przed odejściem Bursztynowej Łapy z klanu, jakiś czas po pożarze
Szurała łapami po zmarzniętej ziemi, nie potrafiąc zebrać w sobie dość sił, by nadać krokom właściwego rytmu. Jej łapy raz po raz zapadały się w śniegu, pozostawiając za sobą nierówne ślady. Zamiast jednak patrzeć wysoko przed siebie, Żywiczna Łapa wpatrywała się w odciski pozostawiane przez mentora. Ciemniejsze zagłębienia odcinały się wyraźnie od świeżej bieli, która przykryła spaloną na wiór ziemię. Śnieg był przyjemniejszym widokiem niż poczerniałe pozostałości obozu, lecz nawet on nie potrafił całkowicie przysłonić tego, czego już nie było. Najbardziej brakowało jej zieleni. Kwiatów, traw i drobnych roślin, które jeszcze niedawno rosły w znajomych miejscach. Porą Opadających Liści było ich coraz mniej, ale Żywica pamiętała każdy z tych ostatnich, które zdążyły zginąć w ogniu. Gdyby ktoś mógł oddać jej tę najbardziej beztroską część dzieciństwa, pewnie pozbierałaby wszystkie kwiaty i zaniosła do swojej dawnej kolekcji podobnych temu skarbów.
Tyle, że tej już nie było. Właściwie nie zostało prawie nic, co przypominałoby jej spokojne, leniwe dni spędzone w żłobku. To wszystko, co miała, co było jej znane i bezpieczne, zostało pochłonięte przez ogień. Jedyne, co jej pozostało, to wspomnienia i zapach dymu, którego długo nie potrafiła wyrzucić z nozdrzy.
Z tamtego dnia pamiętała przede wszystkim towarzyszący jej nieodłącznie strach. Pamiętała żar wciskający się pod futro, dym drapiący w gardło i głosy wojowników, które mieszały się ze sobą w jeden niezrozumiały harmider. Bała się o siebie, o Bursztyna, o mamę i tatę, a nawet o babcię, której ostatecznie nie dane było wyjść z tego wszystkiego żywej. Dopiero później, gdy najgorszy chaos zaczął cichnąć, pojedyncze słowa zaczęły nabierać znaczenia. Wygnania. Egzekucje. Morderstwa.
Wiedziała przecież, że świat poza obozem nie był tak bezpieczny, jak opowiadano w żłobku. Zawsze miała świadomość, że za granicami klanu mogą czaić się niebezpieczeństwa, przed którymi starsi ostrzegali młodszych. Nigdy jednak nie pomyślałaby, że zagrożenie może wedrzeć się prosto do ich własnego domu. Do miejsca, które miało chronić ich przed wszystkim, co było złe.
Czasem przysiadała przy Bursztynie, próbując znaleźć ukojenie w jego towarzystwie. Brat zdawał się przeżywać to wszystko zupełnie inaczej. Jeszcze przed pożarem zaczął wymykać się w stronę granic, tłumacząc, że chce poznać „fajniejsze” koty. Kiedy ogień pochłonął obóz, przez pewien czas przestał to robić. Żywica odetchnęła wtedy z ulgą. Mogła zasypiać bez myśli, że któregoś ranka znajdzie jego posłanie puste, a gdzieś przy granicy ktoś natknie się na jego nieprzytomne ciało w kałuży krwi.
Spokój nie trwał jednak długo. Gdy ich nowy, podziemny obóz zaczął funkcjonować, Bursztyn ponownie wrócił do swoich wędrówek, tym razem jeszcze częstszych. Żywiczna Łapa nie potrafiła zrozumieć, co właściwie nim kieruje. Kocur niechętnie odpowiadał na jej pytania i zbywał ją, kiedy próbowała dowiedzieć się, dokąd chodzi i po co.
By jej obawy się spotęgowały, wystarczyło jej obserwować inne koty w obozie. Niektóre spojrzenia, które kierowały się za rudym, były nieprzyjemnie długie. Żywica coraz częściej zastanawiała się, czy po wszystkim, co spotkało ich klan, Bursztyn nie ściągnie na siebie podejrzeń.
— Żywiczna Łapo, czy jesteś w stanie powtórzyć to, co teraz powiedziałem?
Głos mentora wyrwał ją z natłoku myśli. Rudzielec wpatrywał się w nią wyczekująco, a ona zbyt późno zorientowała się, że zatrzymał się i zaliczyła porządne zderzenie z jego ogonem.
Natychmiast położyła uszy i uciekła wzrokiem w bok. Gdy oderwała się od własnych myśli, chłód od razu stał się bardziej dotkliwy. Mróz szczypał ją w poduszki łap, a zimne powietrze wdzierało się do płuc przy każdym oddechu. Nerwowo przestąpiła z jednej łapy na drugą, próbując znaleźć właściwą odpowiedź.
— Żebym uważała... — odparła niezbyt pewnie, uznając jednak, że była to dosyć możliwa i oklepana śpiewka w wykonaniu jej mentora.
Oskrzydlony Ognik wypuścił powietrze z wyraźnym zawodem i mruknął coś pod nosem. Żywica nie dosłyszała słów, ale ton wystarczył jej, by poczuć nieprzyjemne ukłucie w piersi.
— Powiedziałem, żebyś się skupiła i spojrzała przed siebie. Wiem, że w obliczu ostatnich wydarzeń możesz czuć się przytłoczona, ale nie możesz całkowicie odciąć się z życia. Klan Burzy potrzebuje teraz wojowników jak nigdy dotąd, a twój trening... idzie dosyć mozolnie, nie sądzisz?
Żywica spuściła wzrok. Wiedziała, że mentor nie chciał jej zranić. Właśnie przez to jego słowa zabolały jeszcze bardziej. Przynosiła mu zawód. Pewnie nie tylko jemu. W głowie od razu pojawili się rodzice, a później Bursztyn, który coraz częściej wydawał się od niej oddalony, nawet jeśli znajdowali się obok siebie.
— Rozumiem... — wykrztusiła tylko, przytakując. — Ja... Przepraszam, po prostu... Nie wiem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie — stwierdziła, nie chcąc gubić się we własnych słowach.
Bo co właściwie mogła powiedzieć? Że się bała? To było oczywiste. Bała się własnego cienia, kolejnej porażki, tego, że zawiedzie wszystkich, którzy czegoś od niej oczekiwali. Strach, który u innych mógł stać się powodem do działania, w niej odbierał siły. Zamiast pchać ją naprzód, przygniatał ją coraz mocniej do jednego miejsca.
Oskrzydlony Ognik przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Wpatrywał się w nią spokojnie, aż w końcu westchnął i strzepnął ogonem.
— Nie będziemy teraz o tym rozmawiać, bo zamarzniemy tu na śmierć, jednak przemyśl sobie to wszystko, Żywico — polecił, odwracając pysk. — Spójrz w dal. Co widzisz?
Żywica spróbowała podnieść wzrok, lecz oczy miała zaszklone łzami. Nie chciała płakać przy mentorze, ale łzy same zbierały się pod powiekami. Zacisnęła zęby i zamrugała kilka razy.
Przed nią rozciągała się niemal wyłącznie biel. Śnieg pokrywał ziemię, gałęzie i resztki roślin. Z trudem dostrzegała cokolwiek dalej. Mróz szczypał ją w nos, a wiatr wciskał drobne płatki pomiędzy dłuższe kosmyki futra.
— Śnieg? — wydukała, nie chcąc zostawić go bez odpowiedzi.
— Nie o to chodzi — westchnął Ognik z niezadowoleniem. — Rozumiem, że króliki mogą mieć futro zlewające się ze śniegiem, ale ten jest wyjątkowo rdzawy i tłusty... Ciężko go przeoczyć.
Żywiczna Łapa zmarszczyła nos i zrobiła krok naprzód. Zmusiła wzrok do skupienia. Dopiero wtedy zauważyła ruch pośród śniegu. Rudy królik przemykał w oddali, zatrzymując się co jakiś czas, by rozejrzeć się za czymś do zjedzenia.
Otrząsnęła się lekko. Spojrzenie mentora nie pozostawiało wątpliwości.
Gdy była mała, nie potrafiła wyobrazić sobie, że zdobywanie jedzenia może wymagać tyle wysiłku. W żłobku to inni przynosili jej pożywienie pod nos, gdy tylko zaprzestała pić mleka matki. Tutaj zwierzyna miała własne pazury, zęby, uszy i przede wszystkim ogromną chęć pozostania przy życiu. Ona chciała zjeść, a królik chciał uciec. To było proste.
Nie miała jednak dobrego miejsca do rozpoczęcia łowów. Teren był niemal zupełnie odkryty, a z rzadka porastające go, wyłysiałe krzewy dawały niewiele osłony. Żywica musiała więc wykorzystać każdą nierówność terenu.
Dotychczas polowania nie szły jej najgorzej. Potrafiła skradać się cicho i przemykać pomiędzy przeszkodami. Problemem nie były łapy. Problem tkwił w jej głowie. Myśli wciąż wracały do ognia, do Bursztyna, do babci i do wszystkiego, co mogło wydarzyć się później. Każdy trzask gałązki przyciągał jej uwagę, każdy ślad mógł stać się kolejnym powodem do niepokoju.
Złość zaczęła mieszać się ze strachem. Nie była przecież aż tak kiepska.
Skoczyła naprzód, ale nastąpiło to zbyt szybko.
Królik zdążył ją wyczuć i odbił w bok, zanim jej łapy dotknęły jego futra. Żywica straciła równowagę i runęła pyskiem w śnieg. Zimny puch dostał się do nosa. Przez moment leżała bez ruchu, czując drżenie wszystkich czterech kończyn.
Nie ruszyła od razu w pogoń. Podniosła się powoli i otrzepała futro. Śnieg posypał się z jej wąsów.
Była taka bezużyteczna.
— Żywiczna Łapo, wszystko dobrze? — Usłyszała głos mentora. — Prawie go miałaś.
— Nieprawda, mocno chybiłam — wykrztusiła, patrząc z poczuciem winy na własne łapy. — Zaraz... zaraz spróbuję jeszcze raz... Tym razem się uda — zapewniła.
Oskrzydlony Ognik zmarszczył brwi. Przez chwilę przyglądał się jej bez słowa.
— Nie wiem, czy będzie miało to sens — stwierdził. — Jesteś zbyt rozproszona, a szkoda byś się w kółko męczyła, jeśli nie przyniesie to żadnych efektów.
Żywica poczuła, jak coś zaciska się jej w gardle. Zadrżała i pociągnęła nosem. Liczyła na to, że mentor każe jej próbować dalej. Że powie coś, co pozwoli jej uwierzyć, że jeszcze może sobie poradzić. Zamiast tego zasugerował powrót. Czy naprawdę było z nią aż tak źle?
— Moje wszystkie kończyny są sprawne. Złapię go — zapewniła, postępując naprzód.
Jej chód był niepewny, choć za wszelką cenę próbowała nadać mu stanowczości. Czuła zmęczenie, lecz nie miała ku niemu prawdziwego powodu. Przez ostatnie księżyce przywykła do tego, że większość decyzji podejmowali za nią inni. Idź tam. Zrób to. Czekaj. Wracaj. Słuchała, wykonywała polecenia i miała nadzieję, że w ten sposób kiedyś stanie się wystarczająco dobra.
Dlaczego nawet teraz nie potrafiła po prostu zrobić tego, czego od niej oczekiwano?
Ogarnęło ją zniechęcenie. Nie miała sił walczyć sama ze sobą, a przecież właśnie tego potrzebowała najbardziej. Nie była taka jak Bursztyn, który zdawał się nieustannie szukać kolejnych ścieżek, nowych miejsc i nowych kotów.
— Go już raczej nie dogonisz. Poszukaj innego tropu — zasugerował Ognik, pozwalając jej na drugą próbę.
Żywiczna Łapa skinęła głową. Uspokoiła oddech i ruszyła żwawym truchtem, uważniej stawiając łapy na śniegu. Zimno nadal szczypało ją w poduszki, ale nie zamierzała wracać z pustymi łapami. Klan już wystarczająco dużo stracił. Nie mogła dokładać do tego własnego lenistwa.
Węszyła nisko przy ziemi, choć Porą Nagich Drzew złapanie tropu nie było łatwe. Wiatr mieszał zapachy, a śnieg przykrywał wiele śladów. Zamiast kierować się wyłącznie wonią, zaczęła wypatrywać odcisków łap. Ślady gryzoni były mniejsze i znacznie lżejsze od kocich. Przez chwilę jej wzrok zatrzymał się na jednym z większych odcisków. Zastanowiła się, czy nie należał do Bursztyna i czy nie mógłby doprowadzić jej do miejsca, w którym brat spotykał się z obcymi.
Otrząsnęła się jednak i wróciła do zadania.
Królika znalazł niedaleko granicy. Nie był to ten sam, którego wcześniej spłoszyła. Ten był mniejszy, wychudzony i uparcie grzebał łapami pod jednym z krzewów, próbując wydobyć spod śniegu coś do zjedzenia.
Żywica obejrzała się na mentora. Ognik pozostał kilka długości ogona za nią.
Przywarła do ziemi. Każdą łapę stawiała ostrożnie, sprawdzając podłoże przed kolejnym krokiem. Królik uniósł łeb, lecz wiatr niósł jej zapach w przeciwną stronę. Gdzieś dalej zaszeleściły suche gałązki, odwracając uwagę zwierzęcia. Żywica wykorzystała moment. Jeszcze jeden krok.
Gdy była już wystarczająco blisko, wybiła się z tylnych łap i skoczyła.
Tym razem nie chybiła. Zęby zacisnęły się na karku królika, a jego ciało poczęło walczyć, próbując wyszarpać się z jej ucisku. Żywica przycisnęła je do śniegu przednią łapą i nie puściła, dopóki zwierzę całkowicie nie znieruchomiało.
Dopiero wtedy uniosła łeb.
Serce waliło jej w piersi, a oddech był ciężki, ale tym razem nie ze strachu. Spojrzała na zdobycz, potem na zbliżającego się mentora. Przez krótką chwilę pozwoliła sobie poczuć odrobinę dumy.
Oskrzydlony Ognik zatrzymał się obok.
— Możemy wracać do obozu — odparł tylko.
Żywica zamrugała. Tego się nie spodziewała. Spojrzała na królika, potem znowu na mentora, czekając jeszcze przez chwilę na coś więcej. Na pochwałę. Choćby jedno krótkie słowo, które powiedziałoby jej, że tym razem zrobiła coś dobrze.
Nic takiego nie nastąpiło.
Opuściła wzrok na własne łapy, a wcześniejsza duma zaczęła powoli gasnąć.
[ 1757 słów]
[polowanie na króliki]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz