– I będę przydatny... – westchnął rozmarzony, a po chwili zaniósł się ostrym kaszlem, który męczył go już od dłuższego czasu.
– Twoja mama nie zabrała cię do medyka? – nagle usłyszał za sobą czyiś głos. Jastrzębi Zew usiadła obok kociaka, dokładnie się mu przyglądając.
– Mojej mamy nie ma – stwierdził Migot. – Jej nigdy nie ma – zauważył, jednak bez cienia smutku czy jakiegoś żalu w głosie. Brak Truskawkowego Pola nie robił na nim większego wrażenia. Za to jej obecność, czy uśmiech na jej pysku, to już było coś.
– Jednak jestem ja i zabiorę cię do medyka – powiedziała wieczna karmicielka i lekko popchnęła kociaka, zmuszając go do wstania. Ten niezadowolony syknął coś pod nosem, jednak posłusznie wykonał polecenie. Nie chciał iść do medyka. Nie potrzebował i nie rozumiał, dlaczego Jastrzębi Zew tak się przyjmuje. Jednak nie mógł też tak po prostu od niej uciec. Nie od niej... Wtedy w jego małej główce zrodził się wspaniały plan, który, oczywiście tylko według niego, w zachwyt mógł wprawić nie jednego wojownika.
Gdy tylko przekroczył próg legowiska medyka, do jego nozdrzy doleciał ostry zapach ziół. Mimo to, kocurek nie odezwał się ani słowem, w głowie dalej wymyślając dalsze części planu. Gdy tylko Jastrzębi Zew wyszła i zostawiła go ze starszą medyczką, on zaczął działać. Szybko zaczął rozglądać się po lecznicy, szukając najszybszej drogi ucieczki.
– Jastrzębi Zew mówiła, że męczy cię ostatnio kaszel... Dlatego mam dla ciebie specjalne lekarstwo, które powinno ci pomóc – powiedziała Jagnięcy Ukłon. Po chwili odwróciła się w jego stronę z odpowiednim ziołem.
– Nie chcę, nic mi nie jest! – uparł się Migot, licząc na to, że medyczka sobie odpuści. Ta jednak dalej nalegała, z czego kociak nie robił sobie większej sprawy i najzwyczajniej w świecie jej nie słuchał, mając nadzieję, że jednak w końcu się podda. Przecież kiedyś musiała. Przecież on kiedyś musiał się wydostać z tego okropnego miejsca! Dlatego w końcu wziął kęs rośliny, a gdy tylko Jagnięcy Ukłon odeszła, ten również postanowił się ulotnić. Wybiegł z lecznicy, co jakiś czas potykając się o swój długi ogon. Mimo to biegł dalej, ile tylko miał sił w łapach. Wtedy na jego drodze pojawiła się Lilakowa Łapa i jej długie, pochłaniające jej nogi i według Migotu oczy, futro. To była jego szansa!
– Ej, ty kupo futra! – krzyknął do uczennicy i lekko dysząc wskoczył za nią. – Schowaj mnie!
Wyleczeni: Migot
<Możliwa kryjówko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz