BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kacze Pióro x Jesionowy Wicher. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kacze Pióro x Jesionowy Wicher. Pokaż wszystkie posty

04 września 2022

Od Kaczego Pióra CD. Jesionowej Gwiazdy (Jesionowego Wichru)

     Serce rudego kocura biło jak oszalałe. Próbował panować nad oddechem, żeby chociaż na zewnątrz wyglądać na opanowanego. Trudno było zachować maskę, gdy wściekłość powoli ustępowała miejsca wahaniu. Przyszedł tutaj wygarnąć ojcowi, że ten zniszczył ich rodzinę, wdając się w romans z Zbożowym Kłosem. Tymczasem ojciec brzmiał wiarygodnie. Każde słowo Jesionowej Gwiazdy wydawało się szczere, płynące prosto z serca. Kacze Pióro wciąż nie patrzył na przywódcę, walcząc ze swoimi myślami. Wysłuchał jego przemowy, która teraz odbijała się echem w jego uszach. Przełknął nerwowo ślinę, nim podniósł wzrok. Jesionowa Gwiazda nie patrzył na niego, zwrócony tyłem. Czy widział cierpienie na jego pysku? Z tonu głosu na pewno mógł wywnioskować, że ojciec jest smutny i nieszczęśliwy. Kocur chciał odzyskać zaufanie swojej rodziny, która przez podłą plotkę odwróciła się od niego. Nawet własny syn wygarnął mu, jakim jest lisim łajnem. Teraz Kacze Pióro żałował swoich słów. Może za bardzo się pośpieszył. Powinni najpierw spokojnie porozmawiać. Przecież to mogła być plotka, faktycznie. Zbożowy Kłos była ładną kotką, ale miała swoje życie i dotąd był zdania, że ona i ojciec jedynie się przyjaźnią. Jak szybko można zmienić zdanie pod wpływem presji. Zaszurał łapą w ziemi. Czuł się winny, nawet jeśli starał się jedynie bronić Brzoskwiniową Bryzę. Widział jak cierpi, jaka jest zmartwiona i zła na Jesionową Gwiazdę. Powinni porozmawiać, z daleka od zgiełku obozowych docinek. 
    
— Wierzę ci. 
    Jesionowa Gwiazda odwrócił się. Spoglądali sobie w oczy, tak samo błękitne. Czekoladowy przysięgał na sam Klan Gwiazdy. Wyglądał jakby ledwo się trzymał pod ciężarem zmartwień. Kaczorkowi zrobiło się szkoda ojca. Odkąd został przywódcą musiał nosić na swoich barkach ogromną odpowiedzialność. Jesionowa Gwiazda był świetnym tatą, Kacze Pióro mógł liczyć na jego wsparcie i miłość. Dlatego teraz ojciec mógł liczyć na swojego syna. 
    — Oby ten żartowniś szybko poniósł konsekwencje. Mama bardzo przez niego cierpi. — westchnął. — Przepraszam, tato, następnym razem nie będę wierzył plotką. 

***

    Spojrzenie kocura zatrzymało się na kopcu ziemi. Pod nią spoczywali jego rodzice, choć jeszcze wczoraj rozmawiał z nimi w legowisku starszyzny. Odeszli polować z Klanem Gwiazdy, witając wieczny spokój i odpoczynek. To było takie... dziwne. Brzoskwiniowa Bryza i Jesionowy Wicher byli w jego życiu od samego początku. Kaczorek jako kociak często się z nimi bawił. Jako uczeń miał zapewnione ich wsparcie. Nawet gdy został medykiem byli obok, wspierając swojego syna. Kochali go, nawet jeśli pakował się w kłopoty i często doprowadzał ich do zmartwień. On również ich kochał. Byli najlepszymi rodzicami na świecie. Doskonale się uzupełniali. A teraz ich zabrakło. W Klanie Nocy zrobiło się pusto. 
    Żałoba wystawiła swoje szpony, wbijając się w jego serce najmocniej jak potrafiła. Kacze Pióro spojrzał na własne łapy. Miał wrażenie, że jeśli dłużej będzie wpatrywał się w grób rodziców, to straci oddech i do nich dołączy. Ten widok go ranił. Mógł przecież się przyzwyczaić do myśli, że pewnego dnia odejdą, ale chociaż obiecywał, że będzie silny, to strata rodziców była zbyt bolesna. Do tego nie mógł się przygotować. Byli ze sobą zbyt blisko, żeby żałoba opuściła go po pogrzebie. Wiedział, że powrót do codziennych obowiązków będzie ciężkim procesem. Ale może jeśli wpadnie w wir obowiązków, łatwiej mu będzie o nich nie myśleć? Czy tego chciał? Wspomnienia były ostatnim, co mu zostało po rodzicach i zamierzał je pielęgnować. 
    — Powinniśmy porozmawiać. 
    Kacze Pióro momentalnie wyprostował sylwetkę. Otarł łapą pojedyncze łzy, które zdążyły zmoczyć jego policzki. Zamrugał, żeby odpędzić kolejne. Malinowy Pląs usiadła obok niego, wpatrzona w mogiłę rodziców. Kątem oka dostrzegł, że ma zapłakane oczy i sklejone futro. Owinęła ogon wokół długich łap, a wiatr lekko muskał jej pyszczek. Oboje byli smutni. Przypomniał sobie wczorajszą noc - pogrzeb rodziców. Czuwali nad nimi, przytuleni do siebie. Rozpaczliwie pragnęli, żeby Klan Gwiazdy odesłał ich z powrotem. 
    — Wracam do obozu. Mam dużo pracy. Muszę posegregować zioła... i inne takie... 
    Wstał pośpiesznie. Zaczął się oddalać, gdy Malinowy Pląs wyskoczyła przed niego. Chociaż była w żałobie, to w jej oczach nadal płonął ogień. Nawet zapłakana była dumną, waleczną wojowniczką. Kacze Pióro westchnął. 
    — Proszę, daj mi odejść.
    — Ja też za nimi tęsknie. — oparła głowę o jego pierś.
    — Przepraszam... powinienem być lepszym bratem. Ale... ale śmierć rodziców...
    Kacze Pióro powinien być przy siostrze. Mogliby wspierać się, pogrążeni we wspólnej żałobie. Przytulił Malinkę, kryjąc pyszczek w jej futrze. 
    
— Myślisz, że nas obserwują? — zapytał, choć znał odpowiedź. Poczuł jak jego oczy ponownie napełniają się łzami. — Malinko? Ja chcę do mamy i taty... 
    Jego głos się załamał. Chciał przytulić rodziców, porozmawiać z nimi, przeprosić za wszystko. Malinowy Pląs płakała, wciąż przytulona do niego. On również zaczął płakać, wdzięczny za obecność siostry. 

21 czerwca 2021

Od Kaczego Pióra CD. Jesionowej Gwiazdy

 Był bardzo szczęśliwy, że został medykiem. Nadal trochę nie mógł uwierzyć, że zdobył upragnione stanowisko. Z nowym statusem wiązała się ogromna odpowiedzialność, ale na razie nie zawracał sobie tym głowy. Liczyło się, że spełnił swoje marzenie. Na tym stanowisku czuł się o wiele lepiej, niż gdyby miał być wojownikiem, jednym z wielu. Kacze Pióro - imię brzmiało szlachetnie. Mglisty Sen miała dobry gust. Kątem oka obserwował dawną mentorkę, która jak zawsze wydawała się przygaszona. 
Poczuł na sobie kogoś wzrok, a chwilę później dopłynął do niego znajomy zapach. 
- Kaczorku! Cześć mały. Gratulację. Zostałeś medykiem. Jak teraz się czujesz? - zapytał Jesionowa Gwiazda, stając naprzeciwko niego. 
Odkąd wrócił ze spotkania nie mieli okazji do rozmowy. Rudy kocur dalej czuł podekscytowanie, przechodzące przez całe ciało. Niebieskie oczy zalśniły, wyprostował z dumą sylwetkę. Oczywiście, że musiał pochwalić się tacie. To była dobra wiadomość dla nich dwóch. 
- Doskonale! Nareszcie zdobyłem upragnione stanowisko. Imię też mam ładne. Teraz mogę świętować. - stwierdził, szeroko się uśmiechając. 

***

Kacze Pióro skrzywił się. Skręcona tylna łapa nadal go bolała, ale chociaż uraz nie okazał się aż tak kłopotliwy. Kocur mógł nadal wykonywać swoje obowiązki. Teraz, gdy Mglisty Sen trafiła do starszyzny, został sam z Smutną Ciszą. A ponieważ nie lubił kotki, to nawet ze sobą nie rozmawiali. Działali osobno. Również na zbieranie ziół wybierał się samotnie, albo w drodze wyjątku zabierał ze sobą Malinkę. 
Wbił intensywny wzrok w kolec utkwiony w łapie Jesiotrowej Łuski. Kacze Pióro w ciszy sięgnął po pajęczynę i maść. Wyrwał sprawnym ruchem kolec i oczyścił niewielką rankę. Przez cały ten czas nie rozmawiali, tkwiąc w tej ciszy. Jesiotrowa Łuska spoglądał w stronę wyjścia, Kacze Pióro robił swoje. Nic więc dziwnego, że gdy brat się odezwał, kocur podniósł na niego zaskoczone spojrzenie. Szybko się jednak opanował, przybierając na pysk znudzony wyraz. 
- Nadal nie mogę uwierzyć, że ojciec to zrobił. 
Kacze Pióro przekrzywił łebek.
- Chodzi o te plotki?
- Mama znalazła w jego legowisku sierść należącą do Zbożowego Kłosu. To jasne, że ze sobą sypiają. - prychnął wojownik. Syknął cicho, gdy maść na poduszce łapy go zapiekła.
- Dlatego się do niego nie odzywasz, prawda? 
Kacze Pióro w myślach przywołał obraz Brzoskwiniowej Bryzy. Chociaż nigdy nie przyłapał jej na płaczu, był świadkiem przekleństw i złości matki. Zdrada partnera była dla niej ogromnym ciosem. Rudzielec chciał ją pocieszyć, ale nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji. Spojrzał na wyjście. Powinien rozmówić się z ojcem. 
- Nie mogę mu wybaczyć. - burknął Jesiotr. 
Kacze Pióro jedynie skinął głową. Nie miał nic więcej do dodania. Wstał na równe łapy. Na dzisiaj koniec pracy. Pacjentów raczej nie przybędzie. Ruszył do wyjścia, zwracając na siebie uwagę brata. 
- A ty dokąd?
- Do ojca. Rozmówię się z nim. 
Jesiotrowa Łuska uniósł jedną brew.
- I naprawdę myślisz, że to coś da? 
- Zawsze można spróbować. - wzruszył ramionami karzełek. 
Opuścił swoje legowisko i od razu skierował kroki w stronę legowiska przywódcy. Zatrzymał się przy "progu" i miauknął. 
- Wejść. - dosłyszał odpowiedz lidera. 
Wziął wdech. Musiał panować nad emocjami. Jednak widok przemykającej gdzieś niedaleko zastępczyni wcale nie pomógł a wręcz pogorszył sprawę. Rudzielec wszedł do środka. Czekoladowy kocur siedział na swoim posłaniu. Jego sylwetka była wyprostowana, jak przystało na przywódcę. Kacze Pióro jednak nie traktował kocura jak przywódcę. Dla niego Jesionowa Gwiazda był jedynie tatą, więc się nie obawiał konsekwencji. 
- Cześć, Kaczorku. Co się stało? 
Rudzielec cofnął się o krok, gdy lider chciał na powitanie polizać go po łebku. Jesion posłał mu zaskoczone i oczekujące zarazem spojrzenie. Kacze Pióro spojrzał na swoje łapy. Próbował jakoś zebrać swoje myśli w słowa i dać im ujście. 
- Dlaczego to zrobiłeś? 
- Nie rozumiem....
Nie wytrzymał. Nigdy nie był spokojny, ciężko mu było ukrywać emocje. Wbił pazury w podłoże. Spiorunował wzrokiem ojca. 
- Jeszcze się głupio pytasz! - syknął. - Czego ci brakowało? No czego? Władza uderzyła ci do głowy i już zapomniałeś, że masz rodzinę, która cię kocha! Potraktowałeś mamę jak śmiecia! W czym Zbożowy Kłos jest lepsza? W tym, że się puszcza z zajętym kocurem? Brzoskwiniowa Bryza pozostała ci wierna, była dla ciebie wsparciem. A ty? Zdradziłeś mamę! Nie ma żadnego usprawiedliwienia! Jesteś warty tyle co wronia strawa, ojcze! To co następne? Może zrobicie sobie ze Zbożem gówniaki? Zawiodłeś mnie! 
Oddech mu przyspieszył. Był zły, zawiedziony i.... smutny. Nie chciał być złośliwy dla taty, ale musiał go ukarać za niewierność wobec mamy.
- Co teraz zamierzasz? - odwrócił głowę, nawet nie mając zamiaru na niego spojrzeć.


<Jesionowa Gwiazdo?> 
Wyleczony: Kacze Pióro

20 kwietnia 2021

Od Kaczej Łapy CD. Jesionowej Gwiazdy

 Obudził się w cieple i wśród zapachu ziół. Czyżby tak wyglądał Klan Gwiazdy? A może go nie chcieli i wygnali do Mrocznej Puszczy? Rudzielec skulił się na posłaniu z mchu, nadal nie otwierając oczu. Gardło nieprzyjemnie go drapało, ale już nie kaszlał. Pozostał jeszcze lekki katar, nie czuł również bólu głowy. Powoli otworzył niebieskie oczy. Ze zdziwieniem dostrzegł, że znajduje się w legowisku medyka w Klanie Nocy. Zamknął je ponownie pod naciskiem światła. Musiał sobie przypomnieć, co się wydarzyło. Nie trwało to długo. Zielony kaszel, patrol, ojciec. Musieli go przynieść i wyleczyć. Odetchnął z ulgą. Wrócił do domu. 
- Kacza Łapo, lepiej się czujesz? 
Smutna Cisza spoglądała na niego z pewnej odległości. Jak zawsze jej spojrzenie wyrażało jedynie pustkę. Nie lubił tego spojrzenia, nie przepadał również za jej wiecznym smutkiem. Uznał jednak, że bycie niegrzecznym mu się nie przyda, w końcu mu pomogła.
- Tak, o wiele lepiej. - kiwnął głową. 
Skrzywił się na lekki ból w karku. Ile tak leżał?
- Ile spałem? 
- Leczyłyśmy cię trzy dni. Byłeś nieźle wykończony. - miauknęła asystentka.
Karzełek szerzej otworzył oczy. Aż trzy dni? Musiał naprawdę zepsuć swoje zdrowie. Nadal czuł się osłabiony, ale przynajmniej było lepiej. Może weźmie sobie jakieś zioła na wzmocnienie. W końcu znał to miejsce, był tutaj uczniem, praktycznie już wyszkolonym. Odprowadził Smutną Ciszę wzrokiem, gdy łaciata udała się do kąta, żeby posegregować zioła. 
- Byłeś jedną łapą po drugiej stronie. 
Kolejny głos dotarł do jego uszu. Wiedział do kogo należy. Odwrócił pyszczek do Mglistego Snu i położył uszy. Mimo wszystko mentorka bywała groźna. 
- Ale mnie wyleczyłaś.
Po co do tego wracać? Zaraz stanie na łapy i zajmie się swoimi obowiązkami. Tak jak powiedział, podniósł się z miejsca, jednak natychmiast ponownie usiadł. Mglisty Sen westchnęła.
- Jesteś jeszcze za słaby. Odpocznij. I nie myśl, że nie czeka cię wytłumaczenie. Długo cię nie było, zdajesz sobie z tego sprawę? Wszyscy myśleli, że nie żyjesz. - mruknęła kocica. Minęła go, wychodząc z legowiska. 
Kacza Łapa westchnął, ponownie się kładąc. Wszyscy? Nawet rodzice i Malinka? Może w ogóle nie powinien wracać, albo smakować przygody? Będzie pewnie musiał wytłumaczyć swoją nieobecność a wątpił, żeby spodobała się dorosłym kotom. Musiał coś wymyślić i to jak najszybciej. 
- Kaczorku! 
Brzoskwiniowa Bryza wbiegła do legowiska i od razu przytuliła swojego kociaka. Rudzielec zamruczał na obecność matki, wtulając pyszczek w jej sierść. Kotka zaczęła dynamicznie wylizywać mu uszy. Trochę nie było to przyjemne, ale mógł to znieść, stęsknił się za nią. 
Za matką do legowiska wszedł Jesionowa Gwiazda. Malinowego Pląsu na razie nie było. Ojciec liznął go po łebku, jak miał to w zwyczaju robić. Kaczorek oderwał się od matki i wtulił teraz w ojca, również go witając. Poczuł się na moment tak, jakby znowu był małym kociakiem.
- Mglisty Sen powiedziała, że się obudziłeś i czujesz lepiej.... - zaczął Jesionowa Gwiazda. 
- Gdyby go pilnowała, to by nie zachorował. - uparła się Brzoskwiniowa Bryza. Karzełek przekrzywił łebek. Chyba miała urazę do medyczki. Kocica ponownie go zaczęła wylizywać. - Gdzieś ty był? Martwiliśmy się. Szukał cię cały klan. 
Na osty i ciernie! Cały klan? Ojciec musiał naprawdę się martwić. Już nawet nie pamiętał, ile go nie było. Może z jedną porę roku? Zaszurał łapką po ziemi. Brzoskwiniowa Bryza odsunęła się, przybierając teraz bardziej stanowczy wyraz pyska. Widać, że chciała usłyszeć wyjaśnienie. Jesionowa Gwiazda z resztą też. W końcu poza byciem tatą, był również przywódcą klanu. 
- Więc? - ponaglił czekoladowy.
Przełknął ślinę. Prawda nie zawsze była odpowiednia.... nie chciał ponosić konsekwencji. A może powinien? A co jeśli ich nie będzie? Było zdecydowanie zbyt dużo pytań. 
- Ja.... nie pamiętam. - spuścił głowę, spoglądając na własne łapki. - Pamiętam Zgromadzenie, ale mam urwane wspomnienia, co się stało po nim. Ten kaszel.... źle się czułem i znalazłem drogę do domu. Wcześniej chyba nie mogłem jej znaleźć. 
Spojrzał najpierw w oczy ojca, potem na matkę. 
- Dobrze wrócić do domu. 


<Jesion?>

14 kwietnia 2021

Od Kaczej Łapy

 *przed Zgromadzeniem*

Razem z Mglistym Snem zajmował się rannymi pobratymcami. Walka zakończyła się dla Klanu Nocy zwycięstwem, a Klan Klifu odniósł porażkę. Uczeń cały czas był obecny blisko pola bitwy. Pomagał Mgiełce zajmować się tamtejszymi walczącymi, żeby szybko udzielić im pomocy. Niestety nie udało się wszystkich uratować. Czy właśnie taka była cena walki? To nawet dobrze, że sam nie musiał brać w niej bezpośredniego udziału.
Wrócili do obozu. Po tragicznej śmierci Posranej Gwiazdy, teraz Jesionowa Gwiazda przejął prowadzenie klanu. Kacza Łapa był bardzo dumny z ojca. Pewność siebie rudzielca tylko wzrosła. Teraz nikt mu nie podskoczy! Może nawet wybłaga u ojca własne legowisko? Byłoby super! Zrobi słodkie oczy i Jesionowa Gwiazda na pewno się zgodzi. Albo Malinka mu pomoże, jako córeczka tatusia.
Smutna Cisza zajmowała się rannymi w legowisku. Mglisty Sen i Kacza Łapa od razu ruszyli jej na pomoc. Im szybciej zajmą się potrzebującymi tym lepiej. Nie mogli przecież pozostać wobec nich obojętnie. 

***

Rudy kocur otrzymał swoje nowe imię, nadane mu przez Zimorodkowy Blask i Kwaśny Język. Dwójka kocurów była dziwna w swoim podejściu do świata, ale całkiem im polubił. Adoptowali go. Cóż, sądzili zapewne, że był kociakiem, ponieważ jako karzełek wzrostem się nie wyróżniał. Czy wyprowadził ich z błędu? Nie. Widział w tym szansę na świetną przygodę i się nie pomylił.
Przez te kilka księżyców zdążył się zaprzyjaźnić z ojcami. Nazywał ich "Tatą Zimorodkiem", "Tatą Kwaśnym". Był raczej dobrze traktowany. Fajnie było poczuć się jedynakiem.
Kaczorek nawet się nie zastanawiał, że w Klanie Nocy mogą się o niego martwić, że może być poszukiwany. Tak naprawdę sądził, że spędzi jeszcze jakiś czas z ojcami, a gdy się znudzi, to rzuci im jakąś wymówkę i zaczną się spotykać tylko na Zgromadzeniach. W końcu chyba rozumieli, że muszą się nim dzielić? 
Wiódł spokojne życie przez ten czas, rozpieszczany i wręcz kochany. 
Wszystko się zmieniło, gdy nagle złapał go biały kaszel. Rozpoznał choróbsko od razu. Wizja wściekłego pyszczka Mglistego Snu stała się bardziej realna. Przecież mentorka mu uszy wyrwie! Znał lekarstwo, ale sądził, że mu przejdzie, więc nie wybrał się po kocimiętkę.
W miarę upływu czasu było jednak gorzej. Nastąpiło drugie i bardziej groźne stadium - zielony kaszel. Rudzielec ciągle kaszlał, miał katar, gorączkę, był osłabiony i ciężko oddychał. Właśnie wtedy podjął decyzję, że musi wracać do domu. Miło było przeżyć czas z nową, niecodzienną rodzinką i odpocząć od klanowych obowiązków. Musiał jednak ratować swoje zdrowie. Poza tym  zaczął się zastanawiać, czy rodzice i siostra nie uznali go za martwego. 
Wymknął się w środku nocy. Ledwo stawiał kroki, ale udało mu się dotrzeć do granicy z Klanem Nocy, a później głębiej zapuścić w terytorium. Słońce zaczęło wschodzić, gdy poczuł się gorzej i musiał usiąść. Przeklęty kaszel! Jakby nie mógł go opuścić! Kocur rozejrzał się po okolicy. Zamykały mu się oczy z odwodnienia  i głodu. Wiedział jednak, że nic nie przełknie. Znowu zakręciło mu się w głowie. Padł na ziemię. Ciężko szło mu złapać oddech, ale jakoś sobie radził.
Nieoczekiwanie rozległ się odgłos kroków, odległy głos i wyczuł znajomy zapach rybojadów. Poranny patrol. To była jego szansa. Podniósł się ostrożnie, stękając i ledwo człapiąc w ich stronę. Rozpoznał członków patrolu. Pszczela Pręga, Borówkowy Liść, Kasztanowy Dół i...... Jesionowa Gwiazda! Kocur odrobinę przyspieszył, żeby jak najszybciej podejść do ojca, zanim znów padnie. Przywódca musiał go zobaczyć, albo wyczuć, bo odwrócił się w jego kierunku. 
- Tato... pomóż... zielony kaszel. - wysapał. Oparł się o ojca, ale to mu niewiele dało. Runął na ziemię, tracąc przytomność. 


<Jesionowa Gwiazdo? Kaczorek is back!> 

07 kwietnia 2021

Od Kaczej Łapy CD. Jesionowego Wichru (Jesionowej Gwiazdy)

 Przekazał swojemu ojcu wiadomość o ciąży Węgorzego Wąsa. Jesiotrowy Wicher zdecydował po wyjściu z lekkiego szoku, że trzeba pogratulować nowym rodzicom. Kaczą Łapę tylko na kilkanaście uderzeń serca uspokoiły słowa ojca. Nie umiał mimo wszystko pozbyć się zazdrości. Kocięta Jesiotrowej Łuski zgarną całą uwagę swoich dziadków. Jesionowy Wicher i Brzoskwiniowa Bryza kompletnie przestaną zwracać uwagę na Kaczorka i Malinkę! Kocur uderzył ogonem o ziemię z rozdrażnieniem. Jesiotrowa Łuska będzie się teraz przechwalał, a w roli ojca wypadnie pewnie bardzo kiepsko.
- Twoja siostra pewnie pójdzie, a ty nie pójdziesz? - rzucił jeszcze ojciec, wstając i kierując się w stronę legowiska wojowników, gdzie dostrzegł ogon córki.
Kacza Łapa westchnął. Skoro Malinowy Pląs miała iść, a Jesionowy Wicher nie dał mu się wykręcić, to chyba faktycznie powinien iść z całą rodziną pogratulować temu smrodowi. A przynajmniej w teorii, gdyż w praktyce wiadomo jak wyjdzie.
Siedział w oczekiwaniu na siostrę i tatę. Jesionowy Wicher rozmawiał z Malinowym Pląsem. Po jakimś czasie siostra opuściła legowisko wojowników i skierowała się do swojego brata. Na jej pysku widział szok, niedowierzanie i odrazę. Stanęła naprzeciwko niego.
- Nie cieszysz się, że Jesiotruś doczeka kociaczków? - miauknął przesłodzenie.
Kotka wywróciła oczami.
- Nawet mnie nie drażnij. Co ten lisi bobek sobie myślał? - prychnęła.
- On nawet do bycia wojownikiem się nie nadaje, a co dopiero na niańczenie bachorów. - stwierdził Kacza Łapa, krzywiąc się.
- Wrzucimy je do rzeki. Kochające wujostwo musi w końcu nauczyć smarkacze pływać. - miauknęła Malinowy Pląs, posyłając mu spojrzenie pełne niebezpiecznych iskierek. Kacza Łapa odpowiedział tym samym.
- No chodźcie. Trzeba znaleźć jeszcze mamę.
Na głos ojca oboje zamilkli. Kacza Łapa podniósł się ze swojego miejsca i u boku siostry ruszył do czekoladowego kocura. Zastępca poprowadził. Cała trójka rozglądała się za Brzoskwiniową Bryzą.  W końcu odnaleźli kotkę w towarzystwie Chorego Ucha. Niebieska kotka na widok kuzyna czmychnęła jednak pośpiesznie. Jesionowy Wicher otarł się o ukochaną na powitanie i zaczął wyjaśniać sytuację. Brzoskwiniowa Bryza również była w szoku, ale po krótkiej chwili uśmiechnęła.
- Na co czekamy? Trzeba im pogratulować. - stwierdziła kocica i ruszyła w stronę żłobka.
Rodzice bardzo się cieszyli perspektywą zostania dziadkami. Kaczorkowi i Malince niezbyt się jednak widziało bycie wujostwem. Szli obok siebie, ramię w ramię, kilka kroków za rodzicami. Wreszcie Malinka zdecydowała się przerwać milczenie.
- Pewnie będą brzydkie jak ich ojciec.
- I równie głupie.
Kacza Łapa zatrzymał się i chwycił dwa cienkie patyki, które włożył sobie do pyska. Miało to być coś na kształt większych zębów.
- Wies kim jesten? Dieckiem Jesiotla! Łabu Łabu! - zrobił śmieszną minę, żeby jeszcze bardziej podkreślić, jakie to wyjdą mysie móżdżki z  najmłodszego w miocie.
Najwyraźniej Brzoskwiniowa Bryza musiała ich usłyszeć. Kotka odwróciła głowę i posłała swojemu potomstwu zawiedzione spojrzenie.
- Jak wy się zachowujecie? Powinniście się cieszyć szczęściem brata! Tak chcecie powitać nowych członków rodziny?
Dwójka karzełków nic nie odpowiedziała. Kacza Łapa wszedł do kociarni zaraz za czekoladowym i kremową. W środku oczywiście była Węgorzowy Wąs. Karmicielka wtulała się w futro Jesiotrowej Łuski. Oboje wyglądali na bardzo szczęśliwych. Jesiotr na widok rodziców uniósł głowę i posłał im zaskoczone spojrzenie.
- Już wiecie?
Kacza Łapa i Malinowy Pląs usiedli kawałek dalej. Oboje mieli naburmuszone miny. 


<Jesion?> 

16 pkt

26 lutego 2021

Od Drobnej Łapy (Kaczej Łapy) CD. Jesionowego Wichru (Jesionowej Gwiazdy)

 Drobna Łapa zakrztusił się wodą. Nie spodziewał się, że ojciec wepchnie go bez uprzedzenia na płyciznę. W pierwszej chwili panikował, wpuszczony w  żywioł mogący nawet odebrać życie, było to ich pierwsze poważniejsze spotkanie. Gdy jednak się uspokoił zdołał wyczuł łapami dno. Był jednak mały, więc musiał trzymać wysoko głowę, żeby się nie podtopić. Ostatnim czego było mu potrzeba, to nałykania się wody. Kocur spojrzał na Jesionowy Wicher, który dołączył do niego w wodzie i zaczął tłumaczyć do czego służy ogon, jak macha się łapami, a kiedy uznał, że tyle wystarczy, wskazał synowi rzekę.
- Wchodzimy. Będę tuż obok ciebie, gdybyś zaczął się topić. Pamiętaj, że głowę zawszę trzymaj uniesioną do góry i nie wpadaj w panikę, jasne? 
- Jasne! - odpowiedział z zadowoleniem. 
Niepewnie poruszał łapami w rzece. Im dalej się posuwał, tym bardziej opuszczał go grunt. W końcu przestał czuć piach pod łapami. Wytrzeszczył oczy. Powinien popłynąć. Tyle księżyców czekał na ten dzień. Chciał pływać jak prawdziwy członek Klanu Nocy. Jego rodzice umieli, miał to we krwi. Spojrzał na ojca, który posłał mu zachęcające spojrzenie. Jak coś to go uratuje.... spokojnie. Wszedł głębiej, odrywając się od podłoża. Rozpoczął machanie łapami. Starał się to robić rytmicznie, poruszał ogonem, utrzymywał głowę na powierzchni. Uderzał łapami o taflę wody. W którymś momencie stracił równowagę i wpadł do wody. Jesionowy Wicher szybko go wyciągnął, a rudzielec złapał łapczywie powietrze. Klanie Gwiazdy dopomóż! 
Otrząsnął się i dość szybko powrócił do pływania, jeszcze bardziej ostrożniejszy. Pierwszą lekcję pływania mógł uznać chyba za udaną, w końcu poza jedną wpadką poszło mu dobrze. Wynurzył się po jakimś czasie z rzeki. Na brzegu otrzepał futro z kropelek. Jesionowy Wicher zrobił to samo. Drobna Łapa usiadł przy brzegu, zerkając na taflę. 
- Dzięki, tato. Teraz chociaż się nie utopię. - miauknął do kocura. - To co, łapiemy ryby na obiad? 
Gdy tylko rodzic się zgodził, rudzielec wbił wzrok w wodę. Upewnił się, że cień nie pada na taflę. Uniósł łapę i czekał na rybę. 

***
*zanim Jesion został przywódcą*

Kacza Łapa leniwie przesuwał kamyczkiem po podłożu. Rudzielec leżał na mchu. Nie miał za bardzo co robić. Czekał aż Malinowy Pląs wróci z patrolu. Musiał na razie zostać w legowisku, więc nie mógł się nawet ruszyć w poszukiwaniu ciekawszego zajęcia. Smutna Cisza gdzieś wybyła, Mglisty Sen obecnie przebywała w składziku z ziołami. Kaczorek położył się na grzbiecie. 
Na odgłos kroków zerknął w stronę wejścia. Wstał na równe łapy dostrzegając Węgorzy Wąs.  Kotka utkwiła w nim spojrzenie, lecz przeniosła je na Mglisty Sen, gdy ta podeszła do młodej wojowniczki. 
- Możesz mnie zbadać, Mglisty Śnie? Od kilku dni czuję się gorzej.
Medyczka skinęła głową i poleciła wojowniczce usiąść. Kotka wykonała polecenie, zajmując jedno z mchowych posłań. Wydawała się spokojna. Może znała diagnozę i chciała się upewnić? Kacza Łapa zmrużył ślepia, przyglądając sie partnerce brata. Dopiero, gdy Mglisty Sen go zawołała, oderwał się od obserwacji i podszedł do mentorki, by pomóc w badaniu. Wynik go.... zaskoczył. 
- Dziękuję. Muszę powiedzieć Jesiotrowi. - miauknęła Węgorzy Wąs. W jej głosie słychać było zadowolenie oraz dumę. Z pewnością się cieszyła.
Wybiegła pośpiesznie z legowiska. Kacza Łapa odprowadził ją wzrokiem, a potem spojrzał na czarno-białą kotkę. 
- Będę kiepskim wujkiem. - stwierdził, lekko się krzywiąc. - Że też ten lisi bobek nie mógł poczekać. Co on sobie myślał?
Nawet nie oczekiwał odpowiedzi. Jesiotrowa Łuska, jego głupi brat, miał zostać ojcem. Węgorzy Wąs pewnie urodzi za jakiś czas. Ich rodzina się powiększy. Jakoś jednak było to trudne do przeanalizowania przez Kaczorka. Na pewno musiał powiedzieć Malince. Może Mali coś wymyśli. Wysunął głowę z legowiska, a potem ruszył przed siebie, utkwiony w zamyśleniu. 
- Ałłć. - syknął, wpadając na coś twardego i upadając na ziemię. Rozmasował łapą bolące miejsce na łbie i spojrzał na obiekt w który wpadł. A właśnie w kogo wpadł. Jesionowy Wicher utkwił w nim spojrzenie. Kaczorek podniósł się na równe łapki. - Wybacz, tato, nie zauważyłem cię. 
Otrzepał sierść z piachu i kurzu. Ciekawe, czy Jesiotr powiadomił ojca. Wątpił, pewnie jeszcze nie wiedział. Ogon Kaczorka poruszył się z napięciem. 
- Coś się stało? - oczywiście Jesionowy Wicher musiał zauważyć jego nagłą zmianę nastroju. Polizał go po łebku jak to miał w  zwyczaju robić, czym trochę uspokoił narastającą zazdrość potomka. 
- No wiesz tato, starzejesz się. Jakoś nie umiem sobie ciebie wyobrazić w roli dziadka. - miauknął szczerze uczeń medyka. W oczach zastępcy zauważył zdziwienie. Postanowił cię wyjaśnić. - Węgorzy Wąs spodziewa się kociąt. Ojcem jest Jesiotr. Więc zostaniesz dziadkiem, a ja wujkiem. 


<Tato?>

31 stycznia 2021

Od Drobnej Łapy CD. Jesionowego Wichru

 Mógł odetchnąć z ulgą. Jesionowy Wicher nie miał nic przeciwko zmienię przez syna stanowiska. Drobna Łapa przytulił się do jego ciepłej, czekoladowej sierści i kiwnął głową na znak obietnicy. Dobrze, że nie powiedział ojcu, że nażarł się kiedyś z Malinką kocimiętki, nie wiedząc czy to właściwa roślina. O wujku Malinowej Łapie słyszał i nie chciał skończyć jak on. Był za młody na umieranie. 
- Skoro już zaczynasz swoją drogę medyka, to zbadałbyś mamę wraz ze swoją mentorką? Skarżyła się ostatnio na coś. 
- Niech do nas zajrzy, to się nią zajmiemy. Będę mógł obserwować Mglisty Sen w akcji. - miauknął rudy kocurek, unosząc wysoko ogonek z radości. - To może wybierzemy się na polowanie, tato? Tak ostatni raz.
Gdy tylko Jesionowy Wicher się zgodził, oboje wybrali się głębiej w terytorium Klanu Nocy, w poszukiwaniu zwierzyny łownej.

***

Tak jak obiecał, wraz z Mglistym Snem zajęli się Brzoskwiniową Bryzą. Mama była odwodniona. Zalecili jej napicie się wody. Dobrze, że nie było to nic poważniejszego. Kocurek by się martwił o rodzicielkę. Miał tylko jedną i musiał o nią dbać jak przystało na pierworodnego. 
Drobna Łapa właśnie obserwował kocicę. Rozmawiała z Pszczelą Pręgą. Drobna Łapa siedział przed legowiskiem medyka  i kończył spożywanie ryby. Jej świeże mięso było bardzo smaczne. Przełknął ostatni kęs i rozejrzał się za Malinowym Pląsem. Wojowniczka gdzieś zniknęła jak na złość, a akurat miał ochotę zrobić jakiś żart Posranej Gwieździe. Jak się nudził, to musiał coś odwalić, to przecież oczywiste.
Widok ojca był wybawieniem. Podniósł się na równe łapki i do niego podbiegł. Niestety niezbyt szybko, bo dalej miał krótkie łapki. Zaklnął pod nosem. Wolałby być większy. Ale co miał poradzić na swój okropny wzrost. Widząc kątem oka Borsuczy Warkot pokazał mu zęby, na co dawny mentor odpowiedział prychnięciem. Ich relacja była na złym poziomie, czego żaden z nich nie zmieni. Drobna Łapa jedynie zastanawiał się, czy mentor posunie się kiedyś do zrobienia mu krzywdy.
Wreszcie zatrzymał się przed czekoladowym. 
- Tatoooo. Nudzę się. - jęknął, siadając na ziemi. - Mali gdzieś polazła, więc nawet żartu Posrańcowi czy Ognikowi zrobić nie można. Zróbmy coś. Cokolwiek.
Poruszył wąsami na przypomnienie sobie czegoś. Od razu otworzył szerzej niebieskie ślepia i tupnął łapką.
- Tato, obietnic się dotrzymuje. Miałeś mnie nauczyć chodzić po wodzie. To chyba właściwy czas. - uśmiechnął się szeroko. - Możemy iść o razu? Prooooszę! 


<Tato?> 
Wyleczona: Brzoskwiniowa Bryza

15 stycznia 2021

Od Kaczej Łapy (Drobnej Łapy) CD. Jesionowego Wichru

 Kacza Łapa zaskoczony podniósł spojrzenie na ojca. Wiedział, że tata miał plan! Nie zostawiłby rudzielca samego  z  mentorem po tym wszystkim. Do tego teraz chciał mu pomóc wymierzyć znienawidzonemu mentorowi nauczkę. Kocurek uśmiechnął się szyderczo do czarno-białego kocura, po czym wysunął ostre pazurki. 
- Chętnie, tato. 
- Tylko spróbuj ty.... - Borsuczy Warkot nie dokończył, bo oberwał mocny w pysk łapą.
Jesionowy Wicher był bardziej wyćwiczony w walce, bez problemu rozpoczął szarpaninę. Dwa kocury wpadły w wir kłębowiska pazurów i kłów. Kacza Łapa poczuł wtedy się zupełnie jak kociak, gdy przechwalał się w żłobku, że jego tata jest wojownikiem. Może sam nie zostanie pewnie wojownikiem, ale przynajmniej miał pewność, że rodzic zawsze będzie po jego stronie. Kacza Łapa naskoczył na grzbiet Borsuczego Warkotu i mocno wbił się kiełkami w jego cielsko. Zaczął go drapać przypominając sobie każdy dzień szkolenia. Właśnie takiego sprania zada tego gbura było mu trzeba.

***

Od tamtego dnia minęło dużo czasu. Borsuczy Warkot po wszystkim znacznie poluzował trening, ale i tak było za późno. Rudemu kocurkowi nie sprawiał żadnej przyjemności. Do tego doszła sytuacja na Zgromadzeniu, gdzie znowu pokłócił się z Jesionowym Wichrem. Im był starszy, tym jego relacja z ojcem zdawała się być gorsza. Mimo swojego już nie tak młodego wieku, kocurek nie przestał pakować się w kłopoty. Wręcz do nich lgnął. Pozostał głośny i nieusłuchany. Zupełne przeciwieństwo swoich spokojnych rodziców. Temperament z pewnością odziedziczył po babci. Nic jednak nie mógł poradzić na to, że po prostu taki był. 
Po Zgromadzeniu otrzymał nowe imię. Nadeszła powódź i właśnie wtedy zdecydował się porzucić ścieżkę wojownika. Drobna Łapa został uczniem Mglistego Snu. Teraz uczył się ziół oraz sposobów leczenia. A wkrótce miało się odbyć jego pierwsze Spotkanie Medyków! Nareszcie również uwolnił się od tej całej presji i mógł poprowadzić na nowo swój los. Poranna Zorza rozpłynął się w powietrzu, w legowisku zrobiło się więcej miejsca.
Uczeń opuścił legowisko Aroniowej Gwiazdy. Porozmawiał z nim o swoim szkoleniu na nowym stanowisku. Nie mógł się już doczekać pierwszego dnia treningu! Ciekawe jaką mentorką okaże się Mglisty Sen, którą praktycznie znał od kociaka. Dzieliła ich mała różnica wieku.
Nagle kocurek przystanął.  Jego ślepia natrafiły na czekoladową sylwetkę. Nie powiedział jeszcze rodzicom, siostrze i dawnemu mentorowi. Z resztą ten ostatni mógł dowiedzieć się na samym końcu. Zależało mu jednak żeby jego bliscy dowiedzieli się od niego samego. Położył uszy na łebku. A jeśli nie zrozumieją? Może Jesionowy Wicher i Brzoskwiniowa Bryza chcieli dla swoich kociąt życia wojowników, a on nie sprostał ich oczekiwaniom? Westchnął. Miał się już odwrócić i odbiec do legowiska medyka, gdy zatrzymały go odgłosy kroków. Jesionowy Wicher właśnie szedł do legowiska Posranej Gwiazdy. Nie, nie, nie! Kocurek rzucił się biegiem i szybko zaszedł drogę wojownikowi. Karzełek wbił w niego niebieskie ślepia. 
- Tato, możemy porozmawiać? Na osobności? 
- Oczywiście. - miauknął czekoladowy i gestem ogona zaprosił go za sobą.
Drobna Łapa skierował się za ojcem. Kocur nigdy nie nazwał go nowym, zbyt kocicowym imieniem. Dla Jesiona pozostał Kaczorkiem. I było to bardzo miłe. Uczeń medyczki w swoich rozmyślaniach nawet nie zauważył, że opuścili obóz. Próbował ułożyć sobie w głowie odpowiednią formułkę, ale wszystkie wydawały się nieodpowiednie. 
- O czym chciałeś porozmawiać? 
Jesionowy Wicher wskoczył na kamień. Drobna Łapa drapał się za nim. Nie wydawał się być zły za akcję na Zgromadzeniu. To dobry początek. Karzełek usiadł obok czekoladowego. Oboje wbili niebieskie oczy w horyzont, na bliską rzekę należącą do Klanu Nocy. Jej szum mógł utulić niejednego i nadać spokojnego rytmu.
- Um.... więc.... chciałem żebyś dowiedział się ode mnie.... Bo widzisz, ja.... pamiętasz.... że....
- Synu, spokojnie, nie gryzę. 
Drobna Łapa poruszył ogonem. Wziął wdech i wydech. No już, to nie mogło być trudne. Przecież zrobił tyle rzeczy w swoim krótkim życiu, a nie mógł wypowiedzieć prostych słów? Położył uszy na łebku. Jesionowy Wicher był dla niego bardzo ważny, nawet jeśli nie zawsze mu to pokazywał i po prostu nie chciał zawieść ojca. Otoczył ogon łapki i wyprostował sylwetkę. Ale mówił mu kiedyś, że będzie go wspierał. 
- Byłem u Aroniowej Gwiazdy. 
- W jakiej sprawie? - zainteresował się czekoladowy.
- Zrezygnowałem ze szkolenia na wojownika. To nie dla mnie. Wolę uczyć się na medyka i właśnie to zrobiłem. Moją mentorką została Mglisty Sen. - miauknął, szurając jedną łapką po ziemi. Wzrok pozostawił na kocurze. Przypomniał sobie o wujku Malinowej Łapie. Chyba to u nich rodzinne. - Obiecuję, że będę się starał. 


<Tato? Weź przytul> 

24 listopada 2020

Od Kaczej Łapy CD. Jesionowego Wichru

Posłał chłodne spojrzenie swojemu mentorowi, gdy ten niechętnie skierował się do wyjścia. Miał ochotę go uderzyć. Po prostu. Z każdym dniem miał go coraz bardziej dość. Trening przestał sprawiać mu jakąkolwiek przyjemność, a częste kłótnie między dwójką kocurów, wprowadzały ciężką atmosferę podczas szkolenia. Gdyby tylko nie był tak mały pokazałby mu! Zupełnie jak tata!
Poczuł jak czekoladowy kocur siada obok niego. Jako zastępca miał obowiązek uciszyć konflikt, ale przecież nie będzie przy nim na kolejnym treningu. Mógłby poprosić o pomoc w daniu nauczki Borsuczemu Warkotowi. Nie wyksztusił jednak z siebie tego z prostego powodu: nie mógł pokazać, że sobie nie radzi. Rodzice wielokrotnie mu mówili, że ma się pilnie uczyć. Tak zwane zaciśnięcie zębów.
 Jesionowy Wicher spojrzał na niego z troską.
- Teraz powiesz mi dlaczego nie chcesz iść z nim na trening? - zapytał.
- Jeszcze nie wiesz dlaczego? 
- Wiem.. Też go nie lubię. Ale powiedz.. Dzieję się coś złego na waszych treningach? Biję cię? Ubliża? 
Położył uszy na łebku. Relacja jego i mentora należała do jednych z okropniejszych. Kacza Łapa z każdym kolejnym mijającym księżycem był coraz bardziej pewny, że się nie dogadają. Zbyt kłótliwe charaktery i zupełnie inne poglądy. Owinął ogon wokół łap, zanim wbił niebieskie ślepia w ojca. 
- Często się kłócimy. Trening walki był najtrudniejszy. Nie należy do delikatnych, a ja jestem mniejszy. Prawie mnie ten krowi zad zdeptał! - wyrzucił z pretensją. - Podczas polowania strasznie się czepia. No i dziwisz się, że nie chce z nim iść? Znowu będzie mnie wszystko boleć! Głupek! 
Między nim a tatą zapadła cisza. Ogon Kaczej Łapy poruszał się z irytacją. Wreszcie doczekał odpowiedzi od Jesionowego Wichru. 
- Pogadam z nim. 
Kaczorek zmrużył ślepka. 
- Przelejesz mu? - spytał. W jego głosie dało się wyczuć zadowolenie oraz ciekawość. Fajnie byłoby widzieć Jesiona w akcji, jak wymierza karę tej wroniej strawie! 
- Za dręczenie mojego synka? Zawsze. Ale lepiej nie w obozie. Mogę z wami pójść na trening. 
Ochoczo pokiwał łebkiem. Borsuczy Warkot dostanie za swoje! W jego głowie zrodziła się jednak myśl, że mimo wszystko będzie musiał się pokazać z dobrej strony na treningu. Nie wiedział, czy dzisiaj polowanie, czy walka, ale jeśli to pierwsze, to zademonstruje swoje zdolności! 
- Eh, będzie się puszył, że jednak idziemy na trening. - mruknął Kacza Łapa, wywracając oczami. Wstał na równe łapki i niechętnie ruszył do wyjścia. Znajdując się na zewnątrz, dojrzał czekającego na niego poirytowanego Borsuka. Syknął na mentora, gdy ten do niego podszedł. 


<Jesionowy Wichrze?> 

19 listopada 2020

Od Kaczej Łapy CD. Jesionowego Wichru

 Kacza Łapa przekrzywił łebek, widząc nadchodzącego tatę. Brzoskwiniowa Bryza dalej go tuliła, może nawet trochę za mocno jak wtedy, gdy jako kociak wtulał się  jej futro. Zastępca wrócił do rodziny czując nadal, że nerwy go nie opuściły. Wziął głęboki oddech. 
- Jeżeli Borsuczy Warkot znów coś wywinie, powiedz mi - powiedział do syna, liżąc go po łebku. - No i pamiętaj. Ucz się pilnie. 
Będę! zapewnił w myślach kocurek. 
- Może chcecie wybrać się nad rzekę? Jest ładna pogoda. Moglibyśmy popływać. - zaproponowała Brzoskwiniowa Bryza.
Kacza Łapa miał zamiar od razu się zgodzić. Pomysł mamy bardzo mu się spodobał. Zwłaszcza, że poszliby we trójkę. Jednak kocurek był zmęczony po ciężkim treningu i jedyne o czym teraz marzył, to położenie się spać. 
- Ja chyba pójdę do siebie. Padam ze zmęczenia. - miauknął rudzielec. 
Otarł się o bok najpierw mamy, potem taty na pożegnanie, zanim skierował się do legowiska uczniów. Czuł satysfakcję, że Borsuczy Warkot dostał nauczkę od Jesionowego Wichru. Może da wreszcie kocurkowi spokój. 
Wszedł do legowiska, od razu kładąc się na swoim mchowym posłaniu. wkrótce dołączyła Malinowa Łapa i mogli podzielić się wrażeniami dzisiejszego dnia. 

***

Następny dzień nadszedł szybciej, niż Kacza Łapa mógł się spodziewać. Kocur zastrzygł uszkami na dzwięk kroków. Nie dane mu będzie dłużej pospać. Uderzenie serca później poczuł mocne trącenie na swoim ramieniu. Otworzył oczy pośpiesznie, piorunując wzrokiem mentora. Na jego pysku malowało się niezadowolenie. Dojrzał również ślady po pazurach. Uśmiechnął się wrednie. 
- Na trening. Już. - syknął. 
Kacza Łapa prychnął. Co mu po kolejnym szkoleniu, na którym Borsuczy Warkot będzie wyrażał swoje niezadowolenie z ucznia i podwyższał z dnia na dzień poziom ich treningu? Jakoś mu się nie spieszyło, żeby ze zmęczenia stracić łapy. Mały buntownik zadarł do góry pyszczek. Mentor już szykowa si do wyjścia licząc, że uczeń za nim pójdzie.
- Nie. Odmawiam udziału w treningu. - mruknął Kacza Łapa, przekręcając się na drugi bok na posłaniu. 
Borsuczy Warkot zatrzymał się w pół kroku. Chociaż go nie widział był pewny, że na pysku mentora maluje się niezadowolenie. 
- Coś ty powiedział?!
Znalazł się przy nim błyskawicznie. Kaczor posłał mu znudzone spojrzenie, co jeszcze bardziej rozzłościło kocura. 
- Pójdziemy na ten cholerny trening choćbym miał zaciągnąć cię na niego siłą!
- Spróbuj tylko. Nigdzie się nie ruszam. - odburknął uczeń, mrużąc ślepia. 
Usłyszał oddające się ciężkie kroki mentora. Ha! wygrał! 
Jego satysfakcja z wygranej nie trwała zbyt długo, Borsuczy Warkot ponownie wszedł do legowiska uczniów. Kacza Łapa nie kwapił się nawet otworzyć oczu. Wyczuł znajomy zapach i uderzenie serca potem, do legowiska wszedł Jesionowy Wicher. Rudzielec dopiero wtedy usiadł, owijając starannie ogon wokół łap.
- Widzisz? Mówiłem ci, że gówniarz bezczelnie nie chce ruszyć na szkolenie! - warknął Borsuczy Warkot. 
Kacza Łapa wbił pazury w mech. 
- Odezwało się gadające sadło! 
Z gardła Borsuka wydobyło się warknięcie. Nie zamierzał nigdzie z nim iść, póki po treningu wszystko go będzie bolało. Zwrócił oczy na zastępcę. 
- Borsuczy Warkot doniósł mi, że odmawiasz pójścia na trening. Co jest, Kacza Łapo? - miauknął Jesionowy Wicher, posyłając synowi pytające spojrzenie. 
- Nie idę z nim nigdzie! - fuknął Kacza Łapa. 
- Na miejscu twojego ojca, już dawno bym cię do rzeki wrzucił. Wtedy dopiero by zabolało! - mentor spiorunował go spojrzeniem. 
Karzełek odwzajemnił groźny wyraz ślepi. Położył ostrzegawczo uszy, jeżąc sierść i napinając mięśnie. Borsuczy Warkot przekraczał cienkie granice. Syknął, bijąc ogonem po bokach. To samo zrobił starszy kocur. Atmosfera stała się gęsta. Gdyby nie obecność zastępcy, zapewne oboje skoczyliby sobie do gardeł.


<Jesionowy Wichrze? powodzenia> 

19 października 2020

Od Kaczej Łapy CD. Jesionowego Wichru

 Obserwował jak zmienia się niebo. Ciemność nocy ustąpiła pomału rodzącej się pomarańczy. Żółte odcienie stawały się coraz najbardziej wyraźniejsze, w miarę jak słońce coraz wyżej wschodziło po niebo. Kacza Łapa z zachwytem obserwował to zjawisko. 
- Podoba ci się? - usłyszał głos Jesionowego Wichru.
Rudzielec pokiwał głową. 
- Tak, to niesamowite! 
Im był starszy, tym odkrywał więcej świata. Nie zniknęła jego ciekawość, a wręcz przeciwnie, stawała się coraz silniejsza, zachęcając do wpychania nosa wszędzie. Kocurek wbijał pazurki w gałąź, utrzymując na niej równowagę. Gdyby spadł mógłby się połamać. Lubił jednak siedzieć ponad ziemią, czuł się wówczas jak prawdziwy władca świata. Kto wie, czy kiedyś się takim nie stanie. Najlepszym z najlepszych. Jak tata. 
- Tatooo. - ich niebieskie ślepia się spotkały. - A czy w nocy możemy pooglądać gwiazdy? 
Polubił obserwowanie jasnych punkcików. Gwiazd. Gdzieś tam byli jego dziadkowie, wujkowie, ciocie. Ciekawiło go jacy byli, co lubili, jak wyglądali. Otworzył pyszczek, chcąc zapytać o to wszystko tatę, lecz natychmiast go zamknął. Nie teraz, lepiej porozmawiać o tym pod gwiazdami. 
- Tak. - miauknął z uśmiechem.
Polizał karzełka w czubek głowy. Kaczorek zamruczał zadowolony, a jego ślepka błysnęły.

***

Odliczał z niecierpliwością czas do nocy. Chciał już wyjść z tatą obejrzeć gwiazdy! Spojrzał na błękitne niebo, z słońcem rażącym w oczy. Znajdowało się na samym środku, zapewniając miłe ciepło. Tęsknił trochę za śniegiem, który sprawiał, że świat wydawał się przykryty białą kołderką, pogrążony w sennej jawie, podczas której mogli się bawić w najlepsze, szalone zabawy.
- Skup się, Kacza Łapo! 
Drgnął zaskoczony, słysząc przy swoim uszu warknięcie. Wypuścił ze świstem powietrze. To tylko jego głupi mentor. O ile na początku sądził, że Borsuczy Warkot go czegoś nauczy i że się dogadają, bo nie oceniał po byciu dziwnym, teraz nie lubił kocura. Był głupi, wredny i zbyt uparty. Patrząc na ich charaktery pewnym było, że nie złapią porozumienia. Musieli się jednak znosić przez te księżyce codziennych treningów. 
- No już, chwila. - burknął. 
Przypadł do pozycji łowieckiej. Nie miał jeszcze zbyt wyćwiczonych ruchów, więc mentor szybko syknięciem go poprawił. Kacza Łapa zaklnął pod nosem. Otworzył pyszczek, prędko wyczuwając znajomą woń myszy. Podkradł się ostrożnie, starając się zachować w miarę jakąś cierpliwość. Przeniósł ciężar ciała na tylne łapy i wyskoczył. Mysz zabił jednym uderzeniem, zanim ta zdążyła pisnąć. 
- I co, stary dziadzie? - fuknął Kacza Łapa, pusząc swoje rude futerko i chwaląc się złapaną zdobyczą. 
- Nazwij mnie tak jeszcze raz, a ci uszy oberwę! - syknął kocur, jeżąc sierść, na co Kacza Łapa wywrócił oczami. - Zakop to i złap coś jeszcze.
Syn Brzoskwiniowej Bryzy trzepnął ogonem. Zakopał swoją mysz, zabierając się następnie do ponownego tropienia. Otaczało go tak dużo woni, że nie stanowiło to większego problemu.

Wrócił do obozu obładowany zwierzyną. Borsuczy Warkot go nie oszczędzał. Kazał mu szukać zwierzyny tak długo, żeby upolować chociaż trzy piszczki. Kacza Łapa uznał w połowie tropienia, że musiały mu kleszcze zasnuć mózg. Do tego prawie go zgniótł! 
Rudzielec wchodząc do obozu, schował wreszcie pazury i mógł odetchnąć. Bieganie po krzakach sprawiło, że tym bardziej go wszystko bolało. Pożegnał się z Borsuczym Warkotem, który kazał mu odnieść upolowane dwie myszy i wiewiórkę na stertę zdobyczy. Uczeń zrobił to w miarę szybko, zamierzając następnie udać się do legowiska uczniów. Zauważył jednak rodziców. Jesionowy Wicher i  Brzoskwiniowa Bryza siedzieli obok siebie przy legowisko wojowników. Pokuśtykał w ich kierunku, biorąc wcześniej jedną z myszy, żeby się pochwalić. Padł przed nimi na pysk, rozciągnięty jak długi.
- Nie lubię go... - syknął. - Borsuczy Warkot jest głupi! Ciągle wypomina, że jak się nie będę starał, to skończę jak ciocia Lodowy Szpon! Wszystko mnie boli! Tato, mamo, czemu on jest takim starym bobkiem? Wolę wrócić do żłobka. Miało być fajnie! - wyrzucił z siebie wiązankę żali.
Rodzice mu pomogą, prawda? Zawsze to robili. Westchnął, podsuwając bliżej nich mysz. 
- Ale chociaż złapałem moją pierwszą zdobycz. - miauknął, oczekując chociaż jednej pochwały tego ciężkiego dnia. 


<Jesionowy Wichrze?> 

12 października 2020

Od Kaczej Łapy CD. Jesionowego Wichru

 Rozpoczął się kolejny etap w jego krótkim życiu. Z kociaka stał się uczniem. Nie był oczywiście z tego faktu zadowolony, ale czasu nie cofnie. Postanowił ze wszystkich sił się starać, żeby zostać najlepszym wojownikiem w całym Klanie Nocy. Tata będzie wtedy bardzo dumny! Postanowił nie zawieść swoich bliskich. 
Pierwszy dzień treningu upłynął spokojnie. Borsuczy Warkot zabrał go na oprowadzanie po terytorium. Kacza Łapa widział już świat poza obozem, wtedy go bardzo zaskoczył i zachwycił. Z mentorem zapuścił się jednak w odległe okolice, których wcześniej na oczy nie widział. Tereny Klanu Nocy były ogromne! Oczarowany kocurek dreptał wytrwale obok wojownika. Miał jednak krótkie łapki, przez co Borsuczy Warkot musiał się co jakiś czas zatrzymywać. Starał się zapamiętać jak najwięcej z krajobrazu, wychwycić najmniejszy zapach. Ciekawość Kaczej Łapy wzrosła. 

Oprowadzenie po terenie było na razie ostatnim tradycyjnym etapem w szkoleniu, które mogli zrobić. Przez karę, którą dostał z Malinową Łapą, przez księżyc nie mogli opuszczać obozowiska. Nawet nie był pewien, czy się nie przedłuży. Głupi Posrana Gwiazda myślał za każdym razem, gdy przychodziło mu wymieniać mech. Ochyda. Plan stał się rutyną. Ciągle to samo legowisko, ta sama czynność, co go już strasznie nudziło. Starał się ukrywać to pod wiecznie skwaszoną miną.
Razu pewnego postanowił to jednak wyjaśnić z mentorem. Zostawił mech, który właśnie wymienił, opuszczając legowisko starszych i truchtając w stronę Borsuczego Warkotu, którego akurat wypatrzył. Kacza Łapa spojrzał pewnym wzrokiem na wojownika.
- Czego? - mruknął Borsuczy Warkot. 
Kacza Łapa wywrócił oczami.
- Nauczysz mnie polować? Albo walczyć? Nudzę się. 
- Sprzątaj mech. Było nie rozrabiać. - popchnął go łapą. Był silny, przez co karzełek aż się zachwiał. Spiorunował natychmiast nauczyciela. 
- Zmienianie mchu niczego mnie nie nauczy! - syknął buntowniczo. 
- Nie mój problem. 
- Twój!
Borsuczy Warkot zmierzył go zimnym spojrzeniem. W tamtej chwili Kacza Łapa pomyślał, że nie łatwo przyjdzie im się dogadać. Rozpoczęła się między nimi mała awantura, podczas której wymieniali swoje racje, oczywiście krzykiem. To zwróciło uwagę kilku kotów w obozie, w tym Jesionowego Wichru, który podszedł do nich. 
- O co chodzi? 
Kacza Łapa otworzył pyszczek, chcąc wyżalić się ojcu, kiedy ten został zatkany przez ogon mentora. Borsuczy Warkot rzucił mu krótkie spojrzenie, pod którym kocurek mimowolnie drgnął. Coś w jego ślepiach mówiło, że nie będzie łatwo i że raczej nie zostaną przyjaciółmi. Czy ze wszystkich kotów w obozie, musiał mu się trafić akurat taki buc? Żytnie Pole byłaby o wiele wiele lepsza!
- To sprawa między nami. Nie wtrącaj się. A ty wracaj do pracy, Kacza Łapo. Albo inaczej sobie porozmawiamy. - mruknął wojownik.
Kacza Łapa zawahał się. Rzucił spojrzenie na zastępcę, zanim westchnął. Obiecał nie sprawiać kłopotów. Tylko w jego naturze chaosu i buntu, było to okropnie trudne. Odszedł w kierunku kociarni, chcąc zająć się mchem. Musiał jednak w głębi siebie przyznać, że było to po prostu miejsce, gdzie bardzo lubił przebywać.

***

Nadeszła długo oczekiwana przez większość Pora Nowych Liści. Kaczorek przyzwyczajony do mrozów i chłodów, był więc zdziwiony ciepłem, jakie dawało słońce. Wiatr przyjemnie muskał jego pyszczek, gdy przesiadywał przed legowiskiem uczniów. Obserwował zieloną trawę i zdobiące drzewa pąki. Przekrzywił łebek. Całkiem ciekawy widok. Jego pierwsza Pora Nowych Liści.
Kaczorek obmyślił dzisiaj specjalny plan. Specjalnie wykonał swoje obowiązki wcześniej, by mieć wolne popołudnie. Brzoskwiniowa Bryza zdradziła mu, że po śmierci jakiegoś Szakłakowego Cienia, Jesionowy Wicher jest bardzo smutny. Kaczorek to również dostrzegł i bardzo chciał pocieszyć tatę. Gdy rudzielcowi było przykro, zawsze humor poprawiała mu zabawa. Był to genialny pomysł, by na taką wyciągnąć tatę! 
Poczekał aż Jesionowy Wicher rozdzieli ostatnie patrole. Przyczaił się w trawie. Czuł przyjemne ciepło ocierające się o jego krótką sierść. Powoli, łapa za łapą, sunął w kierunku czekoladowego kocura. W pewnej chwili, Kaczorek wyskoczył z kryjówki.
- Maaaaaam cię!
Wskoczył prosto na ogon Jesionowego Wichru. Wojownik drgnął, instynktownie sycząc, jednak dostrzegając pierworodnego, momentalnie znowu stał się spokojny. Rudzielec przycisnął łapkami ogon kocura do ziemi.
- Poddaj się klifiaku! - wgryzł kiełki w ogon taty. - Błagaj o litość! Aaaale się rusza! A masz! 
Uderzył ogon zastępcy łapką. Zrobił skok w bok, prędko podbiegając pod łapy Jesionowego Wichru i wbijając w niego oczekujące spojrzenie. 
- Tato. Dzisiaj spędzimy razem resztę dnia. I nie przyjmuje wymówek! Jest ci smutno, a wtedy mi też jest smutno. Więc będziemy się bawić! - oznajmił Kaczorek, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na całym świecie. Zamyślił się od czego mogą zacząć. Chowanego? Wojna? A może... - Berek! 
Trącił bok Jesiona swoją łapką. Szybko rzucił się z piskiem przez obóz. Miał krótkie łapki, więc musiał wykorzystać efekt pierwszeństwa. Wyciągał je przed siebie. Bez śnieżnych zasp, faktycznie było inaczej.


<Tatooo?> 

04 października 2020

Od Kaczorka (Kaczej Łapy) CD. Jesionowego Wichru

Zgromadzenie było cudowne! Te wszystkie nowe wonie, zamieszanie, dreszczyk ekscytacji! Kocurek nie dziwił się, czemu dorośli tak je lubili. Jemu i Malince udało się nawet zademonstrować swoją cudowność, przed jakimiś klifiakami. Nawet dostali pokłony!
Zabawa skończyła się, gdy zostali nakryci przez tatę. Kaczorek był taki dumny, widząc go na skale obok przywódców i zastępców. Jego tata, wielki zastępca Klanu Nocy! Jesionowy Wicher nie był jednak zadowolony, że się wybrali na Zgromadzenie, chociaż bardziej przeszkadzał mu fakt bycia niemiłym dla głupiego Jesiotra i kuzynostwa. Tak właśnie po ucieczce, zostali złapani, a następnie przyprowadzeni do obozu, gdzie odbyła się pierwszy raz dość poważna rozmowa między ich trójką. Kaczorek nie był zły na tatę, że ten na nich podniósł głos. W końcu był jego ukochanym tatą i nie powiedział o niczym Brzoskwiniowej Bryzie, przez co kociaki uniknęły większej afery. Przynajmniej udało się zobaczyć Zgromadzenie i nasrać na legowisko Aroniowej Gwiazdy.
Obecnie bawił się z Malinką, pod czujnym okiem Brzoskwiniowej Bryzy. Korzystali z radosnych czasów bycia kociakami. Gdy ten beztroski czas przeminie, skończy się pewien etap ich życia i brak odpowiedzialności za swoje czyny.
— Kaczorku? — zauważył jak ruda kulka, przeturlała się pod jego łapy.
Rudzielec zaprzestał zabawy. Zauważył Jesionowy Wicher, więc otrzepał sierść i podszedł do taty, z wysoko uniesionym ogonkiem. Miauknął na powitanie.
- Chciałem cię przeprosić - miauknął do kociaka. - Wasze mianowanie na uczniów odbędzie się już jutro. Mam nadzieję, że polubisz się ze swoim mentorem i będziesz się pilnie uczył. Kiedy zostaniesz uczniem, będziesz odpowiadał przed swoim mentorem, mną i liderem. Możesz więc uznać to za koniec kar, nadawanych ci przez mamę.
Otworzył szerzej ślepka z zaskoczenia.
— Ale.. ale jutro? To za szybko! Chce się jeszcze bawić! A.. a nie uczyć. I.. i to trochę dziwne, że mamy nie będzie, bo zawsze była i.. i nie chce. — miauknął. Malinka zajęła się jakąś szyszką, więc miał trochę więcej czasu. Spojrzał w ślepia taty. — Dalej jestem mały.
Kopnął kamyczek.
— Tak jesteś malutki, ale kończysz szósty księżyc. Czas na twoje mianowanie. Niestety nie możesz być wiecznie kocięciem. No i bycie uczniem nie jest wcale takie złe. Poznasz dużo fajnych rzeczy. Na dodatek możesz mamę odwiedzać, jak poprosisz może iść z wami na patrol, więc będzie obok.
— A z tobą też będę mógł? — spytał kocurek.
Jesionowy Wicher lekko się uśmiechnął.
— Oczywiście, synku.
Karzełek zamachał radośnie ogonkiem.
— Zobaczysz, że będę super wojownikiem! — miauknął.
Nie cieszył się i to bardzo. Chciałby mieć jeszcze kilka księżyców na bycie kociakiem. Westchnął. Zbyt szybko to zleciało. A pamiętał jeszcze jak był fasolką, tulącą się do futra mamy. Te patrole, polowania, treningi... w ogóle go tak nie cieszyły, ale co miał poradzić? Do tego jako syn zastępcy, będzie się musiał potrójnie starać.
Stanął na tylnych łapkach, przednimi opierając się o klatkę piersiową taty.
— I obiecuje, że nie będę aż tak psocił. Tylko nie bądź już smutny, proszę. — dotknął noskiem szyi kocura, bo był za mały by sięgnąć wyżej. Takie uroki bycia karzełkiem. Poczuł jak Jesionowy Wicher liże go po łebku, więc zamruczał szczęśliwy. Odsunął się i uśmiechnął szeroko. — Ale teraz musisz się ze mną pobawić, tato! W wojnę, grrr!
Skoczył na ogon kocura, jakby ten był jakiś wrogiem. Wbił w niego pazurki, następnie odbijając się i skacząc na grzbiet Jesionowego Wichru.
— Poddaj się klifiaku! Nie masz szans ze mną, Kaczorkową Gwiazdą! — pisnął rozbawiony, rozpoczynając gryzienie ucha taty. Usłyszał śmiech czekoladowego.
— O nie, to koniec. Wygrałeś, Kaczorkowa Gwiazdo, poddaje się!
Kaczorek poruszył zadowolony wąsikami, zanim ześlizgnął się z boku zastępcy. Chwycił jakąś szyszkę i rzucił w jego stronę, machając ogonkiem zachęcająco, żeby tata ją odrzucił. Teraz pora na zabawę w kopnij szyszkę! Na pewno do nocy nie wypuści ze żłobka taty. Będą się bawić i koniec!

***

No i nadszedł ten dzień. Brzoskwiniowa Bryza staranie umyła swoje potomstwo, przez co ich sierść lśniła z czystości. Kocica mruczała dumna i co jakiś czas powtarzała, że bardzo ich kocha i że sobie poradzą. Kaczorek skulił się pod wpływem tej całej odpowiedzialności. Nie chciał być uczniem. Aż do momentu, w którym Aroniowa Gwiazda wezwał do siebie klan, bawił się w żłobku.
Wraz z nadejściem szczytowania słońca, cała czwórka wesołej rodzinki opuściła kociarnię. Brzoskwiniowa Bryza na czele, prowadząc za sobą trójkę kociaków. W dokładnej kolejności: Jesiotr, Malinka i Kaczorek. Kociaki usiadły obok niej, jednak szybko zostały popchnięte lekko nosem do przodu. Mama została w tłumie pobratymców, czekających na mianowanie trójki szkrabów. 
— Kaczorku, Malinko, Jesiotrze, wystąpcie. Ukończyliście sześć księżyców i nadszedł czas, abyście zostali uczniami. — zaczął Aroniowa Gwiazda. Zwrócił się najpierw do najmłodszego z nich. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz się nazywać Jesiotrowa Łapa. Twoim mentorem będzie Biegnący Potok. Liczę, że przekaże ci całą swoją wiedzę.
Kaczorek wsłuchał się w słowa przywódcy. Nie znał Biegnącego Potoku, ale już sam sposób, w jaki ze spokojem podeszła do jego brata sugerował, że będzie dobrą mentorką. Zetknęli się nosami i przyszła kolej na Malinkę. Rudzielec obserwował z dumą, jak jego siostra zostaje Malinową Łapą, a jej mentorem staje się Królicze Serce. Już nie mógł się doczekać, aż wspólnie będą chodzić na trening! Bo to oczywiste, że nawet po rozdzieleniu ze żłobkiem, dalej będą się ze sobą trzymać!
Nadszedł czas na niego. Powstrzymał się przed ucieczką, występując do przodu i pewnie spoglądając na Aroniową Gwiazdę. 
— Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz się nazywać Kacza Łapa. Twoim mentorem będzie Borsuczy Warkot. Mam nadzieję, że przekaże ci całą swoją wiedzę. 
Kacza Łapa. Brzmiało tak inaczej. Kocurek wystąpił do przodu, stykając się nosem ze swoim mentorem. Miał własnego, wow! Liczył, że okaże się super. Odeszli na bok.
- Kacza Łapa! Malinowa Łapa! Jesiotrowa Łapa!
Wsłuchał się w krzyki klanu. Wykrzykiwali imiona nowych uczniów. Dumnie wypiął pierś, mimo wszystko odrobinę się ciesząc, że jest w centrum uwagi.
— Jutro o wschodzie słońca zaczynamy. Nie spóźnij się. — burknął Borsuczy Warkot. 
Kacza Łapa zastrzygł uszami. Coś w jego tonie głosu się mu bardzo nie spodobało. Obiecał tacie, że będzie grzeczny, więc ugryzł się w język. Wstał z miejsca i skoczył na Malinową Łapę. Potarzali się trochę po ziemi.
— Musimy koniecznie iść na trening razem, siostra! — zamruczał.
Następnie uczeń Klanu Nocy podbiegł do Brzoskwiniowej Bryzy i otarł się o jej futro w podziękowaniu za karminie, kochanie i opiekę nad nimi.
— Gratuluję, mój mały wojowniku. — zamruczała, liżąc go za uchem.
Uśmiechnął się do mamy. Szkoda, że nie urósł przez ten czas. Musiał jeszcze z jednym członkiem rodziny się zobaczyć, zanim pobiegnie do legowiska uczniów, zajmując dla siebie miejsce. Rozejrzał się, aż jego niebieskie ślepka zatrzymały się na tacie. Jesionowy Wicher siedział bliżej miejsca przemówień. Kacza Łapa podbiegł do zastępcy, z uniesionym ogonkiem i błyskiem w oczach.
— Tato, zostałem uczniem, widziałeś? — podskoczył. — Tylko mój mentor jakiś taki dziwny... ale obiecuje, że będę pracował baaardzo ciężko! 
Zawahał się na uderzenie serca. Powoli podszedł o krok bliżej, a potem wtulił w sierść Jesionowego Wichru, przytulając się do taty i cicho mrucząc.
— Kocham cię, tato. 


<Jesionowy Wichrze? c:> 

30 września 2020

Od Kaczorka CD. Jesionowego Wichru

Zapach ziół drażnił jego nosek, chociaż jakby się bardziej skupić, był dość przyjemny. Ciekawe wonie przyciągnęły malca, mieszając się ze sobą. Kaczorek położył się wygodnie na mchu, zwijając w ciasny kłębek. Trafił do legowiska medyków, chociaż chciał tego uniknąć. Zioła, które dał mu Poranna Zorza, trochę pomogły karzełkowi. Kaszel dalej go dręczył, ale był mniejszy, katar również zdawał się przeminąć. Dalej bolał go jednak brzuszek, chociaż mniej. Może powinien na przyszłość od razu powiedzieć rodzicom, jeśli się źle czuje? Uniknąłby kilkunastu uderzeń serca w złym stanie zdrowia. Tylko, że naprawdę nie chciał ich martwić.
- Nie martw się. Zostanę z tobą, aż ci się nie polepszy. - odezwał się do kocurka, układając obok na mchu.
Kaczorek spojrzał na tatę. Zostanie z nim? Naprawdę? A już się martwił, że będzie musiał sam tutaj siedzieć, bez swoich zabawek, obecności Malinki i ciepła płynącego od futra Brzoskwiniowej Bryzy. Kocurek ziewnął szeroko, odsłaniając różowy języczek, znowu czując się zmęczony.
- Opowiesz mi bajkę? - spytał rudy kocurek.
- Jasne. - uśmiechnął się Jesionowy Wicher, otulając ogonem synka.
Kaczorek wtulił się w jego sierść, uważnie słuchając opowieści. Z każdym kolejnym słowem, jego ślepka coraz bardziej szukały okazji do zamknięcia się, aż malucha porwał zdrowy sen.

***

Gdy się obudził, Jesionowy Wicher wciąż był przy nim. Akurat kończył rozmawiać z Poranną Zorzą. Kaczorek ziewnął szeroko. Poczuł się o wiele lepiej. Wróciła mu energia. Usiadł, czekając aż kocury skończą rozmowę. Przez ten czas rozejrzał się po wnętrzu leża. Wyglądało inaczej niż je zapamiętał, gdy podkradał się tutaj z siostrzyczką u boku, siejąc chaos i połykając zioła. Było bardzo ciekawie i chętnie dowiedziałby się więcej.
Tata go dostrzegł, więc zawrócił, siadając przed synkiem i uśmiechając się do niego troskliwie. Widział to zmartwienie w jego oczach, takiej samej barwy jak Kaczorka.
- Jak się czujesz?
Maluch uśmiechnął się pokrzepiająco. 
- Już lepiej. - miauknął. Położył uszka na łebku. - Przepraszam, tato. Nie chciałem martwić ciebie i mamy. Poradziłbym sobie sam, naprawdę. Nie dawajcie mi kary. - poprosił. 
Chciał się jeszcze nacieszyć śniegiem, a siedząc w żłobku, nie mógł tego uczynić w kaczorkowym stylu.


<Tato?> 

28 września 2020

Od Kaczorka CD. Jesionowego Wichru

Kocurek machnął wesoło ogonkiem.  Zdążył bardzo polubić zabawy na śniegu. Wpadanie w wielkie zaspy, rzucanie się śnieżkami, czy ślizganie na zamarzniętej kałuży, bardzo mu się podobały. Malince również! Dwójka potworków wymykała się ze żłobka, bawiąc w najlepsze w śnieżnym puchu, mimo iż Brzoskwiniowa Bryza była zmartwiona, że się rozchorują.
Kaczorek spojrzał na siostrzyczkę. Jej oczka lśniły radością. Jesionowy Wicher zgodził się z nimi pobawić w śniegu. Uśmiechnął się do siostry łobuzersko. Jeśli pokażą tacie, że śnieg jest super, temu nie będzie już więcej zimno i nie będzie obawiał się śnieżnych szaleństw! Tak, to był genialny plan!  Malinka zmrużyła ślepka, kiwając po chwili głową. Rozumieli się bez słów. Biedny Jesionowy Wicher nie wiedział, że stał się celem karzełków. 
- TAAAAK! - wrzasnęli w tym samym czasie, powodów pewnie pieczenie w uszach ojca.
Kociaki wybiegły przez wyjście ze żłobka. Kiedy tylko łapki Kaczorka dotknęły śniegu, kocurek pisnął ze szczęścia, chociaż od razu oblało go zimno. Chłód nieprzyjemnie połaskotał jego pyszczek. Gdzieś w oddali błysnęły zamrożone  kropelki. Obóz był praktycznie pusty, przez co maluchy miały więcej placu zabaw dla siebie. Było tyle śniegu, że mogli szaleć! A to było to, co duet chaosu uwielbiał!
Kaczorek wdrapał się na grzbiet Jesionowego Wichru, gdy tylko również tata wynurzył się z kociarni. Ku uldze malucha, Jesiotr nie wybrał się z nimi, przez co nie popsuje spędzania wspólnie czasu. Rudzielec utrzymał równowagę na samej górze, łapki kładąc na głowie czekoladowego, by spojrzeć w dal na zamarzniętą rzekę. Może mogliby się na niej poślizgać? Albo złamać lód i wreszcie nauczyć się po niej chodzić? Kocurek otworzył pyszczek, gotowy o to zapytać, ale wtedy z piskiem zleciał z grzbietu wojownika. Śnieżka uderzyła w niego zbyt mocno. Lekko otępiały leżał na ziemi, mrugając ze zdziwieniem. Jesionowy Wicher nachylił się na nim. 
- Wszystko w porządku, Kaczorku?
Rudzielec pokiwał powoli głową. Podniósł się do siadu i gniewnym wzrokiem przesunął po polanie, w poszukiwaniu tego, kto go śnieżką uderzył. Zauważył Malinkę, uśmiechającą się do niego złośliwie. Koteczka rzuciła w niego kolejną śnieżką. 
- TAK CHCESZ SIĘ BAWIĆ? - wrzasnął rozbawiony, poruszając wąsikami. 
Rzucił śnieżką w siostrzyczkę, ale ta zrobiła zwinny unik. Wystawił jej język, ponawiając swój atak. Malinka wbiegła bardziej w śnieg. Kaczorek musiał ukryć się za łapami taty, by nie oberwać kolejną ścieżką. Jesionowy Wicher stał się więc żywą tarczą. Oberwał od córki śnieżką, która miała być dla brata.
- AAAA!!
Kaczorek z bojowym okrzykiem, rzucił się na siostrę. Oboje poturlali się do śniegu, ginąć w zaspie. Rudzielec uniósł łebek, wychodząc na powietrzne. Malinka zrobiła to samo.
- Aaaa, bój się! Jestem piranią! - warknął rozbawiony kocurek.
Malinka przybrała wojowniczą pozę, na ile pozwalał jej śnieg. Wskoczyła na "piranię", gryząc ucho braciszka mocno. Musiał przyznać, że siostra ząbki ostre miała.
- Ała, Mali, nie za mocno! - miauknął Kaczorek, uśmiechając się radośnie.
- Cicho, piranio! - łapką zakryła jego pyszczek, nie zaprzestając gryzienia.
Karzełki siedziały w zaspie, bawiąc się w najlepsze śniegiem. Wreszcie wyskoczyli z nowym pomysłem. Zaczęli toczyć śnieżne tule, chcąc zrobić z nich zimowego przyjaciela. Oczywiście musieli poprosić tatę o pomoc, bo był od nich silniejszy i dla niego tarzanie kulki śniegu, nie było trudne.
- ULEPIMY DZIŚ BAŁWANAAA!! - wrzasnęli.
Kaczorek znalazł patyki, które wbił w grubszą kulę śniegu, natomiast Malinka zrobiła oczka z kamyczków. Dodali jeszcze jakąś trawę na czuprynę, a Jesionowy Wicher znalazł całkiem ładną szyszkę, mającą służyć za ogonek.
Syn Brzoskwiniowej Bryzy przekrzywił łebek, przyglądając się skończonej pracy.
- Idealny! - ogłosił.
- Burzymy! - zdecydowała Malinka.
Jak na zawołanie rzucili się na bałwana, niszcząc swoją ciężką pracę przez małe łapki, które wręcz prosiły o chaos. Jesionowy Wicher pokręcił łbem z rezygnacją. Jego dzieci zdecydowanie należały do energicznych kociaków.
 - Mali, mam pomysł! - szepnął kocurek do uszka siostrzyczki, tak by tatuś ich nie usłyszał. - Wepchniemy tatę w zaspę, żeby już się nie bał śniegu!
- Genialny pomysł, Kaczorek! Tylko musimy to zrobić szybkoooo. - zdecydowała szeptem koteczka.
- Co tam szepczecie? - Jesion zwrócił uwagę na pociechy.
Kaczorek wymienił szybkie spojrzenie z Malinką, zanim zwrócił niebieskie ślepia na ojca.
- Jak bardzo cię koooochamy!
- Tak bardzo bardzo!
Liczyli, że to odwróci uwagę taty. W końcu to był chyba pierwszy raz, gdy słyszał takie słowa od swoich dzieci. Malinka nie lubiła rozmawiać o uczuciach, natomiast Kaczorkowi jakoś specjalna okazja się nie trafiła. Widząc uśmiech na pysku czekoladowego wojownika, zastanowił się, czy słowo "kocham cię", jest w stanie wywołać tak wiele wzruszających emocji? a sam przytulas?
- Ja was też, maluchy
Kaczorek machnął ogonkiem. Coś w tych uczuciach musiało być szczególnego, bo zrobiło mu się cieplej na sercu, mimo iż wiele razy to już słyszał. Potrząsnął łebkiem, wracając "na ziemię". Mieli misję! Musieli ją zrobić! Rudzielec i szylkretka spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
- Na trzy! - miauknął kocurek.
- Jeden!
- Dwa!
- TRZY! - wrzasnęli i rzucili się na tatusia, a siła ich rozpędu była tak duża, że zdezorientowany kocur na chwilę stracił równowagę w łapach i runął prosto w śnieżną zaspę.
- Zwycięstwo!! - miauknął głośno Kaczorek. O tak, Pora Nagich Drzew była wspaniała!

***

Kaczorka obudził ból gardła. Kocurek zamrugał kilka razy zdziwiony, całkowicie wybudzając się ze snu. Był już starszym kociakiem i wiele rozumiał o świecie. Pierwszy raz jednak tak źle się poczuł. Maluch miał zamiar zignorować kaszel, który sam opuszczał jego pyszczek, ale jakoś czuł się zbyt słaby, by podnieść się na równe łapki. Kichnął raz i drugi, pociągając noskiem i wycierając go następnie łapką. Katar? Kaszel? Karzełek zamknął zmęczone ślepka. Zaraz mu przejdzie. Chciał już wyruszyć na poszukiwanie przygód z Malinką. Dzisiaj znowu poszaleją w zaspach. Kompletnie nie rozumiał czemu mama się martwi, że się rozchorują. Przecież zima była takim cudownym placem zabaw dla kociaków! Trzeba było korzystać!

Kaczorek ponownie otworzył ślepka. Była pora szczytowania słońca. Maluch stęknął, przenosząc się do siadu. Dziwne osłabienie wyssało go z energii. Kichnął. Psik. 
- KACZOREK! - Malinka w kilku susach znalazła się przy bracie i zaczęła nim potrząsać. - CHODZMY SIĘ POBAWIĆ!
Rudzielec słabo się uśmiechnął. 
- Zaraz dojdę. - miauknął.
Nie miał jednak zbytnio ochoty na zabawę. Aż dziwne w jego przypadku. Malinka wzruszyła ramionami, wracając do zabawy, jaką było rzucanie szyszkami w Jesiotra i uciekanie przed nim. Kaczorek zwinął się w kłębek, wtulając nosek w sierść. Drgnął z chłodu. W żłobku zawsze było tak zimno?
Nawet nie zauważył, gdy kociaki rozpoczęły zabawę. W kociarni pojawiła się, Węgorz, córka Ropuszego Języka. Mała na starcie została obrzucona szyszkami i podrapana przez duet chaosu, w celu podkreślenia swojej wysokiej pozycji. Teraz koteczka bawiła się z Jesiotrem i Smarkiem oraz Malinką, głośno hałasującą w całym żłobku. Pociągnął noskiem kolejny raz, czując falę kaszlu, która do niego napłynęła. Kaszl. Kaszl. 
Kaczorek wtulił się w  sierść mamy. Brzoskwiniowa Bryza była ciepła i bezpieczna. Zamknął ślepka, kichając i prychając. 
- Kaczorku, wszystko dobrze? - zastrzygł uszkami na głos mamy.
Nagle uświadomił sobie jedną rzecz. Jeśli się rozchorował, mama będzie zasmucona. Powie tacie. A wtedy on dostanie karę. Nie chciał kary! Nie, nie! Przecież nic złego nie zrobił! Zjeżył sierść i zacisnął mocniej ślepka. 
- Tak, czuje się zdrów jak rybka! - miauknął zachrypniętym głosikiem, wtulając się bardziej w ciepłą sierść.
Poczuł jak mama liże go w czubek głowy. Zamruczał zadowolony. Szybko jednak kaszlnął kilka razy. Brzoskwiniowa Bryza okryła go czule ogonem. 
Zastrzygł uszkami na kolejny dźwięk. Uniósł łebek, zerkając w stronę wyjścia ze żłobka. Jesionowy Wicher przyszedł odwiedzić swoje potomstwo. Malinka i Jesiotr od razu do niego doskoczyli. Kaczorek uznał, że dzisiaj wyjątkowo nie ma na to siły. Poza tym naprawdę źle się czuł. Wtulił się ponownie w futro mamy. 


<Jesionowy Wichrze? Ktoś tu złapał kocięcy kaszel> 

19 września 2020

Od Kaczorka CD. Jesionowego Wichru

Kocurek z uwagą słuchał słów swojego ojca. Ba, chłonął każde z nich. Fajnie było dowiedzieć się czegoś więcej o dziadku, po którym otrzymał imię oraz babci. Przydatna była też wiedza, że tatuś miał jeszcze jednego brata. Kaczorek uniósł pyszczek, spoglądając na gwiezdne niebo. Małe punkciki lśniły pięknie tej nocy. Pomachał im ogonkiem. Może dziadkowie mu odpowiedzą mignięciem? Kocurek zmrużył oczka, dalej leżąc na grzbiecie swojego taty.
- Tato?
- Tak, Kaczorku?
- Ale ty dlugo bedies s nami? - spytał kocurek.
Nie chciał, by tatuś polował z Klanem Gwiazdy. Miał tylko jednego tatusia! Jesionowy Wicher był zajęty, miał nauczyć synka chodzić po wodzie! A na Srebrnej Skórze nie było Kaczorka, zatem to byłoby głupie, gdyby tam chciał się znaleźć!
- Nigdzie się nie wybieram. - odpowiedział kocur. Kaczorek ześlizgnął się z jego grzbietu i położył się na łapach kocura, więc ten mógł liznąć go po łebku. - Ale wiesz, Kaczorku... gdy pewnego dnia mnie zabraknie, będziesz musiał opiekować się mamą i rodzeństwem. A ja zawsze przybędę ci z pomocą, gdy będziesz mnie potrzebował.
- Sostan tatusiu, musis mnie naucyc tak duso. - miauknął kocurek. Ziewnął szeroko, jednak dalej miał dużo energii. Spojrzał na gwiazdy. Ciekawe czy wszyscy zmarli, właśnie teraz, wpatrywali się w ich dwójkę. - Chce byc taki odfany jak ty.
- Jestem odważny gdy trzeba, Kaczorku. Odwaga, to nie jest narażanie się bez potrzeby. Pamiętaj o tym, synku. - zamruczał czekoladowy wojownik.
Kaczorek pomału kiwnął łebkiem, chociaż był za mały, by zrozumieć przekaz płynący z tych słów. Wtulił się w ciepłe, ukochane futro, znowu ziewając i kładąc łebek na łapach wojownika. Obserwowali jeszcze długo razem gwiazdy, zanim maluch musiał wracać do żłobka.
Brzoskwiniowa Bryza czekała na synka, z niezadowolonym wyrazem pyska, jednak gdy zobaczyła, że jest z nim Jesionowy Wicher, poczuła większą ulgę i Kaczorkowi nie oberwało się burą. Nawet udało mu się namówić tatę, by dzisiaj z nimi został na noc!

***

Brzoskwiniowa Bryza zgodziła się zabrać swoje kociaki na zewnątrz. Piątka maluchów wybiegła ze żłobka, pełna energii do działania i chętna zwiedzić cały świat. A przynajmniej dwójka z nich. Kociarnię opuściły kociaki Płotkowego Skoku, które zostały wojownikami, jak i sama królowa. Zrobiło się ciaśniej, chociaż wprowadziła się jakaś nowa kocica - Ropuszy Język. Kaczorek niezbyt się nią przejął, liczyło się, że byli teraz najstarszymi kociakami w żłobku. Kaczorek czuł tą władzę! Był królem żłobka! Miał własne terytorium! 
- KACOLEK GNOJKU JEDEN, ODDAJ MOJA SYSKE! 
Rudzielec wystawił język siostrze, w zaczepnym geście. Jesiotr gdzieś z boku wywrócił oczami. Brzoskwiniowa Bryza siedziała bliżej wyjścia, czyszcząc futro wystraszonej Zarazy. 
Malinka warknęła pod noskiem, ruszając w stronę braciszka. Kaczorek mógł dojrzeć determinację i chęć przygód w jej ślepiach. Jedyna samiczka rzuciła się na niego, okładając go łapkami. Kaczorek ugryzł jej ucho, pociągając je lekko. 
- Mamo, oni znowu się biją! - naskarżył Jesiotr, wskazując na duet chaosu łapą. 
- Tylko się bafimy, mysi bobku. - odpowiedział mu Kaczorek, pusząc swoje futerko. Wyczołgał się spod łapek siostrzyczki. Mama westchnęła, więc pewnie szykowała się przemowa, żeby nie używać brzydkich słów. Kaczorek kopnął szyszkę, w stronę Malinki, która chwyciła ją zadowolona w pyszczek. 
- Wiejemy! - wykrzyknął Kaczorek. 
Dwójka maluchów puściła się biegiem przed siebie. Ależ pędzili! Ich łapki odbijały się o podłoże, a zdezorientowani wojownicy zatrzymali się na moment, by spojrzeć za dwójką diabełków Klanu Nocy. Kaczorek nawet nie zauważył, gdy dotarli do ogromnego drzewa. Przekrzywił łebek. Z resztą Malinka zrobiła to samo. 
- Saklad se na nie fejde? 
- Dobla! - miauknęła Malinka.
Kaczorek wbił pazurki w korę, gotowy się wspiąć, kiedy dotarł do niego głos matki. Kociaki odwróciły się w stronę Brzoskwiniowej Bryzy. 
- Wracamy! Smark musi odpocząć! - zawołała kocica, ogonem wskazując na żłobek. 
Przeklęty Smark! Prosił się o bęcki. Dobrze wiedział, że Kaczorek i Malinka nienawidzą, gdy ktoś przerywa ich zabawy! Spojrzał na siostrę wzrokiem mówiącym "dorwiemy dziada i wbijemy mu patyk w zadek". Malinka pokiwała energicznie łebkiem, a wyraz jej pyszczka mówił jasno, że mu nie darują. Brzoskwinia na moment zniknęła w kociarni, pewnie odprowadzając resztę kociaków. Musieli wykorzystać ten czas! Wiadomo, że nie wrócą do żłobka, gdy dzień był taki ładny i że mama na pewno ich samych na zewnątrz nie zostawi.
Kaczorek podciągnął się z trudem na drzewie. Ależ to było trudne! Maluch ledwo wspiął się kawałek, przy pomocy Malinki, a już czuł się zmęczony. Na szczęście udało mu się dotrzeć do pierwszej gałęzi. Nie wyglądała na zbyt stabilną, ale takiego malucha dała radę utrzymać, kołysąc się co i rusz, przy silniejszym powiewie wiatru. Karzełek zerknął z dołu na siostrę. Wysoko! 
- Ha! - maluch uśmiechnął się zwycięsko.
- Wyglales, a telas slas. - poleciła Malinka. 
Kaczorek wywrócił ślepkami. Znając Brzoskwinię, najpierw zajmie się uspokajaniem Zarazy i krótką rozmową o wodzie z Jesiotrem, zanim po nich wyjdzie. Mieli czas. Kaczorek postanowił jednak posłuchać koteczki. Kłopot polegał na tym, że o ile dał radę wspiąć się na drzewo, to gorzej z zejściem. Gdy to sobie uświadomił, dreszcz przebiegł przez jego futerko. 
- Ogluchles? 
- Nie! Ale... - zawahał się. No bo jak ma się przyznać siostrzyczce, że nie jest taki hop-siup? -...samieskam tu. Jest klimatycnie. 
Malinka przekrzywiła łebek. Chyba nie wierzyła, że porzucił wygodny żłobek dla gałęzi i do tego zimnego wiatru, ale nie dopytywała. Uznała po prostu, że sobie pójdzie i że jak nie wróci do kociarni, to wyrzuci wszystkie jego zabawki. Skubana! Doskonale wiedziała, że tym go skusi. Kaczorek obserwował jak siostrzyczka biegiem gna do żłobka, ze swoją szyszką w pyszczku.
Myśl Kaczorek. Musi dać się jakoś z tego zejść. 
Kocurek nachylił się bardziej. Ledwo dał radę się utrzymał. Miał jeszcze za słabe pazurki na takie akcje. A może powinien zeskoczyć? Koty w bajkach mamy tak robiły i nic im nie było, więc jemu na pewno też nic się nie stanie! Karzełek przygotował się do skoku, kiedy dotarł do niego zapach niesiony z wiatrem. Tata? Zatrzymał się przed skokiem, by spojrzeć na wchodzącego do obozu wojownika z rybą w pysku. Pewnie by nie zauważył synka, gdyby nie zaniepokojony głos Owczego Futerka. Starsza coś do niego powiedziała, ale był za daleko, by ją usłyszeć. Po jej słowach Jesionowy Wicher odwrócił się i od razu upuścił na ziemię rybę. Dostrzegł go. 
- Cesc, tato! - przywitał się, poruszając wąsikami oraz machając radośnie ogonkiem, przez co gałąź znowu niebezpiecznie się poruszyła. 


<Jesionowy Wichrze? ratuj go xd> 

13 września 2020

Od Kaczorka CD. Jesionowego Wichru

Myślał, że polowanie okaże się o wiele łatwiejsze. Pozycja była strasznie trudna: bolał go grzbiet od pochylania się, natomiast łapki nie chciały cicho się poruszać. Był kociakiem, musiał głośno zaznaczać swoją obecność!
Złapanie ogona  mamy okazało się także nie lada wyzwaniem. Poruszał się kusząco, wręcz zapraszając, by wgryźć w niego małe kiełki. Jakoś jednak nie potrafił zrobić tego bez podekscytowanego krzyku. Niezła zabawa! Malince również nie szło zbyt dobrze, co tylko sprawiło, że jeszcze bardziej utwierdził się w tym, że musieli się bardziej postarać, jeśli chcieli nauczyć się polować i złapać sowę.
- Jeszcze raz - powiedział tata, kiedy kociaki czekały na dalsze instrukcję i uwagi. - I pamiętajcie. Wolno i cicho. Mama nie może was usłyszeć, jasne?
Kaczorek energicznie pokiwał łebkiem. Spojrzał na siostrzyczkę, która również wydawała się pewna, że im się uda. Może zastosują technikę z zaskoczenia? Albo odwrócą uwagę mamy, by następnie na nią skoczyć? Wnuk Kaczego Pląsu zmrużył ślepka w zamyśleniu. Malinka nie potrzebowała tej chwili, na zebranie myśli, otóż ruszyła od razu do przodu. Jej łapki poruszały się zbyt szybko, zbyt głośno. Kaczorek obserwował chwilę siostrzyczkę, która wskoczyła na ogon mamy, pozostając jednak wykrytą. Brzoskwiniowa Bryza udzieliła jej jakiejś uwagi, ale tego już nie dosłyszał, ruszając zaraz za siostrzyczką i wskakując mamie na głowę. Ześlizgnął się na ziemię od razu.
- Prawie, skarbie.
Fuknął pod noskiem. Spiorunował wzrokiem siostrzyczkę. Gdyby nie działała tak niecierpliwie, może by im się udało! Kocurek wrócił na "linię startu", wraz z młodszą o kilka uderzeń serca koteczką. Przekrzywił łebek, zastanawiając się, co mogliby zrobić, by wygrać.
- Splubujmy sie poklasc s dfuch stlon. - zaproponował maluch.
Nie mieli nic do stracenia. Malinka zdawała się podzielać jego zdanie, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie, gdy ruszyła z jednej strony, on z drugiej. Starał się robić tak, jak pokazał tata. Cichutko się skradać, z ogonkiem opuszczonym i nie szurać brzuchem po ziemi. Łapa za łapą. Niezbyt wolno, ale bez pośpiechu. Malinka miała zaatakować z lewej, on z prawej. Tak się złożyło, że mu przypadł ogon, ona natomiast pozostała pod czujnym okiem Brzoskwiniowej Bryzy, chociaż oboje o tym nie wiedzieli. Nie zwracali uwagi na otoczenie i cud, że sobie nic nie zrobili, potykając się o leżące w różnych kociakowe zabawki. Wreszcie dotarł do ogona mamy. Wskoczył na niego, wbijając ząbki i gniotąc łapkami. Malinka dołączyła do braciszka i oboje mogli cieszyć się nową zabawą, zapominając, że powinni wrócić po pochwałę.

Reszta dnia upłynęła Kaczorkowi i Malince na... spaniu. Oboje byli tak zmęczeni sprzątaniem żłobka, a potem jeszcze uczeniem się polowania, że od razu zmorzył ich sen. Do tego musieli odespać Zgromadzenie. Rudy kocurek wtulił się w ciepłą sierść mamy, odpływając do krainy snów, z której został wyrwany dopiero wraz z powoli zachodzącym słońcem. Ziewnął przeciągle, odsłaniając różowy języczek, zanim podniósł się na równe łapki. Uderzył mocno łapką Malinkę, która syknęła na powitanie, zanim również podniosła się do siadu. Brzoskwiniowa Bryza szykowała trójkę pozostałych kociaków do snu. Jesiotr spał zwinięty w kłębek, natomiast mama kończyła pielęgnację Zarazy. Kaczorek spiorunował kuzynkę wzrokiem, warcząc pod nosem. Mama nie powinna się zajmować tym czymś, tylko skupić się na nim i jego siostrzyczce! Z niezadowoleniem podniósł się z miejsca, ruszając sprawnym krokiem ku wyjściu. Malinka podążyła za nim, ze znużeniem na pyszczku, chociaż z jej ślepkach lśniła chęć przygody.
- Dokąd się wybieracie? - usłyszał głos mamy.
Musiała ich zauważyć. Królowa była już wyczulona na obecność przy sobie tej dwójki, wiedząc doskonale, że stanowili niebezpieczny duet. Tam gdzie się pojawiali, nadchodziły kłopoty.
- Posiedec. - miauknął kocurek.
Malinka nie lubiła siedzenia w żłobku. Kaczorek nie wiedział czemu, ale siostra wolała przesiadywać bliżej wyjścia.
- Tylko nie wychodźcie. - upomniała ich kotka, zanim zaczęła wylizywać sierść Smarka, powodując większą zazdrość u Kaczorka. To była jego mama! Czemu musieli mu ją kraść?
Prychnął, kładąc się przy wyjściu. Poczuł świeże jesienne powietrze, muskające sierść na jego pyszczku. Malinka oparła głowę na jego grzbiecie. W takiej pozycji oglądali świat za progiem żłobka. Lubili łamać zasady, więc gdy tylko Brzoskwinka nie zwróci na nich uwagi, pewnie przez nie się wymkną.
- Slapiemy sofe. - miauknął rudzielec.
Malinka machnęła ogonkiem na potwierdzenie, gdyż dalej była dość senna. On z resztą też nie pogardziłby dodatkowym czasem na sen, jednak na ten moment był zbyt zajęty obserwacją. Wojownicy wrócili do obozu ze swoimi uczniami, niosącymi w pyskach świeże ryby. Obóz pomału zaczął cichnąć. Nie słyszał już podniesionych, radosnych głosów, a jedynie ostatnie dźwięki kroków, gdy pobratymcy znikali w swoich legowiskach. W jednym z nich spał tata. Może powinni do niego pójść?
Obserwował pomału ciemniejące niebo. Poziomkowy Blask i Mgiełka pokazali mu dawno gwiazdy, a koteczka przekazała tajemnicę, czym był ten wielki Klan Gwiazdy. Migające punkciki bardzo mu się spodobały i z chęcią ponownie poobserwowałby gwiazdy, które zapadły w jego pamięć na długo.
Sądził też, że przyprowadzą ze sobą sowę, ale ta zdawała się nie być zainteresowana. Kaczorka to zasmuciło. Naprawdę liczył, że zrobią prezent rodzicom. Czemu to zwierzę nie chciało ich odwiedzić? Tupnął łapką z niezadowoleniem. Ciemność pokryła obóz Klanu Nocy. Tylko jeden strażnik przy wyjściu z obozu pilnował, żeby żaden intruz nie przekradł się do ich oazy bezpieczeństwa. Tylko... kto mógłby im zagrażać? Ten cały Klan Klifu? Czy inne o których mówiła czarno-biała koteczka? Świat był jeszcze dla niego ogromną zagadką, którą chciał rozwiązać ze wszystkich kaczorkowych sił.
- Mali, spis? - miauknął do siostry, trącając ją łapką.
Widział jak jej bok unosi się w rytm oddechu. Kaczorek westchnął cicho, wychodząc spod łapki siostry. Spojrzał za siebie. Mama spała. Musiała uznać, że oni również. Albo obudzi się później, żeby ich sprowadzić na rodzinne posłanie. Te kilkanaście uderzeń serca, powinny mu jednak wystarczyć na poszukiwanie przygody.
Trącił łapką siostrę, żeby ta się obudziła, ale Malinka dawno spełniała marzenia w sennej przystani. Kaczorkowi pozostało wyjść bez siostry, chociaż sama myśl sprawiała, że jeżyło mu się futerko. Bez niej czuł się bardzo dziwnie. Taki samotny. Kochał ją bardziej na całym świecie, była powierniczką wielu jego tajemnic i najbliższą przyjaciółką, za którą skoczyłby w ogień. Wiedział, że nie pozwoli jej skrzywdzić. Przy niej czuł się tysiąc razy większy i silniejszy.
Wymknął się z kociarni, niepewnie się rozglądając. Obóz był taki inny, gdy nie ogrzewało go słońce. Już nie raz chodził nim po ciemku, ale dopiero teraz zauważył, że wszędzie może kryć się coś złego. Kaczorek skulił się mimowolnie, ruszając dopiero po uderzeniu serca przed siebie. Musiał iść cicho. I spokojnie. Tak jak uczył tata. Strażnik był zwierzyną. Nie mógł go zauważyć, usłyszeć, ani wyczuć. Krył się w cieniu, dziękując Klanowi Gwiazdy za rude futerko. Gdyby było białe, łatwiej mógłby go zauważyć, chociaż i tak biel na jego sierści była dostrzegalna.
Zanim jednak strażnik zerknął w jego stronę, Kaczorek już wpadł do legowiska wojowników. Jednego z pierwszych celów jego psikusów z siostrzyczką. Rozejrzał się wokół. Wojownicy  pochrapywali, nieświadomi, że jedno z kociąt Brzoskwiniowej Bryzy i Jesionowego Wichru, zakłóca ich przestrzeń osobistą. Uważnie im się przyglądał. Jego ślepka wypatrzyły nawet zastępcę!  Musiał się bardzo cieszyć z mokrego i śmierdzącego prezentu od niego i Malinki! Nie mówili, że to ich sprawka, bo dawno zrozumieli, że dorośli mają zupełnie inne podejście do ich darów, niż oni sami. Zatem miało to pozostać jedną z tajemnic ich dwójki.
Kocurek dojrzał czekoladową sierść taty. Spał na posłaniu blisko tego należącego do zastępcy. Ups, czyli też musiał dostać od nich prezent. Położył uszka, zanim ruszył w jego kierunku spokojnym krokiem. Tatuś spał zwinięty w kulkę, zupełnie nie spodziewając się obecności swojego potomka obok. Kaczorek oparł się łapkami o jego bok i nachylił bliżej ucha. Tata obiecał pooglądać z nim gwiazdy. To była idealna okazji do spędzenia trochę czasu razem.
- Tato! Tatooo, obiecaaałeś! - zawył mu do ucha.
Może przy okazji dowie się czegoś więcej o zmarłych dziadkach? W końcu będą mieli dla siebie całą noc na oglądanie gwiazd! No, dopóki mama nie wścieknie się na niego, że się wymknął bez jej wiedzy, jednak bez ryzyka nie ma zabawy!


<Tato?>

08 września 2020

Od Kaczorka CD. Jesionowego Wichru

Niebieskie ślepka otworzyły się szerzej ze zdziwienia. Dopiero po uderzeniu serca, wstąpiła w nie czysta furia. Że co? Oni mają sprzątać żłobek?! Machnął zdenerwowany ogonkiem. I to zamiast udać się na wycieczkę? Spojrzał na Malinkę. Ich spojrzenia się skrzyżowały. W oczach siostry widział takie same niezadowolone emocje.
- To niesplafidlife! - fuknął kocurek, tupiąc łapką.
Przecież nie wybrali się na to całe Zgromadzenie! Kaczorek naprawdę nie rozumiał, czemu rzeka była aż tak bardzo im zakazana. Mama mówiła nie raz, że Klan Nocy specjalizuje się w pływaniu. Dorośli byli naprawdę dziwni. Kociak nigdy nie zamierzał być równie sztywny. Jego rodzice nie rozumieli kompletnie dobrej zabawy! Maluch zrobił obrażoną minę. Nie chcieli przecież zasmucić mamusi i tatusia. Nie chciał mieć kary! Nie i już!
Kaczorek wraz z Malinką, oddalili się trochę, od poganiającego ich do pracy wojownika. Wzrok rudego kocurka prześlizgnął się przez całą kociarnię, w poszukiwaniu najmniejszej kryjówki, w której będą mogli poczekać, aż złość przejdzie rodzicom i ich przeproszą. Zamiast jednak dobrej miejscówki, napotkał zadowolone spojrzenie Jesiotra. Siedział obok Brzoskwiniowej Bryzy, która zajęła się rozmową ze swoim partnerem. Kaczorek wystawił język, odpowiadając tym nie lubianemu bratu. Teraz będzie tylko bardziej się nabijał. Byłoby lepiej, gdyby najmłodszy z ich miotu, skończył jak braciszek wróbelka z opowieści taty. Kaczorek nie wymówił jednak tego na głos. Może w ten sposób się spełni. 
- I co nalobiles? - mruknęła Malinka, zatrzymując się w kącie i spoglądając oskarżycielsko na brata. - Moglismy od lasu isc na Sglomadsenie. 
- Mose jesce tlwa? - przekrzywił łebek. Kaczorek zmarszczył nosek niezadowolony, że siostra próbuje zwalić całą winę na niego. Wspólna przygoda najpierw w legowisku medyka, na zjadaniu ziółek, potem pozostawienie niespodzianki zastępcy, a na samym końcu ich prawie chodzenie po wodzie, były przecież warte każdych konsekwencji! 
- Mose. Ale nam nie posfola wyjsc se slobka. - zauważyła sprytnie jego siostrzyczka. 
Kaczorek uderzył łapką o ziemię, w akcje kolejnego niezadowolenia. Mieli jeszcze tak wiele do zobaczenia! Może nawet pewnego dnia wybiorą się poza obóz? 
- A pomysl se kiefys tak beda nam loskasywac mentoly. - mruknął Kaczorek. Nie spieszyło mu się do bycia uczniem. Będzie miał wtedy mniej swobody. Nie chciał też pełnić żadnych obowiązków, wolał robić to na co ma akurat ochotę.
- Ofyda. - skwitowała Malinka. - Lobimy plotest, Kacolek! 
Rudzielec pokiwał energicznie łebkiem. Tak, zrobią protest! Kocurek położył się na grzbiecie, ze znudzeniem spoglądając na sufit żłobka. Jego siostrzyczka zrobiła to samo. Będą tak leżeć, leżeć i leżeć...
- Snudsilem sie. - po kilku uderzeniach serca miauknął rudy maluch. Malinka wywróciła ślepkami, ale nic nie odpowiedziała. 
Kaczorek podniósł się znowu na równe łapki. Rodzice przyglądali im się czujnie, jakby spodziewając się, że ich latorośle, lada chwila wymyślą coś głupiego. Wnuk Oblodzonej Sadzawki odwrócił szybko pyszczek. Pochylił się, żeby szepnął do Malinki.
- Mam pomysla! Upolujemy sofe! - miauknął kocurek, z psotnymi iskierkami w oczach. - Ftedy mamie i tacie nie bedsie smutno, bo psyniesiemy im plesent! 
Na pewno się uda! Upolują to dziwne stworzenie, którego nawet nie znał i przyniosą rodzicom. Wtedy ci na pewno będą z nich dumni i pozwolą na harce swojemu energicznemu potomstwu. Było mu przykro, że mógł martwić rodziców i zamierzał to naprawić w kaczorkowym stylu. 
Nie oczekiwał na odpowiedz Malinki. Ruszył przez żłobek, aż do swoich zabawek. Uważnie je obejrzał. Patyki były całkowicie obgryzione, kamienie porozrzucane, natomiast szyszki zdeptane. Westchnął. Ich zabawy były ostre, zwłaszcza, gdy rzucali nimi w inne kociaki, ale nie sądził, że zabawki są w takim stanie. Musiał mieć koniecznie nowe! Będzie musiał poszukać w obozie jakiś ładnych cudów natury. 
- Mose pospsatamy? - zaproponował kocurek, szurając łapką po ziemi. - No wies... slobek. 
Malinka potwierdziła skinieniem głowy. Zebrali zniszczone zabawki przy wyjściu z kociarni, by je następnie pozakopywać. Będąc kociakami nie wiedzieli, co więcej mogą zrobić. Kaczorek podbiegł do jednego z mchów i pociągnął za jego jeden koniec. 
- O fujka, cieski! - miauknął do siostry. Noskiem próbował go popchnąć, ale ten ani drgnął! Postanowili więc go zwinąć z siostrzyczką. Kaczorek uznał, że teraz jest już czysto. A to znaczyło, że mogli wrócić do poszukiwania przygód! 
Rudy kocurek skoczył na siostrę. Tarzając się z nią w chmarze kurzu, śmiał się wesoło, pacając ją łapką z zadowoleniem. Malinka odpowiadała niewinnymi ugryzieniami. Ich zabawa skończyła się szybko, gdyż Kaczorkowi wpadła pewna myśl do głowy. Przycisnął siostrę do ziemi. 
- Mali, ale jak mamy slapac ta fofe? Nie umiemy polofac! - miauknął ze zmartwieniem maluszek. O nie, teraz ich wielki prezent okaże się tylko marzeniem? Kocurek zszedł z siostry. Jego ślepka na chwilę zatrzymały się na rodzinnym posłaniu oraz bliskich kotach, zanim uśmiechnął się szeroko. 
- Tata nas naucy, jest wofownikiem! - miauknął syn Jesionowego Wichru. 
Malinka pierwsza rzuciła się w stronę rodziciela, dalej leżącego blisko mamy. Usiadła mu koło łapek,  natomiast jej braciszek wskoczył wojownikowi na grzbiet. Łapki umościł na głowie czekoladowego. 
- Tato, pospsontalismy. - ogłosił uroczyście kocurek. - Naucys nas polofac? Plose, plose, plose! 
- Plosimyyyyy! 
- Chcemy to umiec, a ty umies! - wyjaśnił Kaczorek, trochę naciągając prawdę, czemu im ta lekcja jest wyjątkowo potrzebna. Zawsze jednak nowa umiejętność była czymś ciekawym i cenionym, więc karzełek z przyjemnością ją pozna. Zrobił słodkie oczka, wierząc, że tatuś się zgodzi. W końcu nie musieli wychodzić ze żłobka, więc będą ich mieli na oku. To chyba było dość przekonujące? 
- Ploooosimyyyy!


<Jesionowy Wichrze?> 

05 września 2020

Od Kaczorka CD. Jesionowego Wichru

Kaczorek łapkami odsunął na boki jego uczy i z zachwytem na pyszczku, obserwował powoli sunącą wodę.
- Jak będziesz starszy, to nauczę cię po niej chodzić - powiedział do syna.
Jego oczka zalśniły z podekscytowania. Będzie po niej chodził? To w ogóle wykonalne? Musiał się przekonać! Kocurek obserwował wodę, nie mogąc się doczekać dnia, gdy poczuje ją na swoim futerku. Jaka była? Chłodna, ciepła? Miała w ogóle jakiś zapach? Można było ją pić? Tyle pytań bez odpowiedzi sprawiło, że zakręciło mu się w głowie.
- Jestem dusi! - pisnął maluszek.
- Jeszcze jesteś malutki. Musisz poczekać. - miauknął do niego cierpliwie tatuś.
Kaczorek położył po sobie uszka z niezadowoleniem. Ale on nie chciał czekać! Tata miał go nauczyć chodzić po wodzie! Kocurek ześlizgnął się z grzbietu kocura. Już nie czuł się taki wielki! Zazdrościł tatusiowi, że on był taki ogromny! Widział wszystko i pewnie bardzo dużo umiał. A on? Był karzełkiem, którego największym osiągnięciem, były udane psikusy z Malinką.
- Kiedys bede taki jak ty! - pochwalił się kocurek, dumnie się prostując.
Widział uśmiech, który pojawił się na pysku Jesionowego Wichru. Kocurek bardzo się cieszył z uwagi, jaką poświęcił mu tata. Był jego. Na pewno będą w przyszłości mieli super więź!
- A mosemy fyjsc posa obos? - spytał kocurek, łapką wskazując na wyjście, po którym właśnie przechodził jakiś kocur. Nawet nie skupił się na jego obserwacji. Po prostu chciał za nim pójść i koniec. Przygody czekały na każdym kroku, a Kaczorek z przyjemnością coś nowego odkryje. Był też przekonany, że tatuś mu nie odmówi.
- Może innym razem? Powinieneś już wrócić do mamy, będzie się martwić. - miauknął spokojnie wojownik.
Kaczorek był za mały, więc nie wyczuł tutaj wykręcania się od wyjścia poza obóz, co było dla kociaków niedozwolone. Zamiast tego wesoło machnął ogonkiem, przytakując. Ruszył w stronę kociarni. Musiał przyznać, że porządnie się zmęczył. Odwrócił się jeszcze przez ramię, by zerknął w stronę, gdzie powinna być woda. Musiał ją wypróbować. Tak, to był super pomysł.
Wchodząc do żłobka, maluch od razu rzucił się w stronę Brzoskwiniowej Bryzy, peplając jej o wszystkim co widział, swoim kocięcym, seplającym językiem. Mamusia uważnie go słuchała. Ha, na pewno nie wiedziała tych wszystkich rzeczy!
- Tato? Opofies mi cos? - spytał kocurek. Ziewnął szeroko, odsłaniając różowy języczek. Wpatrywał się błagalnie w kocura. Chciał bajkę! A gdy Kaczorek czegoś chciał logiczne, że musiał to dostać.


<Tato? <3> 

29 sierpnia 2020

Od Kaczorka CD. Jesionowego Wichru

Kaczorek spojrzał z zaskoczeniem na tatę. Czy on naprawdę chciał go zabrać poza tunel światła? Spojrzał szybko na mamę. Brzoskwiniowa Bryza wydawała się być niezadowolona i zmartwiona tym pomysłem. Kocurek od razu uświadomił sobie, że może zmienić zdaniem, więc energicznie pokiwał główką na "tak". Zobaczy co się tam kryje! Machnął z radością ogonkiem, zanim ruszył ku wyjściu. Trochę bał się tego co zastanie po drugiej stronie, ale ciekawość zwyciężyła. Chciał wiedzieć skąd biorą się odwiedzające ich koty i gdzie znikają kocięta. A skoro starsze kociaki zawsze wracały do środka, to czemu i on nie miałby znowu wrócić po zabawie?
Kociak wybiegł przez świetlisty tunel, nie zamierzając tracić takiej cudownej okazji. Jesionowy Wicher ruszył zaraz za nim, bardziej spokojnym krokiem. Opuszczał żłobek wielokrotnie, nie miał więc powodu, by być równie podekscytowanym nowością jak jego synek.
W pierwszej chwili musiał zamknąć ślepka, gdyż oświetliły go promienie światła. O wiele jaśniejszego niż mógł przypuszczać. Kocurek pisnął zaskoczony tym dziwnym widokiem. Pomalutku otworzył oczy, próbując przyzwyczaić je do światła. Zamrugał kilkukrotnie. Poczuł na swoim futerku przyjemne ciepło. Uniósł pyszczek. Coś zdobiło wielki, niebieski język, z białymi kropelkami. Przekrzywił łebek. To było dla niego nowe i... ekscytujące.
Do jego noska dopłynęło wiele zapachów. Znajomy rybi musiał należeć do tych całych pobratymców, o których mówiła mu mama. On też podobno tak pachniał. Malinka i Jesiotr również. I tatuś. Czyli cała jego rodzina. Kocurek zerknął na uśmiechniętego czekoladowego wojownika. Widział w jego oczach dumę. Pisnął podekscytowany, dopiero teraz rozglądając się po obozie. Wydał z siebie ciche "wow!". W oddali dosłyszał szum, jednak nie skupił się na nim tak bardzo, jak na kotach. Było ich tutaj pełno! Więcej niż Kaczorek kiedykolwiek w swoim życiu widział! Mniejsi mocowali się przed legowiskiem, natomiast starsi dzielili się językami, chodzili w te i wewte, lub przesiadywali w cieniu drzewa. Niektórzy zerkali w jego kierunku, ale maluch był zbyt zagubiony, by odwzajemnić uśmiech, lub przywitać się, jak zawsze radziła mamusia. To. Było. Wielkie!  Wielkie i piękne! Podskoczył.
- Podoba ci się, Kaczorku? - tatuś znowu się pochylił, by mógł sięgać poziomem do karzełka.
Kocurek pokiwał główką. Wypadało odpowiedzieć na pytanie.
- Ile kofof. - miauknął kocurek, szczerząc się. Zrobił wielkie, słodkie oczka. - Pujsiemy dalej?


<Jesionku?>