Narodziny kociaków Jesionki
Nicość przybył do Klan Wilka zaciągnięty niemal siła przez Księżyca, nie spodziewając się jak wiele dzieje się wśród nich. Nie minęło nawet pół księżyca od jego powrotu, a Wilczaki mieli właśnie nabyć nowych członków. Tym razem jednak nie znajdy jak było w przypadku czarnulka, lecz kocięta jednej z kotek w legowisku. Zielonooki zastanawiał się, dlaczego dwóch kotek ze żłobka nie odwiedzał żaden kocur. Rozważał różne opcje i ostatecznie dochodził do wniosku, że albo nie żyli, albo byli, tacy jak Sierp. Nicość pokręcił głową, nagle czując, jak coraz ciężej mu na serduszku. Siedział w kącie, nie czuł się zbyt przyjęty do nowego miejsca. Na całe szczęście jednak zdarzało się, że rozmawiał z nim czasem Bzyczek i Pyza. Ta dwójka również wyglądała czasem na bardzo samotnych, chociaż oni mieli przynajmniej siebie. Krótkowłosy miał może Rozbitego Księżyca, który wpychał się do żłobka niemal każdego dnia, aby dotrzymać młodemu kocurowi towarzystwa, lecz nie traktował go jako kogoś, jakkolwiek bliskiego, choć przecież miał nazywać go ojcem. Obserwował więc wszystko i wszystkich nawet w takiej chwili, jaka byłą przyjście na świat młodych. Było dosyć tłoczno, ale na szczęście, na samego czarnulka nikt nie zwracał szczególnej uwagi. Złota kotka, której imię Nicość zapamiętał jako Miodowe Gniazdo wydała na świat trzy kulki. Niemal w tym czasie urodziła także druga z karmicielek Jesionowa Szadź. Zielonookiemu przeszło przez myśl, że kotki muszą być przyjaciółkami. Czy jednak sposób, w jaki obydwie zachowywały się czasem wobec siebie można było nazwać przyjaźnią? Były to dwie kotki… Jak więc inaczej można było nazwać tę relację? Nicość widział, że między kotkami coś się święci, ale nigdy nie zapytał o szczegóły. Jak już to wolał co nieco podsłuchać. Mógł również zapytać Księżyca, ale co on może niby wiedzieć? Nie wyglądał na szczególnie wybitnego elokwentnie, skoro rzekomo przez przypadek zamordował matkę Nowiu. Nicość przyglądał się z boku, jak wymyte już kocięta leżą tuż obok matki chłeptały mleko. Jeden z nich wyglądał trochę tak, jakby był podrzucony. Spojrzał zaraz również na drugą kotkę. Ta przyniosła na świat kocię czarne jak sam Nicość. Kocie było jednak kotka, co sprawiało, że nie mogli być identyczni. Mogło przecież mieć również inne oczy, a tego nie mógł dowiedzieć się w tej chwili. Zamrugał kilkukrotnie i spojrzał na Jesionkę, która uśmiechnęła się leciutko.
Dwa księżyce później
Nów miał już za sobą cztery księżyce życia, w tym dwa w Klanie Wilka. Nadal nie zdążył się całkowicie odnaleźć w nienaturalnym kocim społeczeństwie, chociaż zdawał się radzić sobie coraz lepiej. Teraz przynajmniej zdarzało się mu bawić z innymi kociakami, a nawet czasem coś spsocić. Niemal przyzwyczaił się również do częstej obecności białego wojownika w żłobku, chociaż czasem jego widok nadal sprawiał, że mógł podskoczyć w miejscu lub wspominał sytuację sprzed księżyców. Przyszedł również i dziś, aby wytłumaczyć mu relację liliowej i złotej kotki ze żłóbka. Niby mógł zapytać o to je same, ale wyjaśnienie Księżyca zdawało się bardziej jasne, oczywiste. Powiedział mu, że po prostu są razem i że się kochają. Czarny nie mógł tego zrozumieć tylko jednak przez krótką chwilę. Zaraz zmrużył oczy i wzruszył ramionami. Zastanawiał się tylko, skąd wzięły się te kocięta, ale tę rozmowę postanowił zostawić na kiedy indziej. Smuklika, Aronia, Agrest i Wodnik powoli stawały się kolejnym strapieniem Wilczackiego żłobka, a także bębenków usznych Nicości. Przez tę czwórkę czarny zauważył, że sam stracił coś, co posiadały zazwyczaj kocięta w jego wieku, a były to, mianowicie radość i ogromne pokłady energii, które on zużywał na radzenie sobie z nerwami i stresem, zamiast zużywać je na psoty i swawole. Towarzysze ze żłobka również nie wzbudzali w nim ogromnego zainteresowania, chociaż czasem jego skomplikowany móżdżek pozwalał na lepsze chwilę i zabawę z resztą kociąt. Wtedy właśnie zawierał nowe znajomości. Smuklik był przede wszystkim ciekawski. Czasem zaczepiał również Nicość, wielce niezadowolony, że zbywał każde jego pytanie, bez żadnego, pozytywnego, końcowego skutku. Z Aronią, z kolei odrobinę się dogadywał, chociaż młoda koteczka zdawała się do każdego podchodzić inaczej. Nicość zaczął się, więc zastanawiać, czy to nie tak, że nie posiada ona własnego charakteru. Takie kopiowanie musiało być strasznie… męczące. Córka Jesionki kipiała pewnością siebie, przy czym niezbyt wielkimi umiejętnościami w rozmowie. A może raczej w spokojnej rozmowie. Agrest był bez wątpienia najnudniejszym z czwórki kociąt. Zbyt uśmiechnięty, zbyt przyjazny jak na tak nieprzyjemny klan. Trochę, jakby nie urodził się tam jak powinien. Złoty kocur przypominał mu też pewnego bliskiego mi białego osobnika, który czasem ze swoimi przebłyskami emocjonalności mógłby dogadać się bardziej z synem Miodki niż z własnym. Spojrzał na Agresta, który z zainteresowaniem przyglądał się czemuś przy ziemi. Nicość podszedł do niego ostrożnie, patrząc mu przez ramię co tam ma. Widząc zielone stworzonko, miał ochotę cicho parsknąć. Opanował się jednak w ostatniej chwili. Podszedł bliżej i zdeptał gąsienicę łapą, następnie, udając, że tylko przechodził w inne miejsce. Dopiero gdy oddalił się kawałek zaczął cicho chichotać.
Jakiś czas temu
Kawcza Łapa szedł przed siebie, tuż za białym ogonem Rozbitego Księżyca. Jak co dzień przez ostatnie prawie pół księżyca również i dziś mieli trening. Czarny zdążył już poduczyć się wspinaczki, nie był najgorszy w rozpoznawaniu śladów, a nawet w walce, która również szła mu coraz lepiej. Nie można było tego samego powiedzieć o polowaniach. Tropienie szło mu mizernie, a fakt, że tracił skupienie przy każdym mocniejszym szeleście liści wcale nie pomagał. Księżyc próbował nauczyć go potrzebnej do tego uwagi, ale także rozpraszał się częściej niż powinien. Z reguły nagle zaczynał obserwować naturę, gadać lub co gorsza, drapać się i mlaskać, czego Rozbity wydawał się bardzo nie lubić. Gdy wychodzili z obozu biały poinformował go o tym, co będą robić w trakcie dzisiejszego treningu. Mieli ponoć pójść do tuneli, aby nauczyć go nawigacji w ciemnościach, czy czegoś w tym rodzaju. Zielonooki nie należał do kotów, które boją się ciasnych miejsc, czy potworów siedzących w czerni, więc nie był szczególnie przerażony tym treningiem. W końcu dotarli przed wejściem do tunelu, gdzie Księżyc przystanął i zwrócił się w stronę ucznia.
— Jesteśmy na miejscu. Idziesz za mną, pilnuj się, żebyś pod żadnym pozorem mnie nie zgubił. Jeśli będzie ci w ten sposób lepiej może trzymać mnie za ogon, tylko nie gryź za mocno, bo ty potrafisz nieźle użreć. Zrozumiałe? — mruknął bieluch, a Kawka kiwnął głową, wchodząc za nim do tunelu.
Nie było to niczym szczególnie trudnym. Jak na razie najgorszą częścią treningu była dla Nicości wspinaczka. Ciągle spadał z drzewa i trochę mu zajęło, nim dotarł na szczyt. Tunele przeszliby zapewne dosyć szybko, gdyby nie to, że Nicość w pewnym momencie potknął się o wystający korzeń. Syknął z bólu i przez przypadek zacisnął zęby na ogonie Księżyca.
— Na wszystkie stokrotki! O co chodzi? — zapytał zdenerwowany bieluch, usiłując nie płakać z bólu. — Chciałeś mi odgryźć ogon?
— Chyba mam coś z łapą — mruknął Nicość, a niebieskooki westchnął.
— Starczy tunelu na dziś. Radziłeś sobie całkiem nieźle, tylko na drugi raz pamiętaj, żeby bardziej badać teren łapami. Idziemy do legowiska medyka.
Wrócili do obozu, a Nicość ruszył w stronę legowiska. Nim tam jednak dotarł słyszał jak ktoś woła jego imię. Dokuśtykał do złotej kotki i uśmiechnął się słabo.
— Co się stało? — zapytał Kawcza Łapa.
— Mógłbyś może zabrać Aronię do medyków? Od rana wymiotuje, chyba czymś się struła — miauknęła kotka ciepłym głosem, a Nicość kiwnął głową i zabrał starą koleżankę z legowiska do medyka.
Lecznica jak zwykle miała łapy pełne roboty. Teraz, gdy zabrakło Cisowego Tchnienia, a Chudy Grzbiet zyskał uczennicę było im szczególnie ciężko . Nicość czekał cierpliwie, aż Roztargniony Koperek wyleczy Korowy Szept, a następnie popchnął lekko Aronię, żeby poszła następna. Nie musiał jednak czekać, gdyż po chwili zajął się nim bury kocur wraz ze swoją świeżo mianowaną uczennicą.
— Tylko zwichnąłeś łapę. Coś na to zaradzimy — miauknął Chudzielec i ruszył w stronę stosu ziół, po chwili, wracając lekarstwem. Gdy okład był gotowy Nicość wyszedł ze żłobka, w poszukiwaniu Księżyca. Widząc jego pysk w wejściu od obozu uśmiechnął się słabo. Obłożony był mchem.
— Coś nie tak? Przyniosłem mech, ale to ty wymieniasz legowiska młody. Później będziesz miał wolne i odpoczniesz, żeby łapą wydobrzała — mruknął kocur, a czarny kiwnął głową.
Aronia wróciła po jakimś czasie do lecznicy, przyprowadzona przez Kawkę, gdy został o to poproszony. Wziął się w końcu za wymianę legowisk, rozglądając się po dawnym miejscu zamieszkania.
„Nic się nie zmieniło. Zresztą, co by miało?” pomyślał i zaczął wymieniać jedno z legowisk. Po pewnym czasie poczuł, jak ktoś lekko szturcha go w bok.
— Nicość! Gdzie zabrałeś wcześniej moją siostrę? — zapytał Agrest stojący tuż za czarnym uczniem.
— Do medyków. Czuła się źle, więc jej pomogli. Mnie zresztą też — pokazał zwichniętą łapę. — Byłeś już tam kiedyś? — zapytał.
<Agreście?>
[1394 słowa + nawigacja w tunelach]
Wyleczeni: Korowy Szept, Aronia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz