Dzisiaj dla odmiany na jej daszku odwiedziła ją znajoma mordka. Łapka usiadła obok niej i spojrzała w dół.
– Trochę wysoko. – miauknęła. – Ale ładnie. Widać park!
– Widać. – przytaknęła Promyk, wstając i rozciągając się. – Wiesz co. Ja chyba wybyję na parę dni.
– Och… a dokąd? – Łapka spojrzała na swoją przyjaciółkę ze zmartwieniem. Promienne Słońce uśmiechnęła się szeroko, widząc ten błysk w jej oczach. Podniosła łapę i wskazała kierunek.
– W pola. Tam, od strony Klanu Wilka. Tam jest kawałek lasu. Może znajdę coś lepszego niż szczur czy gołąb. Obiecuję, że wrócę. Po prostu… tęsknię za zielenią, dzikością i… jedzeniem. Potrzebuję tam chyba od czasu do czasu wrócić. – przyznała Promyk.
– Rozumiem. I…może… przyniesiesz mi coś?
– Mogę spróbować. – Promyk otarła się bokiem o swoją przyjaciółkę na czułe pożegnanie i ruszyła w drogę. Dach po dachu, balkon po balkonie, ulica za ulicą i wkrótce była pośród zielonych pól. Wszystko pachniało inaczej niż w klanie, który tak dobrze poznała od maleńkości. Wiatr szumiał w trawach, a korony drzew kłaniały się delikatnie pomalowane już porą roku. Wszystko żyło tu życiem zupełnie różnym od tego w mieście. Promyk chciałaby wrócić do takiego spokoju, jednak wisiała nad nią pewna świadomość, że będzie to decyzja nieodwracalna. Przywiązała się już do Łapki i jej siostry Chmurki. Przywiązała się do tego jednego psa, którego wiecznie irytuje, siedząc na jego płocie, za wysoko na jego krótkie nogi. Przywiązała się do widoku jej dawnego domu, do swojego kawałka dachu, z którego jak orzeł podziwia świat. Jedno przywiązanie już straciła… Chociaż czy ona kiedykolwiek była prawdziwie przywiązana do Klanu Klifu? Może, kiedy Judaszowcowa Gwiazda był u władzy. Chociaż nawet wtedy nosiła w sobie pewną świadomość, że jest silnie ignorowana przez swój klan i innych wojowników.
Promienne Słońce wskoczyła na jakiś wyższy kamień i spojrzała przed siebie. Za nią były pola, przed nią lasek, a dalej gęstwiny Klanu Wilka, którego lepiej było nie zaczepiać. Jednak Promyk nie miała najmniejszego zamiaru przekraczać ich granicy. Wolała zachować swoje futro w całości. Spojrzała jednak na lasek przed sobą. Tam znajdzie coś odpowiedniego na ząb! I tak też zrobiła. Przyczaiła się na jakiejś gałęzi. Odkąd zaczęła tyle balansować na balkonach, poprawiła się jej też równowaga na drzewach, więc wkrótce miała w zębach wiewiórkę.
– Witaj jaśnie pani. – jednak czyjś głos przeszkodził jej w spokojnej konsumpcji. Promyk spojrzała pod siebie. Stał tam młody błękitny kot o oczach tak jasnych, jak letnie niebo.
– Hmm? – kotka uniosła na niego swoje uszy i zmrużyła oczy, zaciskając szczęki na swojej zdobyczy nieco mocniej.
– Pierwszy raz cię widzę w tych okolicach. Czyżbyś była… nowa? Pachniesz… – Zawahał się, szukając odpowiednich słów.
– Miastem. – odparła Promyk po odłożeniu swojej wiewiórki przy swoich łapach. – Pachnę miastem.
– Nie sądziłem, że koty miastowe potrafią tak dobrze polować! – to była albo pochwała, albo przytyk, ciężko było stwierdzić. Mimo to Promyk uśmiechnęła się krzywo.
– Całkiem spore zaskoczenie co? – miauknęła, strącając wiewiórkę łapą. Ta ledwo co ominęła pysk nieznanego jej kota. – Poczęstuj się, wyglądasz jakby wiatr, miał cię zaraz zdmuchnąć. – Promyk znajdzie sobie jeszcze coś przez te parę dni, które chce spędzić w tym skrawku lasku.
<Monarchu Pierwszy?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz