Przeszłość, Porą Zielonych Liści
— Słoneczko, poszukamy dla mnie piórka? Chciałabym mieć jakąś ozdobę, tak jak ty — poprosiła cicho, dość nieśmiało Miodek, przypomniawszy sobie o piórze łabędzia, należącym do Jesionowej Szadzi. Może takie rzeczy nie dodawały do wygody, ale z pewnością dodawały uroku. Liliowa zastanowiła się parę uderzeń serca, wreszcie kiwnąwszy głową.
— Możemy. O tej porze ptaki często gubią pióra, właśnie Porą Zielonych Liści. Cały czas jakieś napotykam na patrolach. Jeśli nic nie znajdziemy leżącego na gruncie blisko, zawsze możemy upolować jakiegoś ptaka — zerknęła na Miodową Łapę kątem oka. — Chociaż nie jestem pewna, czy znajdziemy pióro łabędzia — dodała z lekkim zmartwieniem.
Młodsza pokręciła głową energicznie, a gdy tylko przyłapała się na tym, iż łapami wywijała tak, jakby miała zacząć skakać, poruszyła ogonem, uspokajając się nieco, na co liliowa obok zachichotała.
— Nie szkodzi! Zawsze możemy wepnąć sobie dwa takie same w futerko — zapewniła niebieskooka, a jej pyszczek rozświetlił uśmiech, a na licu wojowniczki wymalowała się swego rodzaju ulga, ale i determinacja. Kiwnęła głową.
— Z miłą chęcią.
Ruszyły wolnym krokiem wzdłuż krzewów obozu. Do uszu Wilczaczki docierały spokojne szmery i rozmowy powoli wracających i kładących się w celu zaczerpnięcia odpoczynku kotów. Powietrze dookoła stało się mniej duszące, nabrało swego rodzaju świeżości, która dobrze jej robiła. Stawało się coraz chłodniejsze, ale i przyjemniejsze. Wieczorne śpiewy ptaków powoli cichły, teraz już bardziej zauważalnie. Pręguska co jakiś czas zaglądała między źdźbła trawy z nosem nisko przy ziemi lub rozglądała się pod niskimi krzewami, jakby oczekiwała, że właśnie tam najszybciej uda jej się znaleźć jakieś pióro. Entuzjazm z jej mordki nie schodził, nawet jeśli któryś raz z rzędu wracała do Jesionowej Szadzi z pustymi łapkami. Podreptała jeszcze parę kroków, aż wreszcie…
— O! — wykrzyknęła nagle, po czym natychmiast ściszyła głos. — Chyba coś widzę…! — podbiegła kilka kroków i pochyliła się nad ziemią. Okazało się jednak, że to tylko wysuszony liść, który łudząco przypominał pióro. Ciemna linia pięła się wzdłuż wyschniętej części rośliny, a sam kolor stał się niezwykle blady, wpadający w brązowy. Miodowa Łapa westchnęła. — Pomyliłam się... — mruknęła z rozbawieniem, a na mordce wyłoniło się wyraźne zakłopotanie. Nie zapowiadało się na to, żeby szybko znalazła przedmiot, za jakim się rozglądała, ale jej to wcale nie przeszkadzało. Jednym z celów, owszem, było znalezienie pierza, aczkolwiek fakt, iż szukała go z zielonooką, sprawiał, że cała ta sytuacja stawała się dużo milsza, a wszelkie porażki nie smakowały tak gorzko, przede wszystkim nie psuły humoru, nie na tak długo, bo samo spojrzenie na wojowniczkę momentalnie go poprawiało.
***
Teraźniejszość
Słońce chowało się za drzewami, ukośne promienie przesiane przez listowie rzucało długie cienie na koty, dwójka przeszła przez pędy jeżyn. Wilczy Skowyt zbliżył się do Miodowej Łapy, gdy znaleźli się wreszcie kawałek dalej od serca Klanu Wilka. Wokół nich rosły gęsto drzewa iglaste, pnące się pewnie do nieba, zdawało się, iż sięgały chmur i je rozrzedzały. Śpiew ptaków zamilkł, a między Wilczakami utworzyła się dość napięta atmosfera, z której Miodowa Łapa nie zdawała sobie długo sprawy. Nie miała powodów do tego, żeby myśleć o całej tej sytuacji negatywnie, wyszła z czekoladowym na trening, tak, jak wczoraj, przedwczoraj i każdego dnia, odkąd została mianowana uczennicą. Z zadumy wyrwał ją głos kocura.
— Dzisiaj twoim zadaniem jest, żeby ze mną zawalczyć i wygrać. Będziesz musiała mnie pokonać, Miodowa Łapo. Wtedy zaliczę ci trening — powiedział poważnie Wilczy Skowyt, patrząc na swoją uczennicę. Końcówka jego ogona zaczęła poruszać się na dwie strony, a spojrzenie utkwił w złotej koteczce, najprawdopodobniej oczekując, że zaczną właśnie teraz. Kotka rozprostowała łapy i naprężyła mięśnie. — Możesz używać pazurów, zresztą… — wojownik wysunął pazury, rysując nimi podłoże pod sobą lekko. Wyprostował się, patrząc na nią lekko z góry. — Jedyny warunek, to to, że mamy wyjść z tego żywo — zakończył, przybierając pozycję do walki. Niepewność przecięła serce złotej, a myśli wypełniły zmartwienia. Czy będzie w stanie z nim wygrać? W końcu to był jej mentor. Krzywdzenie drugiego kota nie było też czymś, co przychodziło jej z łatwością. Nienawidziła przemocy i dźwięków tak głośnych, że rozdzierały aż uszy. Pręgus, tak cicho niczym płomykówka polująca na myszy o zmroku, wyskoczył w jej kierunku z wysuniętymi szponami. Złota uskoczyła w bok, unikając ciosu wojownika. Niestety, nie zdążyła ponownie tego zrobić, ponieważ Wilczak zaszurał łapami, chwytając się gruntu niczym ptak gałęzi swymi szponami i przygwoździł ją do gruntu mocno, blokując przednie kończyny. Chyląc łeb ku jej krtani, zaczęła kopać go desperacko po brzuchu, wręcz brutalnie, bo z całej siły. Serce złotej biło coraz szybciej, kiedy zaczęli we dwójkę turlać się po połaci, złączeni w uścisku pazurów i latających dookoła kępek futra. Uwolniła się spod przeciwnika, dysząc ciężko, mentor zaczął wymachiwać łapami, samemu także będąc już zmęczonym. Kotka umknęła przed kolejnym jego ciosem i rzuciła się na jego przednie kończyny, gryząc je, czując paniczny obowiązek chronienia siebie. Gdy mimowolnie odepchnęła go, sapnąwszy ciężko, starszy wylądował na leśnej ściółce brzuchem, niemal nie uderzając głową w wystający obok, gruby korzeń.
— Wilczy Skowycie, ja… przepraszam — miauknęła, patrząc na niego z kolosalnym zmartwieniem. Jej oczy stały się ogromne, a mięśnie mimowolnie rozluźniły. Nie chciała już walczyć, to było za wiele na jej nerwy.
Kocur wykorzystał chwilę jej nieuwagi i podciął jej łapy, stając teraz na tylnych nogach nad nią i uderzając z całej siły w jej grzbiet. Uderzyła brodą o ziemię, czując ból w okolicach języka. Czy przygryzła go sobie? Łapami nakryła odruchowo pysk, zamykając w przerażeniu oczy, a uszy kładąc po sobie, niczym winny zamieszania kociak. Miodowa Łapa wrzasnęła z bólu, a łzy zaczęły spływać jej po policzkach. Gdy uderzono w nią jeszcze parę razy, doszło do niej, że dopóki nie wygra, to Wilczak nie zamierzał przestawać. Odturlała się ciężko i przy pomocy wiekowej rośliny podniosła się, a potem, niczym wiewiórka, zawędrowała na najniższą gałąź i odruchowo zeskoczyła z niej, przygniatając kocura, który nie zdążył wspiąć się na czas. Spadli razem z wysokości, całe szczęście, nie było to na tyle wysoko, żeby mieli cokolwiek sobie łamać. Wilczy Skowyt z jękiem upadł znowu na ziemię, jego ciało było z pewnością pokryte siniakami, zresztą to samo można było powiedzieć o spanikowanej Miodek, która wcale nie chciała go krzywdzić, ale musiała. Gdyby była łysa, wyglądałaby tak, jakby cała energia życiowa z niej uszła, z powodu obawy o mentora. Jej spojrzenie jaśniało lękiem. Brązowy poruszył ogonem nerwowo, choć w oczach było widać dumę.
— Jesteś już gotowa — wycedził pomiędzy nabieranymi oddechami.
***
Miodowa Łapa ustawiła się przed Wilczym Skowytem, spoglądając na niego niepewnie. Nadal była obolała po ich ostatniej potyczce, nie zdążyła nawet w pełni się po niej pozbierać, przynajmniej psychicznie, a… A znowu miała zawalczyć z własnym mentorem… podczas treningów zdarzało im się ćwiczyć walkę, aczkolwiek nigdy nie pomyślałaby, że przyjdzie jej kiedyś zawalczyć właśnie z nim, na środku obozu, przed wszystkimi. Tak naprawdę, to wiedziała o obowiązku walki, w przeciwnym razie zostałaby wiecznym uczniem, albo wyrzuconoby ją z klanu, z powrotem do lasu, do głośnych maszyn Dwunożnych… Otworzyła oczy szeroko, jedną z łap kładąc na drugą niepewnie, machnęła ogonem jednokrotnie. Jej uszy nagle wychwyciły pomruk:
— Miodowa Łapo, wierzę w ciebie! — zawołała liliowa, z pewnością zauważywszy wyraz pyszczka uczennicy. Złotofutra zamrugała parokrotnie, a w piersi zakwitło jej ciepłe uczucie. Przywarła do ziemi, czekając na znak ze strony Zalotnej Gwiazdy.
— Walczcie! — rozkazała kocica z wyżej położonej mównicy.
Wilczy Skowyt otworzył pysk, ukazując zęby. Zaszarżował w jej stronę z wysuniętymi pazurami. Miodowa Łapa odruchowo zanurkowała pod jego wyciągniętą nogę i zadrapała jego brzuch szponami, ciągnąc za sobą kawałki futra. Na podłoże wylała się posoka starszego, a łapę jasnookiej spotkał podobny los, była teraz cała umorusana. Wojownik syknął wściekle, ten atak nie mógł mu przejść koło nosa. Kocur wgryzł się w jej ogon i zaczął nim szarpać na boki, na co uczennica wrzasnęła głośno, gdy ból się do niej dostał. Próbowała pyskiem sięgnąć pręgusa, jednak robił dość sprawne uniki, uniemożliwiając jej to. Uniósł się na tylne łapy pospiesznie, w celu skoczenia na Miodek, która teraz wyswobodziła się z jego uścisku, jej ślepia zamgliły łzy, skapujące z jej pyska co jakiś czas. Nienawidziła tego uczucia, nie podobało jej się to, że musiała kogoś krzywdzić i że ją też musiano krzywdzić. Odwróciła się do niego tyłem i gdy brązowooki już chciał wykonać swój ruch, skacząc jej na barki, kopnęła go niczym spłoszony koń w brzuch. Czekoladowemu uszło całe powietrze z płuc, a sam poleciał kawałek dalej, ciśnięty niczym szmaciana lalka. Zaszurał o grunt, pazurami zahaczając o niego w celu zatrzymania się, tak, jak ostatnio i nabrał łapczywie parę oddechów. Miodowa Łapa doskoczyła do niego szybko, sama czując już powoli ogarniające ją zmęczenie, a jeszcze nie został ogłoszony werdykt, czy wygrała, czy nie. Wilczy Skowyt podniósł się na łapy ciężko, warcząc zajadle, niczym wściekły pies. Rozjarzone oczy i ostre zęby mignęły jej tuż przed oczyma, niemal wbił jej się w skórę na licu. Serce byłej pieszczoszki zabiło szybciej. Wspięła się na tylne łapy i wykręciła w bok, po czym sprawnie przygwoździła go do ziemi. Jej pazury muskały jego łaciate futro, gdy trzymała jasną łapę na jego unoszącej się i opadającej pospiesznie klatce piersiowej. Przyduszony przez jej ciężar, starał się unieść tylne kończyny w celu dosięgnięcia jej brzucha, lecz Miodowa Łapa nie rezygnowała z nacisku, jaki na niego kładła. Jej łapa zaczęła powoli drżeć, a czekoladowy, zdawało się, dał wreszcie za wygraną. Złota sapała z powodu wysiłku, ból promieniował jej z ogona, niosąc się po całym kręgosłupie. Miała nadzieję, że nie było to nic więcej jak parę zadrapań i siniaków. Oprócz tego, do dyskomfortu dochodziły także drobne ranki po ostatniej walce, które dopiero co zostały załatane. Miodek miała wrażenie, jakby ciało kazało jej lada moment paść, najlepiej tuż obok kocura, w celu zaczerpnięcia odpoczynku i wreszcie, regeneracji. Nabranie sił po tak wyczerpującym starciu nie zapowiadało się na nic łatwego czy miłego…
— Koniec! Miodowa Łapa wygrywa! — wydała werdykt szylkretka, a niebieskooka podniosła pysk ku górze, spoglądając teraz na nią. Odsunęła się delikatnie od Wilczego Skowytu, który sapał jeszcze przez chwilę na ziemi, po czym podjął próbę podniesienia się. Miodek, zauważywszy to, od razu pomogła mu wstać, ze zmartwieniem dopytując, czy aby na pewno wszystko w porządku. Kocur zarzekał się, iż nic mu nie jest. — Miodowa Łapo, wystąp — zażądała, a kocica od razu wykonała rozkaz liderki. Serce tłukło jej z przejęcia, a ogonem wywijała na boki, niczym biczem. W kącikach oczu zaczęły zbierać jej się łzy szczęścia.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Mimo pochodzenia pieszczoskiego udowodniła nam, że nawet koty nienarodzone w lesie potrafią się dostosować do zasad panujących w nich i samemu ich przestrzegać. Trenowała pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków i by zrozumieć wasz szlachetny kodeks. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Miodowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Miodowa Łapa otarła łezki z policzków, kiwając ochoczo głową i uśmiechając się szeroko, szczerze.
— Przyrzekam! — odparła pewnie, chociaż jej głos lekko się zatrząsł. Z emocji łapki jej drżały, zresztą to samo można było powiedzieć o podrygujących wąsikach. Szylkretka uśmiechnęła się delikatnie, mrużąc ślepia.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Miodowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Miodowy Ul. Klan ceni twoją siłę i nieugiętość, oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Wilka.
Nowe imię nadane byłej pieszczoszce było skandowane głośno przez tłum i ku zdziwieniu Miodek, jej imię wołało więcej kotów, niż mogłaby się tego spodziewać. Pisnęła niczym podekscytowany mianowaniem kociak. Kątem oka dostrzegła, jak Wilczy Skowyt jest odprowadzany do legowiska medyka przez Chudy Grzbiet, który miał niezadowolenie wymalowane na krótkiej mordce. Do złotofutrej podeszła Jesionowa Szadź, na sam widok serce kotki zabiło szybciej, a myśli zaczęły, w głównej mierze, wirować wokół tego, co może za chwilę usłyszy. Wiwaty zaczęły cichnąć, a Wilczacy wracali powoli do swoich obowiązków. Miodowy Ul wtuliła się w pierś na szyi Jesionki, zupełnie tak, jak ostatnio, ciesząc się z towarzystwa przyjaciółki.
— Mam teraz wojownicze imię, zupełnie jak ty! — mruknęła cicho złota, odsuwając się lekko od liliowej i posyłając jej szczery uśmiech. Zielonooka spojrzała na nią czule.
— Wspaniale walczyłaś. To odkopnięcie Wilczego Skowytu było najmniej spodziewane, nie widuje się takich chwytów często — powiedziała spokojnie starsza, a futro na jej policzkach powiewało aksamitnie, targane przez wiatr.
Miodek pokręciła głową, łapą lekko poruszając w górę i w dół, jakby chciała przekazać niewerbalnie: “to nic, to wcale nie było takie wspaniałe”. Gdyby była łysa, na jej mordce byłoby widać rumieńce.
— Och, słoneczko. To nic takiego… — powiedziała, a jej pyszczek rozświetlił się na nowo, gdy nawiązała kontakt wzrokowy z pręguską obok. — Teraz będziemy mogły chodzić, gdzie chcemy i o której chcemy — kontynuowała, a uśmiech nie schodził jej z pyszczka. Powinny jakoś to świętować… — Ułożymy nasze posłania obok siebie, będziemy mogły wtedy rozmawiać nawet i całą noc! — miauknęła z ogonem powiewającym na boki.
***
— Słoneczko, wybrałabyś się ze mną poza obóz? — zapytała niewinnie, mrugając parokrotnie i patrząc z nadzieją na liliową stojącą tuż przed nią. Jesionka nie wyglądała na szczególnie sceptyczną wobec tego pomysłu. Dzisiaj zdążyły odbyć już patrol, a także miały zaliczone polowanie, dlatego nie było przeszkód ku zrealizowaniu tego. Starsza kiwnęła głową. Nadeszła Pora Opadających Liści, a wraz z nią konkretne obniżenie się temperatur. Bardzo sprawne zmniejszyła się ilość owadów wszędzie dookoła, ponadto – las stał się nadzwyczaj cichy. Nadal między gałęziami krzątały się ptaki, jednak było ich zdecydowanie mniej, a zwierzyna nie pchała się już prosto pod łapy. Wieczory stawały się coraz to chłodniejsze z dnia na dzień, mroźne szpony targały futrami kotów, drzewa iglaste sypały masowo zaschniętymi igłami, jeszcze sięgającymi Pory Zielonych Liści.
— Coś się stało? — zapytała Jesionowa Szadź, idąc teraz za towarzyszką, która bardzo pewnie prowadziła ją przez obóz z ogonem uniesionym wysoko.
— Niee! — złota szybko pokręciła głową, przebierając łapkami. — Znaczy... muszę ci coś pokazać. To niespodzianka, więc nie mogę ci za wiele o tym powiedzieć — poczuła, jak serce zaczyna bić jej szybciej. Prawie jej wygadała wszystko! W oczach zabłysło jej lekkie podenerwowanie, a Jesionowa Szadź, zauważywszy to, jej pyszczek rozjaśniło lekkie rozbawienie.
— Niespodzianka? — powtórzyła rozmówczyni, z wyraźnym zainteresowaniem.
— Tak. Tylko nie możesz podglądać.
— A jak mam iść? — pytanie to miało dużo sensu, jednak złota zdążyła je przewidzieć. Właśnie ten element był jednym z najważniejszych, więc o to nie musiały się wcale martwić. Może poza wystającymi korzeniami drzew czy krzewami jeżyn, ale to coś wymyślą…
— Ja cię poprowadzę, słoneczko! — obiecała niebieskooka z przekonaniem. Miała nadzieję, iż wykonanie jej planu nie będzie trudne. Na pyszczku liliowej pojawiło się wahanie, ale finalnie westchnęła cicho, godząc się na taki los. — O-oczywiście, jeśli ci to nie przeszkadza — młodsza nagle dopowiedziała niepewnie, spoglądając wielkimi oczkami na kotkę obok. — Bardzo bym chciała ci coś pokazać, to niezwykle dla mnie ważne. Dlatego, jeśli nie jesteś niczym zajęta, to…
— Nie martw się, wykonałam na dzisiaj już wszystkie możliwe obowiązki, dlatego nikt się na mnie nie pogniewa, jeśli z tobą pójdę. Zresztą, nawet gdyby się pogniewali, nie mogłabym zaprzepaścić takiej okazji, żeby spędzić czas z tobą — zapewniła ją spokojnie Jesionowa Szadź, jej ogon powędrował na bok złotej, co poniosło przyjemny dreszcz wzdłuż jej kręgosłupa. Pokiwała głową, ciesząc się tą chwilą. W jej sercu zagościło niezwykle miłe, ciepłe uczucie, promienujące na lwią część ciała. Podeszła bliżej do Jesionki, a ich boki zaczęły się stykać.
— Zamknij oczy — poprosiła, patrząc teraz z powrotem na zielonooką. Tym razem to ona użyła swojej kity, ale po to, żeby zakryć oczy przyjaciółce. Wilczacy nie zwracali aż tak szczególnej uwagi na nie w tym momencie, dlatego nie musiały się zamartwiać dodatkowo. Były już wojowniczkami, więc nie musiały nikogo pytać o pozwolenie.
Koteczki wyruszyły poza obóz. Podczas chwilowej wędrówki porozmawiały jeszcze co nieco o chwytach bitewnych, a także różnicach, jakie panowały w Klanie Wilka, a innych przynależnościach – samotnikach, a pieszczochach i było to dużą różnicą. Oprócz tego Miodowa Łapa zaproponowała również, że mogłyby w legowiska wpleść więcej rzeczy, najlepiej takich samych, żeby nikomu nie było smutno, że ma inne albo że ma mniej… Śpiew ptaków działał na nie kojąco, wyganiając z umysłów wszelkie troski, jakie tylko mogły w nich siedzieć do tej pory. Ziemia pod łapami była lekko podmokła i rozchlapywała się na boki z powodu kałuż, jakich nasypało tak gęsto, niczym śniegu Porą Nagich Drzew, ale nawet i to nie powstrzymywało dwójki. Miodek czuła chłód w poduszkach, a także końcach uszu. Mroźna pora zbliżała się wielkimi krokami, bardzo kontrastowało to z upałami, jakie miały miejsce jeszcze przecież nie tak dawno temu.
Dotarły wreszcie na łąkę gęsto porośniętą wszelkiego rodzaju ziołami, od czysto granatowych, aż po intensywnie szkarłatne – maki, ogóreczniki, chabry… Ostatnie przykuły największą uwagę Miodowej Łapy, bardzo kontrastowały z jej złotym futerkiem, wręcz idealnie komponując się między kłosami, gdyby tylko zechciała je zebrać. Jasne kwiaty porastały niewielkie wzniesienie niczym rozsypane po ziemi gwiazdy. Niektóre kołysały się lekko na wietrze, inne pochylały pod ciężarem kropelek rosy, będącej efektem jeszcze porannej mgły, która szybko opadła w ciągu dnia. Słońce rzucało na nich przyjemne promyczki, w których sierść młodszej zdawała się identycznego koloru, co wielka kula na niebie, a może nawet i prezentowała się ciekawiej. Miodowa Łapa zatrzymała się, a uderzenie serca później tak samo postąpiła Jesionka.
— Już możesz otworzyć… Tadaaaa! — powiedziała podekscytowana złotofutra, obserwując reakcję liliowej z lekkim napięciem. Czy jej się spodoba? — Pomyślałam o tobie, gdy znalazłam te kwiaty. Pachną bardzo intensywnie, nie znam się niestety na roślinach, ale… przypominają gwiazdy, szczególnie te o białych płatkach — ujęła w łapy drobny kwiatuszek ogórecznika. Przed nimi, otoczone miejscami ugiętą trawą, prezentowały się starannie poukładane płatki kwiatów, wraz z ich całymi częściami oraz łodyżkami, a oprócz tego – szyszki, jak i również drobne gałązki drzew iglastych, ułożone w charakterystyczny kształt gwiazdki, chociaż gdyby przesunęło się jeden z punktów, przypominałoby serduszko.
<W stronę gwiazd, słoneczko 💛💛⭐>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz