrzydeł ognistych, które go próbowały otoczyć. Puszysta kocica zmarszczyła brwi, w jej oczach można było ujrzeć zdeterminowanie. Jakby miała cel czekający na nią do zrealizowania.
Podmuchy wiatru niosły ze sobą okropny gorąc i zapach dymu... W ułamku sekundy z jednej strony drogę zagrodził grupce ogień. Z gardła Sójczego Błękitu wyrwał się mało elegancki wrzask. Odwróciła się w drugą stronę, jednak jasne, rosnące płomienie skutecznie uwięziły ich w jednym miejscu.
— Nie, nie — mruczała pod nosem, puszczając Króliczą Gwiazdę i odbiegając kawałek dalej. — Nie!
Zaczęła panikować. Odwróciła się do reszty, z szeroko otwartymi oczyma, po czym po raz kolejny wydała z siebie zaskoczony krzyk, gdy za grupą dojrzała innych wojowników. Takich, których nie było wtedy w obozie, i za którymi ciągnęły się same nieszczęścia.
Nagle koty na końcu orszaku podskoczyły, słysząc z tyłu głośny, głęboki śmiech.
Na tle ognia Sójczy Błękit mogła zauważyć dwie kocie sylwetki. Jedna chuda, o ostrych rysach, natomiast druga masywniejsza. Pierwszy z nich ruszył pewnym krokiem w stronę wojowniczki.
— Co za ciepłe spotkanie, nieprawdaż? — zaczął głos spokojny, zbyt nienaturalny i zbyt nieodpowiedni w obecnej sytuacji. Kot nagle się zatrzymał, zachowując pewien dystans między nimi. Nastąpiła nieprzyjemna cisza, którą tylko zakłócały trzaski dochodzące z ognia. Kocica obok napięła mięśnie, gotowa do ataku.
Sójczy Błękit wytrzeszczyła oczy, widząc oświetloną przez ogień połowę pyska rozmówcy. Wielkie, szmaragdowe oko, w którym odbijały się tańczące płomyki. Nienaturalnie szeroki uśmiech zagościł na pysku rudego burmskiego. Patrzył na wojowniczkę z góry, specjalnie zadzierając brodę ku górze. Zmrużył lisie ślepia i skinął niespodziewanie głową do Nieustraszonego Chomika, która niczym dzikie zwierzę kilkoma susami znalazła się bliżej starszych.
— Jesteście otoczeni — miauknął z uśmiechem.
Kocica rozejrzała się po ognistym kręgu, widząc następujące koty; Bąbelkowy Plusk, Rudzikowe Skrzydełko, Dziki Berberys, Zwiewny Mak, Gradobijący Cierń... aż w końcu jej wzrok spoczął na umięśnionym synie Kminkowego Szumu, który podszedł do niej na niebezpieczną odległość. Tańcujące Pierze.
— Widać, że wasz przywódca już was nie uratuje, co? — szepnął, pokazując na skulonego Króliczą Gwiazdę. — Och... jak mi was szkoda. Biedne króliczki... — słodził, wyraźnie z nich szydząc. Pokręcił głową i się odsunął, krążąc wokół Burzaków. Uśmiech nagle zniknął. Teraz patrzył na nich z czystą pogardą.
— ... Ale nie ma teraz czasu na współczucie. Same zapędziłyście się w kąt, głuptaski. Chodź, Cierniu.
Wtedy spojrzał na Ciernia.
I wszystko stało się tak jasne jak ogień.
Ogień, który zaczął pochłaniać coraz to więcej terenów należących do Klanu Burzy.
Wymieniony wcześniej kocur popatrzył na lidera z furią w oczach. Zaczął okrążać go, jego futro było nastroszone, pazury wysunięte… a u lidera było widać strach.
Siostra Ciernia syknęła głośno.
— Króliczek jest teraz tak samo przerażony jak wy, jego poddani!
Królicza Gwiazda cofnął się, obnażając zęby. W jego oczach widać jednak przerażenie, a ruchy były nieskoordynowane i gwałtowne.
— Co wy sobie wyobrażacie?!
Bąbelkowy Plusk uciekł wzrokiem w bok. Nagle podszedł do niego Tańcujące Pierze i szepnął parę słówek, na które Bąbel wytrzeszczył oczy i wbił w niego zszokowane spojrzenie.
— My? Odbieramy to, co należało do Klanu Burzy — warknął Cierń. — Wolność, lepsze dni, tego chce Klan Burzy! Nie zapchlonych starców takich jak ty. To koniec Królicza Gwiazdo.
— Nie spodziewali się tego… — wymamrotała Zwiewny Mak do samej siebie, zadowolona.
A Rudzikowe Skrzydełko stała tam, jednak nie wyglądała na pewną czegokolwiek. Obejrzała się po zebranych kotach i przełknęła ślinę widząc własną matkę. Zaczęła się bać. Rudy kocur spojrzał na niepewną Rudzikowe Skrzydełko. Zmarszczył brwi.
— Oni są przeciw nam, Rudzikowy Skrzydełku - wymamrotał, zbliżając się do niej. — Widzisz, że wolą zdechnąć z tym truchłem niż przeżyć. Godne pożałowania, pf — splunął. — My chcemy dobrze dla naszych pobratymców... w przeciwieństwie do nich.
Uniosła wzrok prosto na podchodzącego do niej Tańcujące Pierze.
— Ja... Ja wiem — mruknęła cicho. — Przepraszam — spojrzała nieco zamglonym wzrokiem ja matkę, a następnie potrząsnęła głową i kiwnęła w stronę pointa.
Sójka nastroszyła sierść na karku i zasyczała.
— Może jednak byście nam pomogli! — warknęła, kątem oka zerkając na Ciernia i Królika. — Na wasze wymysły przyjdzie czas kiedy indziej!
Wtedy podszedł do Sójczego Błękitu. Przechylił głowę do boku i uśmiechnął się z politowaniem.
— Sójczy Błękit... czy ty naprawdę wierzysz, że to truchło was zbawi? My tylko wyświadczamy wam przysługę, Sójczy Błękicie. Jeśli warte jest twoje życie więcej niż komar, zejdź nam z drogi.
Wysunął pazury.
Sójka położyła po sobie uszy. Mimo strachu, nie uległa.
— Nie dam jakiemuś małolatowi sobie grozić — syknęła. — Czy mózg wypadł Ci gdzieś po drodze? Pozwalasz sobie na za wiele!
Pierze pokręcił głową, widocznie rozczarowany.
— Najwidoczniej musimy załatwić sprawy... bardziej krwawo niż zamierzałem. Myślałem, że jesteś mądra, Sójczy Błękicie. Naprawdę mnie rozczarowałaś.
Cofnął się do Bąbla. Musiał nadrobić sytuację; walki już się rozpoczęły. Zmrużył oczy.
— Jesteś gotowy? — zapytał brata, który przytaknął niechętnie, dalej unikając kontaktu wzrokowego z pierworodnym. Zakasłał od nadmiaru dymu. Pierze przyglądał się poczynaniom Ciernia z uśmiechem.
Królicza Gwiazda zawarczał i odsunął się o krok.
Cierń uśmiechnął się triumfalnie, zerkając na resztę starszych.
— Zawodzącego Echa tu nie ma, już cię nie obroni, nieprawdaż? Zasługujesz na to, aby umrzeć, Królicza Gwiazdo. Tak jak musiała umrzeć moja matka! Zapłacisz mi za to, że nie powstrzymałeś go, że przez ciebie mieliśmy zdrajcę w klanie! — zaśmiał się, wręcz nienaturalnie. — Nawet przed sobą masz zgraję zdrajców, którzy zakończą twoje panowanie!
Z otworzonymi w przerażeniu oczami dalej się cofał.
— Przynosicie temu klanowi większą ruinę, niż ja moimi rządami! — zawarczał.
Zaśmiał się na słowa lidera.
— Nie rozśmieszaj mnie. Może popatrzysz sobie na to, jakie przyniesiemy rządy temu klanowi z Klanu Gwiazdy, co staruszku? — powiedział kocur, kucając, po czym zanim Królicza Gwiazda zdążył zareagować, wyskoczył na niego, wgryzając się w jego gardło. Lider krzyknął z przerażeniem, wstał, po czym zaczął się wierzgać, przez co srebrny skończył na jego plecach. Wbił pazury w jego futro, teraz gryząc jego kark. Starszy starał się odepchnąć Ciernia, jednak stare kości już nie do końca współpracowały. Wierzgał się pod nim, charcząc i plując krwią.
Gradobijący Cierń został w końcu zrzucony, jednak od razu podniósł się na łapy. W jego oczach było szaleństwo, a iskry płomieni odbijające się w nich tylko je podkreślały.
— Walcz, walcz Królicza Gwiazdo! Zatańcz tak, jak ja ci każę, pokaż jaki to z ciebie wspaniały przywódca, ocal ich! — znów wypuścił z siebie szaleńczy śmiech, teraz z syknięciem skacząc znowu na lidera. Wylądował na nim, teraz próbując zębami dosięgnąć jego brzucha.
Królik zacisnął zęby i kopnął Ciernia w brzuch.
Odepchnięty leżał teraz niedaleko płomieni. Zmęczony, z zamglonymi oczami Królicza Gwiazda wykrwawiał się. Upadł, kierując się do Ciernia. Srebrny rebeliant zamarł. Nagle starszy wstał, dysząc ciężko i wypluł krew. Królicza Gwiazda podbiegł do niego, a Cierń dopiero teraz otrząsnął się z widoku. Skończył pod liderem, który usiłował teraz zadać mu cios, ale Cierń był szybszy. Zrobił mocne zadrapanie na jego brzuchu, przez które czarny zawył. Kocur odsunął się od Ciernia, który przez dym teraz też ciężko dyszał. Wyskoczył na dymnego, przekoziołkowali się chwilę, aż Cierń używając całej swojej siły odepchnął lidera w stronę płomieni. Jego futro zapaliło się, na co ten wrzasnął z bólu. Połowa jego pyska jak i grzbiet były w ogniu. Zaczął tarzać się w trawie, aby ugasić w końcu pożar z futra. Królicza Gwiazda ledwo stał, jednak wolą przodków znów ruszył w stronę srebrnego, bardzo powoli, ale tuż przed Cierniem osunął się na ziemię. Gradobijący Cierń dyszał, zmęczony, jednak zdobył się na triumfalny uśmiech. Podszedł do lidera, podnosząc jego pysk.
— Żegnaj, Królicza Gwiazdo.
Po czym jak Pierze księżyce temu z całej siły uderzył nim o ziemię. I jeszcze raz. I kolejny. Z nosa i pyska lidera wydobywały się strużki krwi, a oczy były zamglone. Lider tracił jedno życie po drugim. Gdy tylko się budził, znów umierał. Aż stracił swoje pierwsze, a jednak ostatnie życie. Wziął ostatni dech, po czym… Umarł. Panowanie Króliczej Gwiazdy zakończyło się, a Cierń stał nad nim, pokryty krwią, z szałem w oczach, po chwili zdając sobie sprawę z tego, co zrobił. Zabił. W końcu się zemścił. Zabił okrutnika, Króliczą Gwiazdę…
— Królicza Gwiazda... on nie żyje... naprawdę... — wymamrotał zszokowany Bąbel.
— ... Aminek byłby z nas dumny. Co nie? — szepnął rudy i na jego pysk wkradł się chwilowy uśmiech.
Znów czuł się połączony ze swoim rodzeństwem. W końcu.
Nagle Sójczy Błękit z wrzaskiem rzuciła się na Ciernia, z Szarą Skórą na ogonie.
Nie spodziewał się ataku, przez co zmęczony jeszcze wcześniejszą walką skończył pod kotką tuż po tym, jak przeturlali się kawałek. Kremowa kotka wbiła zęby w kark kocura.
— Zapłacisz za to pchli zadzie!
Srebrny zaczął się wierzgać, zrzucając w końcu kotkę z pleców. Patrzył na nią teraz zły.
— Przykro mi, Sójczy Błękicie. Ktoś musiał to zrobić. Dobrze znasz prawdę, ten mysi móżdżek nie nadawałby się nawet na sprzątanie legowisk! — wyskoczył na kotkę, zatapiając zęby mocno w jej szyje, gdy ta wylądowała pod nim.
— Przepraszam, Sójko… — wywarczał, podczas gdy jej futro zakrywało jego pysk.
Szarpała się jeszcze przez chwilę, zanim ostatni oddech uciekł z jej piersi
Kocur odwrócił wzrok od nieżywej już kotki. Zaczął coś mamrotać. Tańcujące Pierze zmarszczył brwi i się skrzywił. “Co on najlepszego wyrabiał?”
— Nie, nie! Ja nie jestem taki jak on… — skulił się obok ciała sójki, jego futro było nastroszone, trząsł się i ze złości i z emocji, jakie nim targały. — Nie jestem mordercą, ja… Uratowałem Klan Burzy… — kocur wstał.
Rudy prychnął i pokręcił głową z politowaniem. Będzie miał z nim kolejną pogawędkę. Zaraz zamieni się w psychologa…
Wtedy Tańcujące Pierze ujrzał Szarą Skórę. Skinął Bąblowi głową w kierunku Ciernia i Sójczego Błękitu. Czekoladowy point zawahał się na moment, ale skinął niepewnie głową i pobiegł.
Tańcujące Pierze został sam. Otrzepał się i zaszarżował prosto w Szarą Skórę. Przewrócił go i objął jego szyję łapami. Źrenice Pierza rozszerzyły się, gdy jego zęby sięgały prawie miękkiej skóry ojca albinosów.
Odepchnięty przez Szarą Skórę, od razu po ataku starszego wojownika zasyczał i nie dał mu szansy na wstanie z trawy. Wściekły Pierze podbiegł i spróbował ponownie się wgryźć w odsłoniętą szyję. Tym razem pomyślnie zatopił zęby w ciele ojca albinosów. Czując napływającą ciecz do jego buzi, poczuł się słabo. Właśnie zasmakował kociej krwi. Mimo to nie umiał wypuścić ze swoich szczęk kocura, który najpierw wierzgał, ale z upływem czasu ciało Szarej Skóry zwiotczało, a na trawę zaczęła się lać strumieniami szkarłatna, gęsta ciecz. Pysk Tańcującego Pierza był oblepiony krwią pobratymca. Nie, to nie był pobratymiec. To był ktoś, kto się mylił. Musiał zostać wyeliminowany…
— Wiedziałem, że ciągnie się za wami nieszczęście! — splunął nagle do niego Skrzyp. — I pomyśleć, że w coś takiego chciałeś mnie wtedy wciągnąć!
Wystarczyło poczekać kilka sekund, zanim Skrzyp jak zwykła mysz runął martwy na ziemię. Zabity przez własną mentorkę. Gdyby Pierze wypuścił Szarą Skórę z objęć swych kłów, powiedziałby: “Aminkowa Łapa byłby zawiedziony takim parszywym, słabym truchłem. Ciesz się, że tylko cię obserwuje…”.
W szmaragdowym oku Pierza nie odbijała się żadna iskra, gdy wypuścił z obojętnością krwawiące ciało.
Nikt nie zauważył, gdy w chaosie jeden z kotów odłączył się od głównej grupy. Dopóki biały, puchaty pyszczek i przestraszone oczy nie wyłoniły się spomiędzy płomieni.
Wszyscy patrzyli w szoku, jak Wełnista Mszyca wybiega z pośród ognia i z krzykiem podbiega do ciała Szarej Skóry.
— Nie! — krzyknęła.
Pierze oblizał się, zimno lustrując poczynania kotki.
— Krew twojego ojca była dobra.
Słowa, które zszokowały nawet i samego syna Kminka, zostały wypowiedziane. Chciał ją zastraszyć; poczuć jej strach. Zasmakować.
Wciąż miał wysunięte pazury. Przednie łapy były w krwi Szarej Skóry. Mszyca spojrzała na niego z przerażeniem. Pierze bez emocji nieco odepchnął łapą zwłoki na bok.
— Ciekawe jak wspaniała jest krew albinosów... — Gdy wypowiadał te słowa, niepokojąco szeroki uśmiech znów zagościł na jego pysku. Zbliżał się do niej.
Zanim cokolwiek mógł zrobić, coś w niego uderzyło. Pomyłka, ktoś o futrze czekoladowym z zielonymi, błyszczącymi oczami.
— Z-zostaw ją! — miauknął przerażony Bąbelkowy Plusk. — Ona... nie zabijaj jej! — mówił szybko. — Prze... przecież to albinoska! — dodał pewniej, stawiając się najstarszemu z miotu.
Tańcujące Pierze spojrzał na niego tępo, zastanawiając się nad jego słowami. Mszyca skakała niepewnym wzrokiem po nich. Wysoki kocur wrócił szmaragdowym okiem do niej, widocznie przekonany. Zmarszczył brwi i zmrużył oczy.
— Dam ci szansę, zważając na mój szacunek do twojego gwiezdnego pochodzenia — zaczął twardo — Albo zrównasz się do tego truchła, które śmiało się określać na lewo i prawo "Ojcem Trójki Białych Wybrańców", albo stąd odejdziesz. Znikniesz z terenów Klanu Burzy. Już nigdy więcej tu nie wrócisz. Decyzja należy do ciebie, Mszyco. Nie zawiedź mnie tak jak Skrzypiący Skrzyp i Sójczy Błękit. Chyba nie chcesz podzielić ich losu, co?
Z oczyma pełnymi przerażenia wpatrywała się w wojownika. Cofnęła się o krok, jednak przystanęła, czując gorąc płomieni.
— Ja... — Jej wzrok padł na ciało Króliczej Gwiazdy. Póżniej na ciało ojca. — Ja- Dobrze!
Łzy zaczęły zbierać się w jej ślipiach.
— Odejdę! Już mnie tu nie zobaczycie — zachlipała. — Tylko- Proszę, już nikogo...
Jej głos zadrżał i schyliła głowę.
Nie odpowiedział od razu. Przechylił głowę na bok, po czym zawołał Dzikiego Berberysa. Wojownik przyszedł od razu.
— Dopilnuj, aby nie wróciła.
Ponownie rozległy się grzmoty. Wiatr wezbrał na sile. Jednak, zamiast kolejnych piorunów, z nieba zaczął lać deszcz.
Wtedy poczuł na sobie krople czystej wody. Po oczyszczeniu nastąpił powrót do życia. Tańcujące Pierze trząsł się. Miał wrażenie, że zaraz się złamie; że już się nie podniesie po upadku. Odwrócił się w stronę wszystkich zgromadzonych rebeliantów i polecił obmycie się w rzece. Jako pierwszy podszedł do wody, próbując zmazać krew z pyska.
Pierzasta Łapa byłby nim obrzydzony. Paskudek by go pochwalił, a Pierze... nie wiedziałby, czemu akurat Tańcujące Pierze to zrobił. Sam wojownik czuł się dziwnie, jakby na zawsze stał się brudny, nieważne jak długo będzie spędzać czas na pielęgnowaniu futra czy mycie ciała.
Krew niewinnych nigdy z niego nie zejdzie.
— Ekipo, bo ogień nam ucieka, a trzeba się ich pozbyć — zaczęła niewzruszona śmiercią Chomik — Bo inaczej połączą kropki i się domyślą, że nie umarli naturalnie — po deszczu było wszystko widoczne, jak i rzeka.
— Tam ich schowamy, topiąc ich w rzece — chwyciła ciało Skrzypa i pobiegła w stronę rzeki.
Skinął głową Chomik.
— Masz rację — zgodził się. — Cierniu, pomóż mi z ciałem Szarej Skóry — miauknął miękko. Szybko się uspokoił.
Podszedł do zwłok ojca Mszycy. Ujął zębami jego ciało i podniósł. Gradobijący Cierń pomógł mu z wrzuceniem ciała do rzeki dalej od brzegu. To samo zrobili z innymi ciałami. Tańcujące Pierze nie czuł niczego, również przy tym nie myślał. Miał w głowie pustę, a jedynym celem było przeżycie i schowanie ciał tak, aby nie zidentyfikowali ich. Oczywiście deszcz im pomógł, zmywając jakiekolwiek ślady ich łap. Byli czyści. Musieli tylko dobrze to wykorzystać...
— Ruszajmy — miauknął, widząc powrót Dzikiego Berberysa. — O, zanim jeszcze do groty, musimy się wytarzać. Nie mogą z nas wyczuć zapachu tych... króliczków. I musimy wrócić w odstępach, pamiętajcie.
Po spełnieniu rozkazu wszyscy nieco brudni i zmęczeni poszli w stronę Kamiennych Strażników. Pierwsza była Rudzik. Jako drudzy po dłuższej chwili od przybycia rudej wojowniczki wrócili Gradobijący Cierń, Dziki Berberys i Zwiewny Mak - najszybciej wracająca do swoich pociech. Natomiast ostatni po dłuższym odczekaniu byli Chomik, Pierze i Bąbel.
Zawodzące Echo ze zmarszczonymi brwiami patrzył, jak wojownicy, mokrzy i brudni, stają przed kamiennym kręgiem.
— A wy gdzie żeście się podziewali? — zapytał, mrużąc ślipia. — Dziki Berberysie, Gradobijący...Cierniu. Byliście na tyle grupy. Co się stało ze starszymi i Króliczą Gwiazdą? Zwiewny Maku, dlaczego zostawiłaś swoje kocięta?
— Zawodzące Echo! Chwila, Króliczej Gwiazdy nie ma z wami? Ja i Pierze uciekaliśmy, było strasznie dużo dymu, a płomienie były bardzo wysokie… Nie widzieliśmy go… Przykro mi… — powiedział, patrząc teraz na swoje łapy. — Przepraszam za to, co dzisiaj powiedziałem… Gdybym wiedział, że to wszystko się stanie, nigdy bym tego nie powiedział… Nie wiem, co we mnie wstąpiło…
Zawahał się.
— Tańcującego Pierza nie było z nami podczas ewakuacji — zauważył. — Czemu odłączyliście się od grupy?
— Jak uciekaliśmy byłem niedaleko starszych, ale płomienie odcięły mi drogę… Biegłem naokoło, Pierze przybiegł widząc z daleka dym. Próbowaliśmy znaleźć resztę, ale tam nie było nic widać…
Z boku, Gadożerowa Łapa spoglądał to na Ciernia, to na stojącego dalej Pierze. Nie wytrzymał.
— To wszystko ich wina! — wrzasnął, wskazując wojowników pazurem. — Ciągle ciągną się za nimi nieszczęścia! Pierzasta Paskuda snuje się po terenach i szepcze kotom podejrzane rzeczy na uszy, a Cierń dosłownie przed chwilą wyrzucał Króliczej Gwiedździe w pysk wszytskie jego błędy! A teraz cała masa kotów zniknęła i nikt nie wie, gdzie się podziali. A oni wrócili jako ostatni!
— O czym ty mówisz, Gadożerowa Łapo! — Lodówkowa Łapa rzuciła w brata. — Sam zachowujesz się dziwnie, cały czas dziwnie na mnie patrzysz i w dodatku nie chcesz ze mną rozmawiać… 
— Bo podlizujesz się temu ścierwu! — zawołał. — Jak możesz tak robić, po tym, jak zrzucił na mnie swój głupi błąd? I to ja musiałem zbierać bęcki?
Lodówka burzona spojrzała na brata.
— Podlizuję? Pierze to dla mnie dobry przyjaciel! Nie moja wina, że ty nie masz żadnych. — prychnęła, strzepując ogonem.
Zawodzące Echo przeniósł wzrok z Ciernia na Gadożera. I spowrotem.
— ...przenosimy się do Groty Pamięci! — polecił klanowi, zeskakując ze skały. — Pilnujcie wszyscy siebie nawzajem.
Wszedł wraz z Nieustraszonym Chomikiem i Bąbelkowym Pluskiem do Groty Pamięci. Wspomnienia wracały do niego natychmiastowo. Szedł na samym końcu, zwieszając głowę.
Echo wkroczył w półmrok Groty Pamięci. Przez świetlik w sklepieniu ledwo wpadało jakiekolwiek światło, a o taflę wody Oka uderzały krople deszczu.
Zbliżył się do czekającego pod jedną ze ścian Białego Strumienia.
— Nie ma tu przypadkiem Wełnistej Mszycy? — zapytał, rozglądając się. — Tylko kronikarze i przewodnicy?
Czerwone ślepia błysnęły w mroku, a dźwięk deszczu odbijał się echem po ścianach Groty. Patrzył na Zawodzące Echo, czując dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Na pytanie o siostrę, podniósł uszy.
— Niestety nie ma jej tutaj. — Odpowiedział spokojnie. — Tak, pozostali Kronikarze i Przewodnicy są obecni.
Z westchnieniem Echo skinął głową.
— Zaraz przyślę kogoś, aby wyjaśnił wam całą sytuację.
Podniósł łeb i spojrzał po wlewających się do jaskini kotach.
— Klanie Burzy! — zawołał; nie musiał krzyczeć, gdyż jego głos odbił się od kamiennych ścian. — Zajmijcie miejsca. Niech każdy, kto nie widzi obok swoich najbliższych, mi to zgłosi.
Odczekał moment.
— Dodatkowo, chciałbym zyskać parę wyjaśnień. Gradobijący Cierniu, Tańcujące Pierze, macie coś do powiedzenia?
Uniósł brew, jednak jego spojrzenie było zdecydowane, gdy spoglądał w oczy kocurom.
Rudy usiadł obok Ciernia naprzeciw Zawodzącego Echa.
- Próbowaliśmy z Nieustraszonym Chomikiem zgasić pożar. Powiedzieliśmy Bąblowi, aby powiedział reszcie. Byliśmy głupi; ogień się rozprzestrzeniał w zaskakującym tempie... musieliśmy szukać drogi ucieczki. Podczas pożaru natknęliśmy się na Ciernia i na Bąbla, który nas szukał.
Wymamrotał te słowa z nadzieją, że któryś z pobratymców to usłyszy, może zareaguje. Bardziej kierował to na tył, na świadków. Westchnął ciężko, po czym nagle wytrzeszczył oczy.
- Czekajcie... gdzie jest Królicza Gwiazda? - zapytał, rozglądając się po zebranych. - Nie ma z nami Szarej Skóry, Sójczego Błękitu... ani Skrzypiącego Skrzypa. I Szafirkowego Wiatru, i Ognistej Piękności... a gdzie Pozłacana Pszenica? Ogień już zgasł, Zawodzące Echo. Powinniśmy ich poszukać - zaproponował zmartwiony. - Powinniśmy się też przygotować na najgorsze... - posmutniał.
Spojrzał na Pierze, a potem na ziemię. Wydawał się być zmartwiony zaistniałą sytuacją.
— To prawda… Jak tylko się uspokoi, trzeba ich poszukać. Teraz może być ryzykownie, w tym dymie można się podusić, a teraz jak ogień gaśnie jest go sporo.
— Przestań zgrywać niewiniątko! — syknął Gadożer ze swojego miejsca pod ścianą. — Wszyscy wiedzą, że skoro wróciłeś ostatni, to maczałeś w tym pazury! Teraz siedzisz z podkulonym ogonem licząc, że nikt Cię nie przejrzy!
— To prawda — mruknął Zawodzące Echo, po czym spojrzeniem uciszył Gadożera. Zwrócił wzrok na Pierze. — Zaskakująco szybko zorientowałeś się, kogo z nami nie ma. — A Gradobijący Cierń oznajmił juz na głos nieobecność Króliczej Gwiazdy — dodał. — Dość głośno. A ty stałeś obok.
— Całkiem szybko rzucacie się do pomocy i szukania. Nie miałam okazji jeszcze obserwować tak szlachetnego zachowania z waszej strony — mruknęła cynicznie Śpiewający Raniuszek, zatrzymując spojrzenie dłużej na Pierzu. 
Zdziwił się tonem kocura, który śmiał go oskarżać o takie zbrodnie.
- Gadożerowa Łapo... - nie wiedział, co powiedzieć; naprawdę wyglądał na zszokowanego. - Bąbelkowy Plusk, Nieustraszony Chomik, Gradobijący Cierń mogą potwierdzić moje słowa. Kiedy deszcz zaczął padać, mogliśmy w końcu bezpiecznie przejść. Zanim nastąpił, staliśmy w rzece, ponieważ Bąbel i ja źle się poczuliśmy przez tyle dymu. Poza tym też się baliśmy; ogień to niszczycielski żywioł...
Przełknął ślinę i spojrzał zmęczonym okiem w oczy Echa.
- Trudno nie zauważyć braku przywódcy, trzech wojowników i starszych - zauważył. - Zawsze byłem spostrzegawczy, Zawodzące Echo - miauknął, wiercąc się na zimnym kamieniu. Czuł się znowu jak na przesłuchaniu, gdy Ostatni Pożar została przez niego "zaatakowana", a nic takiego nie zrobił. Ciągle chcą z niego zrobić tego złego...
Westchnął ciężko.
- Pożar naprawdę był stresujący, sam powinieneś wiedzieć. Gdybyś musiał wdychać ciągle dym i jak najszybciej się stąd wydostać, naprawdę twój mózg by się roztopił. Teraz nabrałem czystego powietrza i zauważyłem ich brak. Przepraszam, że się powtarzam... wciąż mi niedobrze po wdychaniu tyle dymu... - wymamrotał słabo, szukając wzrokiem Wdzięcznej Firletki. Robiło mu się słabo; dotlenie mózgu najwyraźniej mu szkodziło.
Gradobijący Cierń zmartwiony podszedł do boku Pierza, widząc, że ten kasła trochę co jakiś czas.
— Będziecie potrzebowali dużo świeżego powietrza… Być może medycy będą w stanie wam pomóc, albo lekko złagodzić ten kaszel…
Zawodzące Echo zamrugał.
— Będziecie mogli wyjść z jaskini, gdy skończymy rozmawiać — oznajmił. Spojrzał po zebranych kotach. — Srebrzysta Równonocy, weź proszę kawałek mchu — wskazał łapą stertę, którą dla posłań chowali kronikarze — i zbierz trochę wody z zewnątrz. Każdy będzie mógł się napić.
Po Grocie rozległ się głos Nieustraszonego Chomika.
- Potwierdzę to, ogień rozprzestrzenił się w takiej dużej ilości że musieliśmy skorzystać chwilowo z rzeki, ten dym był tak ostry że nie dało się normalnie oddychać, a ja nie jestem w kwiecie wieku żeby wdychać spaliny - rozejrzała się przez chwilę sprawdzając ile jest kotów, zauważyła że akurat kogoś brakowało kogo nie pilnowali.
- Nie możemy sobie skakać do gardeł, sycząc kto kogo pilnował lepiej. Pożar był gwałtowny i nieprzewidziany, a że działaliśmy pod presją tylko sprawiło że nasze działania nie były dokładne. Nie mówiąc już o tym że wam też zabrakło jednego kota, gdzie Pozłacana Przenica?
Zawodzące Echo zmarszczył brwi.
— ...źle się czuliście, więc staliście w rzece, aby utopić się, jeżeli zemdlejecie — mruknął pod nosem. — Mądre.
Westchnął.
— Pozłacana Pszenica musiała odłączyć się od nas podczas ucieczki z obozu — odpowiedział na pytanie Chomik. — Ostatni raz widzieliśmy ją właśnie tam.
Ponownie obrzucił spojrzeniem Pierze i Ciernia, po czym uciekł wzrokiem w bok, na Dzikiego Berberysa i Zwiewny Mak.
— Nie chcę nikogo pochopnie oskarżać. Jednak, część z was nigdy w obozie się nie zjawiła, a wróciliście jako ostatni. Nie możecie mi powiedzieć, że to nie brzmi choc odrobinę podejrzanie. — Wziąl głęboki oddech. — A na dodatek, patrząc na rzeczy, które ostatnio usłyszałem, nie wiem, czy jestem skłonny wam ufać.
— Właśnie. — Zaczął Biały Strumień . — Gdzież się podziewa moja siostra, Wełnista Mszyca? Niemożliwym jest, by zostawiła Klan w potrzebie i nie przyszła do Groty, by spotkać się z resztą, wszak jest to miejsce spotkań.
Wdzięczna Firletka z opuszczonymi nieco uszami zwróciła się w stronę przewodnika.
— Musiała odłączyć się od nas, gdy opuszczaliśmy obóz — miauknęła. — Ja pilnowałam uczniów, nie pamiętam momentu, w którym zniknęła mi z oczu. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy ją widział. Ale... Wątpię w to, że się zgubiła. Zna nasze tereny bardzo dobrze, a poruszanie się po nich w ograniczonej widoczności nie było nigdy dla niej problemem. W końcu wychodziła w nocy.
Przewodnik zmrużył oczy, przesuwając długim ogonem po ziemi. Jego końcówka drżała, kiedy myślał nad ewentualnościami.
— Masz rację, Wdzięczna Firletko. — Miauknął. — Co więc mogło się stać, iż nie przybyła tutaj? Coś ja trzymało? Może ktoś?
— Nie widziałem jej… — wymamrotał Gradobijący Cierń. — Myślałem, że pobiegła z wami. Przecież widziałem ją przed sobą nie długo przed tym, jak rozdzieliły mnie płomienie od reszty. Potem już nie widziałem nikogo oprócz tych, z którymi biegłem potem.
Albinos zwrócił się ku kocurowi.
— Nie wybiegałem z Wami, nie było mnie przy Was przecież. — Odpowiedział, mierząc go przeszywającym wzrokiem.
— Chodziło mi o tych, którzy biegli w grupie przed starszyzną. Przepraszam, zwróciłem się za bardzo do ciebie… Wracając, przez ten chaos i zamieszanie pamiętam tylko ten jeden moment. Może jest bezpieczna ze starszyzną? I Króliczą Gwiazdą…? Może im pomogła…
— Zawodzące Echo, z całym szacunkiem, ale nie sądzę, że Nieustraszony Chomik jest winna — nagle rozbrzmiał głos Złocistej Wydmy. — Po co miałaby przechodzić przez całą walkę z lisem tylko po to, żeby za chwilę wszystko zepsuć? To nie jest logiczne.
Echo zwrócił wzrok w stronę Złocistej Wydmy.
— Słuszna uwaga — miauknął. — Jednak moja uwaga jest skierowana również na inne koty.
Wziął głęboki oddech po czym odwrócił się do tłumu... Akurat wtedy, gdy Rudzikowe Skrzydełko padła na ziemię. Cóż, jego słowa będą musiały chwilę poczekać.
Czekał na znak, że wojowniczka nie odejdzie nagle z tego świata. Gdy Wdzięczna Firletka spojrzała na niego i skinęła głową, odetchnął.
— Wracając... Koty Klanu Burzy! — miauknął, chcąc zwrócić uwagę wszystchich. — Chciałbym, aby wszyscy posłuchali tego, co niektórzy będą mieli teraz do powiedzenia.
Zamilkł na moment.
— Ruda Lisówko?
Wojownik wyprostował się. Od razu wiedział, o co chodziło.
— Parę księżycy temu — zaczął powoli, unosząc głos. — Wcale nie tak dawno, podczas polowania natknąłem się na dwa koty. Przy Przybrzeżnym Oku.
Wziął oddech.
— Jednym z nich był Tańcujące Pierze. Wtedy Pierzasta Łapa. Usłyszałem część jego słów. "Chcę, aby razem pozbyła się tego czarnucha". Do kogo Pierze trzyma urazę? Do władzy klanu. Nie trudno wpaść na myśl, że przez czarnego kota miał na myśl Króliczą Gwiazdę, czy nawet Zawodzące Echo.
Po chwili milczenia zastępca wywołał z tłumu drugiego kota.
— Śniący Obserwatorze? 
Przewodnik wyszedł niechętnie z cienia, stając w bezpiecznej odległości, bliżej Echa.
— Kilka księżycy temu udało mi się podsłuchać rozmowę Dzikiego Berberysu i Gradobijącego Ciernia — zaczął z nieco większą energią niż tą, którą okazywał zazwyczaj — Z rozmowy wynikało, że chcieli się mścić za brata i matkę, wykazywali swoje niezadowolenie z rządów lidera. Chcieli się ,,Pozbyć Króliczej Gwiazdy". — ostatni specjalnie wybarwił — Wspominali o władzy. I nieodpowiednich łapach. To nie wszystko. Jakiś czas później trafiłem na kolejną rozmowę. Przy Kamiennych Strażnikach. — tu przejechał szybko wzrokiem po zainteresowanych zebranych, wracając do patrzenia zaraz po chwili w nieznanym kierunku — Które tylko potwierdziły moje przypuszczenia i obawy. Wspominali o mordowaniu każdego, kto nie jest po ich stronie, jak i obawie przed wprowadzeniem rządów podobnych do tych w Klanie Nocy. I jeśli uszy mnie nie mylą, obawy te padły z pyska Tańcującego Pierza. — przerwał na moment, zatrzymując dłużej wzrok na kocurze — Kotów i głosów do nich należących było więcej— dodał na koniec — Niestety nie byłem w stanie wyłapać nic ponad to.... — zmarkotniał, wyraźnie chcąc wrócić w swoje wygodne miejsce w cieniu. Wydawał się zmęczony, to już drugi raz, gdy musiał grzebać w sprawie czyjejś śmierci.
Z grupy wyrwał się nagle Bursztynowa Łapa.
— Pierze niczego takiego na pewno nie powiedział! — zaoponował kocurek, wyskakując do przodu jak filip z konopii — A nawet jeśli powiedział, to na pewno nic złego nie zrobił! — dodał, rozszerzając możliwość zbrodni.
Zawodzące Echo kiwnął głową Śniakowi, puszczając mimo uszu marudzenie Bursztyna. Odczekał moment, aby słowa zapadły w pamięci kotów.
— Czy ktoś jeszcze jest w posiadaniu informacji, ktorą mógłby się podzielić? — zapytał. — Czy ktoś słyszał coś, był czegoś świadkiem, i jest w stanie nam ten moment przytoczyć?
- Ekhem - chrząknęła Ostatni Pożar.
— Tak?
– Widziałam ostatnio Rudzikowe Skrzydełko niedaleko granicy z Klanem Klifu. Rozmawiała z kimś na temat rządów Króliczej Gwiazdy i mówiła nawet o możliwości pozbycia się Ciebie, Zawodzące Echo. Chyba nie była to jednorazowa sytuacja, bo wielokrotnie widziałam jak idzie w tamtym kierunku. – zeznała. 
W odpowiedzi Rudzikowe Skrzydełko uniosła ogon i zmarszczyła brwi.
— Ostatni Pożarze... — mruknęła. — Rozumiem, że masz pełne prawo mnie nie lubić, a nawet się mścić, ale możesz aż tak nie zmyślać? — zapytała, krzywiąc pysk. — Nigdy nie miałam problemu do Króliczej Gwiazdy czy Zawodzącego Echa! Czemu miałabym mieć? — mruknęła i westchnęła cicho. — Jakie masz powody, żeby tak kłamać? Czy naprawdę musisz być taka jak swoja matka Ostatni Pożarze? Patrzeć na mnie krzywo i stawiać mnie w takich sytuacjach? — miauknęła cicho. — O co wam z tym chodzi? — podpytała jeszcze zdenerwowana takimi oskarżeniami.
— Nie zamierzam dyskutować ze spiskowcami.
— Po prostu przyznaj że kłamiesz i nie chcesz się do tego przyznać — odparła cicho Rudzik. — I do tego że najzwyczajniej w świecie mnie nienawidzisz. Nigdy nie zrobiłabym krzywdy własnemu przywódcy. Nie tak kieruje mnie Klan Gwiazdy — dodała.
— To, że Ostatni Pożar za tobą nie przepada, nie sprawia że jesteś niewinna. – zauważyła Złota Wydma. 
Córka Sójczego Błękitu spojrzała na Złocista Wydmę i westchnęła cichutko.
— Doskonale wiesz, że nie to miałam na myśli i nie broń swojej przyjaciółki — syknęła cicho. — Nigdy, powtarzam nigdy, nie zrobiłabym krzywdy swojemu przywódcy. Ani nikomu innemu. W rzeczywistości boję się krwi! — mruknęła. — I mam duży problem z nawet uśmierceniem myszy. Przysięgam, to nie ja... — mruknęła, będąc o krok od rozpłakania się. — Nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego. Prawda, widywałam się z kimś. Z ojcem moich kociąt. Nie ufam mu, w końcu porzucił mnie i moje potomstwo, ale zdaje się o mnie... troszczyć — uśmiechnęła się ciepło, a słowa które mówiła były tylko częściowo prawdą. — Nie mam bladego pojęcia skąd wyciągnęłaś takie bzdury. W klanie jest moje rodzeństwo i maleństwa. Dlaczego miałabym robić cokolwiek co kazałoby mi ich porzucić? — mruknęła, a jej oczy stały się szklane.
Pożar skinęła partnerce łbem i zagestykulowała, żeby usiadła i uspokoiła się.
Ślepia zastępcy otworzyły się szerzej na słowa Pożar, ale tylko skinął głową. Planowaną odpowiedź przerwał mu Biały Strumień.
— Ja chciałbym zabrać głos. — Zaczął z dziwną nutą w głosie.
Jego oczy cały czas tańcowały pomiędzy zebranymi. Nieustannie analizował ich zachowanie, zapachy, wypowiedzi oraz reakcje pozostałych. W dodatku... Wyjątkowo przypatrywał się Tańcującemu Pierzu. W jego aparycji, poza ociekającym wodą z rzeki futrem, było coś jeszcze.
— Jakiś czas temu, gdy szedłem nocą do obozu, słyszałem zaaferowane wręcz głosy, uniesione. Tak nerwowe, iż zwróciły moją uwagę. — Ciągnął. Zerknął na Zawodzące Echo. — To była dwójka kotów... Młodych kotów, których niestety nie byłem w stanie rozpoznać. — Przerwał na moment. — Przeczucie kazało mi poczekać chwilę dłużej, i po chwili zobaczyłem kolejne dwie sylwetki... Pierzastej Łapy, teraz Tańcującego Pierza oraz Nieustraszonego Chomika.
Jego głos zawisł pomiędzy kotami. Albinos zrobił krok do przodu ze swojego miejsca, stając naprzeciw wspomnianemu kocurowi.
— Patrzę na Ciebie od dłuższego czasu. Czym jest ta smuga na Twoim podbródku?
Zastępca zamrugał.
— Tańcujące Pierze — powiedział wolno. — Unieś proszę pysk.
Rudy kocur oddychał szybciej i głośniej, nerwowo skacząc po oskarżających i oskarżanych. Z początku wszystko wdział i słyszał, jedynie pokasływał. Oczy z czasem się kleiły, przymykał na dłuższą chwilę powieki. Przez chwilę wszystko ucichło... aż nagle obudziło go pytanie Echa.
— J-ja... ja... — mamrotał pod nosem, jakby był po wąchaniu kocimiętki. Zakasłał.
Nagle zgiął się w łuk i zwymiotował prosto przed łapy Zawodzącego Echa. Wstał chwiejnie.
— Ja... ja n-nie... amin-
Nogi stały się wiotkie. Pierze bezwładnie spadł na kamienne podłoże. Oddech stał się płytki, nieregularny; oczy lekko przymknięte. Było widać nienaturalnie rozszerzone źrenice. Ciało rozluźniło się, a sam kocur przestał reagować na wołanie.
Kocur nagle odzyskał świadomość. Podskoczył, uderzając przypadkowo Firletkę. Medyczka syknęła, uchylając się do tyłu, gdy głowa Pierza dość mocno spotkała się z jej podbródkiem. Schował pysk w grzywie, cofając się.
— To... to moja krew... — wymamrotał. — Chomik i Bąbel mogą potwierdzić. Zakaszlałem krwią podczas biegu i nie było czasu tego wyczyścić... O, przepraszam, Firletko... nie chciałem... — mamrotał, dalej mówiąc tylko: "przepraszam najmocniej, naprawdę nie chciałem...".
Bąbelkowy Plusk podszedł do Pierza migiem, mierząc ich wzrokiem jakby dotknęli jego dziecka.
— To prawda. Mogę to potwierdzić! — miauknął.
Wdzięczna Firletka wysunęła łeb zza Ognika i zmierzyła Pierze wzrokiem. Po chwili delikatnie odsunęła się od starszego z wojowników, stając przed Pierzem, ale nadal w bezpiecznej odległości.
— ...mógł kaszleć krwią — przyznała po chwili. — Tego nie mogę zaprzeczyć. Dym mógł podrażnić jego gardło.
— Dokładnie!
— Tak, bo potwierdzenie rodzeństwa cokolwiek zmieni — parsknęła Śpiewający Raniuszek, wstając — Może byłoby łatwiej, gdyby nasze kochanie podniosło w końcu głowę, by mógł ktoś zbadać tą domniemaną ranę? Lub rany? — spojrzała na Firletkę bez wyrazu zaraz potem — A czy ktoś widział jak kaszlał krwią? Czy ktoś jeszcze ma podobne objawy? Nie tłumaczy to wciąż jego zachowania i próby ukrycia podbródka.
Pierze zmarszczył brwi, widząc kotkę.
— O, a Raniuszka jak zwykle w dobrej formie — mruknął i przewrócił oczyma. Pokazał zaschnięte brązowo-czerwone futro. Krew już dawno zaschła i jedyne, co można było zbierać to paprochy. — Widzisz? To moja krew. Zatrułem się dymem... — zakasłał. — Dlatego plułem krwią... jestem osłabiony…
— I tak bardzo próbowałeś to ukryć i się stresowałeś swoimi ranami, że aż zabrakło ci sił w łapach? Jaki wstydliwy. — mruknęła — Uczepiłeś się oborny Bąbla i Firletki, powtarzając ich słowa, samemu nie wiedząc, co wymyślić.
Nagle wuj Pierza, Opadający Rumianek, podniósł łapę, zgłaszając się do odpowiedzi, chcąc coś jeszcze powiedzieć.
Czarny zastępca podniósł wzrok i skinął głową w kierunku Rumianka.
— Przepraszam że przerwę... — zaczął cichutko. — Na wstępie muszę przyznać, że nie sugeruje, że to akurat wy to zrobiliście ani nic takiego. Czy nawet zleciliscir to komuś innemu... — mruknął, patrząc na Zawodzące Echo, a następnie na Wdzięczną Firletkę. — Parę księżyców temu będąc w legowisku medyka słyszałem rozmowę zastępcy i obecnej przy nas liliowej medyczki. Niestety nie mogę zacytować, ale mówili o śmierci Króliczej Gwiazdy sposobem naturalnym lub z cudzych łap. Nie sugeruje całkowicie nic, ale naprawdę chciałbym, żeby było to wyjaśnione? — mruknął Rumianek.
Firletka zamrugała. Zmarszczyła brwi. Po chwili uchyliła pysk.
— Królicza Gwiazda... Stracił niedawno jedno z żyć — zaczęła, nie patrząc na Echo. — We własnym legowisku. Jego organizm nie wytrzymał wysokich temperatur ubiegłej pory Zielonych Liści.
Przełknęła ślinę.
— Rozmawiałam z Zawodzącym Echem o tym, że śmierć jego ojca będzie w którymś momencie nieunikniona. Nawiązywałam do tego, że każdy zastępca musi się liczyć ze śmiercią lidera, któremu służy, z różnych przyczyn - naturalnych, jak i tych nie.
Zaświeciły się rudemu oczy.
— O! Dokładnie, Rumianku! Ja też słyszałem dziwne słowa dochodzące tym razem z legowiska wojowników. Z słów wynikało, że Królicza Gwiazda stawał się coraz bardziej kruchy... czy to nie świadczy, że był mniej odporny i mógł się zatruć dymem, mdlejąc? Tak jak ja? I Rudzik? — uniósł brew, stając koło wujka.
Oskrzydlony Ognik skrzywił się lekko słysząc słowa Tańcującego Pierza.
— Wybacz mi moja nieprzychylność w tej chwili, ale myślę, że nie powinieneś się teraz odzywać. Wyglądasz mi na jednego z winnych tej sytuacji — mruknął, usiłując zachować swój spokój.
— ... Wspieram cię, a ty... eh, szkoda na ciebie słów! — miauknął, wyglądając na bardzo urażonego. — Mój wujek medyk był fajniejszy od ciebie... nawet mnie odwiedzał…
Ognik skierował swój wzrok na wojownika.
— Wybacz, ale nie wyglądasz mi na szczególnie lojalnego Klanowi Burzy. Czy nawet Klanowi Gwiazdy — odparł.
Fuknął na niego wyraźnie urażony, ale się nie odezwał. Strzelił focha i usiadł koło Bursztyna.
— Życie wojownika nie jest takie proste, młody... zwłaszcza jak jesteś rudy — westchnął ciężko.
— A co ma do tego rudość? — zdziwił się, unosząc brew — Moje życie jest bardzo proste, tylko ty masz problem, stary.
— Koty wtedy myślą, że jest z tobą coś nie tak... "kuku na muniu", mówią — wytłumaczył. — Widzisz przecież, jak nas większość traktuje. Jak śmiecie, które nic nie rozumieją... ale to nieprawda.
— A o moim tacie tak nie mówią — miauknął dumnie.
— Bo twój tatuś się nie wychyla jak jakiś mięczak i się u wszystkich płaszczy. Nie dziwię się, że twoja matka nim szorowała o kamienie, aby uciec od walki z lisem, po czym go odstawiła. Nie umiał stawiać granicy, Bursztyn, dlatego ty nie możesz być taki jak on. Musisz być twardy jak skała.
— Nikt nikim nie szurał po kamieniach! — nastroszył się.
— Ta, na pewno, młody... musisz otworzyć oczy. Jak to zrobisz, możemy dalej rozmawiać.
— Ciebie możemy oskarżyć o wiele więcej niż o posiadanie rudego futra, na które zganiasz winę — warknęła Raniuch z daleka. — Odbiegamy od tematu, chodząc po tematach i gdybaniach, gdzie nie mamy żadnych dowodów! Padły cztery imiona. Gradobijący Cierń, Dziki Berberys, Tańcujące Pierze i Rudzikowe Skrzydełko. A o pierwszych dwóch w ogóle nie rozmawiamy — odezwała się głośniej i donośniej — Gdzie są koty których nie ma? Jestem za tym, by wysłać patrol sprawdzający okolice. Jeśli spłonęli, na pewno zostały szczątki, jeśli ktoś im natomiast pomógł, powinny być ślady. Swoją drogą, czy ktoś nie powinien obejrzeć ciał naszych podejrzanych? — spytała, patrząc spod byka na oskarżonych — Na pewno mają ślady po ewentualnej bitwie, nikt nie poddałby się po prostu i nie oddał na skazanie.
Przewrócił oczyma. Nie miał żadnych śladów bitewnych. Jak zwykle, Śpiewka chciała się zabawić w bohatera.
Rumianek uśmiechnął się słabo, wracając do słów medyczki.
— Tylko że to w żadnym stopniu nie rozwiewa mojej sugestii — odparł, a zaraz zaświecił mu się świetlik. — Zaraz, zaraz. Czy Zawodzące Echo boi się bycia przywódcą? A może właśnie wręcz przeciwnie, to on zaplanował zabicie go? — podpytał.
Zastępca skrzywił się nieznacznie.
— Nigdy przez myśl nie przeszła mi chęć zabicia własnego ojca. Ilość rozmów, którą przebyłem z Wdzięczną Firletką, Kronikarzami czy nawet Rudą Lisówką i Fluorytem, właśnie na temat moich zmartwień o niego, może o tym świadczyć.
— Zarzucanie zbrodni Echu o zabicie swojego ojca jest tak samo odklejone jak oskarżanie mojej siostry, z całym szacunkiem, Opadający Rumianku — odezwał się Pogłos Klanu Burzy, Ognik. — Nikt tak bardzo nie wspierał Króliczej Gwiazdy właśnie jak Zawodzące Echo, który, przypominam, stracił już swoją rodzinę w różnych okolicznościach, a z ojcem miał dobre relacje, z tego, co udało mi się zauważyć. A gdyby miał spiskować, to pewnie Wdzięczna Firletka dawno by coś wyłapała, podobnie jak reszta kotów. Z resztą, musimy wszyscy przyznać, że już i tak przejął praktycznie stanowisko Królika, więc nie dość, że nie miałby po co sięgać po władzę, to w dodatku przez nawał obowiązków zwyczajnie nie miałby kiedy.
Echo skinieniem głowy podziękował Ognikowi za interwencję, po czym spojrzał ponownie na Rumianka.
— Myślę, że drobna ilość obaw jest zdrowa — miauknął po chwili namysłu, utrzymując kontakt wzrokowy. — Rola lidera niesie ze sobą wiele obowiązków i obciążeń, o których myślałem od dnia, w którym zostałem zastępcą. Zdziwiłbym się, gdyby ktoś niczego się nie bał.
Rumianek wyglądał przez chwilę jakby nad czymś myślał.
— Masz po swojej stronie również tych dobrych wojowników. Także i mnie. Jest wśród nas w końcu także wielu lojalnych. Wierzę, że będziesz dobrym przywódca. I dziękuję za rozwianie moich wątpliwości — kiwnął lekko głową.
Raniuch skinęła łbem.
— I nawet jeśli ktoś zabójstwo zlecił, ktoś się końcowo go podjął, co czyni go tak samo winnym. Nie widzę powodu, by teraz się nad tym rozwodzić.
Echo kiwnął głową Rumiankowi w geście uznania. Po chwili przeniósł wzrok na Śpiewkę.
— Patrol wyruszy w momencie, gdy tylko się rozpogodzi — zgodził się z nią. — Będą szukać tych, których nie wrócili do obozu... Żywych, lub ich ciał. Śladów walki.
— Z chęcią wezmę udział w patrolu — zaoferował podejrzany rudzielec. — Na początku już zaproponowałem, abyśmy poszli ich szukać... może jeszcze gdzieś tam są?
— Nie. Ty zostajesz tutaj. — warknęła Raniuszek. — Zbyt dobra okazja, by dać nogę, co?
— To zły pomysł, by podejrzany szedł — wtrącił.
— Nigdzie się nie ruszasz — wymamrotała pod nosem medyczka. — Oskrzydlony Ogniku, pomóż mi ich obejrzeć.
— No dobra, dobra...
Nie słuchał kłótni rodzinnej Śpiewki i Ciernia. Zwykła strata czasu. Usiadł więc na zadzie i czekał. Najpierw medyczka obejrzała spalony ogon Rudzik. Na szczęście dało się go uratować.
Gdy zbliżyli się do Nieustraszonego Chomika, Firletka od razu zauważyła ranę.
— Nieustraszony Chomik ma ugryzienie na łapie! — zawołała w stronę Echa i Śpiewki.
— Bo to moje ugryzienie. Paliła mi się, a gaszenie ziemią nie zadziałało to się ugryzłam, oczywiście to było w trakcie jak biegłam do rzeki się ratować.
Jakaś żenada. Po prostu żenada.
— Więc zamiast po prostu wsadzić do pyska, postanowiłaś ją ugryźć?! — rzuciła gwałtowniej Rudzik w stronę Chomik, bardziej nabuzowana.
— Czy nie powinnaś mieć w takim wypadku poparzonego pyska? Nie widzę u Ciebie nic podobnego.
— Chomik jest… Głupia. — burknął Cierń. — Dziwi cie to?
— ...Gdybym poparzył sobie łapkę i spanikował... pewnie też bym to samo zrobił — dodał ciszej rudy, trochę zawstydzony.
— Przecież ja sam mam podpalone futro, potknąłem się i wylądowałem bardzo blisko ognia. — wskazał na zwęglone końcówki futra na grzbiecie.
— Tak ugryzłam ją, to że nie rozumienie nowoczesnych metod zapobiegania kontuzji to już nie moja sprawa, a po drugie mój pysk jest nieskażony bo ten ogień to sama pochłonęłam. Trochę mnie piekło na języku ale się zgasiło.
Firletka, przesuwając się z powrotem do Pierza i Ciernia, zauważyła sierść powyrywaną z ich brzuchów oraz lekkie ślady pazurów, co również oznajmiła klanowi.
— Biegnąc na ślepo też można zahaczyć brzuchem o coś ostrego — wymamrotał Pierze. — Przynajmniej rany nie są głębokie…
— Czyli co — odwróciła głowę do Ciernia, odklejając wzrok od matki — Bawiliście się w berka podczas pożaru? Czy poszukiwania umarłych to jakieś twoje nowe, chore hobby.
Nie ukrywał się z tym. Spojrzał kątem oka na Raniuch i głośno powiedział:
— Zahaczyłem o ostrą gałąź krzewu podczas biegu przed ogniem i wyrwało mi trochę futra - wyjaśnił spokojnie. — Jak Wdzięczna Firletka widziała, te rany są w wyniku zahaczenia o coś ostrego.
Medyczka uniosła brew.
— I chcesz mi powiedzieć, że wszystkie gałęzie mają po cztery ostre pazury? W tej samej odległości? 
— W trakcie biegu mogłem jeszcze o coś zahaczyć. Klan Gwiazdy wie, co mi się tam jeszcze wbiło…
Dotychczas Lotos siedział pod ścianą, w mroku, jednak teraz wysunął się pomiędzy inne koty.
— Chciałbym również coś powiedzieć — oznajmił, stając obok Echa. — Niedawno Tańcujące Pierze dość mało subtelnie wypytywał mnie o moje poglądy wobec władzy klanu i opowiadał o krytyce, z którą podobno spotykał się Królicza Gwiazda. Czyżby szukał pomocników wśród nas?
— Rzeczywiście można go było zauważyć w towarzystwie niektórych kotów, podszeptującego… — mruknęła Raniuch.
Pokręcił zażenowany Tańcujące Pierze głową.
— Lotosowy Pąku, przerabialiśmy ten temat. Mówiłem tylko, że był rozłam w klanie, bo słyszałem szepty dochodzące z legowisk. Chciałem sięgnąć po twoje rady. Powiedziałeś mi dużo mądrych słów, które do dzisiaj pamiętam i dziękuję ci za to. Dzięki tobie udało mi się szybko opanować po śmierci mojego brata.
Albinos zmierzył Pierze wzrokiem, nie odzywając się już.
Biały Strumień westchnął. Wziął po chwili ponownie głęboki wdech.
— W takim razie mamy: ślady po czymś ostrym na brzuchu Pierza, który twierdzi, iż to była gałąź. Ugryzienie na łapie Nieustraszonego Chomika, która ugryzła się sama, mimo braku poparzenia na pysku. Do tego Gradobijący Cierń również ma ślady na brzuchu, a obydwaj mają powyrywaną sierść. Czy coś pominąłem?
— Nie uważasz, że gdybyśmy faktycznie walczyli, mielibyśmy na sobie o wiele więcej ran? — Cierń uniósł brew. — W dodatku chyba by nas tu już nie było, bo dym był tak duszący i szczypiący w oczy, że łatwo było sie podusić. Mnie Pierze znalazł już w stanie prawie omdlenia, musiał mnie ewakuować z dala od dymu. A on sam nie był w najlepszej formie. Z resztą, zanim odciął mnie ogień, pomagałem Sójce iść, bo nie miała siły. Wcześniej biegłem niedaleko, a potem wspierałem ją bokiem przez chwilę. Rozdzieliliśmy się, bo usłyszałem krzyk jednego ze starszych i chciałem mu pomóc, no a potem odcięły mnie płomienie…
— Hmm. Może i byście mieli więcej ran, gdybyście walczyli z kimś równym sobie. Jeśli był to kot słabszy... jak na przykład Królicza Gwiazda lub mój ojciec. Takie rany są odpowiednie do poziomu walki.
— Biały Strumieniu, z całym szacunkiem, ale Królicza Gwiazda miał wiele żyć. Byłoby zbyt ciężkie zabić go i jeszcze resztę kotów w tak małej grupie, nie sądzisz? I co, Wełnistą Mszyce, młodą i zwinną, też zabiliśmy? Przemyśl to, proszę.
Śpiewający Raniuszek prychnęła.
— Tak, bo walka z bandą starszych i, iloma, dwójką młodszych kotów gdy macie przewagę w sile to naprawdę spore wyzwanie.
Gradobijący Cierń westchnął zrezygnowany.
— Powtarzam, PO RAZ KOLEJNY! Przejmujecie się tym, że niby nie żyją, a co jeśli żyją?! Leżą teraz gdzieś na spalonej łące i biorą ostatnie oddechy bo WY nie chcecie ruszyć się i ich szukać! Z resztą kocięta są głodne, jeśli nie zauważyliście, a do patrolu łowieckiego też nie garnie się nikt! Obwiniacie nas, a to my najbardziej sie teraz martwimy bo widzieliśmy ich, a widzenie kogoś przed jego prawdopodobną śmiercią też nie jest łatwe!
Tańcujące Pierze zamknął pysk Gradobijącemu Cierniowi.
— Zamknij pysk... już się teraz wykazałeś inteligencją i zasobem słów, geniuszu…
Jako odpowiedź usłyszał warczenie.
— Myślę, że wszyscy zapomnieli o tym, co Śniący Obserwator mówił na samym początku — zaczął swą wielką przemowę Ognik. — Czy spiski doszły końcowo do rękoczynów, tego nie wiemy, ale sam fakt, że zdrada pływała wśród nas tak intensywnie, nie może obyć się bez konsekwencji. Na czas oględzin proponuję wsadzić wszystkich do dołów i pilnować, gdyż mamy tu do czynienia z jawną zdradą klanu, jak nie masowym morderstwem i to nie w skali dramatu rodzinnego, tylko zamachu na lidera. Mamy motywy zdrady, mamy Pierze, który już nie raz wykazał się swoją... gwałtownością oraz Chomik, która już do podobnego czynu podeszła, więc wątpię, by zabicie kogoś było dla niej przeszkodą. Oskarżane tu koty tak czy inaczej coś planowały, chcąc POZBYĆ się, przypominam, Króliczej Gwiazdy i naprawdę śmiem wątpić, że chodziło o wyproszenie go grzecznie z klanu. Co, jeśli któryś ze starszych widział wybryk i został uznany za uciążliwego świadka? Plany były, z tego co rozumiem, całkiem żywe — tu spojrzał na Śniącego, który kiwnął głową na potwierdzenie — Nie wiadomo czy do zamachu doszło, ale dojść miało. Czy teraz, czy później. Osobiście jestem za wrzuceniem wszystkich oskarżonych osobno do dołów i pilnowanie, aż nie wymyślimy, co z nimi zrobić. — tu spojrzał jeszcze raz na winnych — Osobiście nie chciałbym dalej żyć w społeczności przepełnionej zdrajcami, którzy w każdej chwili mogą wbić zęby w kark. Szczególnie, że chcieli też pozbyć się Zawodzącego Echa. Kogo więc jeszcze mieliby za sobą pociągnąć? Waszych bliskich? Matki, siostry, cały klan?
— PATRZCIE, PSZENICA WRÓCIŁA! — wszyscy popatrzyli tam, gdzie pokazała Chomik, a kotka wykorzystując to, uciekła. Za nią pobiegł Cyklonowe Oko.
Rudy siedział z fochem, wysłuchując paplania Ognika. No w sumie... lepsze to niż egzekucja. Wciąż chciał żyć. A wybryk Chomik nawet nie skomentował. To była żenada. Żałosne. Spojrzał jeszcze raz na Bursztyna.
— ...I oprócz bycia skałą musisz być szczwanym lisem jak ta o to Nieustraszony Chomik.
Z tunelów dochodziły warczenie i krzyki. Już po chwili do Groty powrócił Cyklon, ciągnąc Chomik za nim za kark.
Pomimo słów Ognika, reszta dalej kontynuowała poprzednią rozmowę i wymianę zdań Ciernia-Śpiewki.
Kotka patrzyła na srebrzystego kocura niezbyt przejęta.
— Przynajmniej Pierze wie, kiedy się zamknąć. Może też zauważył, że sprawa jest stracona, zamiast brnąć dalej w kłamstwa. — miauknęła chłodno. — I nie udawaj proszę, że ci zależy. Masz krew na łapach, dobrymi czynami ich nie obmyjesz. — zignorowała próbę ucieczki matki, siadając znów z boku, pusto patrząc na scenę i jak żałośnie Cyklon wkroczył znów do groty, z Chomik w pysku. Odwróciła wzrok.
Uśmiechnął się rudy do Raniuch, widząc jak coś się w niej dzieje. Reakcja kotki na uwięzienie matki nasuwa mu wiele pomysłów, co do ich następnych pogawędek, jeżeli takie się odbędą.
Przeleciał wzrokiem po tłumie.
— Czy możecie się na chwilę uspokoić! — zawołał zastępca, zaciskając zęby. — Ktokolwiek słuchał, co Oskrzydlony Ognik przed chwilą powiedział?
— Jestem za tym, by wsadzić ich do dziur. — odezwał się Śniak, wyraźnie dając znać, że nie chciał ich widzieć.
— Mam nadzieję, że tylko na czas oględzin — miauknęła wyraźniej Raniuszek. — Później chętnie zobaczę jak bez pazurów i języków opuszczają klan.
Uśmiech Pierza nie zniknął.
— Miło to słyszeć, Raniuszku. Doprawdy... aż się łezka kręci w oku!
— Popieram Raniuszka. Nie powinniśmy przejawiać litości dla zdrajców — rzekł Biały Strumień.
— Czyli chcecie też być okrutnymi mordercami? No dobrze, hipokryzja no ale co sobie tam chcecie… — odburknął.
— Ależ my nikogo nie mordujemy. Karamy w imię sprawiedliwości i zasad, oraz moralności narzuconych przed klan gwiazdy, który zchańbiliście, podobnie, jak kodeks wojownika. Więc tak, uważam, że jesteśmy w tym lepsi. O wiele lepsi od was.
Raniuszek nagle wyszła, nie czekając na werdykt Echa. Dziwne.
— Ah, no tak. Kiedy nawet nie jesteście pewni, czy to my zabiliśmy. A kto wie, może ten ogień zesłali na nas właśnie Gwiezdni, bo chcieli nam dać za coś nauczkę. Lub ukarać jakieś koty. Tego już nie wie nikt. Czy medycy nie mieli ostatnio jakichś znakow od Klanu Gwiazdy? Oczywiście nie muszą odpowiadać, ale niech odpowiedzą na to pytanie sobie sami w głowie.
— Nie możemy też wykluczać, że po wygnaniu by nie wrócili, by przejąć klan — westchnął melodyjnie, jakby gdybając sam do siebie. Nie przeszkadzało mu zabicie kogoś, kto naraziłby na rozpad jego wizję o utopii.
Echo ponownie zwrócił na siebie uwagę zebranych kotów.
— Zgodnie z propozycją, podejrzani spędzą noc pod strażą. Gdy tylko upewnimy się, że na zewnątrz jest bezpiecznie, wysłany zostanie patrol poszukiwawczy.
Zastępce wziął głęboki oddech.
— W międzyczasie, prosiłbym każdego o zastanowienie się nad tym, co dzisiaj usłyszeli i zobaczyli. O przyszłości podejrzanych, gdy tylko patrol zda raport z... ilości kotów, których przez nich straciliśmy, zadecyduje również głos publiki.
Rudzik, słysząc swoje imię, zastrzygła uchem i kiwnęła głową na znak, że zrozumiała słowa przyszłego przywódcy. Niebywałe.
— Pod czujnym okiem również chętnie pomogę przy późniejszej odbudowie obozu — mruknęła cicho, słabym głosem.
Widocznie płuca nadal bolały ją od dymu, a gardło niemal paliło.
Odwrócił się na pięcie, z widoczną frustracją w stronę swoich “strażników”. Westchnął ciężko.
— I gdzie ta sprawiedliwość, Klanie Gwiazdy?
Oczywiście na sam koniec rozległy się wrzaski Chomik.
— NIC NIE ZROBIŁAM, ZOSTAWCIE MNIE, WRONIE KARMY! WSZYSCY JESTEŚCIE GŁUPCAMI I PRAWDZIWYMI ZDRAJCAMI WŁASNEGO KLANU, MOJA MATKA BYŁABY LEPSZYM LIDEREM NIŻ WY WSZYSCY! NORNICZY ŚLAD CHCIAŁA DOBRZE, ALE OD KIEDY UWIERZYLIŚCIE ZAKŁAMANEJ LISIEJ STRAWIE PRZEPLATKOWEMU WIANKOWI, SAMI SOBIE SPUŚCILIŚCIE GNIEW GWIEZDNYCH! WASZA BIERNOŚĆ ZOSTAŁA UKARANA I BĘDZIE NADAL, PÓKI ŻYJĘ, TO MOŻECIE SWOJE MARZENIE O SWOIM SPOKOJNYM ŻYCIU WSADZIĆ W DU—
Aż w końcu Cyklon ją przygniótł mocno do ziemi.
Nasz bohater.

***
Następnego wschodu słońca…

Echo stanął pod jedną ze ścian w Grocie Pamięci, spoglądając na kręcące się po jaskini koty. Stłumione chmurami promienie słońca wpadały do środka przez świetlik, rzucając na jego współklanowiczów miękkie plamy światła.
— Klanie Burzy! — podniósł głos, zbierając na sobie uwagę. Oczy zwróciły się w jego kierunku. — Dzisiejszego poranka wrócił patrol poszukiwawczy.
W tłumie rozległy się szmery. Swoje spojrzenie skierował na koty, które zostały przed chwilą znowu przyprowadzone do groty -Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Dziki Berberys oraz Nieustraszonego Chomika, stojące za obstawą wojowników. 
— Nie znaleziono ciała Króliczej Gwiazdy — oznajmił. Szepty przybrały w natężeniu; uniósł łapę, aby je uciszyć. — Podobnie jak ciał Sójczego Błękitu, Szarej Skóry, Skrzypiącego Skrzypu oraz Szafirkowego Wiatru.
Zamilknął na moment.
— Po Wełnistej Mszycy również nie ma żadnego śladu — dodał, przez uderzenie serca spoglądając ze współczuciem na Białego Strumienia i Lotosowego Pąka. — Znaleziono za to szczątki Pozłacanej Pszenicy oraz Ognistej Piękności…
Wziął głęboki oddech.
— W większości strawione przez ogień. Pszenica znaleziona została pomiędzy obozem a Kamiennymi Strażnikami; możliwe, że odłączyła się od naszej grupy na początku ewakuacji. Za to ciało Ognistej Piękności znajdowało się bliżej rzeki. Dzięki oględzinom wiemy, że miała połamaną jedną z przednich łap — odwrócił łeb i spojrzał na Wdzięczną Firletkę, szukając potwierdzenia; kocica skinęła głową — co może sugerować celową próbę unieruchomienia jej i odebrania możliwości ucieczki. Na dodatek… Właśnie w tej okolicy znaleziono strzępki futra w wielu kolorach, rozrzucone wśród niespalonych fragmentów polany. Ślady walki.
Zlustrował tłum wzrokiem.
— Wszyscy widzimy, jaki obraz sytuacji te wszystkie dowody malują — kontynuował — zarówno te znalezione dziś, jak i wszystko to, czego dowiedzieliśmy się wczoraj dzięki waszym słowom oraz czujnemu spojrzeniu. Tańcujące Pierze — spojrzał na kocura — był widziany wykradający się w nocy z obozu, w towarzystwie kota zamieszanego w okoliczności zaginięcia wymienionych wcześniej kotów. Co najmniej dwójka świadków słyszała jego słowa; aluzje do pozbycia się mnie bądź Króliczej Gwiazdy, oraz jasna groźba w kierunku pobratymców. Prawdopodobne próby perswazji innych członków klanu do pomocy, których przykładem jest Lotosowy Pąk, oraz zadrapania na brzuchu i krew na podbródku, mówią same za siebie.
Przeniósł wzrok na siedzącą obok kocicę.
— Nieustraszony Chomik była widziana wraz z Tańcującym Pierzem. Nie było jej również w obozie w chwili wybuchu pożaru; gdy pojawiła się wraz z resztą pod Kamiennymi Strażnikami, cały czas siedziała cicho. Rana po ugryzieniu na jej łapie, jak i… Osobliwe wytłumaczenie jej pochodzenia, nie pomagają jej sytuacji. Którą przypieczętowuje próba ucieczki, przerwanej przez Cyklonowe Oko, mówiąca nam jasno, że jest w to wszystko zamieszana i próbuje uniknąć konsekwencji.
Następnie skupił się na kolejnej dwójce kotów.
— Gradobijący Cierń i Dziki Berberys — skinął głową w stronę rodzeństwa — zostali złapani na spiskowaniu przeciw klanowi i Króliczej Gwieździe przez Śniącego Obserwatora. Cierń, podobnie jak Tańcujące Pierze, ma ślady pazurów oraz futro wyrwane z brzucha. Dodatkowo, wszyscy pamiętamy jego słowa w obozie, skierowane do mnie i Króliczej Gwiazdy, które usłyszeliśmy przed wybuchem pożaru.
Zamilkł na moment.
— Co do Rudzikowego Skrzydełka, Zwiewnego Maku i Bąbelkowego Plusku… — zaczął. — Rudzik została oskarżona przez Ostatni Pożar o wykradanie się na granicę z Klanem Klifu, jak i rozmowę o pozbyciu się Króliczej Gwiazdy. Jednak jest to jedyny jasny zarzut i nikt nie był w stanie poprzeć go inną obserwacją. Dodatkowo, pomimo odłączenia się od grupy, pojawiła się przy Kamiennych Strażnikach wcześniej, w towarzystwie Opadającego Rumianka. Jest matką jeszcze młodych dzieci i nie widzę przekonującego powodu, przez który miała by być jawnie zamieszana w spisek. Jestem skłonny uwierzyć, że… Wymykanie się na granicę mogło być spowodowane spotkaniami z ojcem jej kociąt, którego tożsamości nikt z nas nie zna – a zniknięcie podczas ewakuacji być może tłumaczone może być chęcią ostrzeżenia go przed pożarem.
Przesunął spojrzenie na drugą, czarnofutrą kocicę.
— Sytuacja Zwiewnego Maku wygląda podobnie. Niedawno została matką dwóch małych, osieroconych kociąt, i nie chciałbym odbierać im jedynego rodzica, którego zyskały, pochopnymi oskarżeniami. To prawda, pozostawiła ich w momencie ewakuacji oraz wróciła wraz z resztą oskarżonych, ale nie nosi na sobie śladów walki. Bąbelkowy Plusk… Wszyscy pamiętamy, że to on wbiegł do obozu ostrzec nas przed pożarem. Wyglądając na szczerze przerażonego. Możemy tylko spekulować, czy wybuch pożaru był częścią planu, czy jedynie przypadkową przykrywką. Nie nosi on śladów walki, jednak podczas wczorajszej dyskusji bronił Tańcującego Pierza. Oraz wrócił wraz z resztą podejrzanych.
Wziął głęboki oddech.
— Zyskałem od was wiele opinii oraz propozycji — oznajmił po chwili. — Dotyczących tego, jakie konsekwencje powinny spotkać oskarżonych. Niektórzy wyrazili je już wczoraj na forum. Inni prywatnie. Jednak wszystkie głosy sprowadzały do tych samych dwóch opcji – wygnania bądź egzekucji.
Tańcujące Pierze zesztywniał. Wbił szmaragdowe, przeszywające oko w medyczkę. Na co dokładnie rudy czekał?

<...Niewdzięczna Firletko…?>

03 lipca 2026

Od Tańcującego Pierza

Podczas Pory Zielonych Liści, kilka dni po śmierci Aminkowej Łapy.

Rudy kocur stanął przed kronikarzem.
— Grota Pamięci to naprawdę piękne i spokojne miejsce… też bym tu się ukrył przed światem. Na zawsze.
Słowa rozbrzmiały po piwnicy. Echo kroków. Tańcujące Pierze przysiadł się do Lotosowego Pąku. Podsunął mu łapą soczystego zająca. Zanim Lotos mógł zareagować, Pierze zaczął ciepło:
— … Ja przepraszam za mój wybryk, naprawdę — miauknął; w jego głosie można było wyczuć smutek i wyraźne wyrzuty sumienia. — Nie wiem czy Mszyca ci mówiła, ale… cóż, Aminkowa Łapa umarł. Trochę mnie poniosło i omal, co nie rozniosłem lecznicy, he, he… no, ale mniejsza — machnął łapą i wskazał na zwierzynę — Częstuj się. Będę musiał jeszcze przeprosić twoją siostrę… oby gniew Klan Gwiazdy mnie nie dosięgnął… — spojrzał na kronikarza. Zmrużył lisie ślepia, szczerząc kły. — I spokojnie, nie jest zatrute. Ja to nie Gadożer — zaśmiał się. Niepotrzebnie przejmował się tym białym szczurem, który tylko imitował boskie stworzenia takie jak Lotos.
Albinos chwilę się zastanawiał nad propozycją, po czym pokręcił głową.
— Później.
Tańcujące Pierze wzruszył szerokimi barami.
— No, jak chcesz — rzekł i wstał. — Ale polecam zjeść go jeszcze dzisiaj. Może też zanieś go siostrze lub… Wędrującemu Niebu.
“No chyba, że planowaliście grupową głodówkę!” — pomyślał.
Ponownie usiadł na zadku, nie wiedząc, co dalej począć. Wtedy wpadł na zaskakujący pomysł. Szmaragdowe oko zaświeciło.
— Lotosowy Pąku… — zaczął ciszej. — Co myślisz o tym naszym przywódcy? Królicza Gwiazda ostatnimi czasy nie czuje się za dobrze. Nie wychodzi ze swojej wieży. Nie jada z nami. Echo odwala za niego całą robotę! Czy Króliczą Gwiazdę można jeszcze nazywać naszym przywódcom, Lotosowy Pąku? — mówił przejęcie ze zmartwionym głosem. — To jego syn powinien już dawno zająć jego miejsce…
Jeszcze raz obrzucił spojrzeniem przyniesionego zająca, a później siedzącego obok wojownika.
— Najpierw przeprosiny za coś, przy czym mnie nawet nie było, a teraz przesłuchanie? — Uniósł brew. — Nie przyszło ci jeszcze do głowy aby, po twoich ostatnich wybrykach, przestać wtykać nosa w nie swoje sprawy?
Odwrócił pysk od Pierza, wbijając wzrok w ścianę jaskini. Milczał przez parę uderzeń serca.
— Królicza Gwiazda ma już swoje księżyce na karku — miauknął w końcu. W jego ślepiach błysnęła iskierka, jak za każdym razem, gdy chwalił się swoim bystrym tokiem myślenia przed innymi. — Każdy wie, że po śmierci swojej partnerki i drugiego syna, Kruczego Tańca, zaczął... Tracić chęci do działania. Jednak, czy można mu się dziwić, że nadal piastuje pozycję przywódcy? Kto ze swojej własnej, dobrej woli zdecydowałby się na emeryturę, rezygnując z takich przywilejów? Czy to w ogóle byłoby możliwe? Zawodzące Echo nie może zyskać żyć od Klanu Gwiazdy, ani imienia lidera, dopóki jego ojciec nie odejdzie. Pełniłby dokładnie tę samą rolę, co teraz.
Tańcujące Pierze milczał. Czyżby Lotos go nie słuchał? Musiał się powtórzyć najwidoczniej.
— Wybacz, wyraźnie za szybko mówię... jak zwykle. Aminkowa Łapa to był mój brat. Strata kolejnego członka rodziny była dla mnie bardzo... nieprzyjemna. I nie dokończył treningu, gdy mi obiecał, że to on pierwszy zostanie wojownikiem... — skrzywił się, przypominając sobie o wujku, ojcu i matce. Czy rzeczywiście za nimi tęsknił? Nic do jego życia nie wnosili. Wychowali i odstawili pisklęta pod opiekę klanu, lecz czasem żałował, że był zbyt głupi i postanowił zostać w tym klanie. — ... Czy ty też straciłeś kogoś bliskiego, Lotosowy Pąku? — zapytał ciszej.
Po chwili spojrzał w ten sam kierunek, co Lotos. Słuchał go, przyglądając się malunkom na ścianie.
— Nie chcę cię przesłuchiwać — miauknął i westchnął ciężko. Zgarbił się i utkwił wzrok w ziemi. — Po prostu... klan zaczyna się podzielać. Szkoda, że za dnia nie możesz wychodzić — zamknął oczy, próbując sobie przypomnieć ostatnie dni. — ...Kocie szepty w legowisku wojowników narastają na sile. Widzę te krzywe spojrzenia pobratymców na wieżę, widzę ich niezadowolenie. Na pierwszy rzut oka nie zobaczysz, ale w obozie zaczęły się robić grupki — obrócił głowę w kierunku kronikarza. Wyglądał na zmartwionego obecnym stanem klanu. — Przeraża mnie to. Ten klan zaczyna się stawać czymś rodzaju grup samotniczych w świecie dwunożnych. Marnieje. Nienawiść i niepewność, co do przyszłości Klanu Burzy zakorzeniły się głęboko w naszych sercach. Zdaje się, że koty obwiniają o to samego Króliczą Gwiazdę... — posmutniał na pysku i uciekł wzrokiem. — Jesteśmy podzieleni, a powinniśmy ze sobą współpracować. To takie przykre... — westchnął. Odwrócił głowę w bok. Lotos mógł tylko zobaczyć jego długą, iglastą grzywkę na połowę twarzy.
— Ktoś, kto ma dobrą reputację w klanie powinien się tym zająć. Jedni myślą, że pozbycie się Króliczej Gwiazdy przyniesie nam zwycięstwo i świetlaną przyszłość. Drudzy chcą się trzymać tradycji i szanować decyzje gwiezdnych.
Lotosowy Pąk zmrużył ślipia.
— Mam nadzieję, że stoisz po stronie tych drugich — miauknął, po czym westchnął i podniósł się z ziemi. Spojrzał na Pierze. — Nie jestem pewien, co masz na myśli przez "zajęcie się tym"... I chyba nie chcę wiedzieć. Nie popieram wszystkich działań, a raczej — tu skrzywił się — ich braku, Króliczej Gwiazdy, ale myślę, że niewiele czasu brakuje, aby Srebrna Skóra przyjęła go z otwartymi ramionami w sposób naturalny — uniósł brew, akcentując to słowo. — Nie znałem wielu kotów, które dożyły tego wieku.
Pochylił się, złapał podarowanego zająca za kark i nieco podejrzliwie zerknął z ukosa na wojownika.
— Koniec pogaduszek — miauknął z pełnym pyskiem, po czym machnięciem ogona wskazał Pierzu wyjście z Groty Pamięci. — Niektórzy w tym klanie rzeczywiście robią coś pożytecznego. A ty... Nie daj się przygnieść śmierci Aminkowej Łapy. W Klanie Gwiazdy na pewno patrzą na niego jak na pełnoprawnego wojownika.

***

Na szarawym, pozbawionym kolorów nieboskłonie rozpostarły się dwa potężne ptaszyska, bystrym okiem obdarzając wszystko pod nimi z wyraźną pogardą. W wysokich, wyschniętych trawach chowały się bezbronne, futrzaste kulki. Skryły się przed śmiercionośnymi szponami w tej gęstwinie, znajdując chwilową ulgę. To fałszywe poczucie bezpieczeństwa spowodowało, że jedno stworzenie z futrzastych kulek nie mądrze postąpiło, pokazując ciekawską głowę drapieżnikom. Nie minęła chwila, nawet nie uderzenie serca, zanim króliczka porwały ku wschodzącemu słońcu szpony króla niebios. Pobratymcy poległego wytrzeszczyli oczy. Niespodziewany szelest naprzeciw nich spłoszył futrzaste kulki. Uciekły w popłochu, chcąc się ratować.
— Ha! — rozległ się w trawie koci głos. — Wiedziałem, że tak się to skończy!
— … Spłoszyłeś naszą cenną zdobycz… — wymamrotał ciszej drugi głos.
— A, tam! — przerwał mu pierwszy. — Mamy na razie tych szczurów pod dostatkiem. Nie potrzeba nam aż tylu!
— Czy nie możemy już wrócić do domu, Pierze? Zaraz będzie lać… słyszałeś jak grzmi!
— Weź ty przestań w końcu jęczeć! — syknął.
Nagle odezwał się trzeci głos, najpewniej należący do kocicy:
— W takim razie po co nas tu sprowadziłeś, co? Przecież mieliśmy…
Kotka przerwała, gdy nagle przed nimi rozległ się grzmot podobny do warczenia potworów. Jeden z kotów najpierw wyściubił biały nos z wysokiej trawy, po czym wyszedł z ukrycia. Umięśniony, długonogi kocur o biało płomiennej sierści jako pierwszy stanął przed pomarańczowymi tańczącymi językami na wietrze. Zerknął przez ramię na ukryte koty. Zawołał ich jednym ruchem głowy. Po jego prawej pojawił się czekoladowy burmski, a po lewej — wielka, puszysta srebrzysto szylkretowa kocica. Wszyscy wbili zszokowane zielone ślepia w dziwne zjawisko, którego jeszcze nikt z ich trójki nie miał szansy spotkać.
Ogień z łatwością rozprzestrzeniał się po suchej trawie, a wspomagany przez wiatr przenosił się w zastraszającym tempie. Bąbelkowy Plusk cofnął się do wysokiej, zardzewiałej trawy. Kocica zmarszczyła brwi. Natomiast rudy burmski patrzył niby zahipnotyzowany płomiennymi językami. Powoli wyciągnął łapę ku nim. Cofnął prędko kończynę, gdy poczuł na opuszkach pieczenie i ciepło. Wytrzeszczył oczy. Na pysku rudego kocura zaczął formować się niepokojąco szeroki uśmiech. Zmrużył lisie, szmaragdowe oczy, w których wyraźnie odbijały się tańczące, wirujące na wietrze ogniste jęzory.
— Ogień… — szepnął drżącym, podekscytowanym głosem. — No tak! Ogień! To jest ogień! — miauknął, zerkając przez ramię na kotkę. — Ogień niszczy wszystko, co niegodne tego świata. Oczyszcza skażone ziemie. Dzięki niemu powstanie nowy, upragniony porządek! — mówił dramatycznie. — Te króliki może i tego nie zrozumieją, ale my, zające, jesteśmy w stanie pojąć takie głębokie słowa. Wiemy, że to prawda.
Wtedy jeszcze raz spojrzał na płomienne skrzydła rozpościerające się na suchej trawie.
— Szkoda, że Aminkowa Łapa nie może tego zobaczyć… — wymamrotał.
Obrócił się przodem do swoich towarzyszy, ale zauważył, że czekoladowego wojownika z nimi nie było. Zmarszczył brwi.
Bąbelkowy Plusk uciekł, ale dokąd?



21 czerwca 2026

Od Tańcującego Pierza Do Wdzięcznej Firletki

Jakiś czas temu

Upał pomagał w jego przygotowaniach. Nie każdy chciał wyściubiać nosa z króliczych nor, więc on i Skrzyp poszli na luzackie polowanie. A przynajmniej tak mogło się zdawać temu drugiemu...
Rudy podszedł do mentora Aminkowej Łapy ostrożnie, stając przed nim w pełnej okazałości. Tańcujące Pierze wymusił się na czarujący uśmiech. Próbował ukryć przed Skrzypiący Skrzypem coś, co nie powinno na razie ujrzeć światła dziennego.
— Dzień dobry, Skrzypiący Skrzypie — zaczął uprzejmie, jako iż był to starszy, pewnie bardziej doświadczony wojownik. Raz go ujrzał skaczącego przed legowiskiem medyczek, jakby słyszał wieści o ciąży swojej partnerki. Zastanawiał się od tamtego czasu, o co mogło dokładnie chodzić, ale jakoś kocur mu się wyślizgiwał spod łap za każdym razem, gdy próbował go złapać w obozie lub poza. — Jak mijały treningi mojego braciszka przed... — ucichł i się skrzywił, przypominając sobie o obecnym stanie Aminka. Pokręcił głową z lekkim uśmiechem i zachichotał. — Nieważne. Wiem, że świetnie się spisywał. Pewnie dużo trenował, gdy zakończyłem trening w dwa księżyce, he, he! — dodał i się zaśmiał krótko.
Zastrzygł uchem, widząc, że Skrzyp nie był skory do rozmowy. Mentor Aminka zmarszczył brwi. "Aha... on wciąż coś do mnie ma, ha? Durne koty... przecież to był Gadożer." — rzekł do siebie w umyśle, widocznie zirytowany na zewnątrz. Pierze spoważniał i spojrzał mu głęboko w oczy. Zamknął na chwilę oczy i wziął głęboki wdech. "Więc tak chcesz się bawić... no dobrze. Przejdę zatem do sedna." — pomyślał, przełykając ślinę. Wydech.
Otworzył oczy, a wtedy rozpoczął się akt drugi przedstawienia.
Przekonanie o swojej racji.
— Widzisz, Skrzypiący Skrzypie... nie bez powodu cię zabrałem na to luzackie polowanie — zaczął z szerokim uśmiechem. — Mówiąc wprost, chodzi mi bardziej o twoje nastawienie do Króliczej Gwiazdy — cmoknął.— Wiesz pewnie, że nasz obecny przywódca... nie cieszy się dobrą reputacją. To jego syn teraz rządzi klanem, choć nawet nie nosi z dumą członu zarezerwowanego dla takich jak Królicza Gwiazda czy inni przedstawiciele klanów. Powiedz mi, proszę, czy to właściwe? Czy Echo dobrze robi dla nas, dla całego burzackiego narodu, pozwalając swojemu ojcu dalej ciągnąć ten teatrzyk? — mówił. Podniósł jedną brew do góry. — Skrzypiący Skrzypie... Klan Burzy się psuje. Może nie każdy to jeszcze zauważył, ale gdy przejrzą na oczy... będzie za późno. Z całym szacunkiem do jego żywota, ale... ile księżyców minie, zanim spokojnie umrze? Lub czy kiedykolwiek umrze? Widzisz... zauważyłem coś jeszcze. Królik nie wychodzi ze swojego zamku od wielu dni, mimo to na górze tej kamiennej ruiny coś za dnia wygłosi od czasu do czasu. Dowiedziałem się o jego sędziwym wieku. Rzadko kto żyje tak długo... a zwłaszcza kot, który prowadził tak niezdrowe życie... — zmrużył oczy i zamilkł na moment, dając Skrzypowi się oswoić z tą wiedzą, a nawet coś sobie dopowiedzieć w myślach.
— Skrzypiący Skrzypie, nadawałbyś się na zastępcę Echa. Na pewno więcej kotów niż ja to widzę — dodał. — Cieszysz się dobrą reputacją, niezachwianą wręcz. Pomagasz tym w potrzebie, bliskim... idealny wzorzec na przyszłego przywódcę. Problem w tym, że... — podszedł do niego bliżej. — Problem polega na tym, że Królicza Gwiazda uniemożliwia ci wejście na wyższy szczebel hierarchii, Skrzypiący Skrzypie. Dobrze o tym wiesz, co? — miauknął ciszej.
Upał mógł przyćmić ich oba umysły i zdrowy rozsądek, bądź nawet kręgosłup moralny.
Teraz, Tańcujące Pierze musiał wyczekiwać decyzji wręcz topiącego się na słońcu kocura z łagodnym, matczynym uśmiechem. Musiał być cierpliwy, a więc czekał.
Starszy wojownik zwrócił wzrok na Pierze. Z każdym słowem pointa jego oczy coraz bardziej przybierały kształt dwóch spodków.
— Tańczące Pierze... Nie rozumiem, co chcesz mi w tym momencie powiedzieć — Skrzyp zmarszczył brwi, jego pysk lekko rozdziawiony. — Gdybym kiedykolwiek miał objąć pozycję zastępcy, chciałbym, aby odbyło się to w sposób honorowy, nie na skutek jakiś- młodzieżowych spisków — syknął.
Przez parę uderzeń serca wpatrywał się w wojownika, zanim z prychnięciem odwrócił się do niego zadem i ruszył z powrotem w kierunku obozu.
— Nie mieszaj mnie w swoje pomysły — dodał, ostry ton głosu diametralnie odmienny od jego typowego świergotu. — Nie chcę nawet upewniać się, czy dobrze rozumiem to, co próbujesz teraz insynuować. Ja- Odwiedziłbyś może swojego brata, zamiast zawracać głowę innym dziwnymi pytaniami.
Cisza. Patrzył bez jakiejkolwiek emocji na mentora Aminkowej Łapy.
— … Ach, faktycznie — wymamrotał młodszy.
Tańcujące Pierze stał jak posąg. Nie próbował zatrzymać odchodzącego, naburmuszonego kota. Odprowadzał Skrzypa szmaragdowym, bystrym okiem. Chwilę mu zajęło dobranie odpowiedniej reakcji. Wybrał w końcu skrzywienie pyska i zmrużenie oczu. Odczekał parę chwil, po czym mozolnie ruszył śladami Skrzypiącego Skrzypa w stronę obozu. Myślami krążył po wspomnieniami z Smrodkiem.
Stosunki z Aminkową Łapą… nie były najlepsze, jeśli mógł to tak lekko ująć — odkąd skończył trening, kremowego kocurka mógł często widzieć zasmarkanego w nocy. Wymówką były dodatkowe “treningi”, które kończyły się tylko niepotrzebnym wycieńczeniem organizmu chudzielca. Tańcujące Pierze starał się to ignorować. Za ucznia też często wychodził w nocy nie w celu schłodzenia, a po możliwą rozmowę z samymi albinosami, świętą trójcą, wysłannicy gwiezdnych i… ble, ble, ble. Nawet sam Pierze, zagorzały, choć ukryty wielbiciel czystych gwiazd w postaci śmiertelników, nie umiał wymienić wszystkich ich przydomków. Byłaby to wielka strata czasu. W końcu nie każdy podzielał to samo zdanie, co on sam…
Wrócił do obozu chwilę przed Skrzypem. Przywitał się z Lodówką i Bąblem. To z nimi przede wszystkim utrzymywał stały kontakt. Nie mówiąc o drugim bracie. Kręcił się w kółko po obozie, myśląc o tym kremowym kocurze, który obecnie leżał w lecznicy i skonał.
Słowa, które usłyszał Tańczące Pierze, należały do… niezidentyfikowanego kocura w legowisku wojowników. Stanął przy wejściu, wbił wzrok w ziemię i nasłuchiwał lewym uchem.
— Jego zdrowie z każdym wschodem słońca coraz bardziej mnie martwi — oznajmił głos; jego ton zmartwiony, ale i… Poirytowany. — Nie rozumiem, dlaczego nie mógł wcześniej poprosić o pomoc. Ma cały klan na wyciągnięcie łapy!
Słowa te odbiły się mocno na rudym. Tańcujące Pierze zaczął ciężej oddychać. Nogi trzęsły się i nie chciały z nim współpracować. Spojrzał z wysiłkiem na lecznicę.
Aminkowa Łapa.
Aminkowa Łapa.
— O, Klanie Gwiazdy…
I popędził. Pobiegł, jakby znowu rywalizował z Baziową Łapą. I choć droga trwała kilkanaście bić serca, tak dla Pierza trwało to dzień. Tygodnie. Księżyce. Myśl, że nie zdążył, przerażała go najbardziej z możliwych scenariuszy. Poczuł wyrzuty sumienia, że wcześniej nie odwiedzał brata z powodu własnej dumy i arogancji. Przecież obiecał im, że nigdy się nie rozdzielą; że zawsze będą razem. Nieważne, co…
Wbiegł do lecznicy znienacka, przerywając wszystkim pracującym i chorym spokój. Wdzięczna Firletka wbiła w niego zaskoczone spojrzenie. Mszyca wstrzymała oddech, widząc jak płomienny, masywny kot przechodził obok niej w stronę Aminka. Powietrze zgęstniało. Pacjent, którego odwiedzał Tańcujące Pierze…
Cóż, w najlepszym stanie to on nie był.
— Aminkowa… Łapa.
Wymamrotał te słowa i wytrzeszczył oczy. Nie wyobrażał sobie widzieć tak schorowanego kota jak on. Usiadł przed jego posłaniem, zszokowany nie mogąc nic więcej zrobić. Patrzył jak zaczarowany.
Brat zacharczał. Spojrzał z trudem w górę na pierworodnego Kminka i Brzozy. Otworzył szerzej w oczy w zaskoczeniu, po czym nagle wypluł… szkarłatną ciecz wprost na łapy Tańcującego Pierza. Rudy wbił wzrok w łapy i zaczął łapać płytkie oddechy z trudem.
— Nie, nie… — zaczął mamrotać do siebie, nie mogąc uciec szmaragdowym okiem od krwi. Nie mógł. Nie powinien. Należało mu się…
Tańcujące Pierze, Pierzasta Łapa, Paskudek…
… Pierze…
… Oni wszyscy na to zasługiwali.
A mimo to odepchnął tą myśl tak szybko, jak do niego dotarła. Rozpacz obrócił w gniew, w furię.
Z lecznicy wydobył się ryk. Krzyk kocura, który nigdy nie krzyczał. Kota, który w zwyczaju miał nie okazywać tylu negatywnych emocji. Uwaga wszystkich kotów z zewnątrz została skierowana w kierunku legowiska medyczek.
Mszyca próbowała uspokoić rozwścieczonego syna uciekinierów, podczas gdy Firletka stała z tyłu i nie odzywała się. Lecznica stała się w tej chwili polem bitwy, lecz tylko jedna walka trwała.
Przeciwnikiem Tańcującego Pierza był jego własny umysł.
Odepchnął z niebywałą ostrożnością albinoskę, odzyskując choć na chwilę świadomość. Syknął w stronę medyczek, obracając się tyłem do odchodzącego z tego świata brata. Spłaszczył uszy i zmarszczył pysk. Zaczął wymachiwać swoim biało płomiennym biczem. Wściekły wojownik wydawał z siebie co chwilę zrozpaczone, pełne emocji ryki, gniew przyćmiła jego umysł.
Tej bestii nie dało się ot tak uspokoić. To był ten moment, gdzie Pierze się załamał; gdzie Paskudek się wybudził, a Pierzasta Łapa stał niepewnie przy boku rudego malucha, wspierając go ciszą. A bezradny Tańcujące Pierze mógł tylko patrzeć jak jego poprzednie wersje postanowiły przejąć stery. Mógł tylko zamknąć oczy i odliczać do chwili, aż Paskudek znowu go opuści jak zwykle… i znowu będzie musiał sprzątać po swoich poprzednikach. Jak zwykle.
— Cz-czemu… — rozbrzmiał głęboki głos z ciała burmskiego. Zetknął się spojrzeniem z główną medyczką Klanu Burzy. Zmarszczył brwi. — … CZEMU NIC NIE ZROBILIŚCIE!? — wydarł się.
Tańcujące Pierze nie poznawał siebie. Czyżby zapomniał do czego był w stanie posunąć się dyskryminowany przez resztę Paskudek i wrażliwy Pierze? Czyżby zapomniał jak to było, gdy Pierzasta Łapa musiał walczyć z dawnymi sobą?
Mimo to nie umiał przestać. Próbował wyślizgnąć się z uścisku Paskudka, ale nie potrafił. Był słaby. Miękki. Wrażliwy. Taki… godny pożałowania. Pierzasta Łapa jakoś sobie z tym radził — Tańcujące Pierze oczywiście też i to nawet lepiej, ale kiedy cała trójka się przebudziła… nie umiał się opanować. Po prostu to coś, co wcześniej umiał wytrzymać, wymknęło się spod kontroli…
Firletka wbiła spojrzenie w roztrzęsionego wojownika.
— Tańcujące Pierze... — zaczęła. Jej ogon przeciął powietrze, a zmartwione ślipia wyostrzyły się. — Proszę, uspokój się. Aminkowa Łapa zbyt długo ignorował objawy, a na tym etapie choroba postąpiła zbyt szybko, abyśmy mogły jakkolwiek mu pomóc. Robimy wszystko, co w naszej mocy.
Tańcujące Pierze podszedł do medyczki. Przez chwilę mogło się wydawać, że ją uderzy, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Stał. Przeszywał ją wzrokiem. Zacisnął szczęki, próbując się opanować. Nie mógł pozwolić, aby gniew nad nim zawładnął... ale co, jeśli to było konieczne? Przecież mieli tyle czasu, aby zobaczyć, że coś mu dolega...
— Nie! — wtrącił się nagle w słowa Firletki. — Gówno zrobiliście! On teraz przeżywa męczarnie, a wy... on przez was cierpi! — warknął. — Gdybyście umiały mu pomóc, już dawno by stał na nogach i biegał!
Kątem oka zauważył jak na zewnątrz zbierała się duża ilość Burzaków. Spojrzał na nich.
— O! Chyba już rozwikłałem waszą durną zagadkę! — zaczął jeszcze głośniej, aby każdy słyszał. — Aminkowa Łapa był synem uciekinierów i kotem, który narobił zamieszania na zgromadzeniu, prawda!? Smrodkiem, durnym kociakiem Kminka i Brzozy! — obrócił głowę w kierunku Wdzięcznej Firletki. — W dodatku otwarcie się z wami nie zgadzał! Więc dlaczego mielibyście go tu dłużej trzymać!? Widząc, że choruje, ignorowaliście to aż do momentu, w którym się krztusił własną krwią! CHCIELIŚCIE SIĘ GO POZBYĆ! I MNIE TEŻ CHCIELIŚCIE SIĘ POZBYĆ! To nie ja zatrułem Strzępotkowy Kokon, a Gadożerowa Łapa! Mimo to po kilku księżycach wrócił do treningu... a nawet nie wiecie czy przemyślał swoje zachowanie i czy nie zrobi tego PONOWNIE! Ale co ze mną? Jemu już można ufać, ale jemu nie!? Co to za sprawiedliwość!? — krzyczał rozjuszony. — Wiedziałem, że nas nie znosicie, ale żebyście się posunęli do TAKICH czynów!?
Wyprostował się i ściszył głos.
— ... Ale to nie gorsze od poprzedniego pomysłu. Wysłaliście na egzekucję mordercy jego własnego syna, który następnie zginął z łap ojca.
Uniósł brew.
— Czy było warto? — szepnął w jej stronę, uważnie obserwując każdą zmianę na jej pysku, po czym odwrócił się do widowni. — Czy było warto? Klan Burzy słabnie. Marnieje. Wy po prostu nie umiecie tego przetrawić. Jeśli Królicza Gwiazda naprawdę martwi się swoim klanem, niechże coś w końcu dla niego zrobi! — powiedział pewnie. — Jedyne, co widzę, to jego syna, który używa siły i kotów jak zwykłą zwierzynę do eliminowania zagrożeń. A mimo to nadal mamy wśród nas truciciela! — miauknął, po czym pochylił się ku Firletce.
— Czy uważasz, że jego działania są naprawdę potrzebne? Czy myślisz, że wylana krew ojca i syna była potrzebna? — zapytał ją cicho. Jego głos drżał. — Mogliśmy tego uniknąć. Czemu Zawodzące Echo tego nie przemyślał? Czemu postanowił, że syn mordercy go zamorduje własnymi łapami, tak jak ojciec zabił ich matkę...?
Główna medyczka uchyliła, po czym zamknęła pysk. Jej brwi zmarszczyły się.
— Tańcujące Pierze, nikt nie chce się was pozbyć — miauknęła, gdy wojownik zamilknął. Usłyszała dochodzące z zewnątrz szepty tłumu. — Czarny kaszel nie jest chorobą, której można zaradzić. Wiem, że trudno się z tym pogodzić, ale nie masz prawa nad o to obwiniać. Aminkowa Łapa ignorował wcześniejsze etapy zachorowania. Ani ja, ani Wełnista Mszyca nie mamy wystarczająco czasu, aby chodzić za każdym uczniem i wojownikiem i czuwać nad jego stanem zdrowia, gdy ten od nas ucieka i udaje, że wszystko jest dobrze! — ton jej głosu nieco się uniósł, po czym wrócił do neutralnej monotonii. — Nasza praca potrzebuje współpracy z obu stron. Jeden z wojowników przyniósł go do nas, gdy jego stan osiągnął etap nieodwracalny. Przepraszamy, ale... Trzeba się było nim zainteresować wcześniej.
Wzięła głęboki oddech i zmrużyła ślepia.
— A teraz, jeśli skończyłeś wypytywać mnie o rzeczy w tym momencie nieistotne, to wynoś się z mojego legowiska — syknęła. — Przeszkadzasz Aminkowej Łapie swoim krzykiem bardziej, niż robi to jego kaszel.

<Ty Niewdzięczna Firletko… jesteś beznadziejną medyczką!>

29 kwietnia 2026

Od Tańcującego Pierza CD. Pożarowej Łapy

Kocur kątem oka nerwowo spoglądał na zdziczałą kreaturę, która nazywała się Pożarowa Łapa. Przełknął głośno ślinę, a przed oczami przypomniała mu się ostatnia interakcja z jej pięknym synkiem. Kocica wydarła mu się do ucha, a on... on przez chwilę tak siedział zdołowany i zgarbiony. Chwila ciszy, zanim Tańcujące Pierze napiął mięśnie, wstał i odwdzięczył się nagłym sykiem przed pyskiem uczennicy.
— Jestem Tańcujące Pierze! — oświadczył z dumą, choć to imię niezbyt mu się podobało. Brzmiało... zabawnie. Czyżby Królicza Gwiazda z niego drwił? — Może trochę kultury nie zaszkodzi, co!? Może zawołam Ognika, aby przywrócił taką pewną rudą uczennicę do porządku!? - krzyczał, widocznie rozdrażniony. — Bo najwyraźniej Pożarowa Łapa nie radzi sobie ani w treningu, ani w macierzyństwie, żeby upilnować TYLKO DWA bachory!?
— Za to zastraszanie kociaków jest szczytem kultury, co, Pióreczko?! — splunęła. — I dla ciebie Pożar, sowia wypluwko! A jak jeszcze raz powiesz coś takiego o mnie albo tkniesz moją rodzinę… — Chwyciła kocura za futro na szyi i szarpnęła do siebie.
— Nikogo nie zastraszam! — odpowiedział sfrustrowany Tańcujące Pierze. — I... i przestań mnie tak nazywać, ty podła su...! — Zanim zdołał wypowiedzieć do końca to brzydkie słowo, został przyciągnięty do Pożarowej Łapy. Zaskoczony nie zdołał złapać równowagi, przez co poleciał na kotkę, a ona na ziemię. Tańcujące Pierze był... spory, bynajmniej przez masę mięśniową, jak i przez cudowne geny wysokich rodziców. Kocur leżał na kotce, nie wiedząc co dalej zrobić. Uśmiechnął się i zażartował:
— Mówiłaś coś? — sapnął złoty rycerz, leżąc plackiem na dzikusce. — Bo ja myślę, że przydałby ci się odpowiedni wycisk na treningach. Pewnie zapomniałaś, czym jest dyscyplina... biedulka…
Przez chwilę pomyślała, czy się nie wydrzeć na cały obóz i nie wzniecić chaosu, ale po chwili uznała, że nie wyszłoby jej to na dobre. Zamiast tego postanowiła użyć tego jako groźby.
— Masz dwa uderzenia serca, żeby ze mnie, zejść albo zacznę krzyczeć. Mój partner przybiegnie tu od razu, a Zawodzące Echo raczej nie ucieszy się, że zaatakowałeś karmicielkę — warknęła.
— A co, jeśli mam świadków? — miauknął z głupim uśmiechem. — Powiedzą, że dzikuska, inaczej Pożarowa Łapa, nie dość, że uciekła od obowiązków ciążą, to jeszcze ma czelność nie zajmować się własnymi kociętami. Wiesz, ile szkód one narobiły!? I ile by nie powstało, gdyby tej matce się chciało dupę ruszyć i temu zapobiec!? Nawet ja w ich wieku nie demolowałem groty czy Łapkowa!
A wtedy ognista kreatura wydarła się na wszystkie pięć przynależności, jakby ją torturowano. Zaskoczony odskoczył, a wtedy… zaczęły się jak zwykle problemy.

•.¸¸.•*'*•.•ஜீ☼۞☼ஜீ•.•*'*•.¸¸.•

Rozczarowany Cyklonowe Oko swoim byłym uczniem pokręcił ciężką od kremowych wodospadów głową, gdy Bąbelkowy Plusk wkroczył i rozdzielił rude dzikusy na czas. Tańcujące Pierze spojrzał na brata spod byka, po czym na Pożarową Łapę. I to ja jestem najgorszy, co, Skrzecząca Pokrako!? — przemknęło mu przez myśl, aż się zagotował. Już sobie na nią zaczął ostrzyć pazury, jednakże z tyłu głowy miał świadomość o dalszych konsekwencjach i się uspokoił, co jakiś czas tylko nerwowo spoglądając na towarzyszące im koty. Kierowali się w stronę wieży.
— Ach, ależ się stęskniłem za tobą, Echo — wymamrotał gorzko, zwieszając głowę. Uśmiechnął się. — Pewnie ty też… — dodał ciszej, wchodząc do prestiżowej komnaty syna Króliczego Bobka. Tylko pomarzyć można sobie o takich luksusach. Rudy wojownik zmarszczył brwi. Czy Zawodzące Echo miał bliskich krewniaków? A może chciałby rozpocząć ród króliczych idiotów tak jak w Klanie Nocy? Bardzo przerażała go myśl, do czego mógłby się dopuścić przyszły przywódca.
Dlatego musiał go wyeliminować. Jak najszybciej.
Widząc czarnego zastępcę w pełnej okazałości, z szacunku do niego skinął mu głową i wyszeptał słodkie pozdrowienia. Usiadł przed nim. Ugh, ale zimno na tych kamieniach… może to nie są aż takie luksusy. Kocica bez słowa skinęła krótko głową Echu na przywitanie, po czym prychnęła, widząc, co robił drugi.
Spojrzał wymownie na dwójkę kotów.
— No, proszę mi wytłumaczyć, o co poszło — miauknął, gdy żadne z nich nie zabrało głosu.
Najpierw spojrzał za siebie, na wyjście z wieży, ale nie widząc Cyklona ani Bąbla, Tańcujące Pierze wzruszył ramionami. Westchnął ciężko i się wyprostował. Młody rycerz patrzył z powagą zastępcy w oczy, gdy mówił z wybitnym spokojem:
— ... Sam nie wiem, Zawodzące Echo. Pożar się na mnie wydarła na cały obóz, pewnie słyszałeś, i nas zabrali do ciebie. Chyba stali się przewrażliwieni przez ostatnie dni. Ach, ci wojownicy, nic nie umieją rozstrzygnąć bez mózgu operacji takiego jak ty. Ciekawe, czy daliby sobie radę bez ciebie…
Nagle Pożarowa Łapa zjeżyła się.
— Podeszłam do ciebie wyjaśnić sprawę, a ty mnie przewróciłeś! — syknęła. — Zawodzące Echo, ten tutaj groził mojemu synowi, a potem rzucił się na mnie z obelgami i mnie zaatakował!
Echo wyglądał, jakby wcale nie miał ochoty ich słuchać.
— Tańcujące Pierze? Miłe słówka nie odciągną mojej uwagi od faktu, że zaatakowałeś Pożarową Łapę.
Tańcujące Pierze wbił zaskoczone spojrzenie w aktorzynę i się skrzywił. Ugh, co za dramatyczna kocica! Nic jej nie zrobił! Musiał więc powiedzieć prawdę. Westchnął i wstał, gotów przeciwstawić się kłamstwom Pożarowej Łapy.
— Zawodzące Echo, proszę, nie wierz w jej słowa. To obłuda — miauknął, kręcąc głową bezsilnie. — Najwyraźniej to ja będę musiał ci wyjaśnić i pokazać prawdę... — wymamrotał i spojrzał na niego. — Widzisz, tak, Pożarowa Łapa przyszła do mnie wyjaśnić sprawę, ale z bardzo agresywnym tonem. Nie zastraszałem jej dzieci, ba, to ja musiałem jedno z nich niańczyć, bo ona nie potrafiła ich pilnować. Rozwalają grotę, Łapkowo i cały obóz... wstyd, Pożarowa Łapo, że nie umiesz ich upilnować. Nawet ja i Aminkowa Łapa nie byliśmy wandalami... — mówił. — Ale, wracając: odpowiedziałem jej grzecznie, iż nikogo nie zastraszam i poprawiłem ją z imieniem, gdyż nie jestem już Pierzastą Łapą, a ona, cytując jej wypowiedź, zagroziła mi słowami: "A jak jeszcze raz powiesz coś takiego o mnie albo tkniesz moją rodzinę…", po czym chwyciła mnie za futro na szyi i pociągnęła w swoją stronę, zaskoczony upadłem na nią. Ona... — zatrzymał się, kątem oka spoglądając zaniepokojony na Pożarową Łapą. Przełknął głośno ślinę.
— Pożarowa Łapa mnie przewróciła, a teraz zmieniła wersję zdarzeń, tylko aby wyglądać na idealną kocicę, ale my, oddani i lojalni wojownicy Klanu Burzy, powinniśmy wiedzieć, co się kryje za tą jej grą: kłamstwo, Zawodzące Echo — odpowiedział i wbił szmaragdowe ślepia w Pożar. — ... I zanim znów zaczniesz mnie atakować słowami, zastanów się, Pożarowa Łapo, nad własnym zachowaniem. Nie dość, że uciekłaś od obowiązków ciążą, to zaniedbujesz własne dzieci i myślisz, że tak ugrasz? Przepraszam, że się tak wyrażę przed tobą, zastępco, ale... to, co ona sobą reprezentuje... nie jest godne przyszłym wojownikom Klanowi Burzy.
Po momencie ciszy zwrócił się spokojnie do zastępcy.
— Czy ty naprawdę nie umiesz dostrzec jej aktorstwa? — dodał końcowo, unosząc brew. — Tego fałszu emocji, tej... nadmiernej gestykulacji, próby przeciągnięcia cię na stronę jej kłamstw. Nie chcę podburzyć twojej... słuszności w podejmowaniu decyzji, jednakże zastanów się, Zawodzące Echo. Komu możesz tak naprawdę ufać w tych czasach? — mówił coraz pewniej, aż w końcu się zatrzymał. Wziął głęboki wdech i wydech, po czym usiadł na miejscu w oczekiwaniu na werdykt Zawodzącego Echa.
Krewna Echa najeżyła się jeszcze bardziej, już rzeczywiście wkurzona.
— Czy ty słyszysz, co on wygaduje?! Atakuje mnie! Mnie, karmicielkę! A potem ma czelność wygadywać takie rzeczy na mój temat! Nie mogę już nawet założyć rodziny w tym klanie, bo wszyscy mają mnie za zdrajczynie, nieważne, co zrobię! Wszyscy mnie tylko poniżają, atakują i zrzucają na mnie winę, a potem ja muszę za to cierpieć! — Ze złości wysunęła pazury i podrapała nimi lekko cegłę, z której wykonana była podłoga w legowisku. — Zawodzące Echo, kuzynie, jeżeli mnie osądzisz nie ze względu na moje pokrewieństwo z Płomiennym Rykiem, to powód podaj mi szczerze. I mam nadzieję, że słowa te przejdą ci przez gardło.
Oczy zastępcy trochę szerzej otworzyły mu się na ostre słowa Pożar.
— Proszę, Pożarowa Łapo, nie zamierzam cię za nic karać — mruknął po chwili, gdy w legowisku zapadła cisza. — Tańcujące Pierze... Wydaje mi się jednak, że tobie i twojemu bratu niebycie wandalami reputacji za bardzo nie podnosi. — Spojrzał na kocura wymownie. — Może i ciąża Pożarowej Łapy stała się padła ofiarą krytyki klanu, jednak to nie jest odpowiedni moment, abym rozwodził się nad moimi myślami na ten temat. A twoje podkoloryzowane słówka o zaufaniu wobec klanu nie robią na mnie wrażenia, jeżeli nie jesteś kotem, którego to ja darzę zaufaniem.
Spojrzał na Pierze, później na Pożar, po czym wstał i odwrócił się.
— Niech tylko ta sytuacja się nie powtórzy — zakończył stanowczym, wyższym o parę tonów głosem. Machnął krótkim ogonkiem w kierunku wyjścia. — Skończyłem z wami rozmawiać. A ty, Tańcujące Pierze, trzymaj swoje wybryki w ryzach, gdyż za atak na królową powinieneś oberwać o wiele gorzej. Niedługo pożałuję tego, że pozwoliłem Króliczej Gwieździe mianować cię tak wcześnie.

<O, ty gnido… pożałujesz tego, Pożarowa Łapo…!>