Wszyscy usiedli w kółku przy Kamiennych Strażnikach. Polecono reszcie, aby wychodzili w odstępach, aby nie wzbudzać podejrzenia. Na szczęście każdy posłuchał się poleceń.
Była ich tylko ósemka czy dziewiątka, bo po pięciu kotach niektórym mogło się odechcieć liczenie, ale i ta liczba zdawała się satysfakcjonować przywódcę buntu.
Tańcujące Pierze nosił na pysku o szlachetnych rysach chłód. Szmaragdowe oko skanowało po kolei swoim wybrańców, zatrzymując się w końcu na swojej towarzyszce — Chomik. Skinął jej głową, a następnie wyprostował się i omiótł raz jeszcze zebranych.
— Witajcie — przywitał się, choć dosyć twardo, pewnie. Mogłoby się zdawać, że po śmierci Aminkowej Łapy na długo towarzysze nie ujrzą tego samego kota, co wcześniej. — … Zebraliśmy się tu w celu wam dobrze znanym, jeśli Bąbelkowy Plusk i nasza Chomik dostarczyli każdemu niezbędne informacje — skinął Bąbelkowi głową, wymusił się na krótki uśmiech aprobaty i wrócił wzrokiem do zgromadzonych. Tym razem wbił wzrok w Ciernia, który siedział naprzeciw. Uniósł podbródek, kontynuując:
— Klan Burzy… nasz dom z każdym dniem marnieje w naszych oczach. To naprawdę przykre… widzieć swoje ukochane miejsce, które zmienia się w coś zupełnie nierozpoznawalnego — zaczął ostrożnie, zbierając potrzebne reakcje członków jego rebelii. — Króliki tego nie rozumieją, moi mili. Nie widzą dalej niż czubek własnego nosa i nie myślą bez pomocy przywódcy, który nie potrafi prowadzić własnym klanem. Te króliki to nic innego niż koty, które wierzą ślepo w rację Klanu Gwiazdy, ale czy Klan Gwiazdy by pozwolił takiemu kocurowi przejąć stery, wiedząc, że prędzej czy później przestanie w ogóle się angażować w klanowe sprawy!? — mówił i uniósł jedną brew. — Lecz my… my jesteśmy zającami. Zające widzą, co się dzieje. Widzą te pęknięcia, te… anomalie, które z czasem wypełzły z najciemniejszych zakamarków świata i które postanowiły nas osłabić, ale my się nie poddamy! — miauknął zachęcająco.
— Widzicie, co się dzieje w Klanie Burzy. Dostrzegacie zepsucia, które mają czelność nazywać się naszymi “pobratymcami”. Jesteście świadomi zagrożenia i możliwych konsekwencji, jeśli pozostawimy Króliczą Gwiazdę przy życiu — ściszył głos przy wypowiedzeniu imienia przywódcy — Jeśli pozwolimy jego linii rodu dalej terroryzować nasz klan. My wiemy, co robić. My wiemy, jak uratować naszych bliskich i nieświadomych pobratymców, którzy czekają, aż im się w końcu otworzy oczy na bolesną, lecz prawdę pozwalającą wreszcie zacząć kwestionowanie ślepej wiary w rację Królika.
Spojrzał kątem oka w stronę swojej towarzyszki, po czym na Berberysa, który siedział na prawo nieco dalej. Zamyślił się na chwilę, po czym podjął:
— Jednakże nie tylko ode mnie zależy podjęcie tak ważnej decyzji. Zające muszą współpracować, aby żaden nie został złapany czy pozostawiony w tyle w szczękach drapieżników.
Tańcujące Pierze mówił niejednoznacznymi szyframi, porównaniami i metaforami. Nie każdy mógł zrozumieć jego tok myślenia.
— … Potrzebuję od was wszystkich swojego głosu. Każdy ma prawo do zadania pytania lub zaproponowania działania. Nie będziemy nikogo uciszać. Nie tak jak ci parszywi… ugh! — prychnął i uciekł wzrokiem w bok zirytowany. Lodówka siedziała niepewnie między Berberysem a przywódcą. Przysunęła się bliżej do Pierza, stykając się z nim bokami. Rudy rozluźnił mięśnie i westchnął ciężko. Mogło się zdawać, że ta dwójka rozumiała własne potrzeby bez zbędnych słów. — … Nieważne… — wymamrotał ciszej. — Kto chce się podzielić własnymi myślami? — miauknął szybko i głośniej.
Rudzikowe Skrzydełko niewiele myśląc, podniosła się ze swojego miejsca. Wydała z siebie ciche, przygotowawcze charknięcie i uniosła wzrok, rozglądając się po zgromadzonych.
— Pozwól, że pierwsza się odezwę! — miauknęła, z uśmiechem na pyszczku.
Z miejsca było widać, że nie wygląda na poważną, nawet jeśli tak się czuła. Nie jej wina, że nie potrafiła nawet powagi udawać.
— Wiele księżyców już minęło, ale Królik dalej uparcie gnije w swoim legowisku. Do tego wyznaczenie na zastępcę własnego syna? Echo...może nie będzie “najgorszym” przywódcą, ale z pewnością znajdą się od niego lepsi — nabrała powietrza w pierś, czuła jak jej łapy odrobinę dygoczą. — Klan Burzy z księżyca na księżyc słabnie, a nikt poza nami nawet tego nie spostrzegł. Ich oczy zasnuwają pajęczynki — miauknęła, jednak przerywając na moment. — Naprawdę zadziwia mnie to, że te stare, “czarne” — miauczała dalej, akcentując ostatnie słowo. — …kocurzysko nadal żyje. Czas jego rządów ustać powinien już dawno, a ja zrobię, co mogę, aby pomóc w ich obaleniu! — zakończyła przemowę i skinęła lekko głową, szczerząc ząbki w uśmiechu.
Dziki Berberys przyjrzał się dokładnie Rudzikowemu Skrzydełkuu, która w sumie powiedziała to samo, co Tańcujące Pierze. Odchrząknął głośno i spojrzał na młodego rudego wojownika.
— Od czego zaczynamy? Po prostu mamy pozbyć się królika? Co z zastępcą oraz kociakami z sojuszu? Wygląda mi na to, że Zawodzące Echo chciałby odciąć wszystkich innych od władzy i zrobi taki sam ustrój, jak w Klanie Nocy. Nie powinniśmy do tego dopuścić — powiedział ponurym ściszonym głosem. — Chyba naszym planem nie jest mordowanie każdego, kto nie jest po naszej stronie. Nikt z nas raczej nie zabiłby kociąt, a Zawodzące Echo jest w stanie się obronić, więc to ryzykowne…
Najstarsza działaczka tego buntu spojrzała po zebranych, wysłuchała trzy pierwsze koty, które się odezwały. Następnie chciała sama coś zaproponować.
— Jestem za pozbyciem się Króliczej Gwiazdy w pierwszej kolejności, lecz nie wiadomo co z Echem, o ile Królicza Gwiazda jest w takim wieku, że z łatwością nawet kichnięcie mogłoby mu zaszkodzić, tak Zawodzące Echo trzyma się solidnie — rozmyślała nad następnymi słowami, które miała wypowiedzieć.
— Łzę i Zew bym oszczędziła, są za młodzi, by mieli odziedziczyć posadę po ich ojcu. Gdyby Zawodzące Echo miał wybrać kociaki, które dopiero opuściły żłobek, byłby z tego niezły szum. On ma w czym wybierać w tym klanie, mimo tego jestem za tym, by jedno z was zaczęło już się mu podlizywać, może wtedy będzie większa szansa, że weźmie was pod uwagę, jak pozbędziemy się Królika. — te słowa kierowała w stronę reszty kotów.
Gradobijący Cierń siedział cicho z boku, przyglądając się Pierzowi, przy którym była ta sama kotka, którą to odnalazł księżyce temu i uratował. Miał co do niej mieszane uczucia, gdyż wcześniej bardzo się o nią troszczył, lecz teraz… Gdy reszta wyraziła swoje zdanie, zdecydował się w końcu odezwać.
— Osobiście uważam, że zabicie Króliczej Gwiazdy jest naszym priorytetem. Musimy sobie jednak zadać pytanie, czy Zawodzące Echo nie stanie się taki sam, jak on, skoro jest jego rodziną. Nie daleko pada jabłko od jabłoni. Myślę, że będziemy go musieli obserwować, jeśli nie mamy zamiaru go zabijać, ale powtórzenie akcji byłoby zbyt ciężkie i ryzykowne. Nie możemy tak po prostu chodzić i zabijać koty. — Spojrzał na swoje łapy, myśląc o ojcu. Wbił pazury w ziemię, teraz podnosząc wzrok na niebo. — Jeśli… Jeśli uda się nam jednak faktycznie zbliżyć do Zawodzącego Echa, jesteśmy w stanie zwerbować go na wybranie jednego z nas. Wtedy ryzyko się zmniejszy. Myślę, że on sam nie jest zadowolony z rządów tego mysiego łajna.
Zwiewny Mak trzymała się trochę z boku, uważnie słuchając wypowiedzi każdego kota po kolei.
W końcu odetchnęła i zabrała głos.
— Myślę, że najlepiej byłoby najpierw pozbyć się Króliczej Gwiazdy, tak jak większość z was proponowała. Zgadzam się także z Dzikim Berberysem, nie powinniśmy zabijać kociaków — Mak rozejrzała się, po czym mówiła dalej — Starszych też można oszczędzić, są zbyt słabi, żeby się nam sprzeciwić.
Jeśli chcecie, to ja mogłabym trochę się podlizać Zawodzącemu Echu.
Gdy wyraziła swoją opinię, chrząknęła i znów zasiadła z boku, czekając na następną wypowiedź.
Dziki Berberys napiął swoje mięśnie, kiedy pomyślał, że jego brat mógłby zostać zastępcą, gdyby tylko odpowiednio się zakręcił wokół Zawodzącego Echa.
— Nawet jeśli by Zawodzące Echo miał wybrać jedno z nas na zastępcę, to pewnie nie nas, bo nie mieliśmy uczniów. Według niego nie jesteśmy wystarczająco doświadczeni na tę rolę — sprostował brata dość chłodno.
Rudy obserwował swoich towarzyszy szmaragdowym, zmrużonym okiem. Po długim słuchaniu reszty przebił się i zabrał głos:
— Królicza Gwiazda to łatwy cel do wyeliminowania, a jego syn... Echo będzie większym problemem, słusznie. Nie sądzę, abyśmy dali radę obu wyeliminować bez ciekawskich oczu — rzekł, kręcąc głową. — I nie musimy wcale eliminować tego potomstwa. Zew i Łza to drobne, wciąż kształcące się umysły. Im szybciej do nich dotrzemy i ukażemy prawdę o ich ojcu i dziadku... wtedy zrozumieją, z kim powinni się naprawdę sprzymierzyć. Starsi nie budzą we mnie żadnego zainteresowania. To tylko stare prukwy. Jedyną pożyteczną czynnością u nich jest odliczanie do własnej, niefortunnej śmierci we śnie — miauknął bez ani grama współczucia. — ... Barszczowa Łodyga był bratem Króliczej Gwiazdy. Żył i umarł. Mimo to Królik nadal się trzyma, choć ledwo... czas tyka. Nie mamy uczniów, nie mamy też aprobaty Echa, tak jak dobrze rzekł Berberys. Potrzebujemy jednak kota, który spełni te kryteria; który odkryje tę makabryczną prawdę, jaką kryje za plecami pobratymców Echo.
Omiótł wzrokiem wszystkich towarzyszy. Zatrzymał się na Zwiewnym Maku i zamilkł. Wyraźnie się nad czymś zastanawiał.
— Zwiewny Mak. Muszę z tobą porozmawiać na osobności... później.
Skinął kotce głową, po czym spojrzał na Rudzikowe Skrzydełko i uniósł brew.
— Rudzikowe Skrzydełko — zaczął — Twoje dzieci już rozpoczęły trening. Kurcza Łapa poszedł ścieżką przewodników... bardzo ważna posada w klanie. Perłówkowa Łapa dostała Srebrzystą Równonoc za mentorkę — mówił. Zmarszczył brwi — Chcę, abyś zbliżyła się do nich i dowiedziała czy można im ufać. Nie wiadomo, co im namieszają w głowach przez te kilkanaście księżyców treningu. Musimy mieć pewność, że albo otworzą oczy na prawdę, albo nie będą nam przeszkadzać.
Skończył swoją przemowę do rudej i się wyprostował, obdarzając tym razem bystrym, szmaragdowym okiem Dzikiego Berberysa. Zmrużył je i wtedy wbił spojrzenie w Ciernia.
— Oboje macie rację. Nie możemy skończyć jak Klan Nocy — pokręcił głową. — Ale Echo nie jest głupi. Jest nawet mądrzejszy, chytry i na pewno ma mocne plecy. W dodatku myślę, że kocha własnego ojca. Gdyby nie miłość, rządy Króliczej Gwiazdy skończyłyby się szybciej, niż każdy by sądził. Lub wiara, dzięki której nie kwestionuje decyzji Klanu Gwiazdy. W każdym razie musimy być ostrożni. Nie zdziwiłbym się, gdyby miał w klanie krety — parsknął gorzko. — Dlatego potrzebujemy kogoś kompetentnego; kogoś, kto włamie się tam i zdobędzie informacje... — wbił wzrok w ziemię i zamilkł.
Po śmierci Aminkowej Łapy stał się mniej pewny, co do ich sukcesu, owszem, jednakże musiał dalej grać. Nie było odwrotu. To nie on kupił bilet; to on zaplanował występ.
Ruda kotka zamrugała kilkukrotnie, analizując słowa młodszego wojownika. Kiwnęła mu głową.
— Oczywiście. Zrobię, co mogę, aby Kurczątko i Perłówka nam nie przeszkadzali. Mam szczere nadzieje, że nie będą się buntować przeciw zmianom — odparła. — Wierzę, że moje kocięta zrozumieją sytuację — dodała cicho, choć w jej głosie było słychać drobną obawę.
Chciała jeszcze coś wtrącić na temat starszych, ale ostatecznie postanowiła trzymać pysk zamknięty.
Pierze wymusił się na uśmiech.
— Doskonale.
Dziki Berberys jedynie posłał przeciągłe spojrzenie Gradobijącemu Cierniu. Nie był pewien, który z nich powinien się przypodobać Zawodzącemu Echu, ale mogli oboje spróbować.
— Ja tylko dodam, że jeśli będą jakieś koty, które przez przypadek zobaczą jak pozbywamy się Królika, to żeby klan nic nie wiedział, to ich też możemy uciszyć — miauknęła srebrzysta szylkretka.
Gradobijący Cierń przeniósł spojrzenie na Pierza, przeszywając go nim, jednak ten nie zostawał mu dłużny. W końcu zdecydował się odezwać.
— Zgadzam się. Nie boimy się ubrudzić sobie łap trochę bardziej, niż już mamy w planach. — po jego słowach nastała dłuższa cisza — A więc? Nie mamy całego dnia, a zniknięcie tylu kotów na dłuższy czas może wzbudzić podejrzenia.
Tańcujące Pierze ciężko westchnął i wstał. Lodówkowa Łapa siedziała dalej, bacznie go obserwując.
— Jeśli nikt nie ma czegoś do powiedzenia, proponuję, abyśmy się rozeszli. Nie możemy wejść wszyscy od razu do obozu, oczywiście. W parach lub pojedynczo, ale w dłuższym odstępie. Nie możemy wzbudzać podejrzeń.
Spojrzał na Zwiewny Mak. Najwyraźniej miał z nią naprawdę odbyć poważną rozmowę na osobności.
Następnego dnia
Rudzikowe Skrzydełko zauważyła rudą kulistą kreaturę nieopodal wyjścia z obozu. Podbiegła do Kurczątka i zaczepiła go łapką.
— Dzień dobry Kurza Łapo! Mogę wybrać się z tobą? Idziesz na spacer czy na jakiś trening? — zapytała z uśmiechem na pyszczku.
Gdy musiała przebywać z kociętami w żłobku, szczerze nie przepadała za swoim potomstwem. Teraz gdy już nie musiała przez cały czas ich pilnować, chętnie nękała uczniów, gdy wychodzili z obozu. Nie czuła potrzeby kontaktu z Perłówką i Kurczątkiem, teraz z kolei to oni nie potrzebowali raczej aż tyle kontaktu z matką. Mimo to Skrzydełko widocznie próbowała naprawić swoje szkody.
Kurza Łapa zamrugał zmęczonymi oczami i spojrzał na matkę głębokimi, granatowymi oczami.
— Chyba tak — odpowiedział obojętnie.
Wydawał się zmęczony.
<Kurza Łapo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz