Kiedyś
Nów krył się wraz z siostrą za matką, dokładnie tak, jak mu kazała. Miał tylko dwa księżyce i był słaby, do tego wyglądał jak chucherko, mimo to chciał pomóc. Nie wiedział tylko jak. Od matki dzielił kocięta również drewniany słup będący niezbyt świetną przeszkodą przeciwko agresywnemu ojcu. Stodoła w którejś mieściła się „szczęśliwa” rodzinka skrzypiała groźnie, tak jak przy każdej innej burzy, strasząc zawaleniem się. Burza, słaby budynek, prychnięcia i syki kotów w środku komponowały się w niezwykłą, lecz zatrważającą dla kocich uszu melodię, przerywaną cichym kwileniem maleństw Kwadry.
— Sierp musisz się uspokoić. Proszę — zawyła w końcu kotka, przełykając ogromną gulę w gardle.
Zamachnął się w jej stronę, a kotka zatrzęsła się nerwowo, czując, jak coś skapuje na jej łapę. Zamrugała i spojrzała w dół, aby ujrzeć niewielką kałużę krwi wydostającej się z jej polika. Podniosła smutne oczy na partnera i położyła uszy po sobie.
— P-Przepraszam — miauknęła cicho, widząc zniesmaczony wzrok kocura.
— Doprawdy beznadziejna z ciebie kotka. I te kocięta… czy one naprawdę są moje? Są takie… liche — mruczał cicho, liżąc się po piersi.
Zmierzył kotkę wzrokiem, spoglądając za słup.
— No dalej! Obrońcie matkę zapchleńce! — zarechotał, mrużąc oczy.
Ale zacznijmy od początku. Wiele księżyców temu, gdy jeszcze Nowiu ani Pełni nie było na świecie poznała się dwójka kotów. Oboje zakochali się bez pamięci, od pierwszego wejrzenia, miłością, która niegdyś nie znała granic. Skutkiem tej miłości były właśnie wspomniane kocięta. Wszystko było dobrze, dopóki te właśnie kocięta nie sprawiły, że Sierp zdawał się zmienić całkowicie podejście do swojej partnerki. Zdawała się mu obrzydliwa. Czy to przez widok jej porodu przed oczami, czy może przez ledwo żywe kulki leżące przy brzuchu matki, coś zmieniło się w poglądzie kocura. Mógł też po prostu mieć coś z głową, nie znali się zbyt wiele księżyców. Stał teraz nieomal w pozycji bojowej, gotowy w każdej chwili pokonać Kwadrę, która zresztą co wiadomo nie od dziś nie była szczególnie wspaniałym przeciwnikiem. Sierp westchnął ciężko i po długiej kłótni poszedł do kąta, zwijając się w kłębek. Kwadra podeszła do kociąt i bez żadnych słów pozwoliła im wtulić się w jej futro. Gdy tylko usłyszała pochrapywanie szturchnęła nosem swoje maluchy.
— Chodźcie. Musimy znaleźć nowe miejsce — szepnęła, schylając się, aby kocięta weszły na jej grzbiet.
Z takim oto bagażem powoli wyszła z szopy, kierując się tylko w jej znaną stronę.
Dzień po przyjściu do Klanu Wilka
Towarzystwa dotrzymywała mu przeważnie dwójka medyków. Miał posiedzieć chwilę w lecznicy, nim jego czarne oblicze wypełznie, gdziekolwiek indziej. Starsza kotka spoglądała co jakiś czas na niego z niesmakiem, tak jakby był nieświeżą rybą na stosie, co właściwie całkiem mu pasowało. A na pewno bardziej niż obecność, jak się dowiedział, jej asystentów, którzy co rusz próbowali zagadać do skwaszonego młodziaka. Oni jednak byli niczym w tej górze. Na samym jej szczycie znajdował się biały kleszcz na tyłku, który uznał sobie za powinność, co jakiś czas pchać swój ogoniasty zadek do legowiska medyka, aby przyjrzeć się wychodzi emu czarnulkowi. Gdy przyszedł w którymś momencie zdołał nawet odgryźć go w ten ofutrzony ogon, nie zniechęciło to jednak wojownika w żadnym stopniu. Nicość nie rozumiał tego wzroku, bo ten jego najprawdopodobniej mówił raczej tyle co:
„Zabiję ciebie i całą twoją rodzinę.” Dlatego ta dziwna, zdaniem małego futrzaka smutna iskierka była czymś niezwykle skomplikowanym. Nicość siedział gdzieś w kącie, gdy akurat do środka wszedł obiekt jest zamyślenia. Białe pędzelki haczyły niemal o ziemię, a na pysku miał wymalowany drobny, lecz nerwowy uśmiech. Tak właśnie prezentowała się największa mara czarnego kocurka. Wojownik nie wyglądał na kogoś, kogo Nicość powinien się bać, jednak było w nim również coś, co uświadamiało go, że pokonanie białego nie byłoby takie łatwe. Podszedł nieco bliżej, a Nicość spojrzał w górę i zamachnął się ogonem jak biczem. Zmrużył oczy i spojrzał z wyzwaniem w te niebieskie. Wtem ujrzał coś w pysku białego. Pachniało smakowicie, jednak fakt, że pożywienie trzymał Rozbity Księżyc sprawił, że zielonookiemu spełzł uśmiech z pyszczka. Drobna mysz spadła na ziemię, tuż przed łapy Nicości, ten, jednak nie zamierzał jej tknąć.
— No dalej… Jedz — miauknął zniecierpliwiony wojownik, szukając czegoś lub kogoś wzrokiem. — Proszę.
Nicość spojrzał w ogromne ślepia białego i zastrzygł tylko uchem, mając gdzieś jego prośby. Wtedy usłyszał pociąganie nosem i cichy szloch. Spojrzał w górę, widząc zapłakanego kocura. Zmierzył go zirytowanym wzrokiem.
„To ja powinienem ryczeć, a nie on” pomyślał smutno.
— S-Słuchaj. Ja p-p-przepraszam. Naprawdę. J-Ja nie chciałem! Chciałem… chciałem tylko ją odgonić. Nie wiedziałem, że tak to się skończy! W-Wiem, że wolałbyś z-zapewne tam zostać, może nawet tam umrzeć, w pobliżu swojej mamy, ale… to jedyne, co mogłem dla niej zrobić. Ona… chciała, abym się tobą zaopiekował. Nie wiem, jaki był twój ojciec, ale ja taki nie jestem i nigdy nie będę! — słowa wylewały się z tej beksy jak z wodospadu.
Nicość był teraz gdzieś pomiędzy decyzją o zwyzywaniu bezmyślnego wojownika, a stwierdzeniem, że jest poważnie szurnięty, ale wrażliwy i powinien mu wybaczyć. Klan Wilka, jak nazywało się miejsce, którego jeszcze porządnie nie zdążył zwiedzić zdawał się być niezbyt przychylny jego istnieniu. Miał w końcu bardzo niewiele księżyców i zupełny brak doświadczenia w samodzielnym życiu w dziczy. Ktoś, kto żył w tym społeczeństwie od wielu księżyców mógł się przydać. Przeanalizował dokładnie słowa białego w główce i przełknął ślinę. W oku również zakręciła się mu łezka, ale nigdy, by się do tego nie przyznał.
— Ty serio chcesz być moim ojcem? Chyba cię słoneczko przygrzało — wymamrotał, ale zaraz pokręcił głową. — Dobra. — rzucił zaraz, patrząc gdzieś w bok.
W głowie malucha zaczął kiełkować powoli pewien plan…
Aktualnie
— Wstawaj młody. Pora na trening — miauknął Rozbity Księżyc, szturchając ucznia w ramię.
— Chyba cię pogięło — mruknął, próbując zakopać się w mchu, co oczywiście doprowadziło do rozwalenia go na pół legowiska. Biały westchnął cierpiętniczo, a Nicość widział, jak bardzo tamten ma ochotę siłą wyciągnąć go z posłania. Czarnulek zamachnął się tylko niewzruszony ogonem i spojrzał prowokująco w stronę adopcyjnego ojca.
— Mógłbyś już nie marudzić? Marny będzie z ciebie wojownik z takim gadaniem — stwierdził bieluch, strzepując uchem. — No daleeej. Jak dziś pokazałeś, jak dzielnie wymieniasz legowiska i ćwiczysz wspinaczkę to wkrótce nauczę cię kilku ruchów. Może nawet zadbam o to, żebyś wziął udział w pojedynku uczniów? — zasugerował niby obojętnym wzrokiem z niby zamkniętymi oczyma, choć jedno przymknięte tylko częściowo obserwowało reakcję ucznia.
Nicość skrzywił pyszczek, ale Rozbity Księżyc ujrzał już tę iskrę w jego oku, którą uczeń próbował za wszelką cenę zatrzymać dla siebie. Czarny westchnął w końcu.
— No dobra! Ale nie zdziw się jak w twoim legowisku pojawi się jakiś robal — odparł w końcu młodszy kocur i wytrzepał się z mchu, na którym jeszcze przed chwilą leżał.
Razem wyszli z obozu, kierując się w stronę.
Czarnych Gniazd. Gdy byli już na miejscu Księżyc skonał głową w stronę ucznia.
— No to co. Wskakuj mały — miauknął ciepło biały, a Nicość spojrzał na niego spode łba.
— Ja ci zaraz dam ma… — zaczął, chociaż nie było dane mu skończyć, bo Rozbity już otwierał pyszczek, aby przerwać naganę młodziaka.
— Nie marudź. No już, na drzewo. Dasz radę — miauknął niebieskooki, mrugając uroczo powiekami. — Dasz radę synu, widziałem, jak już wiele razy wchodziłeś na drzewa.
— Ale nie na takiej wielkości! — odwarknął Nicość, ale wyciągnął pazury i zaczął próby wspinaczki na te przeklęte drzewo.
Im był wyżej, tym bardziej nie był pewien, gdzie powinien dać kolejny „krok”. Polecenia Księżyca, który rozsiadł się w dole jak księżniczka też zbyt wiele nie pomagały.
— Nie stawiaj tam łapy. Ani tam. Zaraz skręcisz kark — mruczał cicho, udając, że nie obchodzą go ruchy ucznia. — Och, no dalej!
— Czy jestem już na samej górze? Bo chyba zaraz spad… — mruczał Kawczy, aż w końcu pazury go zaczęły chyba zawodzić, bo czuł, jak zaczyna spadać. Księżyc na szczęście był na dole, więc czarny spadł idealnie na grzbiet wojownika.
— Ała, ty jesteś chory?! — zawył Rozbity z bólu, gdy tamten niby to przez przypadek przy upadku wbił pazury w skórę starszego futrzaka. Kawcza Łapa zeskoczył z białego i otrzepał się.
— Ty chyba powinieneś mnie uczyć, a nie rozsiadłeś się jak żaba na liściu! — miauknął rozzłoszczony uczeń, a Księżyc zmarszczył brwi.
— No bardzo mi przykro, że jesteś niekompetentny i prostej rzeczy nie potrafisz zrobić sam. Aż się zaczynam zastanawiać, czy Ognikowa Słota nie myliła się odnośnie ciebie.
Nicość spojrzał na Księżyca, zastanawiając się, gdzie podział się kocur, który księżyce temu płakał obficie po zabiciu jego matki. Położył uszy lekko po sobie, czując, jak chłód wzbiera w jego ciele. Uśmiechnął się zaraz głupio.
— Och, no mi bardzo przykro, że mój mentor na mnie tam, gdzie słońce nie dochodzi. Ta… jak jej tam było. Kocimiętkowy Wir nic cię nie nauczyła? — zapytał czarnulek, unosząc brwi.
— Pani Kocimiętki w to nie mieszaj, była dobrą mentorką — odparł, Kawcza Łapa zauważył, że chyba udało mu się wybić mentora z równowagi.
Nicość przewrócił tylko oczami i ponownie wszedł na drzewo, tym razem, docierając już nieco wyżej. Zszedł z drzewa, co było już nieco większym problemem, ale przynajmniej się nie połamał.
— Ej Księżyc. Jaki byłeś kiedyś? Czemu nazywasz jedną z mistrzyń panią Kocimiętką? — zapytał. — I gdzie są twoi rodzice? — dorzucił mimowolnie, uśmiechając się nieco kąśliwie.
Nicość był po księżycach w Klanie Wilka, że ostatnim pytaniem mógłby dokopać swojemu ojczulkowi. Jego rodzice najprawdopodobniej nie żyli. Ewentualnie było samotnikami. Jedyny koci osobnik, w jakiego towarzystwie widział, kiedykolwiek mentora to był ten cętkowany rudzielec, z którym nigdy nie zamienił słowa, co zresztą też trochę dziwiło młodzieńca. Biały spojrzał na zielonookiego i westchnął cicho, uśmiechając się delikatnie.
— Czy naprawdę musisz to wiedzieć? To jest… przeszłość. Naprawdę musisz wiedzieć, że twój mentor większość życia był porażką? — mruknął cicho, grzebiąc pazurkiem w ziemi.
Nicość zmarszczył brwi, ale kiwnął głową na tak. Oczywiście, że musiał wiedzieć. Kocur miał być jego ojcem, a w rzeczywistości zamienili tylko kilka rozmów. Fakt faktem bieluch przynosił mu jedzenie i czasem sprawdzał jego stan, ale zawsze zdawał się być myślami gdzie indziej. Tak jakby ciągle coś się działo. Nawet po księżycu od zabicia Kwadry wciąż był przygnębiony. Czarny kocur zastanawiał się co mogło być tego wszystkiego powodem. Z drugiej strony… czy naprawdę powinien aż tak się przejmować niebieskookim? To on był mały i nic nie powinien rozumieć. Nie powinien służyć dorosłemu wojownikowi za wysłuchującego problemów. Zaczął się zastanawiać, czy zadawanie pytań było dobrym pomysłem, ale w tym samym czasie Księżyc zdecydował się jednak co powiedzieć.
— Byłem bardzo… wrażliwy. Naprawdę bardzo wrażliwy. I nic do mnie nie docierało. Urodziłem się w nieodpowiednim klanie i miocie. Łagodny i z miękkim jak ptasie piórko sercem. Do tego byłem bardzo emocjonalny. Łatwo wpadałem w złość, wiecznie potrzebowałem uwagi innych… w szczególności Jaskółczego Ziela. I wszystkie informacje babci Borsuk… Może gdybym słuchał dziś byłoby inaczej. Może mógłbym uniknąć niektórych sytuacji. Z księżyca na księżyc zaczęło być inaczej, aż w końcu jesteśmy tu. Klan Wilka mnie zmienił. Trudno stwierdzić, czy na lepsze, czy na gorsze — rozejrzał się po okolicy, wyszukując wzrokiem żywej duszy. — Mroczna Puszcza najwyraźniej próbuje dać mi szansę.
— Skąd pani Kocimiętka? Co ma z tym wspólnego Jaskółcze Ziele? Babcia Borsuk? No i to jedno pytanie… Twoi rodzice? — zapytał ponownie Nicość, jednak zyskując nieco zainteresowania w historię bielucha.
— Niektórych nazywałem właśnie panem, czy panią. Taki… zwrot grzecznościowy. Nie jestem pewien, czemu to robiłem, ale do dziś nazywam tak niektóre koty. Babcia Borsucza Puszcza. Była silną kotką, pełniła rolę, którą aktualnie pełni Ognikowa Słota — mruknął, celowo omijając zapytanie o Jaskółkę. — Mój ojciec był samotnikiem. A matka… to właśnie Jaskółcze Ziele. Była troskliwa, ale tylko niestety do pewnego momentu — mruknął niechętnie. — Wiesz, czasem myślę, że mógłbym z nią porozmawiać. W końcu staję się kotem, którym zawsze chciała, abym był. Mimo że ja tego nie chciałem.
Nicość kiwnął główką, rozumiejąc niemal wszystko.
— Jak ty widzisz Mroczną Puszczę? Słyszałem opowieści Ognikowej Słoty, ale mam wrażenie, że dla każdego jest czymś innym — stwierdził kocurek.
— Widzę ją… jako szansę. Lub tragedię. Trudno mi to stwierdzić, ale trzymam się jej, bo jest pewniejsza niż Klan Gwiazdy — odmruknął niebieskooki. — Dobra, chodź pokażę ci jak zbierać mech.
Kawcza Łapa kiwnął głową i zaczął szukać mchu w pobliżu drzew. Był wszędzie, ale wiedział już, że nie każdy jego kawałek nadawał się do czegokolwiek. Szczególnie te, które miały w sobie ciernie. Te nie nadawały się z reguły do niczego, chyba że można było wyciągnąć z nich kolczaste roślinki. W końcu znalazł jakiś w miarę wyględny. Dotknął go łapą, ale był strasznie mokry.
— Odpada. Widzę po twojej minie, że coś z nim nie tak — mruknął. — Ale spójrz tam — wskazał łapą w miejsce kawałek dalej.
Kawczy podszedł we wskazane miejsce, a gdy mech okazał się odpowiedni, wysunął pazury i zaczął go ostrożnie zbierać.
— Słyszałeś kiedyś o tym, że uczniowie, którzy potrafią dobrze zbierać mech zostają również dobrymi wojownikami? Mam wrażenie, że to jakaś bajeczka dla nich, aby chętniej wykonywali najgorsze obowiązki. Chociaż może ma w sobie ziarenko prawdy? Też… jakiś ruch — mruknął.
Księżyc zatrzepotał uchem. Nicość spojrzał na kocur, który chyba zainteresował się czymś będącym w pobliżu krzaków. Zaczął się, więc przyglądać, aby dowiedzieć się, jak wygląda polowanie. W końcu to na pewno mu się przyda. Po chwili zebrał wystarczająca ilość mchu. Część wziął także Księżyc, który oprócz ładunku wręczonego od Nicości na plecach, niósł również w pyszczku niewielką mysz. Z takim bagażem ruszyli w stronę obozu.
<Rozbity Księżycu?>
[2144 słowa + wspinaczka na drzewa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz