Przed mianowaniem Żabki na uczennicę
Żmijowcowa Wić jednak posłuchał i jako pierwszy podszedł do Kropiatkowej Skórki, która niezbyt wiedziała, jak pogodzić swojego mentora z własnym partnerem.
— Cześć, kochana! Jak u ciebie oraz twoich kociąt? — spytała Kropiatkowej Skórki, której pyszczek tylko bardziej się rozpromienił na jej widok.
Karmicielka odsłoniła ogon od swojego brzucha, gdzie gnieździły się trzy kuleczki, które idealnie wpisywały się w kanony piękna Klanu Nocy.
— One mają coraz więcej energii, będą z nich wspaniałe łowczynie. Żaden kłębek mchu w żłobku nie jest bezpieczny, przed ich małymi pazurkami oraz kiełkami — zamruczała dumnie Kropiatkowa Skórka.
— No i nie zapominajmy o ogonach — dodał równie dumny, co jego partnerka Zmierzchająca Fala. Jego końcówka ogona nosiła wiele ubytków w futrze.
Trzcinowy Szmer zamruczała rozbawiona.
— Na to wychodzi, że nie pobawię się z nimi… — mruknął mniej zadowolony Żmijowcowa Wić.
— Możemy w takim razie zostawić was samych. Skoro śpią — odpowiedziała, będąc przekonana, że o tym dokładnie marzą rodzice nicponiów.
— Albo możemy zaczekać, aż te się obudzą. Jak długo już śpią? — zaproponował Żmijowcowa Wić.
Po minie Kropiatkowej Skóry oraz Zmierzchającej Fali jednak widać było zakłopotanie. Ewidentnie nie chcieli widzieć ich, czyhających, tylko po to, by pobawić się z kociakami. Trzcinowy Szmer bez najmniejszego wahania pacnęła parę razy Żmijowcową Wić prosto w ten pusty łeb.
— Masz zapchany mózg algami, czy jak?! Nie widzisz, że kociaki śpią? Za niedługo będziesz miał swoje i obyś się wywiązywał dobrze z obowiązków, jako ojciec! — prychnęła pół żartem.
— Oj no dobrze! — mruknął, udając obrażonego. Łapami zaczął układać swoją rozwaloną grzywkę. — Tylko następnym razem nie w grzywkę, okej? Wiesz, ile musiałem ją rano układać?
***
Koty zebrały się pod sumakiem, na którym znajdowała się Mandarynkowa Gwiazda. Wszyscy obserwowali trzy małe kotki, które właśnie ukończyły sześć księżyców i dostawały swoje nowe uczniowskie imiona. Do świeżo upieczonych uczennic podeszli Rogaty Flaming, Ćmie Mżenie oraz Lawendowa Rozkosz.
Trzcinowy Szmer poczuła się dumna, że życie w Klanie Nocy sprawnie parło do przodu. Młodzi wojownicy dostawali kocięta, tych kotów, które wcale tak niedawno sami byli młodzi i polowali pod czujnym okiem poprzedniej liderki, którą ci mogą znać tylko z ich opowieści.
Cóż… Stawała się coraz starsza. Z każdą nową porą Zielonych Liści miała więcej doświadczenia, a energia wcale jej nie uciekała. Nadal czuła się, jak ta młoda mała Trzcinka, która bawiła się wraz z Różyczką w brodziku pod czujnym okiem Baśniowej Stokrotki.
Na samą myśl o beztroskiej, jasnej przeszłości, usłanej kwiatami i polowaniami na nartniki, poczuła okropny ból. Nigdy już nie zobaczy ani jej siostry z miotu, ani swoich zdradzieckich rodziców. Nieświadoma zacisnęła swoje pazury na miękkiej trawie, co zauważył Złocisty Widlik.
— Trzcinowy Szmerze? Coś się stało? Nie wyglądasz zbyt dobrze… Może wrócisz do żłobka? — zaproponował piastun i delikatnie zagarnął ją swoim ogonem. — Pamiętaj o swoich kociętach. Łabądka oraz Nur słodko sobie śpią. Zobacz ich, dotknij ich futerek.
Złocisty Widlik szybko odczytał jej pochmurne myśli. Nie była pewna, czy dobrze, jednak wyczuł, że jest z nią coś nie tak i postanowił szybko zareagować. W głębi serca była mu wdzięczna, jednak na zewnątrz jej markotny pysk tego nie zdradzał. Weszli do środka, a ta dopadła do swojego posłania, gdzie spała smacznie dwójka jej pociech. Położyła się obok nich i owinęła je swoim ogonem.
Chciała łapą dotknąć małych słodkich pyszczków, żeby się chociaż trochę uspokoić, jednak było to o wiele cięższe, niż myślała, gdyż trzęsły się jej kończyny. Musiała być twarda, dla swoich kruszynek. Nie mogła ponieść się emocjom. Wzięła kilka głębokich wdechów, co trochę jej pomogło.
— Trzcinowy Szmerze? Może chcesz, żebym poszedł po pomoc Pierzastej Kołysanki lub Gąbczastej Perły? Może jakieś zioła na uspokojenie? — zaproponował jej Złocisty Widlik.
— Nie dziękuję, Złocisty Widliku. Nic nie potrzebuje, jest wszystko w porządku — odpowiedziała trochę zbyt chłodno, niż tego chciała. — Możesz wracać do uroczystości. Później mi opowiesz, kto kogo dostał za mentora.
Piastun nie zamierzał uszczęśliwiać ją na siłę, co bardzo szanowała. Wyszedł szybko ze żłobka, zostawiając ją samej sobie. Przybliżyła się do swoich pociech tak, że czuła ich ciche rytmiczne oddechy. Uspokajały ją. Nie mogła myśleć o rodzicach, o Pluskającym Potoku, czy innych kotach jej krwi, które zginęły na przestrzeni księżyców. Była lepsza od nich. Starała się przynajmniej.
Między łapami poruszyła się Łabądka. Senna podniosła łepek i spojrzała znużona na matkę.
— Mamo? Czy ty płaczesz? — zapytała troskliwie, ziewając przy tym.
— Nie… Nie płaczę malutka… Możesz wrócić do spania.
***
Dzień zbliżał się ku końcowi. Wszyscy wrócili do żłobka, a dzieci Zmierzchającej Fali oraz Kropiatkowej Skórki właśnie wracały do obozu. Widząc, że do środka wchodzi Żabia Łapa, zamruczała na jej widok.
— Dzień dobry, Żabia Łapo.
Srebrna pręguska położyła pod jej łapami ładną kaczkę, którą z pewnością się naje.
— Dzień dobry, Trzcinowy Szmerze! Jak Ci mija dzień? — zagadnęła uczennica.
Oczywiście, że nie zamierzała mówić wszystkiego młodszej. Im mniej widzi jej lęku i chwili słabości, tym lepiej. Nie powinna się martwić jej stanem, tak samo, jak pozostali.
— Jest całkiem dobrze i spokojnie — powiedziała nonszalancko. — Nie zdążyłam ci jednak pogratulować mianowania na uczennicę wojownika. Czy podoba ci się, jak uczy Lawendowa Rozkosz?
Wzięła kęs zdobyczy i z wyczekiwaniem wpatrywała się w srebrzystą kotkę.
< Żabia Łapo? >
🎍
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz