Po odejściu Łzy i Zewu
Łza mówiła tak dużo, że ledwo nadążałam za jej słowami. Co chwilę opowiadała o Klanie Burzy, o swoim ojcu, o tym, jakie wspaniałe rzeczy na pewno tam na nią czekają. Zew był spokojniejszy, ale nawet on nie potrafił całkowicie ukryć zainteresowania. Oboje wyglądali, jakby już byli jedną łapą poza Owocowym Lasem.
A ja… Ja po prostu siedziałam obok i słuchałam. Nie powiedziałam wiele. Nigdy nie byłam dobra w takich rozmowach. Poza tym wydawało mi się, że wszystko rozumiem. Wiedziałam przecież, że odchodzą. Wszyscy o tym mówili od wielu wschodów słońca.
Dlatego nie spodziewałam się, że będzie tak dziwnie. Przesunęłam się bliżej ich dawnych miejsc i ostrożnie położyłam łeb na posłaniu Łzy. Mech nadal pachniał nią wyraźnie. Ciepłym mlekiem, lasem i czymś trudnym do opisania, czymś, co po prostu było… Łzą.
Zacisnęłam powieki. Przez krótką chwilę niemal mogłam sobie wyobrazić, że zaraz usłyszę jej głos. Że wpadnie do żłobka jak burza, potknie się o własne łapy, a potem zacznie opowiadać wszystkim dookoła o czymś kompletnie nieistotnym. Pewnie nawet nie zauważyłaby, że przez moment martwiłam się o nią.
Kącik mojego pyska drgnął lekko, a potem znów otworzyłam oczy i nic się nie wydarzyło.
Żłobek był pełen innych kociąt, ale nagle wydawał się znacznie większy niż wcześniej. Dźwięki rozmów docierały do mnie przytłumione i odległe. Kilka maluchów biegało między posłaniami, ktoś się śmiał, ktoś narzekał na nudę.
Świat toczył się dalej. Tylko mój mały kawałek świata wyglądał inaczej. Przycisnęłam uszy do głowy. Nie rozumiałam, dlaczego akurat teraz robiło mi się ciężko w środku. Przecież jeszcze wczoraj trochę się z Łzą pokłóciłam. Bywała nieznośna. Czasami chciałam, żeby choć przez chwilę przestała mówić.
A jednak kiedy jej zabrakło, cisza okazała się jeszcze gorsza. Przesunęłam spojrzenie na posłanie Zewu. Jego zapach był słabszy, spokojniejszy. Zupełnie jak on sam.
Nagle przypomniało mi się, jak wtulałam się w jego bok podczas chłodniejszych nocy. Jak zasłaniał mnie przed innymi kociakami, kiedy robiło się zbyt tłoczno. Jak siedział obok, nawet kiedy żadne z nas nie miało nic do powiedzenia.
Wtedy wydawało mi się to czymś zwyczajnym. Czymś, co będzie zawsze. Przełknęłam ślinę i wtuliłam pysk głębiej w futrzane posłania. Może właśnie dlatego bolało. Nie dlatego, że odeszli. Tylko dlatego, że wcześniej nigdy nie musiałam wyobrażać sobie świata bez nich.
— Głupki… — wymruczałam cicho.
Mój ogon owinął się wokół boków. Zastanawiałam się, co robili teraz. Czy już dotarli do nowego obozu? Czy Łza zachwycała się wszystkim, co widziała? Czy Zew nadal trzymał się blisko niej? Czy pamiętali o mnie choć odrobinę? A może byli już zbyt zajęci nowym życiem?
Ta myśl sprawiła, że coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie pod żebrami. Opuściłam głowę niżej. Nie chciałam płakać. Byłam już za duża na takie rzeczy. Mimo to oczy zaczęły mnie lekko piec, więc szybko schowałam pysk między łapami, mając nadzieję, że nikt tego nie zauważy.
Leżałam tak jeszcze długo, wsłuchując się w odgłosy żłobka i wdychając ostatnie ślady zapachu rodzeństwa. Po raz pierwszy od narodzin nie zasypiałam otoczona przez wszystkich, których znałam.
I po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, że niektóre pożegnania działy się nawet wtedy, gdy nikt nie chciał się żegnać.
Dzień później
Następnego poranka obudziłam się wcześniej niż zwykle. Przez chwilę leżałam jeszcze w swoim posłaniu, słuchając cichych odgłosów żłobka i próbując ponownie zasnąć, ale sen nie chciał wrócić. Zamiast tego moje spojrzenie raz po raz wędrowało ku dwóm pustym miejscom, które jeszcze niedawno zajmowali Łza i Zew.
Wiedziałam, że ich tam nie będzie. Widziałam przecież, jak odchodzą. Mimo to coś we mnie za każdym razem oczekiwało, że wystarczy mrugnąć, a wszystko wróci do normy. Że Łza znów zacznie trajkotać od samego rana, a Zew przewróci oczami i będzie udawał, że wcale mu to nie przeszkadza. Nic takiego się jednak nie wydarzyło.
Podniosłam się w końcu na łapy i wyszłam ze żłobka, mając nadzieję, że świeże powietrze pomoże mi pozbyć się tego dziwnego uczucia. Obóz wyglądał dokładnie tak jak zawsze. Wojownicy kręcili się między legowiskami, starszyzna wygrzewała się w cieplejszych miejscach, a uczniowie rozmawiali o czymś podekscytowani. Wszystko było normalne.
Przez moment stałam bez ruchu, rozglądając się dookoła. Część mnie spodziewała się, że skoro dla mnie świat nagle zrobił się inny, to dla reszty również powinien. Tymczasem nikogo nie obchodziło, że Łza i Zew odeszli. Dzień toczył się dalej, jakby nic ważnego się nie wydarzyło.
Powoli ruszyłam przed siebie, nie mając żadnego konkretnego celu. Włóczyłam się po obozie, omijając inne koty i co jakiś czas zatrzymując się tylko po to, by po chwili znów ruszyć dalej. Nie szukałam niczego szczególnego. Chyba po prostu nie chciałam wracać do żłobka, gdzie puste posłania przypominały mi o wszystkim jeszcze bardziej.
Kiedy mijałam stos świeżej zwierzyny, zwolniłam na moment. Zapach był przyjemny i dobrze mi znany, ale nie sprawił, że poczułam głód. Patrzyłam przez chwilę na zdobycze leżące na ziemi, próbując wybrać coś dla siebie, jednak żadna mysz ani żaden ptak nie wydawały się warte zachodu.
Zwykle jadłam bez zastanowienia. Teraz nawet to wydawało się męczące. Po chwili odwróciłam się i odeszłam, zostawiając jedzenie za sobą. Dopiero kilka kroków dalej zdałam sobie sprawę, że naprawdę nie mam ochoty nic przełknąć. Było to dziwne odkrycie, bo wcześniej nigdy nie zdarzyło mi się z własnej woli zrezygnować z posiłku.
Nie rozumiałam, co się ze mną działo. Jeszcze mniej rozumiałam to później, kiedy jedno z innych kociąt podeszło do mnie z propozycją zabawy. Normalnie zgodziłabym się od razu albo przynajmniej wysłuchała pomysłu. Tym razem jednak ledwie spojrzałam na rozmówcę i wymamrotałam coś niewyraźnego, po czym ruszyłam dalej.
Nie byłam zła ani obrażona. Po prostu nie chciałam rozmawiać. Ta myśl towarzyszyła mi przez resztę dnia. Krążyła po mojej głowie uparcie, gdy włóczyłam się po obozie, siadałam na chwilę w jednym miejscu, a potem przenosiłam się w inne. Im dłużej nad tym myślałam, tym mniej rozumiałam.
Przecież Łza i Zew nie umarli, nie zniknęli, nie przestali też być moim rodzeństwem. Byli gdzieś tam, niedaleko. W innym klanie, ale nadal pod tym samym niebem. Pewnie właśnie poznawali nowe miejsca i nowe koty. Pewnie byli szczęśliwi. Więc dlaczego ja nie byłam?
Usiadłam w końcu przy krawędzi obozu, pod osłoną krzewu, i położyłam ogon wokół łap. Przez dłuższą chwilę obserwowałam wejście, wsłuchując się w odgłosy życia toczącego się wokół mnie.
Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, że być może nie tęskniłam za nimi dlatego, że byli wyjątkowi albo dlatego, że codziennie robiliśmy razem coś ważnego. Tęskniłam za nimi dlatego, że byli częścią każdego zwyczajnego dnia. Byli obecni przy każdym posiłku, każdej drzemce, każdej zabawie i każdej nudnej chwili pomiędzy.
Nigdy wcześniej nie musiałam myśleć o tym, jak bardzo się do nich przywiązałam. Teraz gdy ich zabrakło, odkrywałam to z każdą kolejną godziną. Opuściłam głowę na łapy i westchnęłam cicho. Nie chciało mi się jeść. Nie chciało mi się bawić. Nie chciało mi się nawet rozmawiać z innymi kociętami. Chciałam tylko zrozumieć, dlaczego w środku czułam się tak pusto.
Niestety, im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że odpowiedź była bardzo prosta.
Po prostu za nimi tęskniłam i chyba nic nie mogłam na to poradzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz