Jakiś czas temu
Rudy podszedł do mentora Aminkowej Łapy ostrożnie, stając przed nim w pełnej okazałości. Tańcujące Pierze wymusił się na czarujący uśmiech. Próbował ukryć przed Skrzypiący Skrzypem coś, co nie powinno na razie ujrzeć światła dziennego.
— Dzień dobry, Skrzypiący Skrzypie — zaczął uprzejmie, jako iż był to starszy, pewnie bardziej doświadczony wojownik. Raz go ujrzał skaczącego przed legowiskiem medyczek, jakby słyszał wieści o ciąży swojej partnerki. Zastanawiał się od tamtego czasu, o co mogło dokładnie chodzić, ale jakoś kocur mu się wyślizgiwał spod łap za każdym razem, gdy próbował go złapać w obozie lub poza. — Jak mijały treningi mojego braciszka przed... — ucichł i się skrzywił, przypominając sobie o obecnym stanie Aminka. Pokręcił głową z lekkim uśmiechem i zachichotał. — Nieważne. Wiem, że świetnie się spisywał. Pewnie dużo trenował, gdy zakończyłem trening w dwa księżyce, he, he! — dodał i się zaśmiał krótko.
Zastrzygł uchem, widząc, że Skrzyp nie był skory do rozmowy. Mentor Aminka zmarszczył brwi. "Aha... on wciąż coś do mnie ma, ha? Durne koty... przecież to był Gadożer." — rzekł do siebie w umyśle, widocznie zirytowany na zewnątrz. Pierze spoważniał i spojrzał mu głęboko w oczy. Zamknął na chwilę oczy i wziął głęboki wdech. "Więc tak chcesz się bawić... no dobrze. Przejdę zatem do sedna." — pomyślał, przełykając ślinę. Wydech.
Otworzył oczy, a wtedy rozpoczął się akt drugi przedstawienia.
Przekonanie o swojej racji.
— Widzisz, Skrzypiący Skrzypie... nie bez powodu cię zabrałem na to luzackie polowanie — zaczął z szerokim uśmiechem. — Mówiąc wprost, chodzi mi bardziej o twoje nastawienie do Króliczej Gwiazdy — cmoknął.— Wiesz pewnie, że nasz obecny przywódca... nie cieszy się dobrą reputacją. To jego syn teraz rządzi klanem, choć nawet nie nosi z dumą członu zarezerwowanego dla takich jak Królicza Gwiazda czy inni przedstawiciele klanów. Powiedz mi, proszę, czy to właściwe? Czy Echo dobrze robi dla nas, dla całego burzackiego narodu, pozwalając swojemu ojcu dalej ciągnąć ten teatrzyk? — mówił. Podniósł jedną brew do góry. — Skrzypiący Skrzypie... Klan Burzy się psuje. Może nie każdy to jeszcze zauważył, ale gdy przejrzą na oczy... będzie za późno. Z całym szacunkiem do jego żywota, ale... ile księżyców minie, zanim spokojnie umrze? Lub czy kiedykolwiek umrze? Widzisz... zauważyłem coś jeszcze. Królik nie wychodzi ze swojego zamku od wielu dni, mimo to na górze tej kamiennej ruiny coś za dnia wygłosi od czasu do czasu. Dowiedziałem się o jego sędziwym wieku. Rzadko kto żyje tak długo... a zwłaszcza kot, który prowadził tak niezdrowe życie... — zmrużył oczy i zamilkł na moment, dając Skrzypowi się oswoić z tą wiedzą, a nawet coś sobie dopowiedzieć w myślach.
— Skrzypiący Skrzypie, nadawałbyś się na zastępcę Echa. Na pewno więcej kotów niż ja to widzę — dodał. — Cieszysz się dobrą reputacją, niezachwianą wręcz. Pomagasz tym w potrzebie, bliskim... idealny wzorzec na przyszłego przywódcę. Problem w tym, że... — podszedł do niego bliżej. — Problem polega na tym, że Królicza Gwiazda uniemożliwia ci wejście na wyższy szczebel hierarchii, Skrzypiący Skrzypie. Dobrze o tym wiesz, co? — miauknął ciszej.
Upał mógł przyćmić ich oba umysły i zdrowy rozsądek, bądź nawet kręgosłup moralny.
Teraz, Tańcujące Pierze musiał wyczekiwać decyzji wręcz topiącego się na słońcu kocura z łagodnym, matczynym uśmiechem. Musiał być cierpliwy, a więc czekał.
Starszy wojownik zwrócił wzrok na Pierze. Z każdym słowem pointa jego oczy coraz bardziej przybierały kształt dwóch spodków.
— Tańczące Pierze... Nie rozumiem, co chcesz mi w tym momencie powiedzieć — Skrzyp zmarszczył brwi, jego pysk lekko rozdziawiony. — Gdybym kiedykolwiek miał objąć pozycję zastępcy, chciałbym, aby odbyło się to w sposób honorowy, nie na skutek jakiś- młodzieżowych spisków — syknął.
Przez parę uderzeń serca wpatrywał się w wojownika, zanim z prychnięciem odwrócił się do niego zadem i ruszył z powrotem w kierunku obozu.
— Nie mieszaj mnie w swoje pomysły — dodał, ostry ton głosu diametralnie odmienny od jego typowego świergotu. — Nie chcę nawet upewniać się, czy dobrze rozumiem to, co próbujesz teraz insynuować. Ja- Odwiedziłbyś może swojego brata, zamiast zawracać głowę innym dziwnymi pytaniami.
Cisza. Patrzył bez jakiejkolwiek emocji na mentora Aminkowej Łapy.
— … Ach, faktycznie — wymamrotał młodszy.
Tańcujące Pierze stał jak posąg. Nie próbował zatrzymać odchodzącego, naburmuszonego kota. Odprowadzał Skrzypa szmaragdowym, bystrym okiem. Chwilę mu zajęło dobranie odpowiedniej reakcji. Wybrał w końcu skrzywienie pyska i zmrużenie oczu. Odczekał parę chwil, po czym mozolnie ruszył śladami Skrzypiącego Skrzypa w stronę obozu. Myślami krążył po wspomnieniami z Smrodkiem.
Stosunki z Aminkową Łapą… nie były najlepsze, jeśli mógł to tak lekko ująć — odkąd skończył trening, kremowego kocurka mógł często widzieć zasmarkanego w nocy. Wymówką były dodatkowe “treningi”, które kończyły się tylko niepotrzebnym wycieńczeniem organizmu chudzielca. Tańcujące Pierze starał się to ignorować. Za ucznia też często wychodził w nocy nie w celu schłodzenia, a po możliwą rozmowę z samymi albinosami, świętą trójcą, wysłannicy gwiezdnych i… ble, ble, ble. Nawet sam Pierze, zagorzały, choć ukryty wielbiciel czystych gwiazd w postaci śmiertelników, nie umiał wymienić wszystkich ich przydomków. Byłaby to wielka strata czasu. W końcu nie każdy podzielał to samo zdanie, co on sam…
Wrócił do obozu chwilę przed Skrzypem. Przywitał się z Lodówką i Bąblem. To z nimi przede wszystkim utrzymywał stały kontakt. Nie mówiąc o drugim bracie. Kręcił się w kółko po obozie, myśląc o tym kremowym kocurze, który obecnie leżał w lecznicy i skonał.
Słowa, które usłyszał Tańczące Pierze, należały do… niezidentyfikowanego kocura w legowisku wojowników. Stanął przy wejściu, wbił wzrok w ziemię i nasłuchiwał lewym uchem.
— Jego zdrowie z każdym wschodem słońca coraz bardziej mnie martwi — oznajmił głos; jego ton zmartwiony, ale i… Poirytowany. — Nie rozumiem, dlaczego nie mógł wcześniej poprosić o pomoc. Ma cały klan na wyciągnięcie łapy!
Słowa te odbiły się mocno na rudym. Tańcujące Pierze zaczął ciężej oddychać. Nogi trzęsły się i nie chciały z nim współpracować. Spojrzał z wysiłkiem na lecznicę.
Aminkowa Łapa.
Aminkowa Łapa.
— O, Klanie Gwiazdy…
I popędził. Pobiegł, jakby znowu rywalizował z Baziową Łapą. I choć droga trwała kilkanaście bić serca, tak dla Pierza trwało to dzień. Tygodnie. Księżyce. Myśl, że nie zdążył, przerażała go najbardziej z możliwych scenariuszy. Poczuł wyrzuty sumienia, że wcześniej nie odwiedzał brata z powodu własnej dumy i arogancji. Przecież obiecał im, że nigdy się nie rozdzielą; że zawsze będą razem. Nieważne, co…
Wbiegł do lecznicy znienacka, przerywając wszystkim pracującym i chorym spokój. Wdzięczna Firletka wbiła w niego zaskoczone spojrzenie. Mszyca wstrzymała oddech, widząc jak płomienny, masywny kot przechodził obok niej w stronę Aminka. Powietrze zgęstniało. Pacjent, którego odwiedzał Tańcujące Pierze…
Cóż, w najlepszym stanie to on nie był.
— Aminkowa… Łapa.
Wymamrotał te słowa i wytrzeszczył oczy. Nie wyobrażał sobie widzieć tak schorowanego kota jak on. Usiadł przed jego posłaniem, zszokowany nie mogąc nic więcej zrobić. Patrzył jak zaczarowany.
Brat zacharczał. Spojrzał z trudem w górę na pierworodnego Kminka i Brzozy. Otworzył szerzej w oczy w zaskoczeniu, po czym nagle wypluł… szkarłatną ciecz wprost na łapy Tańcującego Pierza. Rudy wbił wzrok w łapy i zaczął łapać płytkie oddechy z trudem.
— Nie, nie… — zaczął mamrotać do siebie, nie mogąc uciec szmaragdowym okiem od krwi. Nie mógł. Nie powinien. Należało mu się…
Tańcujące Pierze, Pierzasta Łapa, Paskudek…
… Pierze…
… Oni wszyscy na to zasługiwali.
A mimo to odepchnął tą myśl tak szybko, jak do niego dotarła. Rozpacz obrócił w gniew, w furię.
Z lecznicy wydobył się ryk. Krzyk kocura, który nigdy nie krzyczał. Kota, który w zwyczaju miał nie okazywać tylu negatywnych emocji. Uwaga wszystkich kotów z zewnątrz została skierowana w kierunku legowiska medyczek.
Mszyca próbowała uspokoić rozwścieczonego syna uciekinierów, podczas gdy Firletka stała z tyłu i nie odzywała się. Lecznica stała się w tej chwili polem bitwy, lecz tylko jedna walka trwała.
Przeciwnikiem Tańcującego Pierza był jego własny umysł.
Odepchnął z niebywałą ostrożnością albinoskę, odzyskując choć na chwilę świadomość. Syknął w stronę medyczek, obracając się tyłem do odchodzącego z tego świata brata. Spłaszczył uszy i zmarszczył pysk. Zaczął wymachiwać swoim biało płomiennym biczem. Wściekły wojownik wydawał z siebie co chwilę zrozpaczone, pełne emocji ryki, gniew przyćmiła jego umysł.
Tej bestii nie dało się ot tak uspokoić. To był ten moment, gdzie Pierze się załamał; gdzie Paskudek się wybudził, a Pierzasta Łapa stał niepewnie przy boku rudego malucha, wspierając go ciszą. A bezradny Tańcujące Pierze mógł tylko patrzeć jak jego poprzednie wersje postanowiły przejąć stery. Mógł tylko zamknąć oczy i odliczać do chwili, aż Paskudek znowu go opuści jak zwykle… i znowu będzie musiał sprzątać po swoich poprzednikach. Jak zwykle.
— Cz-czemu… — rozbrzmiał głęboki głos z ciała burmskiego. Zetknął się spojrzeniem z główną medyczką Klanu Burzy. Zmarszczył brwi. — … CZEMU NIC NIE ZROBILIŚCIE!? — wydarł się.
Tańcujące Pierze nie poznawał siebie. Czyżby zapomniał do czego był w stanie posunąć się dyskryminowany przez resztę Paskudek i wrażliwy Pierze? Czyżby zapomniał jak to było, gdy Pierzasta Łapa musiał walczyć z dawnymi sobą?
Mimo to nie umiał przestać. Próbował wyślizgnąć się z uścisku Paskudka, ale nie potrafił. Był słaby. Miękki. Wrażliwy. Taki… godny pożałowania. Pierzasta Łapa jakoś sobie z tym radził — Tańcujące Pierze oczywiście też i to nawet lepiej, ale kiedy cała trójka się przebudziła… nie umiał się opanować. Po prostu to coś, co wcześniej umiał wytrzymać, wymknęło się spod kontroli…
Firletka wbiła spojrzenie w roztrzęsionego wojownika.
— Tańcujące Pierze... — zaczęła. Jej ogon przeciął powietrze, a zmartwione ślipia wyostrzyły się. — Proszę, uspokój się. Aminkowa Łapa zbyt długo ignorował objawy, a na tym etapie choroba postąpiła zbyt szybko, abyśmy mogły jakkolwiek mu pomóc. Robimy wszystko, co w naszej mocy.
Tańcujące Pierze podszedł do medyczki. Przez chwilę mogło się wydawać, że ją uderzy, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Stał. Przeszywał ją wzrokiem. Zacisnął szczęki, próbując się opanować. Nie mógł pozwolić, aby gniew nad nim zawładnął... ale co, jeśli to było konieczne? Przecież mieli tyle czasu, aby zobaczyć, że coś mu dolega...
— Nie! — wtrącił się nagle w słowa Firletki. — Gówno zrobiliście! On teraz przeżywa męczarnie, a wy... on przez was cierpi! — warknął. — Gdybyście umiały mu pomóc, już dawno by stał na nogach i biegał!
Kątem oka zauważył jak na zewnątrz zbierała się duża ilość Burzaków. Spojrzał na nich.
— O! Chyba już rozwikłałem waszą durną zagadkę! — zaczął jeszcze głośniej, aby każdy słyszał. — Aminkowa Łapa był synem uciekinierów i kotem, który narobił zamieszania na zgromadzeniu, prawda!? Smrodkiem, durnym kociakiem Kminka i Brzozy! — obrócił głowę w kierunku Wdzięcznej Firletki. — W dodatku otwarcie się z wami nie zgadzał! Więc dlaczego mielibyście go tu dłużej trzymać!? Widząc, że choruje, ignorowaliście to aż do momentu, w którym się krztusił własną krwią! CHCIELIŚCIE SIĘ GO POZBYĆ! I MNIE TEŻ CHCIELIŚCIE SIĘ POZBYĆ! To nie ja zatrułem Strzępotkowy Kokon, a Gadożerowa Łapa! Mimo to po kilku księżycach wrócił do treningu... a nawet nie wiecie czy przemyślał swoje zachowanie i czy nie zrobi tego PONOWNIE! Ale co ze mną? Jemu już można ufać, ale jemu nie!? Co to za sprawiedliwość!? — krzyczał rozjuszony. — Wiedziałem, że nas nie znosicie, ale żebyście się posunęli do TAKICH czynów!?
Wyprostował się i ściszył głos.
— ... Ale to nie gorsze od poprzedniego pomysłu. Wysłaliście na egzekucję mordercy jego własnego syna, który następnie zginął z łap ojca.
Uniósł brew.
— Czy było warto? — szepnął w jej stronę, uważnie obserwując każdą zmianę na jej pysku, po czym odwrócił się do widowni. — Czy było warto? Klan Burzy słabnie. Marnieje. Wy po prostu nie umiecie tego przetrawić. Jeśli Królicza Gwiazda naprawdę martwi się swoim klanem, niechże coś w końcu dla niego zrobi! — powiedział pewnie. — Jedyne, co widzę, to jego syna, który używa siły i kotów jak zwykłą zwierzynę do eliminowania zagrożeń. A mimo to nadal mamy wśród nas truciciela! — miauknął, po czym pochylił się ku Firletce.
— Czy uważasz, że jego działania są naprawdę potrzebne? Czy myślisz, że wylana krew ojca i syna była potrzebna? — zapytał ją cicho. Jego głos drżał. — Mogliśmy tego uniknąć. Czemu Zawodzące Echo tego nie przemyślał? Czemu postanowił, że syn mordercy go zamorduje własnymi łapami, tak jak ojciec zabił ich matkę...?
Główna medyczka uchyliła, po czym zamknęła pysk. Jej brwi zmarszczyły się.
— Tańcujące Pierze, nikt nie chce się was pozbyć — miauknęła, gdy wojownik zamilknął. Usłyszała dochodzące z zewnątrz szepty tłumu. — Czarny kaszel nie jest chorobą, której można zaradzić. Wiem, że trudno się z tym pogodzić, ale nie masz prawa nad o to obwiniać. Aminkowa Łapa ignorował wcześniejsze etapy zachorowania. Ani ja, ani Wełnista Mszyca nie mamy wystarczająco czasu, aby chodzić za każdym uczniem i wojownikiem i czuwać nad jego stanem zdrowia, gdy ten od nas ucieka i udaje, że wszystko jest dobrze! — ton jej głosu nieco się uniósł, po czym wrócił do neutralnej monotonii. — Nasza praca potrzebuje współpracy z obu stron. Jeden z wojowników przyniósł go do nas, gdy jego stan osiągnął etap nieodwracalny. Przepraszamy, ale... Trzeba się było nim zainteresować wcześniej.
Wzięła głęboki oddech i zmrużyła ślepia.
— A teraz, jeśli skończyłeś wypytywać mnie o rzeczy w tym momencie nieistotne, to wynoś się z mojego legowiska — syknęła. — Przeszkadzasz Aminkowej Łapie swoim krzykiem bardziej, niż robi to jego kaszel.
<Ty Niewdzięczna Firletko… jesteś beznadziejną medyczką!>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz