Wchodząc do dziupli uzdrowicieli, Wiciokrzew spostrzegł swoją córkę, która właśnie padała na swoje posłanie. Od razu potem jej wzrok zaczął śledzić ruchy liliowego, który z początku wzdrygnął się pod ciężarem spojrzenia białofutrej. Niedawno spytała go, czy coś go trapi, a on znowu jak głupi futrzak wywinął się od odpowiedzi. Teraz lecznica znów była pusta, a on miał okazję opowiedzieć córce o wszystkim, co go męczyło. Czy jednak chciał to robić? Czy chciał obarczać ją swoimi problemami? Nie dało się ukryć, że miał ich całkiem sporo i sam ledwo dawał sobie z nimi radę. Nie chciał, by Mistral jeszcze bardziej martwiła się o jego dobrostan.
Już miał bez słowa położyć się na swoim posłaniu i odpocząć, gdy nagle rozległ się głos kotki:
— Nie wyglądasz za dobrze — stwierdziła, wpatrując się w jego zmęczony wyraz pyska. — A zachowujesz się jeszcze gorzej, choć wciąż próbujesz mi wmówić, że wszystko u ciebie w porządku — dodała.
Liliowemu ciężko było stwierdzić, czy robi mu teraz wyrzuty, czy jedynie dzieli się swoimi spostrzeżeniami.
— Bo… jest w po-porządku — odezwał się uzdrowiciel, lecz czuł, że jego słowa były puste. Nawet Mistral spojrzała na niego załamana, jakby oczywistym było, że kocur kłamie.
W końcu westchnął ciężko, odwracając wzrok od młodszej kotki.
— No d-dobra, nie jest — dodał, kładąc po sobie uszy. — Ale… mam pra-prawie 80 księżyców na ba-barkach i powinienem sam radzić sobie z mo-moimi problemami. Jesteś zbyt m-młoda, by mi po-pomagać — stwierdził, zaciskając mocniej zęby.
— Dobrze, w takim razie nie muszę ci pomagać. Chcę cię po prostu zrozumieć. Dlaczego taki jesteś? — drążyła dalej. Nie zapowiadało się na to, by miała dziś odpuścić, póki nie pozna prawdy.
— To… zbyt du-dużo, by o-opowiadać — mruknął, wciąż nie chcąc ulec namowom Mistral. On także nie chciał odpuszczać.
— Mam czas — zauważyła białofutra z coraz mniejszą cierpliwością. — Wykonałam już wszystkie swoje obowiązki, a poza tym lecznica jest pusta. Nie masz się czego obawiać — dodała, poruszając wibrysami nerwowo.
— Nie… n-nie jestem g-gotowy.
* * *
Tw: Myśli samobójcze
Wreszcie spełnił się jego największy koszmar. Tak bardzo przymuszał się do pracy, by przypadkiem nie zostać uznanym za niezdolnego do pełnienia swojej funkcji, że w końcu popełnił tak kardynalny błąd, iż nawet Czereśnia mu go nie wybaczył. Jak mogło do tego dojść? Jakim cudem pomylił się tak bardzo, że przez niego umarł drugi kot? Czuł się jak morderca. Jakby miał krew na łapach. Czuł się brudny, zdradziecki. Może gdyby przypadkiem pozbawił życia kogoś ze starszych kotów w Owocowym Lesie, prędzej by sobie wybaczył. Lecz Smuga? Miał przed sobą całe życie. Nie znalazł nawet drugiej połówki, nie założył rodziny. Był taki młody, miał tyle potencjału… a to wszystko zostało mu odebrane przez głupiego uzdrowiciela, który ma nierówno pod kopułą. Może jednak mógł nie zmieniać ścieżki szkolenia? Może gdyby zamknął pysk i nie upomniał się o to, by zostać medykiem, Smuga wciąż by żył? Równie dobrze mógł też nie rezygnować z próby odebrania sobie życia. Tamtej nocy szczęściem uratowała go Cierń — później odpuścił sobie ten pomysł kompletnie. Gdyby jednak wiedział, że następne księżyce życia przyniosą mu tylko więcej bólu, wstydu i porażek, nawet by się nie zastanawiał. Nikt tak czy siak by za nim nie tęsknił. Wtedy jeszcze nie było Mistral, nie było Świergotka. Nie miał dla kogo żyć. Teraz też najchętniej po prostu zapadłby się pod ziemię, i to dosłownie, lecz nie pozwalało mu na to poczucie winy.
W końcu Mistral zdawała się nie być kompletnie obojętna na losy swojego ojca. Nie zawsze była dla niego miła i czasem potrafiła użyć ostrego języka, lecz mimo wszystko była jego córką. Nie mógł tak po prostu jej osierocić, tym bardziej że straciła już matkę w tak młodym wieku. Musiała obserwować, jak ta po ataku lisa wykrwawia się na podłożu nory, a to nie mógł być łatwy widok. Czy zniosłaby śmierć kolejnego rodzica? A może byłoby jej łatwiej bez niego? Może nawet sam powinien ją o to spytać…
Nie, nie powinien. A może właśnie powinien? Nie wiedział. W końcu pytanie kogoś o to, jak zareagowałby na odejście bliskiego kota, byłoby dosyć niepokojące. Czy Wiciokrzew chciał się pogrążać jeszcze bardziej? Jednocześnie… czy miał coś do stracenia? Mistral i tak pewnie widziała w nim dziwadło, więc gdyby to zrobił, wpasowałby się tylko w swoją rolę.
Jego brzuch zaburczał nagle, wyrywając go z zamyślenia. No tak, od rana nic nie jadł, a był już wieczór. Do środka legowiska starszyzny wpadały tylko pojedyncze, nikłe promyczki słońca, nie dając starszym zbyt wiele światła. Może to i nawet lepiej, bo przynajmniej Pieczarka, Czernidłak i Lis nie musieli przez to oglądać zapchlonego mordercy, który wcisnął im się do przestrzeni osobistej. Sam liliowy miał wrażenie, że odkąd tu zamieszkał, rozmowy starszych przycichły i wydawały się bardziej nerwowe. Czasem miał też wrażenie, że jego współlokatorzy patrzą na niego z obawą, jakby bali się, że ich też otruje. Nie wiedział, czy to tylko zwidy, czy inne koty naprawdę o nim plotkowały, lecz wiedział, że nie wytrzyma w takim stanie zbyt długo. Już teraz miał ochotę zaszyć się w najciemniejszym kącie legowiska, albo najlepiej w ogóle odejść z Owocowego Lasu, by oszczędzić innym patrzenia na zdrajcę.
Przypominał sobie też moment, w którym Czajka zaatakował Ziemniaka, gdy dowiedział się o tym, że czekoladowy zamordował Osetka. Przypominał go sobie i zastanawiał się, czy gdyby brązowooki kocur wciąż z nimi żył, też rzuciłby się na Wiciokrzewa z pazurami i pozbył się go z tego świata. Och, jak byłoby wtedy fajnie… lecz w takim gronie nikt nie miał na tyle odwagi, by samemu wymierzyć liliowemu karę. A może jednak znalazłby się ktoś taki, gdyby nie fakt, że życie z poczuciem winy było prawdopodobnie większą karą dla dawnego uzdrowiciela niż śmierć. Myślenie o tym, co zrobił, i o tym, że niewinnemu kotu odebrał tyle możliwości, było po prostu torturą. Udręką. Gorszą niż cokolwiek innego na tym świecie.
W końcu jego brzuch zaburczał ponownie, a Wiciokrzew zdał sobie sprawę z tego, że przez ten głód już zrobiło mu się słabo. Właśnie dlatego w końcu podniósł się z posłania i sztywnym, chwiejnym krokiem wyszedł na zewnątrz. Gdy jednak wysunął pysk z wnętrza legowiska skąpanego w półmroku, miał wrażenie, że wszyscy natychmiast zwrócili głowy w jego stronę. Dlaczego się tak gapili? Na pewno patrzyli na niego i myśleli, że jest podłym mordercą!
Liliowy wbił wzrok w podłoże i szybkimi krokami doszedł do stosu ze zwierzyną. Patrząc jednak na te wszystkie wiewiórki, myszy i wróble, zrobiło mu się niedobrze. Czy w ogóle zasługiwał na jedzenie? Czy zasługiwał na to, by żywić się zapasami zebranymi przez owocniackich wojowników po tym, jak jednego z nich zamordował? Teraz był już bezużyteczny. Był jak pasożyt. Nie leczył nikogo, nie zbierał ziół. Całymi dniami po prostu wegetował, by pod wieczór wykraść ze stosu piszczkę i wrócić do gnicia w posłaniu.
Przełknął ślinę i w końcu, ignorując głód, odszedł od stosu ze zwierzyną. Nic się w końcu nie stanie, jeśli tego dnia nic nie zje, prawda? Nie powinien umrzeć — a nawet jeśli, to może i lepiej.
Nim jednak zdążył wrócić do swojego zacisza, stanęła przed nim białofutra kotka, zagradzając mu drogę. Mistral.
— Wspólny posiłek? — zaproponowała, nieznacznie się uśmiechając, jakby złośliwie.
— Ja… n-nie jestem głodny — odparł liliowy, przenosząc wzrok na łapy.
< Mistral? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz