- Widziałaś tych rybojadów? Ciekawe, czy tak bardzo znudziły im się ryby, że przyszli do nas - szeptał, a przynajmniej jemu zdawało się, że był to szept, do Żywicznej Łapy siedzącej obok, która właśnie przyniosła całkiem urodziwą nornicę na stosik. Co do kocurka natomiast... cóż, nie miał się czym pochwalić.
- Kamelinowa Łapa jest całkiem miła... - mruknęła nieśmiało, odkładając swoją zdobycz.
- Może i tak, ale na pewno nie tak fajna jak koty Klanu Burzy. I pewnie śmierdzi. - skwitował, obserwując jak wraz ze swoim partnerem i mentorami wychodzą z obozu. Ciekaw był wielu rzeczy a gdy patrzył na te obce ogony aż go rwało do zadawania pytań. Niestety jednak większość okazji mu umykała, gdy umysł został zajmowany innymi sprawami. Na to Żywica już się nie odezwała, jedynie zerknęła na brata, to na ex nocniaków i powędrowała spojrzeniem gdzieś w bok. Chyba niezbyt się z nim zgadzała, chociaż wolała nie wchodzić w dyskusję.
- No, tak czy inaczej, słuchaj, potrzebuję, żebyś mnie kryła. - otworzył znów pysk powodując, że futro na uczennicy podniosło się nieznacznie, a wzrok w nim utkwiony wyrażał same obawy. Co znowu wymyślił i w jakie kłopoty chce się pakować? Czy na pewno musi w to wszystko mieszać swoją niewinną siostrzyczkę? Ha, co za głupie pytania, oczywiście, że musi. W końcu Żywica to jego, chcąc nie chcąc, partner w zbrodni!
- Nie bój nic, nie musisz nic robić ciężkiego. Po prostu jakby kto pytał to powiedz, że poszedłem na stronę bo mnie brzuch bolał czy coś...
- A muszę? - westchnęła, kryjąc zestresowanie. Zaraz jednak dorwała ją również ciekawość - A co chcesz zrobić? Wymykasz się?
- No, na granicę... muszę dojechać takiego jednego... - pochwalił się i zaraz obejrzał szybko dookoła sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje. - Ale jakby co, to nic nie wiesz, jasne? - Kotka niechętnie bo niechętnie pokiwała głową, chociaż nie była zachwycona. Nie jego jednak w tym była wina! Powinna się już przyzwyczaić do jego planów, w końcu miała na to całe 12 księżycy i czas który spędzili w brzuchu mamy. To całe wieki!
- A kiedy będziesz szedł...?
- Nad ranem. Zniknę, jak tajemniczy duch, wędrujący wśród suchych traw... - Żywica spojrzała na niego powątpiewająco. A następnego ranka, spał jak zabity, pochrapując smacznie i zaśliniając swoje legowisko. Kotka gdy tylko wstała i zobaczyła ten wspaniały obraz, ścięła wargi. Nie dziwota, w końcu tego właśnie się spodziewała, po prostu nie chciała gasić zapału brata. Bez słowa wyszła na zewnątrz, szukając swojego mentora, a kocurek obudził się w idealnym momencie, by zobaczyć końcówkę jej ogona znikającą w wejściu. Mlasnął, mruknął i przetarł sennie oczy, rozglądając się nieprzytomnie po otoczeniu, dopiero po chwili sobie zdając ze swojej porażki. Siadł więc i zaklął pod nosem.
- Następnym razem się uda! - zadeklarował głośno, budząc zirytowanego Gadożera. Pech jednak wcale nie chciał by do tego spotkania na granicy doszło. Czasem co prawda rudzielec spotykał obcy zapach albo widział sylwetkę, która się na niego wgapiała, jednak to by było na tyle. W końcu doszedł do wniosku, że by wstać z rana, to trzeba w ogóle nie spać. Siadł w legowisku, powiedział dobranoc, a sam upewniwszy się, że wszyscy już posnęli, uniósł się do pozycji siedzącej, dzięki której nie padłby na twarz... w końcu bieganie po obozie w środku nocy nie jest opcją.
,,Nie usypiasz wojowniku. Jesteś wielki, potężny, a sen jest dla słabych." powtarzał sobie w głowie wraz z uczuciem, jak powieki zaczynają mu ciążyć a on odlatuje w cztery różne przestrzenie.
,,Myśl o walce, walka! Krew! Flaki latają..."
A oto stoi i on, w klanie pełnym płomieni i dzikusami z Klanu Wilka biegającymi po otoczeniu i zagryzającymi koty. Pazury błyszczą w powietrzu, z gardeł wydobywa się bulgot agonalny, a on wbiega dramatycznie do obozu, szlachetnie szukając Żywicy, która właśnie jest powalana przez jakiegoś wrogiego kota, który wygląda jak zjawa przebrzydła i szaleństwo ma w oczach.
-,,Zostaw ją!" - krzyczy wtedy walecznie i w furii, rzucając się na przeciwnika, pozwalając srebrnej uciec w bezpieczne miejsce. Oto tajemne moce zostały odblokowane, a on z czerwienią w oczach rozszarpuje wilczaka, gdy ten już myślał, że wygrał. Bo oto bowiem, powalony Bursztyn na ziemi używa swoich tylnych łap by rozpruć parszywy brzuch! Krew bryzga! Flaki wylatują, a on staje zdyszany, nad trupem swojego wroga, krwią obmyty i z obłąkaniem w oczach rzuca się na kolejnego z wilczaków. Tłum szaleje, Klan Burzy wygrywa a on staje się bohaterem, skromnie po walce rzucając nonszalancko ,,To było nic, serio. Cieszę się, że jesteście cali"... tak, tak by właśnie było. Zostałby bohaterem i pewnie w przyszłości samym liderem! I na pewno znalazłby wtedy jakąś ładną kotkę... ah, marzenia. Na podobnych dyrdymałach spędził kolejną część nocy (czasem się rozbudzając specjalnie poprzez przygryzanie języka czy przytrzymywanie oczu), chociaż marzenia na jawie miały to do siebie, że bohaterowie lubili robić fikołki w trakcie fabuły i trzeba było zaczynać od nowa. Aż w końcu doszedł do wniosku, że zaczyna jakoś lepiej widzieć. Rozbudził się momentalnie, chociaż kilka razy na pewno mu się przysnęło, a głowa mu niemiłosiernie ciążyła. Wszyscy smacznie spali, a z zewnątrz dochodził go delikatny powiew smyrając mu wąsy. Wilgoć. Wstał, ostrożnie omijając śpiących, wychylając głowę na zewnątrz i krzywiąc się, gdy wilgotna mgła wsiąkła mu w futro. Szarówka miała się całkiem dobrze i wciąż nie było do końca widać kształtów, chociaż niektórzy wojownicy już się zbierali czy krzątali po cichu, chcąc wyjść na pierwsze polowania. To by wyjaśniało dlaczego spali przez większość dnia i w największym upale. Zwierzyna też lubi, jak otula ją bezpieczny mrok i chłód. Poczekał, aż ciche głosy ucichną i znikną za granicą obozu, samemu wtedy wychodząc, wcale jednak nie korzystając z głównego wyjścia. Większość kotów już o nim pewnie zapomniała, ale wciąż znajdowało się jeszcze drugie, zaniedbane wyjście ewakuacyjne, nie licząc tego w legowisku medyka, które w sumie też nie należało do popularnych, szczególnie, że jest całkiem ładnie przykryte jakimiś chabręziami (wiedział, bo wpychał nos tam gdzie nie trzeba). A kto by pilnował wyjścia ewakuacyjnego, przez które teraz ciężej się było przecisnąć ze względu na rozrośnięte chaszcze? Ale naprawdę, ktoś powinien to uprzątnąć. Po chwili zmagań by nie wydać żadnego dźwięku i by nie potknąć się o korzenie, w końcu znalazł się po drugiej stronie obozowych krzaków, z zadowoleniem rzucając ostatnie spojrzenie na ogrodzenie a po podniesieniu wysoko ogona, od razu pognał w stronę drogi wypełnionej potworami.
- Kamelinowa Łapa jest całkiem miła... - mruknęła nieśmiało, odkładając swoją zdobycz.
- Może i tak, ale na pewno nie tak fajna jak koty Klanu Burzy. I pewnie śmierdzi. - skwitował, obserwując jak wraz ze swoim partnerem i mentorami wychodzą z obozu. Ciekaw był wielu rzeczy a gdy patrzył na te obce ogony aż go rwało do zadawania pytań. Niestety jednak większość okazji mu umykała, gdy umysł został zajmowany innymi sprawami. Na to Żywica już się nie odezwała, jedynie zerknęła na brata, to na ex nocniaków i powędrowała spojrzeniem gdzieś w bok. Chyba niezbyt się z nim zgadzała, chociaż wolała nie wchodzić w dyskusję.
- No, tak czy inaczej, słuchaj, potrzebuję, żebyś mnie kryła. - otworzył znów pysk powodując, że futro na uczennicy podniosło się nieznacznie, a wzrok w nim utkwiony wyrażał same obawy. Co znowu wymyślił i w jakie kłopoty chce się pakować? Czy na pewno musi w to wszystko mieszać swoją niewinną siostrzyczkę? Ha, co za głupie pytania, oczywiście, że musi. W końcu Żywica to jego, chcąc nie chcąc, partner w zbrodni!
- Nie bój nic, nie musisz nic robić ciężkiego. Po prostu jakby kto pytał to powiedz, że poszedłem na stronę bo mnie brzuch bolał czy coś...
- A muszę? - westchnęła, kryjąc zestresowanie. Zaraz jednak dorwała ją również ciekawość - A co chcesz zrobić? Wymykasz się?
- No, na granicę... muszę dojechać takiego jednego... - pochwalił się i zaraz obejrzał szybko dookoła sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje. - Ale jakby co, to nic nie wiesz, jasne? - Kotka niechętnie bo niechętnie pokiwała głową, chociaż nie była zachwycona. Nie jego jednak w tym była wina! Powinna się już przyzwyczaić do jego planów, w końcu miała na to całe 12 księżycy i czas który spędzili w brzuchu mamy. To całe wieki!
- A kiedy będziesz szedł...?
- Nad ranem. Zniknę, jak tajemniczy duch, wędrujący wśród suchych traw... - Żywica spojrzała na niego powątpiewająco. A następnego ranka, spał jak zabity, pochrapując smacznie i zaśliniając swoje legowisko. Kotka gdy tylko wstała i zobaczyła ten wspaniały obraz, ścięła wargi. Nie dziwota, w końcu tego właśnie się spodziewała, po prostu nie chciała gasić zapału brata. Bez słowa wyszła na zewnątrz, szukając swojego mentora, a kocurek obudził się w idealnym momencie, by zobaczyć końcówkę jej ogona znikającą w wejściu. Mlasnął, mruknął i przetarł sennie oczy, rozglądając się nieprzytomnie po otoczeniu, dopiero po chwili sobie zdając ze swojej porażki. Siadł więc i zaklął pod nosem.
- Następnym razem się uda! - zadeklarował głośno, budząc zirytowanego Gadożera. Pech jednak wcale nie chciał by do tego spotkania na granicy doszło. Czasem co prawda rudzielec spotykał obcy zapach albo widział sylwetkę, która się na niego wgapiała, jednak to by było na tyle. W końcu doszedł do wniosku, że by wstać z rana, to trzeba w ogóle nie spać. Siadł w legowisku, powiedział dobranoc, a sam upewniwszy się, że wszyscy już posnęli, uniósł się do pozycji siedzącej, dzięki której nie padłby na twarz... w końcu bieganie po obozie w środku nocy nie jest opcją.
,,Nie usypiasz wojowniku. Jesteś wielki, potężny, a sen jest dla słabych." powtarzał sobie w głowie wraz z uczuciem, jak powieki zaczynają mu ciążyć a on odlatuje w cztery różne przestrzenie.
,,Myśl o walce, walka! Krew! Flaki latają..."
A oto stoi i on, w klanie pełnym płomieni i dzikusami z Klanu Wilka biegającymi po otoczeniu i zagryzającymi koty. Pazury błyszczą w powietrzu, z gardeł wydobywa się bulgot agonalny, a on wbiega dramatycznie do obozu, szlachetnie szukając Żywicy, która właśnie jest powalana przez jakiegoś wrogiego kota, który wygląda jak zjawa przebrzydła i szaleństwo ma w oczach.
-,,Zostaw ją!" - krzyczy wtedy walecznie i w furii, rzucając się na przeciwnika, pozwalając srebrnej uciec w bezpieczne miejsce. Oto tajemne moce zostały odblokowane, a on z czerwienią w oczach rozszarpuje wilczaka, gdy ten już myślał, że wygrał. Bo oto bowiem, powalony Bursztyn na ziemi używa swoich tylnych łap by rozpruć parszywy brzuch! Krew bryzga! Flaki wylatują, a on staje zdyszany, nad trupem swojego wroga, krwią obmyty i z obłąkaniem w oczach rzuca się na kolejnego z wilczaków. Tłum szaleje, Klan Burzy wygrywa a on staje się bohaterem, skromnie po walce rzucając nonszalancko ,,To było nic, serio. Cieszę się, że jesteście cali"... tak, tak by właśnie było. Zostałby bohaterem i pewnie w przyszłości samym liderem! I na pewno znalazłby wtedy jakąś ładną kotkę... ah, marzenia. Na podobnych dyrdymałach spędził kolejną część nocy (czasem się rozbudzając specjalnie poprzez przygryzanie języka czy przytrzymywanie oczu), chociaż marzenia na jawie miały to do siebie, że bohaterowie lubili robić fikołki w trakcie fabuły i trzeba było zaczynać od nowa. Aż w końcu doszedł do wniosku, że zaczyna jakoś lepiej widzieć. Rozbudził się momentalnie, chociaż kilka razy na pewno mu się przysnęło, a głowa mu niemiłosiernie ciążyła. Wszyscy smacznie spali, a z zewnątrz dochodził go delikatny powiew smyrając mu wąsy. Wilgoć. Wstał, ostrożnie omijając śpiących, wychylając głowę na zewnątrz i krzywiąc się, gdy wilgotna mgła wsiąkła mu w futro. Szarówka miała się całkiem dobrze i wciąż nie było do końca widać kształtów, chociaż niektórzy wojownicy już się zbierali czy krzątali po cichu, chcąc wyjść na pierwsze polowania. To by wyjaśniało dlaczego spali przez większość dnia i w największym upale. Zwierzyna też lubi, jak otula ją bezpieczny mrok i chłód. Poczekał, aż ciche głosy ucichną i znikną za granicą obozu, samemu wtedy wychodząc, wcale jednak nie korzystając z głównego wyjścia. Większość kotów już o nim pewnie zapomniała, ale wciąż znajdowało się jeszcze drugie, zaniedbane wyjście ewakuacyjne, nie licząc tego w legowisku medyka, które w sumie też nie należało do popularnych, szczególnie, że jest całkiem ładnie przykryte jakimiś chabręziami (wiedział, bo wpychał nos tam gdzie nie trzeba). A kto by pilnował wyjścia ewakuacyjnego, przez które teraz ciężej się było przecisnąć ze względu na rozrośnięte chaszcze? Ale naprawdę, ktoś powinien to uprzątnąć. Po chwili zmagań by nie wydać żadnego dźwięku i by nie potknąć się o korzenie, w końcu znalazł się po drugiej stronie obozowych krzaków, z zadowoleniem rzucając ostatnie spojrzenie na ogrodzenie a po podniesieniu wysoko ogona, od razu pognał w stronę drogi wypełnionej potworami.
◂𓂃٭⋆☼⋆٭𓂃▹
Jak się okazało, o tej godzinie potwory też spały, chociaż czarna powierzchnia śmierdziała tak samo. Było pusto, cicho i tylko ptaki od czasu do czasu poćwierkiwały, jeszcze też śpiąc w większości. Co go bardziej przeraziło jednak od aut (jedno przejechało szybko i zniknęło przy drzewach wilczaków), była pohukująca sowa, przez którą czmychnął w trawę. Oczywiście, ekhem, nie był to strach, to po prostu... mała dywersja. Pod mostkiem okazało się, że przejść się nie da, bo rzeczka była zbyt wartka a on pływać nie umiał i w dodatku prawie utonął w błocie. Pozostała więc druga opcja. Rozejrzał się w jedną, w drugą stronę i... SRU! Czmychnął przez jezdnię, wbiegając cwałem na pomost i znikając po drugiej jego stronie. Stanął dopiero na trawce pod drzewami, czując, jak serce chce wyskoczyć mu z piersi. Ale przygoda.
- A to się wpakowałeś, Bursztyn - wysapał sam do siebie, przeczuwając, że jak na razie była to jego najbardziej niebezpieczna i wymagająca zbesztania wyprawa. Ale hej, to nie tak, że naraża kogoś z klanu, nie? Tylko siebie, a on sobie przecież poradzi.
- Rzeczywiście, będzie łojenie skóry - zza jego pleców rozbrzmiał niski głos, przez który po karku rudzielca przeszedł nieprzyjemny dreszcz, strosząc sierść w strachu. Młodziak się zachłysnął nagłym przerażeniem, odskakując w tył i parskając bojowo.
,,Psia kość, psia kość... w ogóle go nie widziałem!" Wyjąkał w duchu, zaczynając dostrzegać swoją niezbyt kolorową przyszłość. Bo oto przed nim stoi potężny, długowłosy kocur o burym umaszczeniu i oliwkowych oczach, który wagą i wielkością mógłby dorównywać Cyklonowi. Z tą różnicą, że Cyklon był na pewno przyjaźnie nastawiony, a ten tu... nie wiadomo. Wyglądał groźnie.
- T-ty... ty! - wyjąkał w końcu, strosząc ogon i trzęsąc się na całym ciele. Ale to wcale nie był strach, to była rozgrzewka! Bojowość! Do akcji! - TY! - krzyknął znowu, bardziej piskliwie niż zamierzał. - Ty, ja cię znam! J-j-j-aaaaa przyszedłem się z tobą zmierzyć! B-bo ty mi, uh, w-w-wyzwanie rzucałeś! Widziałem! Stań do walki t-tchórzu! - wydudkał z siebie bardzo drżącym i niestabilnym głosem, zmieniając tonację jakieś 100 razy. I kiedy on się trząsł i przygotowywał na stawienie czoła konsekwencji swojej głupoty, tak ten wielki groźny potwór z kłami zamiast oczu, zdawał się stać... dość niezręcznie. Rozejrzał się to na jedną, to na drugą stronę, aż w końcu podrapał się po karku.
- Ale, że ja? - spytał, jakby nie będąc do końca przytomnym. Bursztyn kiwnął głową.
- Na pewno? - kolejne kiwnięcie, bardziej energiczne.
- Eeeee.... nie wydaje mi się... nie... o mnie mówisz?
- Tak! Tak o tobie! Widzisz tu kogoś innego? - w końcu wybuchnął rozdrażnieniem, rzucając końcówką ogona na wszystkie strony.
- Nah, młody, na pewno pomyliłeś koty, po kiego licha miałbym ci wyzwanie rzucać?
- Ale przecież... tak, to ciebie widziałem na granicy! Nie rób ze mnie debila, bo nim nie jestem.
- Granicy?
- Klanów!
- Aaaaaa, mówisz, o tej zgrai dzikich kotów po drugiej stronie drogi? - kocur w końcu zdawał się załapać. A to podobno on jest odklejony i wolno myślący! - Nie ma opcji mordeczko, co ja się będę w bijatyki pakować, chociaż jak tak na ciebie patrzę, bo może nawet się zdajesz jakiś znajomy. Ale żeby się bić od razu? Pfft, strata czasu, przyjacielu. Co się tak bojowo nastawiłeś? Wdech i wydech, odpręż się trochę.
- To po co się na mnie wgapiałeś... - Bursztyn zdążył zauważyć, że pomimo bycia kawałem mięcha, to sam kocur jest bliższy zachowaniu Rudej Lisówki niż wściekłego wilczaka. Ciekawe. Niemniej, czuł się teraz głupio.
- Na ciebie? Nieeee, ja się na chmury patrzyłem i na tego królika waszego... zaraz za wami przeleciał, mówię ci, jaki był tłusty. A wy nic! Biegliście sobie i nie zwracaliście na niego uwagi, jeszcze go spłoszyliście. Dobrze tam u was wszystko? Nie cierpicie z głodu? - no, teraz się poczuł jeszcze bardziej głupio.
- To czemu mówiłeś... o łojeniu mi skóry...
- He?
- No na początku, pojawiasz się za moimi plecami i coś mamroczesz.
- A. Bo tak mi się udało podsłuchać to twoje bełkotanie pod nosem i wywnioskowałem, że cię tu być nie powinno i będziesz mieć kłopoty, co nie? Ale na spokojnie, ode mnie się nikt nie dowie. Spoko ziomek jesteś, skoro masz tyle odwagi, by opuścić swoje rodzime tereny, co? To chyba przeciw zasadom? - zachichotał - Całkiem nieźle młody, całkiem nieźle.
- Tak myślisz? - uniósł nagle głowę, całkowicie pozbawiając się jeszcze chwilę gnieżdżącej się w nim niepewności. Połechtano jego ego i pochwalono, za złamanie zasad! Tego combo się nie spodziewał, było to całkiem przyjemna odmiana.
- No jasne. Już znałem takich jak wy, trzymacie się zasad, kisicie zady w bezpiecznej strefie a całe wasze istnienie polega na strachu przed jakimiś wyimaginowanymi bożkami czy czym tam jeszcze. Ale i tak z tego co widziałem, to lepsi jesteście od tych, co z wyprostowanymi siedzą. - zazgrzytał zębami na tą wzmiankę, wyrażając wyraźną niechęć w ich stronę. Bursztyn aż się zaciekawił, z czego wynikała ta nienawiść, jednak nie zdążył nawet otworzyć pyska, jak zza drzewa wyłoniła się kolejna sylwetka, która na jego pytanie odpowiedziała.
- I tu się zgadza. Tuczą się jak dorodne kurczaki i uważają się za lepszych od innych. Obłażą w te wszystkie świecidełka i tłuszcz jak panowie świata, liżąc sobie nawzajem kupry, pływając w śmietance towarzyskiej w tym ignoranckim kociołku mleka. I siedzą sobie bezpiecznie na kanapie, z bezpiecznej odległości dyrygując samotnikami co pod ich domami koczują. A tamci za ochłapy jakieś ich zlecenia-zachcianki wykonują, jakby przyzwoitości nie mieli.
- A, wróciłeś? - czołg spojrzał w stronę wrony. Przynajmniej na wronę wyglądał, bowiem zjawa która właśnie wyszła i szydząco wyrażała się o pieszczoszkach dwunożnych, plując przy tym jadem, była czarna jak noc. Mimo znikającego już powoli mroku, widać było lekki połysk na krótkiej, zadbanej sierści i błysk jakiegoś ognia w pomarańczowych oczach. Kocur był długi, smukły i sprawiał wrażenie, jakby wiedział, co robi. Yeah, Bursztyn właśnie został całkowicie kupiony. Szkoda, że jest taki łatwy. I mało uważny, bo dopiero teraz dostrzegł, że oba kocury posiadają na sobie jakieś ozdoby, których w życiu na oczy nie widział. Chociaż więcej ich było wplątanych w grube futro czołga, tak wrona miał całkiem dużo malowideł na ciele. Szczególnie ciekawe były szlaczki na jego pysku... jakby oczy?
- Tak, możemy się stąd zwijać. - mruknął, zwracając spojrzenie swoich bystrych oczu na kocurka, rzucając pół żartem - To twoje jakieś przygodne dziecko?
- Ha! Gdzie tam, jeden z klanowych.
- Całkiem samą tę pchłę puścili?
- Sam przyszedłem! - zaoponował, strosząc swoją mizerną kryzę, co spowodowało, że wroniacz najpierw ucznia zlustrował, a potem uśmiechnął się nikło pod nosem.
- To lepiej wracaj, zanim zacznie świtać. My też idziemy, Seler.
- Jasna sprawa...
- Ej, a mogę iść z wami? - wypalił nagle, przydreptując do nowego towarzysza, który nie tylko był wysoki, ale również smukły i długi. Jak ryba! No i nie chciał się wcale z nimi żegnać, właśnie został pochwalony za coś nieodpowiedniego i pomimo pierwotnego robienia pod siebie teraz całkiem dobrze czuł się wsłuchując w rozmowę nowego towarzystwa. Czarny kocur zatrzymał się, by zmierzyć młodszego wzrokiem.
- Nie tym razem iskiereczko, ale skoro jesteś ciekawy i masz trochę ducha... to pewnie się zobaczymy. Nie będziemy się stąd ruszać jeszcze pewnie przez jakiś czas, więc jakby ci się udało wymknąć, to zapraszamy w nasze skromne progi - ukłonił się nisko, teatralnie, nim zniknął w zaroślach wraz ze swoim czołgiem, zostawiając Bursztyna samego, który jeszcze nie myślał o tym, czy uda mu się wymyśleć wymówkę jak wróci, czy nie.
[2221 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz