— O p-paziu królowej, proszę — powiedział cicho i nieśmiało, odwracając lekko wzrok, jakby prosił o zbyt wiele. Tej historii jeszcze nikt mu nie opowiadał, a przynajmniej nie przypominał sobie, by ktokolwiek o tym mu wspomniał. Skoro był członkiem Klanu Nocy, wypadało znać przynajmniej krążące wokół legendy. O powstaniu kotów wiedział, Złocisty Widlik bardzo dbał o to, by każdy Nocniak był niezwykle doedukowany pod tym względem.
Konwaliowa Mielizna poruszył spokojnie ogonem, a jego szata zaczęła poruszać się aksamitnie na wietrze. Wyglądała tak, jakby poświęcił pielęgnacji dłuższą chwilę, co tak naprawdę nie byłoby czymś dziwnym. Większa część kotów dbała o to, by prezentowali się akceptowalnie, a może nawet i lepiej. Poza Kasztankiem, który z nerwów wyrywał sobie włoski z grzbietu, z każdym dniem obserwując coraz to wyraźniejsze i nowsze zmiany w swojej szacie. Stawały się twardsze, krótsze, a miejscami pojawiały mu się już łyse przerzedzenia.
— Więc w porządku — powiedział starszy, sadowiąc się wygodnie. Złocisty Widlik dodawał mu otuchy. Kociak mrugał wielkimi oczkami, wpatrując się w liliowego. Może jego szata kiedyś będzie równie bujna? Może powinien był zapytać o to… ale oczy zaczynały mu się powolutku kleić. Nie miał też odwagi już, żeby zmienić zdanie. — Pewnego razu pojawił się motyl, któremu serce skradła królowa mrówek. Motyl nie był w stanie pogodzić się z niemożnością związania się ze swoją miłością. Od ich pierwszego wejrzenia, wtedy jeszcze, gdy mrówka była wolną, piękną uskrzydloną księżniczką, motyl codziennie wylatywał w nadziei, że spotka ją choćby jeszcze jeden raz. On, w przeciwieństwie do niej, nigdy nie pogodził się ze swoim losem i tym, jak dzielące ich różnice uniemożliwiały im bycie już razem, co doprowadziło do jego śmierci — mówił, a Kasztankowi serce zaczęło bić szybciej.
— D-dlaczego umarł? — pisnął, nerwowo poruszając kikutem.
— Zamiast latać wysoko, nad kwiatami polnymi oraz obok pąków drzew, fruwał nisko. Pewnego dnia zapuścił się szczególnie daleko, ponieważ aż nad rzekę, w której ku jego niezwykłej radości, dostrzegł wyczekiwaną przez niego ukochaną, której widokiem nie mógł się cieszyć od tak dawna. Zniżał swój lot i zniżał wiecznie, chcąc objąć wybrankę swego serca, nie zauważywszy aż do ostatniej chwili, że postać, którą ujrzał na powierzchni tafli, była zaledwie jego własnym odbiciem. Moment realizacji był też jego ostatnią chwilą życia. Pochłonięty został przez ciemne głębiny. Motyl zyskał miano “pazia królowej” przez swoją dozgonną miłość — zakończył, parokrotnie przejeżdżając językiem po swojej piersi, ponieważ futro nieprzyjemnie zaczęło mu się uginać pod podmuchami wiatru. — Jak się domyślasz, z każdej opowieści dobrze jest wyciągać wnioski. Ta historia posiada ich kilka i każdy tłumaczy je na własny sposób. Pierwszym, o jakim wspominają koty, jest wierność rodzinie lub zaufanie swojemu przeznaczeniu, w celu uniknięcia losu, jaki podzielił paź. Drugim natomiast respektowanie zasad i sił natury, które nigdy nie będą sprzyjały komuś, kto stara się je zmienić — zakończył, spoglądając na malca u swoich łap. Kasztanek tak się zamyślił, że nawet nie zajarzył wystarczająco szybko, iż był to koniec opowieści. Kiwnął główką, myśląc nad tym, co właśnie zostało mu przekazane.
— D-dzi-i-ękuję, K-konwaliowa Mielizno — powiedział, chyląc przed nim główkę. — J-ja wrócę już do żłobka — poinformował, odwracając się na pięcie i drepcząc zaskakująco szybko z powrotem do jamy, chociaż dla wojowników nie wyglądało to pewnie szczególnie na prędki krok. Miał nadzieję, że teraz uda mu się spokojnie zasnąć. Może powtórzy to mamie, chociaż ona to pewnie już dawno słyszała i wiedziała o tej historii… Nagle kolejne słowa dotarły do jego uszu, czego się już nie spodziewał, jako iż zdążył się pożegnać, a nawet delikatnie wycofać.
— Kasztanku, Złocisty Widlik pójdzie z tobą. Uważaj na siebie — liliowy odprowadził go wzrokiem, a już uderzenie serca później podszedł do malucha Złocisty Widlik, który musiał przypilnować, żeby brązowooki na pewno dotarł do kociarni. Poczuł ciepło bijące od kocura, który teraz puszystym ogonem otulił malca, żeby na pewno nie zmarzł w tak nieprzychylną pogodę.
***
Nadeszła Pora Opadających Liści, sprawnie przeganiając ukropy i upały, wyganiające koty z powrotem do legowisk, albo, jak w przypadku Nocniaków, do wysepek z mocno nagrzaną wodą. W zbiornikach aż roiło się od ryb, a nawet i ptactwa, z czego każdy bardzo ochoczo i słusznie korzystał. Żaby powoli wycofywały się już do swoich zbiorników, szykując na nadejście Pory Nagich Drzew. Kotom pozostało dalsze korzystanie z ich terytorium. Przypalony Kasztan wracał właśnie z jednego z patroli łowieckich, w pysku niosąc kaczkę. Wskoczył cały do wody w celu złapania jej, gdyby zrobił to uderzenie serca później, odleciałaby mu sprzed nosa. Teraz odczuwał tego skutki, gdy woda obficie sączyła się z jego przydługich kłosów, mocząc pod sobą ziemię. Nawet jeśli otrzepał nadmiar, to i tak nie przyniosło mu to ukojenia. Chłodne podmuchy wiatru wprawiały go w dreszcze, ale było warto.
Podszedł do swojej partnerki, Urodziwego Szafirka i odłożył u jej łap swoją zdobycz.
— To dla ciebie — powiedział, po czym zetknęli się nosami.
— Dziękuję, Kasztanku! — odpowiedziała koteczka, niemal podskakując z radości. Zarumieniła się lekko, przednią łapą przebierając w trawie pod nimi. Kocur nie był pewien, jak powinien się do niej zwracać. Czy teraz, jako partnerzy, należało zachowywać się inaczej? Tak, raczej tak… raczej nie powinien traktować jej już tylko jako znajomej, przyjaciółki, a kogoś więcej. Ale nie był pewien, jak okazywało się miłość, może poza obdarowywaniem prezentami czy spędzaniem czasu z drugą połówką.
Miał wrażenie, jakby dzięki niej z każdym dniem “oddychało mu się” coraz lepiej. W jej obecności był bardziej skłonny, by uwierzyć, że nie każdy jego ruch był zły, a wiele, tak naprawdę, były w porządku, a wręcz wskazane. Bardzo dużo jej opowiadał o sobie, jednak na osobności. Dbał również o to, żeby nie przytłaczać jej tym wszystkim. Nie wybaczyłby sobie, gdyby miała go dość, ponieważ żalił się za wiele. Ona też miała kłopoty, z pewnością. Nie był jedynym na tym świecie ze zmaganiami. W dodatku nie mógł pozwolić na to, żeby ktokolwiek inny dowiedział się o jego kłopotach. Dzielenie się własnymi obawami niekiedy nie polepszało jego sytuacji, ponieważ zawsze, gdy szukał potwierdzenia czy zapewnień o parę razy zbyt dużo, robiło mu się jedynie gorzej, a natarczywe myśli wracały masowo. Próbował je wygłuszyć, wsłuchując się w gwar rozmów w obozie Klanu Nocy, ale często i to nie przynosiło ukojenia na szczególnie długo, ponieważ o zmroku wszystko to wracało do niego ze zdwojoną siłą.
Konwersacja między dwójką nie trwała długo, niestety, ponieważ już parę uderzeń serca Szafirek musiała wyruszyć na swój własny patrol, więc polizała parokrotnie dymnego w policzek, uprzednio obiecując im wspaniałe spędzenie czasu we dwójkę gdy tylko wróci, a kocur miał wrażenie, jakby z każdym jej kolejnym krokiem ku wyjściu, był opuszczany niczym zagubione kocię bez matki, dopiero uczące się chodzić i zwiedzać wielki świat dookoła…
Przypalony Kasztan pobłądził wzrokiem po obozie. Zatrzymał ślepia na liliowym kocurze, który obecnie także wyglądał na lekko zmęczonego, prawdopodobnie również niedawno wrócił z patrolu albo polowania. Przypalony Kasztan ruszył niepewnym ruchem w kierunku znajomego mu kocura. Czy powinien z nim rozmawiać? W końcu dawno się do niego nie odzywał. Dymny miał kłopot w utrzymywaniu relacji… odkąd Szafirek stała się dla niego kimś więcej, poświęcał cały swój czas właśnie jej, tym samym poświęcając kontakt z innymi kotami. Znalazłszy się wystarczająco blisko, pochylił łeb przed starszym.
— Konwaliowa Mielizno… witaj? — powiedział, karcąc się w głowie za ton, jakim nacechował całe to “powitanie”. Nie powinien brzmieć, jakby go o to pytał, a jednak… — Ach… ja, nie… nie wiem… to zabrzmiało dziwnie… Przepraszam — mówił, kręcąc teraz parokrotnie głową ze wstydu. Pędzelki na uszach trzepały nerwowo na wietrze, obijając się aksamitnie o jego uszy.
Konwersacja między dwójką nie trwała długo, niestety, ponieważ już parę uderzeń serca Szafirek musiała wyruszyć na swój własny patrol, więc polizała parokrotnie dymnego w policzek, uprzednio obiecując im wspaniałe spędzenie czasu we dwójkę gdy tylko wróci, a kocur miał wrażenie, jakby z każdym jej kolejnym krokiem ku wyjściu, był opuszczany niczym zagubione kocię bez matki, dopiero uczące się chodzić i zwiedzać wielki świat dookoła…
Przypalony Kasztan pobłądził wzrokiem po obozie. Zatrzymał ślepia na liliowym kocurze, który obecnie także wyglądał na lekko zmęczonego, prawdopodobnie również niedawno wrócił z patrolu albo polowania. Przypalony Kasztan ruszył niepewnym ruchem w kierunku znajomego mu kocura. Czy powinien z nim rozmawiać? W końcu dawno się do niego nie odzywał. Dymny miał kłopot w utrzymywaniu relacji… odkąd Szafirek stała się dla niego kimś więcej, poświęcał cały swój czas właśnie jej, tym samym poświęcając kontakt z innymi kotami. Znalazłszy się wystarczająco blisko, pochylił łeb przed starszym.
— Konwaliowa Mielizno… witaj? — powiedział, karcąc się w głowie za ton, jakim nacechował całe to “powitanie”. Nie powinien brzmieć, jakby go o to pytał, a jednak… — Ach… ja, nie… nie wiem… to zabrzmiało dziwnie… Przepraszam — mówił, kręcąc teraz parokrotnie głową ze wstydu. Pędzelki na uszach trzepały nerwowo na wietrze, obijając się aksamitnie o jego uszy.
<Konwaliowa Mielizno? Cześć…>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz