— Wstajemy.
Młode otworzyło swe błękitne oczęta.
— Mama? Lukier? — wydobyło się z pyska kocięcia. Już po chwili spojrzenie wielkich ślipi padło na jej pysk, a młode wyraźnie wystraszyło się. Nastroszyło futerko, położyło po sobie uszy, a po chwili zaczęło rozglądać się na boki. Jeżyk już miała spokojnie spróbować powiedzieć małej, że nic jej nie zrobi i że ta jest bezpieczna, ale wtedy właśnie prosto w jej pysk trafiła kępka siana. Zaskoczona czekoladowa wydała z siebie zdziwiony pisk. Już po chwili otrzepała się jednak i spojrzała na małe uważniejszym wzrokiem. Arlekinka już trzymało następną porcję „amunicji” gotowa, by nią rzucić w starszą kotkę.
— Ło, ło, poddaję się! Zawieszenie broni! Biała flaga! — zaczęła mówić zasłyszane od pieszczochów wyrażenia — Spokojnie, nic ci nie zrobię. Jestem Jeżyk — oddała już ciut mniej prędko, widząc, że mała nie przymierzała się do ponownego rzutu sianem, choć dalej miała je w gotowości. — znalazłam cię samą w krzaku, twojej mamy chyba nie było tam długo, bo wyglądasz, jakbyś od dawna nie jadła. Pozwoliłam więc sobie zabrać cię w bezpieczne miejsce.
— Jeżyk… — mruknęło młode pod noskiem — zna pani moją mamę?
— Nie, niestety nie.
Młode przeniosło spojrzenie w bok.
— Nie wie pani, gdzie mogłaby być?
— Tutaj też muszę cię zawieść. Ale mogę jej później poszukać. Najpierw jednak muszę zająć się tobą. Jak ci na imię? Chcesz może wody?
— Jestem… Piernik.
— Piernik… tak. Ładne imię. Chodź, złociutka — postanowiła użyć określenia, jakie nieraz padało z pyska jej babki — pójdziemy do miski z wodą, to tylko kawałek od szopy…
***
Wróciła właśnie z kolejnej kontroli skrytek, gdy nagle dostrzegła biegnącą w jej stronę Piernik.
— Jeżyk! Jeżyk! — wykrzyczała mała, po czym z impetem wparowała w starszą. Nie przewróciła jej oczywiście – była zdecydowanie zbyt mała, by być w stanie wytrącić ją z równowagi. — Gdzie byłaś? Czemu nie wzięłaś mnie ze sobą?
— Następnym razem możemy pójść razem, jesteś już dość duża. A byłam na sprawdzaniu skrytek z ziołami. A ty, urwisie, czemu wyszłaś sama z ogrodu? Przecież wiesz, że ci nie wolno.
— Przepraszam… ale tak bardzo chciałam cię znaleźć! I ci coś powiedzieć!
— Co takiego? — spytała starsza zaciekawiona.
— Że już nie jestem Piernik.
— Jak to nie jesteś Piernik?
— Nie jestem! Od teraz nazywam się Wróżba!
— O… to całkiem… ładne imię — nie była pewna, co powinna zrobić w sytuacji, gdy dziecko samo sobie zmieniało imię. Miało dobry gust, tak, ale nie sądziła, że to było normalne. — Wyjaśnisz mi, skąd ta nagła decyzja?
— Nie nagła! Od dawna nad tym myślałam. Chcę mieć imię jak wy! Takie… inne! — stwierdziła młoda.
— Jak my?
— No jak reszta z Kamiennej Sekty!
Starsza po chwili uśmiechnęła się ciepło, mrucząc. Czyli młoda tak jak mówiła Skowronek przywiązała się do nich. Chciała być jedną z nich.
— Twoje imię jest idealne, Wróżbo.
***
Wróżba uciekła.
Znowu.
Opieka nad małą była ciekawym przypomnieniem, jakie słodkie, kochane, a także nieposłuszne mogą być kocięta, chociaż młoda weszła już defakto w wiek młodego ucznia. Nie zmieniła się jednak bardzo przez te kilka księżyców, podczas których z nimi żyła.
Jeżyk zastanawiała się, gdzie młoda mogła pójść. Zazwyczaj gdy czarnej szylkretce zdarzało się uciekać, wcześniej wyrażała słownie lub i nie zainteresowanie czymś lub rzadziej kimś. Na przykład domem Bryzy, albo kryjówką pod starą restauracją, którą pewnego razu Jeżyk i ona odwiedziły, albo stawikiem w jednym z ogrodów dwunożnych…
Tak też po szybkim wypytaniu Cyni, Goshenitu i Jerzyka udało jej się dowiedzieć, że mała pragnęła pójść do ogrodu, o którym usłyszała od jednego z jej dzieci. Podobno ten nawet teraz, podczas Pory Nagich Drzew, bez swoich kolorowych kwiatów i pięknych motyli na nich siadających, miał w sobie pewien urok.
Tak też Jeżyk porzuciła wszelkie inne plany na ten dzień, i wybrała się wraz z synem by poszukać ich małej zguby.
Czy żałowała, że zdecydowała się opiekować tym małym szkrabem, który choć słodki, sprawiał jej tyle problemów?
Ani trochę.
— Gdzie teraz? — spytała burego, gdy rozglądali się po jednej z uliczek po drodze, na wszelki wypadek, gdyby młoda zgubiła się lub po prostu rozproszyła.
— Na prawo — jej mały taranokot wskazał jej lekko kierunek nosem.
Po jeszcze chwili przyspieszyli kroku, by następnie dotrzeć do wysokiego, ciemnego płotu, lekko oprószonego śniegiem.
Jeżyk usiadła, napięła mięśnie, po czym skoczyła na drewnianą konstrukcję. Już po chwili zeskoczyła z płotu, znajdując się po drugiej jego stronie, a parę uderzeń serca później tuż obok wylądował jej syn.
Oboje usłyszeli głosy dwunogów, dochodzące gdzieś z wnętrza domu. Bynajmniej nie brzmiało to jak ich zwykła, trochę przygłośna rozmowa – a jak większa kłótnia. To nie było dla nich korzystne, ale Jeżyk nie mogła tak po prostu teraz wyjść z terenu podburzonych Wyprostowanych. Nie, gdy Wróżba mogła jeszcze tu być i gdzieś się chować.
— Wróżbo! — zawołała ciut ciszej, niż by to zrobiła, gdyby dwunodzy nie byli obecni gdzieś niedaleko. — Wróżbo, możesz już wyjść… wracajmy może do szopy, co? Na pewno jest ci zimno…
Wtem oboje z Jerzykiem dostrzegli kamienie, leżące na dziwnie wypukłej kupce śniegu.
Na początku myślała, że to może mała Wróżba coś zbudowała, na wzór kamiennych stosów, ale im bardziej się zbliżała, tym oczywistsze stało się to, iż część tego co brała początkowo za zwykły biały puch, tak typowy dla obecnie panującej pory…
Było futrem.
Gdy dotarło to do niej przyspieszyła.
Dość szybko dostrzegła wcześniej nieznajdującą się w jej polu widzenia strugę, nie, strugi krwi barwiące okoliczny puch.
Jerzyk również był zaskoczony, ale szybko zaczęli usuwać kamienie i strzepywać śnieg z biało-czarno-rudego, małego ciałka.
— Wróżbo? Wróżbo, odezwij się, proszę! — miauknęła, przerażona trącając kotkę nosem. Bok młodej jednak nie unosił się, jej oczy były zaciśnięte jakby w bólu, a całe ciało zdawało się pokiereszowane przez siłę uderzenia rzuconym w praktycznie kocię twardym przedmiotem. — Wróżbo…
Jak mogła na to pozwolić. Miała się nią opiekować. Zapewnić bezpieczeństwo i nowy dom.
A zamiast tego mała leżała tu, z połamanymi kośćmi, nieżywa.
Po policzkach Jeż spłynęły słone łzy, gdy zrozumiała, że już nigdy nie dane jej będzie opowiadać tej małej kupie futra historii na dobranoc, nie będzie mogła odpowiadać na jej rozmaite pytania o nazwy roślin, owadów i nielicznych w mieście grzybów czy porostów. Że już nigdy nie zorganizuje małej tej wycieczki do lasu, którą planowała ze względu na to, jaką miłością młodsza pałała do natury. Że już nie pobawią się w chowanego w ogrodzie, ani nie pouczy młodej za próbę wspięcia się na parapet po firankach wyprostowanych, ani za tykanie ich dziwnych, ostrych przedmiotów bez pozwolenia.
Wraz z Jerzykiem wzięli ciało małej, po czym opuścili ogród najszybciej, jak się dało, by nie skończyć jak biedne, niczemu winne kocię, za którego śmierć Jeżyk będzie się teraz obwiniać.
Żegnaj, Wróżbo, bardzo mi przykro, że tak to się skończyło [*]
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeżyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeżyk. Pokaż wszystkie posty
14 stycznia 2024
02 grudnia 2023
Od Jeżyk Do Piernik (Wróżby)
Sprawdzała właśnie stan skrytek z ziołami. Ich zapasy już wcześniej były duże, oczywiście, stopniały nieco przez Porę Nagich Drzew, kiedy nie było jak uzupełniać zapasów, ale teraz, gdy Pora Zielonych Liści trwała w najlepsze, ich zasoby znów stały się ogromne. Dlatego trzeba było sprawdzać jak najczęściej, czy ktoś czasem nie odnalazł którejś ze skrytek i czegoś nie podwędził. Ale nie przychodzić też za często, by jakiś rzezimieszek za którymś razem nie zaczął ich śledzić i nie odkrył miejsca położenia ziół. Choć i tak, powiedzmy sobie szczerze, ktoś musiałby być dość mocno zdesperowany albo głupi, by ich okradać. Szczególnie, że ich raputacja poza ich terenami zdawała się być dość odstraszająca. Do tego byli przecież sojusznikami samego Jafara.
Cóż, tej skrytki nikt nie okradł, a to była ostatnia. Tak też Jeżyk wyjęła ze skrytki kilka potrzebnych ziół, bowiem Błotniste Ziele ostatnio wbiła sobie szkło w łapę, a Bazalt nie przyszedł do niej, ani nikogo innego, z odwodnieniem, przez co przeszło ono w omdlenia. Może nawet nie zauważył objawów obserwując uważnie czy ktoś nie łamie zasad Sekty, albo słuchając wykładów Cynamonki. Tak czy inaczej, mogła teraz wyleczyć jego i liliową kocicę, ponieważ postanowiła ich zabrać ze sobą. Bazalta aby poznał kolejne umiejscowienie skrytki, a Błotniste Ziele ponieważ w sumie skoro brała już jednego chorego, to czemu nie dwóch? Będzie mogła pójść dzięki temu potem od razu na spacer, zamiast najpierw iść do skrytki, potem do jednego i drugiego do różnych baz, a potem dopiero na spacer. Nie chciało jej się, mówiąc krótko, tak dużo chodzić, szczególnie, że miała dzisiaj jeszcze trening z Diamentem.
— Co to za zioła? — spytała czekoladowego, pozwalając sobie na zostanie przez chwilę jego nauczycielką.
— Krwiściąg i Rumianek. Na omdlenia — stwierdził widocznie zmęczony kocur.
— Po drodze zahaczcie o dom Cynamonki aby napić się wody — poleciła, po czym podeszła bliżej Błotnistego Ziela, by teraz zająć się starszą kocicą. W sumie to najstarszą obecnie w całej Kamiennej Sekcie. Miała już w końcu dziewięćdziesiąt pięć księżyców, to bynajmniej nie było mało. Może i Bylica w tym wieku jeszcze hasała, ale Jeżyk wiedziała, że większość kotów nie miała takiego zdrowia jak jej babcia.
Po ostrzeżeniu strachliwej kotki, że trochę zaboli, wyjęła ostrożnie szkło z jej łapy. Następnie chwyciła skrzyp, dobrze sobie znany, przeżuła go na papkę i nałożyła na ranę. Na koniec owinęła wszystko pajęczyną i odesłała dwójkę w drogę powrotną, polecając jeszcze liliowej, by wracając do swojej bazy wzięła kogoś ze sobą, tak na wszelki wypadek.
Gdy ci już zniknęli jej z oczu, przeciągnęła się, po czym ruszyła na krótki spacer po terenach. W sumie można było to też uznać za swego rodzaju patrol – jeśli jakieś niepożądane koty znalazłyby się na ich terenie akurat teraz, ona by je wypatrzyła dzięki swojej małej przebieżce. Szła tak po chodniku, gdy nagle tuż przed jej nosem przeleciał ptak. Kocica nastroszyła futro, ale już po chwili się uspokoiła. Zwierzyny naprawdę było w bród. Gdyby się wcześniej zorientowała, może nawet byłaby w stanie tego ptaka złapać w locie. Cóż, mówi się trudno. Mieli naprawdę zatrzęsienie jedzenia, szczególnie jak na miasto było go sporo. Z tego, co zaobserwowała podczas zbierania ziół na dzikich terenach, tam także było piszczek co nie miara…
— Przepraszam? Pani Jeżyk? — usłyszała za sobą głos. Natychmiast odwróciła się, a jej oczom ukazała się niebieska dymna kotka z obróżką koloru nieba na szyi i srebrną plakietką. Poznała ją dopiero po chwili. Ach. Znajoma Cynamonki, ta… Bri? Camembert? Nie… Roquefort? Tak, chyba nazywała się Roquefort.
— Tak?
— Mój kociak, Camembert uciekł z domu! Zamarzyło mu się złapanie myszy, ola wielkie sery, to chyba pech jest jakiś na nas, że najpierw zaginął syn Cynamonki, a teraz mój! Szukam go już od rana… pomogłabyś mi?
Kolejny zaginiony kociak? Eh... A, noi teraz wiedziała, czemu nie mogła znaleźć imienia kocicy w głowie i przez chwilę myślała o Camembertcie. Jak wszystkie jej dzieci miały takie imiona to hoho będą jej się w głowie myliły…
Szylkretowa skinęła głową na zgodę zmartwionej matce. Współczuła jej w sumie. Jakby jej własne kocię zaginęło, to też by wychodziła z siebie. Już w sumie raz wyszła, kiedy Pliszka zniknęła na pół dnia i wróciła targając jakiś grat dwunogów i cała w kurzu… eh to dziecko ją kiedyś do zawału doprowadzi…
— Wiesz może, gdzie mógł pójść?
— Nie mam pojęcia — niebieskooka położyła po sobie uszy — on nigdy nie był spokojny, mógł nawet… wyjść poza obręb terenu, który uważacie za swój…
Cóż, tej skrytki nikt nie okradł, a to była ostatnia. Tak też Jeżyk wyjęła ze skrytki kilka potrzebnych ziół, bowiem Błotniste Ziele ostatnio wbiła sobie szkło w łapę, a Bazalt nie przyszedł do niej, ani nikogo innego, z odwodnieniem, przez co przeszło ono w omdlenia. Może nawet nie zauważył objawów obserwując uważnie czy ktoś nie łamie zasad Sekty, albo słuchając wykładów Cynamonki. Tak czy inaczej, mogła teraz wyleczyć jego i liliową kocicę, ponieważ postanowiła ich zabrać ze sobą. Bazalta aby poznał kolejne umiejscowienie skrytki, a Błotniste Ziele ponieważ w sumie skoro brała już jednego chorego, to czemu nie dwóch? Będzie mogła pójść dzięki temu potem od razu na spacer, zamiast najpierw iść do skrytki, potem do jednego i drugiego do różnych baz, a potem dopiero na spacer. Nie chciało jej się, mówiąc krótko, tak dużo chodzić, szczególnie, że miała dzisiaj jeszcze trening z Diamentem.
— Co to za zioła? — spytała czekoladowego, pozwalając sobie na zostanie przez chwilę jego nauczycielką.
— Krwiściąg i Rumianek. Na omdlenia — stwierdził widocznie zmęczony kocur.
— Po drodze zahaczcie o dom Cynamonki aby napić się wody — poleciła, po czym podeszła bliżej Błotnistego Ziela, by teraz zająć się starszą kocicą. W sumie to najstarszą obecnie w całej Kamiennej Sekcie. Miała już w końcu dziewięćdziesiąt pięć księżyców, to bynajmniej nie było mało. Może i Bylica w tym wieku jeszcze hasała, ale Jeżyk wiedziała, że większość kotów nie miała takiego zdrowia jak jej babcia.
Po ostrzeżeniu strachliwej kotki, że trochę zaboli, wyjęła ostrożnie szkło z jej łapy. Następnie chwyciła skrzyp, dobrze sobie znany, przeżuła go na papkę i nałożyła na ranę. Na koniec owinęła wszystko pajęczyną i odesłała dwójkę w drogę powrotną, polecając jeszcze liliowej, by wracając do swojej bazy wzięła kogoś ze sobą, tak na wszelki wypadek.
Gdy ci już zniknęli jej z oczu, przeciągnęła się, po czym ruszyła na krótki spacer po terenach. W sumie można było to też uznać za swego rodzaju patrol – jeśli jakieś niepożądane koty znalazłyby się na ich terenie akurat teraz, ona by je wypatrzyła dzięki swojej małej przebieżce. Szła tak po chodniku, gdy nagle tuż przed jej nosem przeleciał ptak. Kocica nastroszyła futro, ale już po chwili się uspokoiła. Zwierzyny naprawdę było w bród. Gdyby się wcześniej zorientowała, może nawet byłaby w stanie tego ptaka złapać w locie. Cóż, mówi się trudno. Mieli naprawdę zatrzęsienie jedzenia, szczególnie jak na miasto było go sporo. Z tego, co zaobserwowała podczas zbierania ziół na dzikich terenach, tam także było piszczek co nie miara…
— Przepraszam? Pani Jeżyk? — usłyszała za sobą głos. Natychmiast odwróciła się, a jej oczom ukazała się niebieska dymna kotka z obróżką koloru nieba na szyi i srebrną plakietką. Poznała ją dopiero po chwili. Ach. Znajoma Cynamonki, ta… Bri? Camembert? Nie… Roquefort? Tak, chyba nazywała się Roquefort.
— Tak?
— Mój kociak, Camembert uciekł z domu! Zamarzyło mu się złapanie myszy, ola wielkie sery, to chyba pech jest jakiś na nas, że najpierw zaginął syn Cynamonki, a teraz mój! Szukam go już od rana… pomogłabyś mi?
Kolejny zaginiony kociak? Eh... A, noi teraz wiedziała, czemu nie mogła znaleźć imienia kocicy w głowie i przez chwilę myślała o Camembertcie. Jak wszystkie jej dzieci miały takie imiona to hoho będą jej się w głowie myliły…
Szylkretowa skinęła głową na zgodę zmartwionej matce. Współczuła jej w sumie. Jakby jej własne kocię zaginęło, to też by wychodziła z siebie. Już w sumie raz wyszła, kiedy Pliszka zniknęła na pół dnia i wróciła targając jakiś grat dwunogów i cała w kurzu… eh to dziecko ją kiedyś do zawału doprowadzi…
— Wiesz może, gdzie mógł pójść?
— Nie mam pojęcia — niebieskooka położyła po sobie uszy — on nigdy nie był spokojny, mógł nawet… wyjść poza obręb terenu, który uważacie za swój…
No to mieli problem. Bo jak tutaj prawdziwych gangsterów nie było, tak poza terenem…
— W takim razie nie ma czasu do stracenia — stwierdziła czekoladowa, po czym ruszyła na poszukiwania kociaka.
Roquefort idąca za nią tymczasem, wzdrygała się na każdy głośniejszy dźwięk. Córka Krokus czuła zapach strachu unoszący się znad futra pieszczoszki. Tylko przyciągały niepotrzebną uwagę, ale nie miała zamiaru o tym powiedzieć młodszej, bo ta by pewnie jeszcze bardziej się zestresowała.
Nadstawiła uszu, słysząc dźwięk turlającej się po chodniku puszki. Akurat w stronę, w którą szły. Tak też ruszyła powoli, cichutko w tamtą stronę. Niebieska przełknęła głośno ślinę, ale ruszyła za samotniczką.
Po chwili ich oczom ukazał się kremowo-biały kocurek, grzebiący w porozrzucanych śmieciach.
— Och Camembert! — Roquefort wydała z siebie jęknięcie, widząc co jej syn wyrabiał — chodź tu natychmiast! Ja przez ciebie od zmysłów odchodzę!
— Ale mamoooo! Tutaj jest mysz, mówię ci! — miauknął kocurek, na chwilę przenosząc spojrzenie brązowych oczu na rodzicielkę, po czym znów wrócił do grzebania w odpadkach.
— Camembert! — szara podeszła do młodzika, po czym bezceremonialnie chwyciła go za kark i mimo protestów uniosła w górę, krzywiąc się na zapach własnego kociaka.
Po chwili spomiędzy odpadków wybiegła mała, szaro-brązowa myszka, a następnie zniknęła w dziurze pobliskiego płotu.
— Hm, twój syn wydaje się mieć dobre zadatki na łowcę — stwierdziła Jeżyk, a młody wyszczerzył się do niej — jeśli chce, mogę go czegoś nauczyć, ale ma obiecać, że nie będzie wychodził z terenów w pojedynkę. Co ty na to? — spytała zarówno młodego jak i matkę, która chyba zrozumiała, do czego Jeżyk dążyła. Jak zawrą tę umowę, to będzie mniejsza szansa, że młodzik ruszy znowu w pogoni za przygodą.
— Tak! Obiecuję! Naucz mnie, naucz! — wypiszczał młodzik, wiercąc się w pysku Roquefort.
— Dobrze. Ale teraz musimy wrócić do domu — stwierdziła długofutra, po czym skierowali się w drogę powrotną.
— Odpoczywaj póki możesz, zaraz wyruszymy — stwierdziła Jeżyk. Jej uwagę przykuł w pewnym momencie zapach, który nadchodził z strony zbuntowanego krzewu. Podeszła bliżej. I jeszcze bliżej. Aż nagle…
Z rośliny niespodziewanie wyskoczyła biało-czarno-ruda kulka. Jej zmęczone, ale i pełne nadziei, niebieskie ślipia wbiły się w starszą kotkę, która zaskoczona przyglądała się wychudzonemu dziecku.
— Mama? — miauknęło małe, po czym spróbowało podejść jeszcze bliżej - nie udało mu się jednak, bo już po jednym kroku niespodziewanie upadło na chodnik.
— Huh — wydała z siebie zdziwiony pomruk, po czym podeszła bliżej młodego. Usłyszała za sobą kroki pieszczoszki i jej syna, ale zignorowała je. Zaczęła trącać małe nosem. Dość szybko spostrzegła, iż młodym raczej nikt się nie opiekował przez ostatnie dni. Wyglądało na to, że przez brak jedzenia i picia kocię zemdlało.
Poczuła na sobie spojrzenie Roquefort.
— Co… co jej jest? I co z nią zrobimy? — spytała pieszczoszka, podchodząc bliżej — chyba nie zostawimy jej tak tu samej, prawda?
Jeżyk nie odpowiedziała jej, tylko bez słowa podeszła do krzewu i włożyła w niego swój łeb. Na szczęście dzięki długiemu futru gałązki nie były aż tak dokuczliwe, z naciskiem na „aż tak”.
Dostrzegła w krzewie miejsce widocznie wysiedziane przez kogoś wiele razy. Dorosłego kota. Do jej nozdrzy dotarł świeży zapach kocięcia, które przed chwilą padło u jej łap, i jeszcze dwa. Zapach dorosłego kota był najsłabszy. Jeżyk wyciągnęła łeb z krzaka.
— Jej matki nie było tu od ładnych kilku dni — stwierdziła — był tu jeszcze jeden kociak, ale nie ma go tu teraz. Wygląda na to, że zostały porzucone, albo coś przytrafiło się ich matce. Sądzę, że najpewniej nie wróci po nią. W końcu gdyby miała, to zrobiła by to już wcześniej. To dziecko potrzebuje opieki, ma może jeden księżyc, samo nie przetrwa wiele dłużej. Weźmiemy ją ze sobą — stwierdziła. Ostrożnie wzięła młode do pyska — Rufamy — wysepleniła z pyskiem pełnym futra, po czym skierowała się w stronę terenów Kamiennej Sekty.
— Złym — od razu oznajmiła Jeżyk — młode, ma jeden księżyc, jego matka zniknęła dobre kilka dni temu.
Skowronek wymieniła spojrzenia z Błotnistym Zielem, a potem jeszcze ze śmieciem, którzy siedzieli na poduszkach tuż obok niej.
— Cóż, w takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak przyjąć to kocię do siebie. Bylica nie zostawiała młodych w potrzebie, a włączała je do Sekty. Nie zaszkodzi spróbować. Skoro ma jeden księżyc, powinno szybko się przyzwyczaić i przywiązać. Jest tutaj duża szansa, że będzie nam wierne, znacznie większa niż u starszego kociaka. Sądzę, iż jako iż ty ją znalazłaś, to ty powinnaś się nią zaopiekować. Pozostaje jednak kwestia tego, iż musimy przenieść jedno z twych dzieci do innej bazy. W końcu nie chcemy, by hycel się nami zainteresował.
— Przenieść? Nie wiem, czy są już gotowe… — martwiła się. Nie wiedziała, co jej dzieci będą wyrabiały, jak jej nie będzie. A poza tym dobrze wiedziała, że tylko w jednej bazie nie było przepełnienia. W tej należącej do Krokus. Tak też nie była za tym, oj nie. Ale z drugiej strony, czy chciała oddać tego kociaka do swej matki? Przecież to małe nawet się nie obroni. A do tego Szczekuszka…
— Porozmawiamy z nimi we dwie. Może któreś będzie skore przenieść się pod restaurację — stwierdziła Skowronek, podnosząc się na łapy. — Chodźmy do nich.
Jeżyk skinęła głową, po czym wyszły z piwnicy. Czuła się źle. Z tym, że odeśle jedno swoje dziecko do Krokus. Ale czy pozostało jej coś innego? Musiała to przemyśleć.
Gula podeszła do gardła Jeżyk, gdy tylko to usłyszała. Jednak nie zaprotestowała, gdy Skowronek się na to rozwiązanie zgodziła. Nie potrafiła odesłać tam tego mniejszego kociaka, mimo, iż to nie było jej dziecko. Nie potrafiła mu zgotować takiego dzieciństwa. Takiego, jakie miała ona sama. Nawet jeśli ciotka na pewno nie dałaby małej pod opiekę konkretnie Krokus, Jeżyk wiedziała, że pozycja burej musiała być tam wysoka. Szczekuszka była wierna matce, Błoto cicha, a Skaza…
Nie było innego rozwiązania.
Tak też nim liliowa odeszła, zrobiła jej ogromny wykład na temat tego, że jeśli tylko coś się stanie, ma od razu odejść z terenu restauracji i pójść do Skowronek. Że jeżeli babcia będzie jej się naprzykrzać, ma iść do cioci. Widziała pewne zdziwienie w oczach liliowej. Nie odpowiedziała jednak na jej pytania, tylko odesłała ją.
Niedługo później przyszła do niej Cynamonka, mówiąc, że kocię zaczęło się powoli wybudzać. Spało ponad dobę, najwyższy czas.
Jeżyk ruszyła wraz z Cynamonową do szopy, gdzie ulokowali małą. Akurat reszta dzieci szylkretowej poszła już na trening. Dobrze. Nie będą wprowadzać zamieszania.
Weszła do środka, a jej oczom ukazało się małe kocię zawinięte w kocyk na posłaniu z siana z samych Złotych Traw.
Usiadła obok malucha, który widocznie wiercił się. Był już nieomal obudzony, więc Jeżyk pozwoliła sobie dobudzić kociaka.
— Wstajemy — miauknęła łagodnie do malucha, który po chwili otworzył swe błękitne oczęta.
Wyleczeni: Bazalt, Błotniste Ziele
— W takim razie nie ma czasu do stracenia — stwierdziła czekoladowa, po czym ruszyła na poszukiwania kociaka.
***
Tak jak się obawiały, trop łapek młodego kociaka, który najwyraźniej wpadł w farbę zostawioną przez dwunogów malujących płot gdzieś niedaleko, prowadziły poza teren Sekty. Przynajmniej łatwo było za nim podążać… Roquefort idąca za nią tymczasem, wzdrygała się na każdy głośniejszy dźwięk. Córka Krokus czuła zapach strachu unoszący się znad futra pieszczoszki. Tylko przyciągały niepotrzebną uwagę, ale nie miała zamiaru o tym powiedzieć młodszej, bo ta by pewnie jeszcze bardziej się zestresowała.
Nadstawiła uszu, słysząc dźwięk turlającej się po chodniku puszki. Akurat w stronę, w którą szły. Tak też ruszyła powoli, cichutko w tamtą stronę. Niebieska przełknęła głośno ślinę, ale ruszyła za samotniczką.
Po chwili ich oczom ukazał się kremowo-biały kocurek, grzebiący w porozrzucanych śmieciach.
— Och Camembert! — Roquefort wydała z siebie jęknięcie, widząc co jej syn wyrabiał — chodź tu natychmiast! Ja przez ciebie od zmysłów odchodzę!
— Ale mamoooo! Tutaj jest mysz, mówię ci! — miauknął kocurek, na chwilę przenosząc spojrzenie brązowych oczu na rodzicielkę, po czym znów wrócił do grzebania w odpadkach.
— Camembert! — szara podeszła do młodzika, po czym bezceremonialnie chwyciła go za kark i mimo protestów uniosła w górę, krzywiąc się na zapach własnego kociaka.
Po chwili spomiędzy odpadków wybiegła mała, szaro-brązowa myszka, a następnie zniknęła w dziurze pobliskiego płotu.
— Hm, twój syn wydaje się mieć dobre zadatki na łowcę — stwierdziła Jeżyk, a młody wyszczerzył się do niej — jeśli chce, mogę go czegoś nauczyć, ale ma obiecać, że nie będzie wychodził z terenów w pojedynkę. Co ty na to? — spytała zarówno młodego jak i matkę, która chyba zrozumiała, do czego Jeżyk dążyła. Jak zawrą tę umowę, to będzie mniejsza szansa, że młodzik ruszy znowu w pogoni za przygodą.
— Tak! Obiecuję! Naucz mnie, naucz! — wypiszczał młodzik, wiercąc się w pysku Roquefort.
— Dobrze. Ale teraz musimy wrócić do domu — stwierdziła długofutra, po czym skierowali się w drogę powrotną.
***
Szli tak sobie, oczywiście z czujną Jeż na czele, gdy Roquefort poprosiła o chwilę przerwy. Cóż, zdawała się bardzo zmęczona, nic dziwnego, wyglądała na ten typ pieszczocha, który nie chodził jakoś dużo. Choć szylkretka była sceptyczna, w końcu stanęły gdzieś w połowie drogi, niedaleko rosnącego sobie wbrew woli dwunożnych krzaka.— Odpoczywaj póki możesz, zaraz wyruszymy — stwierdziła Jeżyk. Jej uwagę przykuł w pewnym momencie zapach, który nadchodził z strony zbuntowanego krzewu. Podeszła bliżej. I jeszcze bliżej. Aż nagle…
Z rośliny niespodziewanie wyskoczyła biało-czarno-ruda kulka. Jej zmęczone, ale i pełne nadziei, niebieskie ślipia wbiły się w starszą kotkę, która zaskoczona przyglądała się wychudzonemu dziecku.
— Mama? — miauknęło małe, po czym spróbowało podejść jeszcze bliżej - nie udało mu się jednak, bo już po jednym kroku niespodziewanie upadło na chodnik.
— Huh — wydała z siebie zdziwiony pomruk, po czym podeszła bliżej młodego. Usłyszała za sobą kroki pieszczoszki i jej syna, ale zignorowała je. Zaczęła trącać małe nosem. Dość szybko spostrzegła, iż młodym raczej nikt się nie opiekował przez ostatnie dni. Wyglądało na to, że przez brak jedzenia i picia kocię zemdlało.
Poczuła na sobie spojrzenie Roquefort.
— Co… co jej jest? I co z nią zrobimy? — spytała pieszczoszka, podchodząc bliżej — chyba nie zostawimy jej tak tu samej, prawda?
Jeżyk nie odpowiedziała jej, tylko bez słowa podeszła do krzewu i włożyła w niego swój łeb. Na szczęście dzięki długiemu futru gałązki nie były aż tak dokuczliwe, z naciskiem na „aż tak”.
Dostrzegła w krzewie miejsce widocznie wysiedziane przez kogoś wiele razy. Dorosłego kota. Do jej nozdrzy dotarł świeży zapach kocięcia, które przed chwilą padło u jej łap, i jeszcze dwa. Zapach dorosłego kota był najsłabszy. Jeżyk wyciągnęła łeb z krzaka.
— Jej matki nie było tu od ładnych kilku dni — stwierdziła — był tu jeszcze jeden kociak, ale nie ma go tu teraz. Wygląda na to, że zostały porzucone, albo coś przytrafiło się ich matce. Sądzę, że najpewniej nie wróci po nią. W końcu gdyby miała, to zrobiła by to już wcześniej. To dziecko potrzebuje opieki, ma może jeden księżyc, samo nie przetrwa wiele dłużej. Weźmiemy ją ze sobą — stwierdziła. Ostrożnie wzięła młode do pyska — Rufamy — wysepleniła z pyskiem pełnym futra, po czym skierowała się w stronę terenów Kamiennej Sekty.
***
— W jakim jest stanie? — spytała Skowronek.— Złym — od razu oznajmiła Jeżyk — młode, ma jeden księżyc, jego matka zniknęła dobre kilka dni temu.
Skowronek wymieniła spojrzenia z Błotnistym Zielem, a potem jeszcze ze śmieciem, którzy siedzieli na poduszkach tuż obok niej.
— Cóż, w takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak przyjąć to kocię do siebie. Bylica nie zostawiała młodych w potrzebie, a włączała je do Sekty. Nie zaszkodzi spróbować. Skoro ma jeden księżyc, powinno szybko się przyzwyczaić i przywiązać. Jest tutaj duża szansa, że będzie nam wierne, znacznie większa niż u starszego kociaka. Sądzę, iż jako iż ty ją znalazłaś, to ty powinnaś się nią zaopiekować. Pozostaje jednak kwestia tego, iż musimy przenieść jedno z twych dzieci do innej bazy. W końcu nie chcemy, by hycel się nami zainteresował.
— Przenieść? Nie wiem, czy są już gotowe… — martwiła się. Nie wiedziała, co jej dzieci będą wyrabiały, jak jej nie będzie. A poza tym dobrze wiedziała, że tylko w jednej bazie nie było przepełnienia. W tej należącej do Krokus. Tak też nie była za tym, oj nie. Ale z drugiej strony, czy chciała oddać tego kociaka do swej matki? Przecież to małe nawet się nie obroni. A do tego Szczekuszka…
— Porozmawiamy z nimi we dwie. Może któreś będzie skore przenieść się pod restaurację — stwierdziła Skowronek, podnosząc się na łapy. — Chodźmy do nich.
Jeżyk skinęła głową, po czym wyszły z piwnicy. Czuła się źle. Z tym, że odeśle jedno swoje dziecko do Krokus. Ale czy pozostało jej coś innego? Musiała to przemyśleć.
***
Pliszka. Pliszka była chętna. Chciała zamieszkać pod restauracją i przenieść się w dalszy zakątek terenów Sekty. Chciała zamieszkać z mentorem. Gula podeszła do gardła Jeżyk, gdy tylko to usłyszała. Jednak nie zaprotestowała, gdy Skowronek się na to rozwiązanie zgodziła. Nie potrafiła odesłać tam tego mniejszego kociaka, mimo, iż to nie było jej dziecko. Nie potrafiła mu zgotować takiego dzieciństwa. Takiego, jakie miała ona sama. Nawet jeśli ciotka na pewno nie dałaby małej pod opiekę konkretnie Krokus, Jeżyk wiedziała, że pozycja burej musiała być tam wysoka. Szczekuszka była wierna matce, Błoto cicha, a Skaza…
Nie było innego rozwiązania.
Tak też nim liliowa odeszła, zrobiła jej ogromny wykład na temat tego, że jeśli tylko coś się stanie, ma od razu odejść z terenu restauracji i pójść do Skowronek. Że jeżeli babcia będzie jej się naprzykrzać, ma iść do cioci. Widziała pewne zdziwienie w oczach liliowej. Nie odpowiedziała jednak na jej pytania, tylko odesłała ją.
Niedługo później przyszła do niej Cynamonka, mówiąc, że kocię zaczęło się powoli wybudzać. Spało ponad dobę, najwyższy czas.
Jeżyk ruszyła wraz z Cynamonową do szopy, gdzie ulokowali małą. Akurat reszta dzieci szylkretowej poszła już na trening. Dobrze. Nie będą wprowadzać zamieszania.
Weszła do środka, a jej oczom ukazało się małe kocię zawinięte w kocyk na posłaniu z siana z samych Złotych Traw.
Usiadła obok malucha, który widocznie wiercił się. Był już nieomal obudzony, więc Jeżyk pozwoliła sobie dobudzić kociaka.
— Wstajemy — miauknęła łagodnie do malucha, który po chwili otworzył swe błękitne oczęta.
<Piernik? A raczej… Wróżbo?>
Wyleczeni: Bazalt, Błotniste Ziele
22 października 2023
Od Jeżyk CD Jaśmin
*już jakiś czas temu, jak dzieci miały 4 ks, lato*
Jeżyk zostawiła swe dzieci pod opieką Cynamonki – niby były już duże i miały niedługo zacząć trening, jednakże i tak trzeba było mieć oko na te małe urwisy. Już nie takie małe tak w sumie. Rosły jak na drożdżach, musiała przyznać. Szła akurat do jednego z ukrytych składników na zioła, by sprawdzić ilość zapasów. Uznała, że jeśli będzie czegoś za mało, to poprosi Srokę, aby to uzupełniła. Musiała też zdać raport z tego jak się miewały jej dzieci Skowronek. Ciotka oczywiście interesowała się nimi, bo byli rodziną i na pewno je kochała. Jednak drugim powodem było to, iż na pewno chciała wiedzieć, jak młodzi członkowie Sekty się rozwijają. W końcu była Kamienną Szamanką, musiała o takie rzeczy więc bardzo dbać.W pewnym momencie do nosa szylkretki dotarł nieznany, koci zapach. To nie był jeden z samotników, którzy mieszkali na ich terenach lub regularnie na nie przychodzili, postanowiła więc sprawdzić, kto to. Ruszyła więc śladem zapachowym, a już niedługo z cienia przyszło jej obserwować obcą, liliową kocicę. Ta była w wielu bliznach, musiała stoczyć niejedną walkę, przynajmniej tak sądziła Jeż.
Obca jednak po jakimś czasie zorientowała się o jej obecności. Samotniczka wyskoczyła z kartonu wypełnionego trocinami, w którym dotychczas siedziała, jeżąc futro, a do tego wystawiając swoje długie oraz ostre pazury.
— Zostaw moje jedzenie! — syknęła liliowa, odwracając się w stronę kryjówki Jeżyk. Ta uznała, że nie było sensu się ukrywać – to był jej teren, a obca kocica wyglądało na to, że była sama. Nie była więc większym zagrożeniem, szczególnie dla dobrze wyszkolonej, masywnej członkini Sekty.
— A ty to kto? — zapytała obca, cofając się kilka kroków do tyłu.
— Pewnie nie pochodzisz stąd, skoro nie wiesz, iż to teren mojej rodziny. Większość kotów się tu nie zapuszcza — stwierdziła, uważnie obserwując rozmówczynię spojrzeniem intensywnie zielonych oczu, stojąc przed nią wyprostowana, gotowa na ewentualny atak. Starała się jednak zachowywać godnie i spokojnie — Sądzę iż to raczej ty powinnaś mi się najpierw przedstawić, skoro to ja tu mieszkam dłużej — stwierdziła — Jakby co możesz zatrzymać tę piszczkę i tu zostać, bo pozwalamy innym tu żyć, jednakże chcę wiedzieć, kto jest na tym terenie z oczywistych względów.
Obca jeszcze mocniej się najeżyła, cofając o krok. Przez chwilę jeszcze milczała, ale ostatecznie odezwała się mrukliwym głosem.
— Jestem Jaśmin. A ty kim jesteś?
Jeżyk miała ochotę przewrócić oczyma, ale powstrzymała się.
— Jestem Jeżyk, wnuczka Bylicy, część grupy, która włada tymi terenami — rzekła w końcu.
Liliowa ponownie oddaliła się o parę kroków, nie chowając pazurów.
— Grupy? — zadała pytanie pręgowana tygrysio, patrząc wciąż na szylkretową — Co to za sekta? — cóż, widać było, że użycie słowa „sekta” tutaj było akurat przypadkiem, ale obca trafiła w punkt. Nim srebrna zdążyłaby cokolwiek odpowiedzieć, biało-liliowa ponownie odezwała się — Więc wracając. Weszłam na terytorium jakieś twojej grupki i mam się stąd wynosić, tak? — spytała, spoglądając swymi brązowymi oczyma na szylkretową niezbyt pewnie.
Nie słuchała, co na początku mówiła czy jak? Ugh.
— Nie, nie musisz. Jak już mówiłam, pozwalamy tutaj zostawać i mieszkać innym kotom. A zwą nas różnie. Gangiem Bylicy na przykład, ale my wolimy inną nazwę. Kamienna Sekta — stwierdziła.
— Kamienna Sekta — ledwo słyszalny szept wydobył się z pyska Jaśminu. — Czyli mogę na spokojnie u was pobyć kilka nocy? — dopytała. Jeż skinęła głową na potwierdzenie. No, może tym razem zapamięta. Dostrzegła, jak natychmiast po jej ruchu na pysk liliowej wpłynęło zaskoczenie. Tygrysio pręgowana przekręciła delikatnie łeb.
— I nie muszę ani wypełniać jakiś obowiązków ani żyć według waszych zasad? — nim Jeż zdążyłaby odpowiedzieć, z pyska Jaśminu wypadły następne słowa — Widziałaś tutaj ostatnio, w tej okolicy grupkę obcych kotów? Rodzina, matka, ojciec i młode?
Co najmniej ją to pytanie zaskoczyło, co było na pewno dobrze widoczne na jej pysku i w ślipiach. Jaśmin szukała… kogoś. Grupy. Wyglądało na to, że możliwe, iż własnej rodziny. To zmiękczyło serce szylkretki. Sama bardzo ceniła sobie rodzinę i wiedziała, jakim bólem była rozłąka. Pamiętała, jak przez wiele księżyców ona i reszta Sekty szukali Szczekuszki i Skazy. Tylko że Jeżyk nie była w tym czasie sama – miała obok siebie resztę rodziny. A liliowa… została sama.
Musiała się chwilę namyśleć, by podać rozsądną odpowiedź tygrysio pręgowanej samotniczce.
— Cóż, może i jest więcej samotnych kotów, zwykłych par czy też gangów na ulicach, ale rodziny też się zdarzają. Jest ich na tyle dużo, że mogłybyśmy tak chodzić po całym terenie i szukać w nieskończoność, w nadziei na szczęśliwy traf — stwierdziła. — Najbliższa to rodzina Nemo, ale sądzę, że nie ich szukasz. Skoro jesteś tu nowa, to zgaduję, iż ci o których mówisz też przyszli by tu z zewnątrz, racja? — spytała.
— Ta — burknęła pod nosem rozmówczyni. — To moja rodzina — po chwili odrzekła, patrząc kotce obok prosto w oczy. — Szukam ich, odkąd uciekłam od mojego starego ''klanu'' czy jak wy to nazywacie. Martwię się o nich i chce odnaleźć. To najważniejsze koty w moim życiu — liliowa nie odrywała swojego wzroku z intensywnych, zielonych oczu wnuczki Bylicy, która przez bezpośredniość, a także wbite w jej własne ślipia spojrzenie, nie mogła się ruszyć. Po prostu zdębiała na bezpośredniość obcej kotki. Wydawało się, jakby liliowa nie czuła, że ma coś do stracenia w tym momencie, gdyby nie powiedziała jej tej informacji, co tym bardziej zbiło ją z tropu. Poza tym, z klanu? Miała na myśli Klan Burzy, Nocy, Wilka lub Klifu? A może miała na myśli inną grupę, bo sądząc po wypowiedzi, obie opcje mogły być prawdziwe. W końcu, po przedłużającej się, dla niej samej napiętej chwili ciszy, w końcu spytała:
— Jak dawno temu się rozdzieliliście?
<Jaśmin?>
29 września 2023
Od Jeżyk CD Diamenta
*już jakiś czas temu, pierwszy trening Diamenta*
Została mentorką.
Z jednej strony wiedziała, że to zaszczyt, skoro mógł pod skrzydła wziąć młodzika ktoś inny, z drugiej zaś, wiedziała, jaka odpowiedzialność na nią spadła. I czuła stres gotujący się w piersi. Nie czuła się gotowa, mimo, iż Skowronek twierdziła, że była. Tak strasznie się bała, że coś zepsuje, że zawiedzie Diamenta i ciotkę, popsuje jego trening. Mimo, że znała go od małego i mieszkała z nim i jego braćmi w jednej szopie, dalej to czuła. W końcu trening, a opiekowanie się kociakami to dwie różne rzeczy. Tam musiała być wyrozumiała, tu zachowywać pewną powagę i starać się nauczyć kociaka tego, co sama umiała.
Stres ją zżerał tak strasznie, że gdy rano, po krótkiej przebierzce dla zebrania myśli, wróciła do ogrodu, a jej nowo mianowany uczeń wpadł na nią, odskoczyła jak oparzona, a całe jej futro nastroszyło się niczym potarte naelektryzowanym balonem.
— Ojć, przepraszam! — miauknął srebrny kocurek. — Nie chciałem, naprawdę!
Od razu widząc, że to on na nią wpadł, zalała ją fala wstydu. W końcu jaki przykład mu dała? Wystraszyła się kociaka! Pokiwała szybko głową, a następnie jeszcze trochę odsunęła się, bo jakoś nie była w stanie stać blisko niego, bo zalewała ją jeszcze większa fala stresu.
I wtedy zobaczyła, że Diament był bliżej. On do niej podszedł, a ona w tym samym czasie się wycofała! Jak to musiało wyglądać?!
Jej uczeń jednak nie zdawał się tak tym przejęty, bo usiadł sobie wygodnie naprzeciwko kotki.
— Czego chcesz? — spytała szybko. Ach, nie tak chciała powiedzieć! To brzmiało zbyt niemiło! Miała ochotę zapaść się pod ziemię.
— Kiedy pójdziemy na trening? – spytał kot w czarne pręgi.
— Potem albo nie, może za chwilę - miauknęła nerwowo, karcąc siebie w myślach, że przecież właśnie po to przyszła i mogła walić prosto z mostu! Cholera by to wzięła… — Okej, to zaraz przyjdę, dobra? — srebrna na jego słowa pokiwała szybko głową, na co Diament wziął piłeczkę, poturlał ją i znowu zaczął się bawić. Zdziwiło ją to, ale dało jej ciut czasu na ochłonięcie, więc udało jej się spokojnie wypuścić powietrze i zapanować nieco nad emocjami. Będzie dobrze. Będzie dobrze… — Czego będziemy się uczyć? — zadał pytanie młodszy, gdy już skończył zabawę. — A właśnie, mogę z nią ćwiczyć? — wskazał na piłeczkę. — Skowronek mi pozwoliła — dodał od razu. Dobra. Dasz radę, trening pójdzie dobrze. Nie masz się czym martwić.
A i tak czujesz, że masz.
— Dzisiaj… wyjdziemy poza ogród. Przejdziemy się, ja opowiem ci to i owo i porozmawiamy o przyszłości twojego treningu — rzekła, a następnie ruszyła w stronę płotu, kiedy coś sobie przypomniała — Jesteś w stanie na niego wejść? — spytała. Młody spojrzał na płot swymi niebieskimi oczyma. Nim zdążyłby otworzyć pysk, Jeżyk odezwała się w nagłym przypływie pomysłu. — To od tego zaczniemy. To ważna umiejętność w mieście, w którym jak wiesz żyjemy — stwierdziła, po czym wskoczyła na płot, następnie balansując na nim. — Możesz w niego wbić pazury. Podciągaj się przednimi łapami i odpychaj tylnymi, a w dwóch susach wejdziesz na górę. Potem liczy się równowaga, widzisz? — spytała, następnie pokonując krótki odcinek płotu. Zdawało jej się przez moment, że prawie traci równowagę. Ach, ten stres! — Teraz ty — powiedziała, po czym wbiła w młodego oczekujące spojrzenie.
[516 słów]
Z jednej strony wiedziała, że to zaszczyt, skoro mógł pod skrzydła wziąć młodzika ktoś inny, z drugiej zaś, wiedziała, jaka odpowiedzialność na nią spadła. I czuła stres gotujący się w piersi. Nie czuła się gotowa, mimo, iż Skowronek twierdziła, że była. Tak strasznie się bała, że coś zepsuje, że zawiedzie Diamenta i ciotkę, popsuje jego trening. Mimo, że znała go od małego i mieszkała z nim i jego braćmi w jednej szopie, dalej to czuła. W końcu trening, a opiekowanie się kociakami to dwie różne rzeczy. Tam musiała być wyrozumiała, tu zachowywać pewną powagę i starać się nauczyć kociaka tego, co sama umiała.
Stres ją zżerał tak strasznie, że gdy rano, po krótkiej przebierzce dla zebrania myśli, wróciła do ogrodu, a jej nowo mianowany uczeń wpadł na nią, odskoczyła jak oparzona, a całe jej futro nastroszyło się niczym potarte naelektryzowanym balonem.
— Ojć, przepraszam! — miauknął srebrny kocurek. — Nie chciałem, naprawdę!
Od razu widząc, że to on na nią wpadł, zalała ją fala wstydu. W końcu jaki przykład mu dała? Wystraszyła się kociaka! Pokiwała szybko głową, a następnie jeszcze trochę odsunęła się, bo jakoś nie była w stanie stać blisko niego, bo zalewała ją jeszcze większa fala stresu.
I wtedy zobaczyła, że Diament był bliżej. On do niej podszedł, a ona w tym samym czasie się wycofała! Jak to musiało wyglądać?!
Jej uczeń jednak nie zdawał się tak tym przejęty, bo usiadł sobie wygodnie naprzeciwko kotki.
— Czego chcesz? — spytała szybko. Ach, nie tak chciała powiedzieć! To brzmiało zbyt niemiło! Miała ochotę zapaść się pod ziemię.
— Kiedy pójdziemy na trening? – spytał kot w czarne pręgi.
— Potem albo nie, może za chwilę - miauknęła nerwowo, karcąc siebie w myślach, że przecież właśnie po to przyszła i mogła walić prosto z mostu! Cholera by to wzięła… — Okej, to zaraz przyjdę, dobra? — srebrna na jego słowa pokiwała szybko głową, na co Diament wziął piłeczkę, poturlał ją i znowu zaczął się bawić. Zdziwiło ją to, ale dało jej ciut czasu na ochłonięcie, więc udało jej się spokojnie wypuścić powietrze i zapanować nieco nad emocjami. Będzie dobrze. Będzie dobrze… — Czego będziemy się uczyć? — zadał pytanie młodszy, gdy już skończył zabawę. — A właśnie, mogę z nią ćwiczyć? — wskazał na piłeczkę. — Skowronek mi pozwoliła — dodał od razu. Dobra. Dasz radę, trening pójdzie dobrze. Nie masz się czym martwić.
A i tak czujesz, że masz.
— Dzisiaj… wyjdziemy poza ogród. Przejdziemy się, ja opowiem ci to i owo i porozmawiamy o przyszłości twojego treningu — rzekła, a następnie ruszyła w stronę płotu, kiedy coś sobie przypomniała — Jesteś w stanie na niego wejść? — spytała. Młody spojrzał na płot swymi niebieskimi oczyma. Nim zdążyłby otworzyć pysk, Jeżyk odezwała się w nagłym przypływie pomysłu. — To od tego zaczniemy. To ważna umiejętność w mieście, w którym jak wiesz żyjemy — stwierdziła, po czym wskoczyła na płot, następnie balansując na nim. — Możesz w niego wbić pazury. Podciągaj się przednimi łapami i odpychaj tylnymi, a w dwóch susach wejdziesz na górę. Potem liczy się równowaga, widzisz? — spytała, następnie pokonując krótki odcinek płotu. Zdawało jej się przez moment, że prawie traci równowagę. Ach, ten stres! — Teraz ty — powiedziała, po czym wbiła w młodego oczekujące spojrzenie.
<Diamencie?>
[516 słów]
[Przyznano 5%]
23 września 2023
Od Jeżyk
*pierwsza wiosna po śmierci Bylicy*
Nawet jak na miasto, zwierzyny zrobiło się w bród odkąd nastała pora nowych liści. Teraz już nie musieli tak się martwić o jedzenie. Jeżyk mimo czasu, który upłynął od… śmierci Bylicy, dalej nie wiedziała, co sądzić o czynie Bałwanka. Czy zrobił to celowo, by ją zabić, czy był to zwyczajny wypadek? Jego ucieczka wskazywała na to, iż nie był to przypadek, co sprawiało, iż jej serce ściskało się w bólu, że mu zaufali, a krew pompowana przez wspomniany narząd na myśl o białym zaczynała aż wrzeć. Zdrajca. Zabrał Szczurka, wnuczka Bylicy, jej przybranego kuzyna i uciekł. Czuła do niego żal i złość. Wcześniej postrzegała go jako nieco głupawego młodego kota, ale teraz, gdy najpewniej miała dowód, iż był w stanie skrzywdzić kogoś z premedytacją… Odgoniła od siebie jednak te myśli. Miała ważniejszą rzecz do załatwienia.
Ciotka zarządziła zmianę składów grup. Skowronek i Śmieć mieli się przenieść do ogrodu Cynamonki, Krokus zaś dołączyć do Sroki. Jeżyk nie miała jednak pojęcia, dlaczego… dlaczego Skowronek kazała jej przyjść do siebie i zabrać ze sobą to, co chciała mieć przy sobie. Jedyną taką rzeczą był naszyjnik o czerwonych kamieniach, który Jeżyk dość często nosiła, więc nie musiała niczego nieść.
Dzięki wyleczeniu barku znacznie szybciej niż dawniej dotarła do domu Cynamonki, następnie wskakując na płot. Zeskoczyła, by podejść do ciotki siedzącej tuż przy kremowym kocurze.
– Co się stało? – spytała – Czemu miałam wziąć swoje rzeczy i przyjść tutaj? – spytała srebrna tygrysio pręgowaną.
Ta przez chwilę milczała, ruszając niespokojnie końcówką ogona. Dopiero po momencie odchrząknęła, aby następnie zacząć mówić.
– Jeżyk… chcę żebyś przeniosła się tutaj. Do ogrodu Cynamonki.
Córka Krokus otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia, następnie siadając, przygotowując się na dłuższą rozmowę. Nerwowo poprawiła łapy, następnie postanawiając się odezwać.
– Dla… Dlaczego mam się przenieść do was? Poza tym… Sroka zostałaby sama w grupie z Krokus…
– Sroka sobie poradzi. – stwierdziła uspokajająco ciotka – Na szczęście jest w stanie się obronić, nie jest już kociakiem, przeszła szkolenie. A tutaj… tutaj potrzeba nam kogoś jeszcze. Jako jedyna dorównujesz Krokus w walce i masz dużą wiedzę medyczną. Jesteśmy teraz bardziej narażeni, więc potrzebujemy cię tutaj.
– Narażeni, co… co masz na myśli?
– Tu, gdzie jesteśmy, jest dość spokojnie, bo to obrzeża miasta. Ale to nie oznacza, że żadni rzezimieszkowie nie mogą się pojawić i nam zagrozić. Hycel wyłapuje grupy kotów większe niż pięć. Dlatego największe gangi liczą właśnie pięć kotów. Wcześniej nawet mimo tego, iż trójka z nas nie była dobra w walce, wyglądaliśmy na w miarę silnych. Bałwanek był młodym dorosłym, Szczurek osiągnął już parę księżyców wcześniej wiek klanowych uczniów, reszta z nas poza Błotnistym Zielem miała dobre wyszkolenie, więc gdyby któryś z gangów chciał przypuścić na nas atak, pewnie by sobie odpuścił, widząc naszą liczbę. Ale teraz, gdy Bylica… nie żyje, a Bałwanek uciekł ze Szczurem, zostało nas sześcioro. Z czego Błotniste Ziele nie umie walczyć. Teraz nie będziemy już wyglądać na tak silnych w oczach innych. Dlatego powinniśmy się przyłożyć i dowiedzieć więcej o nowym mieście, bo jak na razie to jest chyba największym naszym problemem. Obecnie wiemy tylko, że Entelodon włada większością miasta, istnieje ktoś taki jak krwistooka, a Jafar kontroluje biznes kocimiętki i innych używek, że jego lewą łapą jest Bastet, jednym z jego pracowników jest Jago, a także czym jest Kasztelan. To niewiele.
– Przecież Śmieć tu żył jeszcze przed nami, więc czemu brakuje nam wiedzy? – spytała zaskoczona, mrużąc oczy i zwracając spojrzenie na dziko pręgowanego. Dalej była co do niego sceptyczna. Był przydatny, ale stawał się coraz bardziej częścią ich grupy, co jej się nie podobało tak bardzo, jak ciotce i innym. Wydawało jej się, iż postrzegał się jako jednego z nich, członka Kamiennej Sekty, jednak jej zdaniem nim nie był. Nie urodził się wśród nich, nie wychował. Dla niej był obcy, a mimo to uważał się jej zdaniem za bardzo za równego im. Teraz trochę rozumiała Szczekuszkę i to jej gadanie o przybłędach... chociaż ta była zbyt na tym punkcie zafiksowana, młody kot dołączający do nich nie był tak niebezpieczny, jak taki dorosły jak ten stojący przed nią. Chociaż… przyjęcie Bałwanka i Wypłosza nie okazało się dobrym pomysłem. Ale w sumie Sójka też się u nich urodziła, czy więc to aż tak bardzo zależało od wieku, w jakim ktoś się u nich znalazł? Czy nie była jak Szczekuszka, ksenofobiczna?
– Żyłem w biedniejszej części miasta, szefowie mojego gangu nie zajmowali się tak bardzo polityką ani niczym takim, jedynym co się liczyło była ilość zwierzyny i to, by pilnować, aby gangi z najbliższych uliczek uważały nas za silnych, żeby nie zaatakowali. Mam tylko bardzo podstawowe informacje.
Odgoniła swe myśli i lekkie wątpliwości co do osądu, by móc odpowiedzieć.
– Dobrze. Ale co to ma wspólnego ze mną? – spytała, nie do końca dalej rozumiejąc, jaka była jej rola.
– Potrzeba nam trzeciego kota, który pomoże w zbieraniu tych informacji i na wszelki wypadek w obronie. A ty najlepiej się do tego nadajesz. – stwierdził z kamiennym wyrazem twarzy Śmieć. Czemu to on to mówił, a nie ciotka? To ona tu była liderką, a Jeżyk jej siostrzenicą, on nie powinien…
– Postanowiłam, że nie będziemy zwlekać i już dzisiaj zaczniemy zbieranie informacji – stwierdziła Skowronek.
– Ale… nie znamy tu za dużo kotów, nie wiemy, gdzie ich szukać…
– Wiemy. Przed nami Bylica nieco zaczęła się dowiadywać. Więc pójdziemy tam, gdzie zdobyła większość z tego, co już wiemy. Do kasztelana. Zanim jednak tam pójdziemy… wyczyść trochę futro – siostra Kminek lekko uśmiechnęła się.
Jeżyk spojrzała na swą sierść.
A… no racja. Jeśli mieli tam iść to nie wypadało mieć w futrze pełno różnorakich liści i kurzu.
***
Trójka kotów szła gęsiego uliczkami miasta. Kierowali się do kasztelana za pomocą tego, co mówiła im Bylica o tym miejscu. Trochę im mimo to zajęło znalezienie owej lokacji, bo w końcu żadne z nich tam osobiście nigdy nie było. Jeżyk wyczyściła swe futro, by wyglądać przyzwoicie. Wzięła ze sobą też swój naszyjnik, z którym dość rzadko się rozstawała. Czerwone kamienie nieco połyskiwały, gdy wchodziła w promienie słońca. Mimo w miarę pewnego kroku stres ją zżerał. Nigdy w końcu nie była na tak ważnej misji. Dostrzegając okienko piwnicy, które miało być wejściem do kasztelana, od razu ruszyli w jego stronę i weszli do środka.
Jeżyk w myślach poprosiła Matkę Kamieni by misja się powiodła.
Gdy tylko weszli do środka, ciężkie, słodkie powietrze uderzyło w nią i jej towarzyszy z niebywałą siłą. Nigdy nie czuła czegoś takiego, to było dziwne. Miała nadzieję, że nie było w tych oparach czegoś ogłupiającego… chociaż Bylica nie zdawała się bardziej… Bylicowa niż zwykle po powrocie z Kasztelana…
— Witam miłe panie i pięknego pana! Cóż was tu dzisiaj sprowadza? — zaraz grupka została zaczepiona przez niedużego, nieprzyjemnie pachnącego kocurka. — Może mogę zainteresować jakimś towarem? W bardzo wyszukanej, atrakcyjnej cenie!
Wow, tak szybko ktoś się nimi zainteresował? To było niepojęte dla Jeżyk, która nie była za dobra w relacjach społecznych. Żyła od zawsze w niewielkiej grupce, jaką była Kamienna Sekta. Nie znała praktycznie kotów poza nią. Nigdy nie miała okazji zawierać jakichś prawdziwych znajomości, poza Kanią, którego od dawna nie widziała. Co, jeśli to spaprze? Przecież nie była ani trochę dobra w te klocki! Czemu ciocia ją tu zabrała?! Te wszystkie myśli przeszły przez jej umysł w ledwie kilka uderzeń serca, podczas gdy Skowronek spojrzała na kocura, który do nich zagadał i ze spokojem lekko skinęła mu głową by następnie jej kąciki ust uniosły się.
— Chcę się jeszcze upewnić. Dotarliśmy do kasztelana? — spytała.
Śmieć i córka Krokus zostawili sprawę Kamiennej Szamance. Ta druga przypatrywała się czarnemu obcemu intensywnie, zastanawiając się, co też siedzi w jego głowie. No w sumie można było się łatwo domyślić… przecież sam powiedział, że ma jakiś „towar”, który chce sprzedać, co sugerowało chęć zysku. Czy to mogło się okazać dla nich korzystne?
— Tak, tak, a jak! Najlepsza miejscówka w całym mieście! — zamruczał, opierając się o Skowronek. — Więc? Jak będzie? Może świerzbik? Daje kopa chłopaczyna.
Świerzb? Bylica o tym mówiła… tak, to była dolegliwość, o której uczyła się Jeżyk, ale nie myślała teraz o lekcjach dawanych jej przez babkę, a o jej relacji z wycieczki do Kasztelana.
— Chyba o tobie słyszałam. Nazywasz się... Śmierdziel, prawda? — spytała — Moja matka mi o tobie opowiadała. Mówiła, jak ją miło tu ugościłeś. - Skowronek powiedziała nieco nieśmiało.
Tak, faktycznie, Bylica podała imię kocura, przez którego potem musieli używać specyfików, by pozbyć się Świerzbu. Z tego co mówiła wynikało, że trochę się od niego dowiedziała, może i im się to uda?
— A i owszem, piękna pani! Ja każdego mile goszczę! — Śmierdziel napuszył się z dumą i zadowoleniem. — Więc? Co mogę dzisiaj wam zaserwować? A może po prostu znaleźć miejsce i miłe towarzystwo? Oczywiście w cenie... ale wszystko da się ustalić!
— Chętnie znaleźlibyśmy miejsce, gdzie koty opowiadają o tym, co w mieście się dzieje — powiedziała tygrysio pręgowana — Lubimy plotki i dowiadywanie się o tutejszych kotach. Oczywiście spłacimy należność za pomoc.
Nim Śmierdziel zdążył odpowiedzieć, z góry kartonów wydarł się cichy pomruk. Trójka kotów spojrzała od razu w stronę, z której wydobył się głos.
— A macie jakieś wieści w zamian? — leżący wyżej kocur o czarnym futrze i prawie tak samo czarnych oczach zerknął na zebraną grupkę. — Prowadzimy tu dialogi, laseczki, nikt nie będzie chciał gadać do biernych słuchaczy... chyba, że Śmierdziel — mruknął beznamiętnie, na co sprzedajacy świerzb kocurek pokiwał energiczne głową.
Laseczki? Co to miało niby znaczyć?! Zachowała spokój, ale miała ochotę walnąć tego kocura w pysk. Jakie laseczki! Jak on mógł się tak zwracać do niej, a co ważniejsze do liderki Sekty! A zaraz… on nie wiedział, racja. I dobrze że nie wiedział. Tak powinno zostać. To im ułatwi sprawę. W sumie jak wiele koty z miasta o nich wiedziały? O ich systemie raczej niewiele…
— Ale moja jadaczka działa na jedzenie, o pustym brzuchu nie mam pamięci do nowych zdarzeń... — westchnął teatralnie pierwszy z obcych, którego mieli okazję dzisiaj spotkać.
— To akurat nie będzie problemem — miauknął kremowy kocur, stojący za Skowronek — Ile chcesz? — od razu przeszedł do rzeczy. Ta, mówił, że się nie zna na tutejszych informacjach, a widocznie umiał je wydobywać…
— Wszyyyystko! — zamruczał uradowany Śmierdziel, rozkładając łapki w powietrzu, na co czarny tylko pokręcił łbem. Skowronek zerknęła raz na jednego, raz na drugiego. Jeżyk również zerknęła na koty.
— Więc... może gawron? – zaproponowała córka Ćwikły.
— Gawron? Oh tak, może by się nadał — Śmierdziel oblizał się ze smakiem. — Ale przed rozmową! Nie przyjmuję po usługach — gdy to wymruczał, na pysku kocura wyżej pojawił się delikatny uśmieszek, ledwo widoczny na jego czarnej mordce.
Skowronek spojrzała na Śmiecia. Ten zrozumiał aluzję i ruszył do wyjścia. No. Dobrze. Niech się na coś przyda.
— Tymczasem może usiądziemy sobie gdzieś? – zasugerowała Skowronek.
— Ah, tak! Jasne na jak słońce. Zapraszam, jak usiędziesz panie tutaj to nie będzie przeszkadzać nic — zaprowadził je niedaleko wejścia, pod starą, rozpadajacą się kanapę. — Kiedy on przyjdzie, ja już wam ładnie opowiem o wszystkim — miauczał z niecierpliwością. I chociaż nikt nie miał im przeszkadzać, Jeżyk dość szybko wyczuła, że są obserwowani. Srebrna machnęła ogonem, rozglądając się po pomieszczeniu spod przymrużonych powiek.
— Ktoś jeszcze tu jest — mruknęła cicho na ucho Skowronek. Ta nic nie odpowiedziała, ale ruch ucha dał znać Jeżyk, że przyjęła informację do wiadomości. Była bardziej opanowana niż jej siostrzenica, nie ukazując, że coś ją zaniepokoiło tak widocznie jak młodsza.
Córka Krokus zaczęła ugniatać nieco podłoże łapami. Ale w końcu nie mogła wytrzymać i wstała, rozglądając się po pomieszczeniu z uwagą.
— Psze pani, prosz się nie martwić. Tu bezpiecznie! Nic się nie stać pod kanapą — miauknął uspokajająco Śmierdziel, kładąc się i podwijając łapki pod siebie. Kotka jednak kątem oka mogła dostrzec końcówkę czyjegoś ogona, znikającą za górą kartonów. — To kiedy ten gawron? — dopytywał Śmierdziel, który najwidoczniej był bardzo głodny. A ten tylko o jedzeniu! Było widać, że mało co go obchodziło, że widocznie ktoś ich podsłuchiwał! Albo… po prostu nie zauważył. Spojrzała na kocura jeszcze raz.
Tak. Pewnie nie zauważył.
— Za niedługo powinien przyjść - uspokoiła niecierpliwego kocura Skowronek.
Po jakimś czasie dało się usłyszeć kroki. Po chwili dostrzegli, jak Śmieć wślizguje się pod kanapę. Trzymał w pysku gawrona, którego następnie położył pod łapami Śmierdziela. No. Spisał się. Naprawdę był przydatny. Taka Sroka by pewnie narzekała, że musi iść polować.
Śmierdziel gdy tylko zwierzyna znalazła się przy nim bezceremonialne pożarł upolowanego ptaka, prawie dławiąc się piórami i resztkami kostek. Oblizywał się bardzo zadowolony, mrucząc głośno.
— Mmmm, świetny, świetny... tak, bardzo dziekuję. To co teraz... eee... plotki! Tak, plotki! Prawdziwe, najlepsze, najporządniejsze... — Śmierdziel pomyślał chwilę, po czym na nowo otworzył pysk. — Więc! Mówi się, że w kasztelanie można spotkać bardzo przystojnego kocura. Silnego, wspaniałego, każdy na niego leci! Najlepszy towar jaki jest! I handluje też najlepiej ze wszystkich. Jest bardzo szanowany, nawet przez samego Dumę!
Aha. Chcieli plotek. Ale czy ta o jakimś losowym kocurze im jakoś pomoże? Chociaż imię Duma brzmiało obiecująco…
— Znasz może jego imię albo opis wyglądu? I... czy mógłbyś nam ogólnie objaśnić hierarchię miasta? Podejrzewam, że Duma jest kimś ważnym, ale jeszcze o nim nie słyszeliśmy... - wyjaśniła Skowronek.
— Wygląd, tak! Jest bardzo męski, ma piękny, ciemny uśmiech i długie, lśniące futro, takie że na jego widok nic tylko padać i całować łapki. A jego imię... Śmie- Śmierdziel nie wie... ale jest bardzo wspaniałe na pewno — opisał ładnie jegomościa, by zaraz się obruszyć, na jego mordkę wstąpiło zaskoczenie, że nie wiedzą, kim jest Duma. Ah tak, nawet nie wiedział jak się nazywał ten cały super kocur? I on miał być źródłem informacji… ugh… może na start przejdzie… poza tym babcia go znała… nostalgia dopadła nieco Jeżyk. — To.... no Duma to syn Pana Edka... Pan Entelodon jest bardzo silny i wspaniały, rządzi większą częścią miasta. Jest na górze. Potem jego synusiowie i panienka - Chwała, Duma i Litość, a pani się zwie Atena. Tutaj te tereny należą do Księżniczki. A dalej jakieś pomniejsze gangi się stołują... gang Rybitwy i inne takie. Skinęli głowami, pokazując, że rozumieją.
— A jak wyglądają te koty? — dopytała Jeżyk. To była bardzo potrzebna im informacja. Musieli być w stanie rozpoznać szychy miasta.
— Pan Entelodon jest czarny i ma dużo blizn, panicz Chwała tak samo, panicz Duma jest niebieski, panicz Litość biały, wszyscy mają pomarańczowe oczy. A pani Atena też jest biała, nawet jaśniejsza niż Litość, ale za to ma czerwone oczyska. Jeszcze takich nie widziałem gdzie indziej niż w jej czaszeczce. Czasem to się zazdrości panu Edkowi, że taką wyrwał... ale nie to, że bym kradł! Chociaż jakby chciała to... pan Entelodon by mnie chyba zjadł jednak za takie coś — Śmierdziel podciągnął teatralnie nosem, kładąc po sobie smutno uszka.
Skowronek pokiwała głową ze zrozumieniem i współczuciem, zdaniem Jeżyk przynajmniej częściowo udawanym, choć pewnie obcy by tego nie poznał.
— Mają pod sobą więcej kotów, tak? Gdzie są w ogóle ich tereny?
— A jeszcze Księżniczka! Księżniczke łatwo poznać, nosi taką śmieszną dodatkową skórę. Taką wiesz pan, pieszczochową! — dodał zaraz, olśniony przebłyskiem. — Tereny to, no... na północ tak stąd to wszystko będzie pana Edka... lepiej tam nie przesiadywać za długo, na pewnych uliczkach jest naprawdę brzydko — podsumował krótko kocur, drapiąc się ostentacyjnie za uchem.
— Czy jest coś charakterystycznego, dzięki czemu można rozpoznać członków gangu pana Entelodona? - spytał Śmieć, obserwując Śmierdziela uważnie, tak samo jak Jeżyk.
— Mhm! Mają charakterystyczną bliznę na barku. Podobno robi ją sam Edek — mruknął krótko, dłubiąc sobie między czarnymi zębami pazurem. — To co? Koniec przesłuchania? Miło było, prawda? A mnie interesy czekają...
— Jeśli będziesz miał coś jeszcze ciekawego do powiedzenia... to wiesz skąd możesz załatwić sobie jedzenie — stwierdziła Skowronek, następnie wyczołgując się spod kanapy — miło było, panie Śmierdzielu. — Dodała jeszcze na odchodne, następnie idąc gdzieś dalej wraz ze Śmieciem i Jeżyk do kasztelana.
No, trochę się dowiedzieli. Teraz ciotka poprowadziła ich dalej do Kasztelana, by szukać następnych źródeł informacji. Kręcili się tak przez chwilę, do czasu.
Niespodziewanie z pobliskiej góry kartonów zleciało na łby grupki parę kłębków kurzu, wraz z głośną salwą szyderczego śmiechu.
— Nie wierzę, że nadal się nie skapnęliście — prychnął w końcu czarny, gdy udało mu się zaczerpnąć powietrza. Otarł aż kręcącą się w oku łezkę, gdy spojrzał na grupką z wyższością i politowaniem, jak na bandę kociaków. — Bęcwał mówił o sobie przez dobre 5 minut, a potem opowiedział o czymś, co płód z miasta by wiedział... — wyciągnął się na swoim miejscu. — Naprawdę z was schłonki...
Jeżyk wyprostowała się, podchodząc bliżej do kocura. Nie mogła mu pozwolić na takie mówienie o nich. Mieli swoją godność. Ogromna kotka spojrzała na czarnego z wyższością.
— Lepiej nas nie obrażaj. — rzekła twardo. Była zła. Mało powiedziane, była wściekła, ale zachowywała pewną maskę chłodu.
Śmieć zmrużył oczy, postanawiając od razu coś powiedzieć i odciągnąć uwagę od słów Jeżyk.
— My nie znamy się na polityce miasta, więc nawet to jest jakoś przydatne. Chociaż powiedział niewiele.
— Było dać mu wiewiórkę, ot co — prychnęła srebrna. Tutaj akurat Śmieć miał dużo racji.
— Oh, to wy nie wchodźcie mi pod łapy — mruknął niedbale, wciąż leżąc. No co za… — Gdyby nie ja, pewnie jak ciołki szukalibyście tego wielce szanowanego pana... dobre — kocur parsknął śmiechem. Tak, gdyby nie on… naprawdę uważał ich za takich idiotów? — Jego historyjki są zawsze obmyślane naprędce... macie szczęście, że nie zaczął opowiadać o skutkach kupienia świerzbu, to dopiero byłbym miał zabawę — zamruczał z pobłażliwym uśmieszkiem i ledwo uchyloną powieką.
Śmieć pochylił się do Skowronek, która następnie przyciągnęła do siebie Jeżyk.
— Słuchajcie, on wygląda na takiego, kto naprawdę coś wie. Może powie nam cos przydatnego jeśli odpowiednio mu zapłacić. — wyszeptała do pozostałej dwójki kotka.
— Tylko czym? Ostatnio chciał informację, jedyne co my wiemy to o klanach. — burknęła cicho Jeżyk.
— Słyszę jak tam mamroczecie — zamruczał czarny, szczerząc się bezczelnie. — Możemy się dogadać. Ostatnio coraz więcej patałaszków takich jak wy spaceruje po mieście, a mój wzrok i uszy są ograniczone... więc? Zacznijcie, a ja ocenię na co mogę się wymienić.
Ich trójka zwróciła na niego swe spojrzenia.
— Jakich informacji dokładnie pragniesz? Tematyka.
— Klany. Pewnie i tak nie będziecie mi w stanie wiele zaoferować, ale dla nowicjuszy mogę zrobić wyjątek — mruknął, zerkając na każde z nich z osobna.
— Akurat dobrze trafiłeś — rzekła Skowronek.
— Jeśli ktoś w tym mieście ma wiedzieć o klanach jakieś szczegóły, to właśnie my — stwierdziła Jeżyk.
— Więc? Zamieniam się w słuch. W zamian mogę wam opowiedzieć o Księżniczce, Dumie, a także wrogu pana Entelodona. Wystarczająco zaciekawieni?
Od razu Jeżyk ożywiła się. Również Śmieć spojrzał na czarnego jakoś inaczej. Mówił co wie. Konkrety. Te informacje były dla nich jak na wagę złota. Skowronek jako jedyna zachowała opanowanie.
— Co chcesz wiedzieć o klanach? — spytała.
— O Klanie Nocy. Czy to prawda, że rządzą nim głupie baby? — zapytał zaciekawiony, poruszając z rozbawieniem wąsikami.
— Prawdą jest, iż ich liderka jest kotką i że... — Skowronek zaczęła, jednak to Jeżyk dokończyła jej słowa, wiedząc, co ta chce powiedzieć.
— Ma pokłady arognacji.
— I jest mściwa — dopowiedziała jeszcze Skowronek.
— I mają konflikt z innym klanem, Klanem Wilka — wtrącił się Śmieć
— I faktycznie otaczała się kotkami, z tego, co nam wiadomo — stwierdziła Skowronek.
— W ogóle rybojady są zjeban- Jeżyk nie dokończyła, nie chcąc już przeklinać, czując, że Skowronek by się to za bardzo nie spodobało.
Czarny kocur zmarszczył nos, kładąc po sobie uszy z zniesmaczeniem. Zakrył łapą powieki, wzdychając ciężko.
— Wy nawet mówicie jak walnięci... — westchnął, zamiatając strzelistym ogonem podłogę. No cóż, oni się dobrze znali, nie ich wina, że on nie miał kogoś kogo tak dobrze znał, że mógł z nim kończyć zdania. Informator zamilkł na chwilę, jakby wyliczając w głowie, ile warte były ich słowa. — Cóż, w zamian mogę wam opowiedzieć o Księżniczce. Ostatnio wokół szanownego pana i władcy tyle się dzieje, że głowa mała. Ba, wiecie, że księżniczka znalazła swojego księcia? Płaszczy się przed Dumą jak kotka podczas rui, żeby tylko włosek mu z łba nie zleciał.
Koty od razu zaczęły przysłuchiwać się słowom kocura.
Interesujące.
— Włosek z łba nie zleciał? Ma wrogów, zdolnych postawić się jego gangowi i zagrozić jego życiu? — spytała lekko zdziwionym tonem przybrana córka Bylicy.
— Oh, a kto nie ma? Jestem pewien, że mimo mojego wrodzonego uroku osobistego i na mnie ktoś czycha — mruczał, zerkając na zebranych półprzymkniętym, ciemnym ślepiem. — Kto by nie chciał zostać sławnym za sprzątnięcie nawet podrzędnej szychy w mieście. Chociaż co tam z Księżniczki za pan... zwykły pieszczoch przymilający się obrzynaczowi, który wszystko zawdzięcza schadzkom z Dumą... pewnie stracił co nieco u weterynarza, dlatego się tak lepi do syna Entelodona.
— No to faktycznie niezły kanał — stwierdziła Jeżyk, na co tylko dwójka starszych kotów rzuciła jej spojrzenie ni to karcące, ni to zdziwione, którego znaczenie tylko oni rozumieli. A brzmiało ono „nie komentuj, bo to ważne” — W ogóle, jakim cudem pieszczoch stworzył gang? — wróciła do tego, co tu robili. Do pytań.
— Phi, zasługa Dumy, nic innego — czarny wzruszył barkami. — Odkąd tu jestem słyszę, że Jafar całuje mu łapki, żeby dostać, czego chce. Zwykły pieszczoch, nad którym góra się zlitowała. Uważa się za kogoś wielkiego, a prawda jest taka, że gdyby Duma go rzucił, zostałby z niczym.
Jeż spojrzała na chwilę na Skowronek. Ta po chwili spojrzała z kolei na Śmiecia. Wszyscy chyba myśleli to samo. Ten kocur nie był obiektywny w osądach. Sami dostrzegli już dawno, że Jafar to nie był zwykły pieszczoch. Miał własny gang. Miał Bastet, którą szkoliła dawniej Bylica, a obecnie Krokus. Jeśli mieli rozmawiać tylko o Jafarze, to raczej niewiele z niego wyciągną prawdy, a tylko niepotrzebne im peplanie. Po tej wymianie spojrzeń przywódczyni grupy odezwał się.
— Dziękujemy za dobrą wymianę infromacji, panie... — tu przerwała, dając znać jegomościowi iż to pora, aby się przedstawił.
— Moher — uśmiechnął się szeroko, skinąwszy szarmancko łbem. — Możecie mi mówić Moher — zmrużył brązowe ślepia jeszcze bardziej.
Cóż, przynajmniej zdaniem Jeżyk, drugie zdanie wskazywało na to, że to nie było prawdziwe imię kocura.
Tygrysio pręgowana skinęła czarnemu głową, na znak, że rozumie.
— W takim razie do widzenia, Moherze. — miauknęła do niego uprzejmie, po czym oddaliła się wraz z Jeżyk i Śmieciem w inną część kasztelana. Gdy byli już odpowiednio daleko, ich trójka cicho wymieniła kilka uwag.
— Ten cały „Moher” o ile faktycznie się tak nazywa, gada o Jafarze bardzo nie przychylnie.
— Jego mowa jest nacechowana nienawiścią czy też złością, większość jego słów jest jeszcze mniej wiarygodna niż to co powiedział Śmierdziel — stwierdził Śmieć.
— On przynajmniej mówił więcej za mniej — zgodziła się z kremowym srebrna.
— Ale coś od niego wyciągnęliśmy. Wiemy, że Jafar ma konszachty z Dumą. Najpewniej są parą. — Stwierdziła Skowronek. Cóż, dobrze wiedzieć i to.
Kątem oka mogli dostrzec, że ciemne futro kocura znika gdzieś, jakby rozpływając się w cieniu.
Przed sobą ich trójka dostrzegła sporą grupę kotów. Kilka z nich miało obroże, inni charakterystyczne blizny powykrajane na barkach. Dzięki Śmierdzielowi wiedzieli, że są to słudzy Entelodona. A to było co najmniej przydatne. Mimo tego, co mówił Moher, dał im równie dobre, o ile nie przydatniejsze informacje. Dostrzegli w tej grupce jednak też kilka bez żadnych znaków – najpewniej byli to zwykli samotnicy szukający okazji, żeby się zabawić.
Ostatecznie po krótkim przeczesaniu wzrokiem tego, co znajdowało się przed nimi, Jeżyk w końcu rzuciła się w oczy starsza kotka, która przyglądała im się zmęczonym wzrokiem. Hm. Obca nie wyglądała na typową osobę odwiedzającą kasztelan. Większość kotów wokół była młoda, czasem w średnim wieku, ale nie starsza. Jeżyk przez chwilę ukradkiem spoglądała na ową intrygującą kocicę. Śmieć i Skowronek cicho wymieniali jakieś słowa między sobą, ale nawet dla niej, stojącej tuż obok były one niesłyszalne. Po chwili z lekkiego zamyślenia wytrącił ją głos Skowronek.
— Widzisz kogoś do kogo moglibyśmy zagadać, Jeżyk? — młodsza spojrzała na swą ciotkę, aby po chwili ruszyć uchem w stronę starszej kotki.
Skowronek wydała z siebie jakiś potwierdzający pomruk, po czym podeszli w stronę starszej kocicy, ale tak, aby wyglądało, że tylko zwiedzają. Gdy podchodzili bliżej, mogli dojrzeć, że obca przyglądała się dokładniej Skowronek przez chwilę. Gdy jednak zbliżyli się bardziej, mimo dalej udawania, że nie starsza jest ich celem, całe zainteresowanie liliowej szylkretki zdawało się zniknąć, a pysk przybrał o dziwo jeszcze bardziej wymęczony wyraz. Nie umknęło to ich uwadze. Po jakimś czasie w końcu usiedli całkiem niedaleko staruszki, zarzucając między sobą losowy temat o tym, jakiego to szczura nie upolował jakiś ich znajomy ostatnio. Oczywiście to była zwykła farsa, by udać, że są zwykłymi odwiedzającymi Kasztelan. Mogli dostrzec, jak obca nastawia ucho w ich stronę, jednak zaraz kładzie je po sobie, rozpoczynając rozdzielanie zębami niewielkiej myszy.
Po jakimś czasie Skowronek, która postanowiła zmienić taktykę. Dała o tym znać swej siostrzenicy cichym szeptem w jej stronę między rozmowami. Wyglądał jakby po prostu kotki wymieniały się jakimiś „babskimi” sprawami czy wspólnym komentarzem co do słów Śmiecia, który o dziwo nawet nieźle grał, mimo tego, iż na co dzień był raczej chłodny według Jeż. Wprowadzili plan w życie. Skowronek, Śmieć i Jeżyk rozmawiali we trójkę przez jakiś czas, ale powoli starali się prowadzić ją tak, by Jeżyk mogła udać, że temat jej już nie interesuje i odłączyć się od nich, a następnie zagadać do starszej po chwili milczenia, tak jakby szukała towarzystwa. Tak też zrobili. Jeżyk przez chwilę siedziała cicho po odsunięciu się od pozostałej dwójki, aż w końcu przysunęła się bliżej, by rozpocząć konwersację ze starszą kotką.
— Z tego co mi się zdaje... — zaczęła ostrożnie, niepewnie, jakby w ogóle rzadko rozmawiała z kimś nie ze swojego grona co było w sumie prawdą — mało kotów przychodzi tu, by zwyczajnie posiedzieć. — zagadała z neutralną ekspresją pyska.
Kocica obrzuciła ją nieserdecznym spojrzeniem.
— Z tego co mi się zdaje... — szylkreta wyciągnęła szyję, by zerknąć na rozmówczynię z góry. — Mało kotów przychodzi tu się spowiadać nieznajomym — burknęła, strzepując ogonem. — Prawda. Jak w każdym mieście i nie mieście, to się rzadko zdarza. — stwierdziła, dalej zachowując neutralną postawę, choć ogon młodszej kotki noszącej naszyjnik z czerwonymi kamieniami szlachetnymi, nieco poruszył się na reakcję kocicy.
Dźwięk jaki wydał naszyjnik na szyi Jeżyk mimowolnie zwrócił uwagę starowiny.
— Nie wiedziałam, że pieszczochy teraz chodzą z takimi chudymi obrożami — mruknęła, odwracając wzrok.
To nie była przecież obroża! Nie była PIESZCZOCHEM! Nie to, żeby miała coś do pieszczochów, ale wiedziała, jak postrzega ich większość samotników, więc słowa starszej stały się dla niej obraźliwe. Szczególnie, że ten naszyjnik był dla niej ważny. Futerko na karku srebrnej podniosło się nieznacznie, a ta ciutkę spuściła brwi.
— Nie jestem pieszczochem — stwierdziła — Tylko samotnikiem — sprostowała — To... był prezent... od kogoś... — rzekła zgodnie z prawdą, następnie milknąc i spoglądając na naszyjnik z błyskiem smutku w ślipiach. Babcia… jej kochana babcia… to był prezent od niej. Materialny. Doceniała umiejętności, które starsza jej przekazała… ale posiadanie czegoś materialnego sprawiało, że Jeżyk czuła się bliżej ze zmarłą mimo jej nieobecności. Tęskniła. Tak cholernie tęskniła…
— Oh jak uroczo — mruknęła z nutą sarkazmu, wzruszając ramionami. — Więc czym jesteś? Ty i twoja kompania. Nie wyglądacie na tutejszych, za dużo się rozglądacie i wpychacie nos w nieswoje sprawy — westchnęła.
Początek wypowiedzi starszej sprawił, że w kotce zawrzało, ale następne jej słowa sprawiły, iż Jeżyk uznała, że to nie było aż takie ważne. Kocica zadała pytanie. Pociągnęła rozmowę dalej. To dobrze wróżyło.
— Bynajmniej nie jesteśmy tutejsi, tu trafiłaś w punkt. Jesteśmy... ni to gangiem. Ni to z miasta, ni to z dzikich ścieżek poza nim. Raz jesteśmy tu, raz tam... a gdzie się zatrzymamy o nas słyszą. Prędzej, czy później — stwierdziła, ale orientując się, że nieco za bardzo się rozgaduje, ugryzła się w język. — A ty? Może i tutejsza jesteś, ale nie wpasowujesz się w schemat — wskazała ogonem na około.
— Brzmi jak ból zadu — rzuciła zgryźliwie rozmówczyni, by zaraz podrapać się pod brodą. — Bo niby co? — rzuciła jej wyzywające spojrzenie. — Nie wpasowuję się w schemat, bo...? — dociekała nieprzyjemnie. — Myślisz, że kocica w kwiecie wieku nie może chcieć się zabawić? — warknęła, strzepując ogonem.
— Tego nie powiedziałam. Ale ty nie wyglądasz na bawiącą się. — stwierdziła.
— Bawię się na swój sposób, dzieciaczku — syknęła. — Mam swoje sprawy do załatwienia tutaj, wy też powinniście swoich nosów pilnować, a nie interesować się zabawami starszej kotki.
— Nie jestem dzieciaczkiem — stwierdziła, opuszczając brwi, a jej ogon napuszył się nieco. Starsza już chyba trzeci raz podczas tak krótkiej rozmowy ją mocno wkurzała, stąpając na tematy, które były bliskie jej sercu lub ją obrażając.
— Tak, a tu mi rośnie muchomor — prychnęła nieco rozbawiona, pokazując policzek. — Nie ma się co oburzać, młoda, jeszcze zatęsknisz za tymi czasami — mruknęła, a jej oczy na moment powędrowały za plecy Jeżyk. — Oh, wygląda, że moje sprawy przyszły — burknęła, a jej pysk zaraz spoważniał. Spojrzała to na srebrną, to na dwuosobową ekipę zbliżającą się do nich powoli, po czym ostatecznie uśmiechnęła się krzywo do zielonookiej. — Nic personalnego, skarbie — miauknęła tylko, popychając koteczkę prosto na grupę, sama próbując uciec gdzieś w tłum.
— OSZ TY — warknęła córka Krokus, spoglądając na koty, na które została wepchnięta, a jej masa sprawiła, iż przygniotła owe osobniki. Na szczęście Skowronek szybko zorientowała się w sytuacji i ruszyła za uciekającą szylkretową. Kotka, która wcześniej szła na spotkanie ze staruszką tylko stęknęła cicho, przygnieciona Jeżyk.
— Uważaj, jak leziesz — warknął jej towarzysz, próbując wygramolić się spod kotki.
— Moja miła, czy mogłabyś się nieco ruszyć i uwolnić mnie i mojego lubego? — zamruczała słodko drobna, liliowa koteczka leżąca obok burego, niezadowolonego kocura.
Widząc, jak Skowronek wraca dosłownie w mgnieniu oka, co znaczyło, że zgubiła tamtą staruszkę, Jeżyk prychnęła rozczarowana.
— Nie moja wina. Ktoś mnie na was popchnął — burknęła na słowa burego kocura, po czym przeniosła spojrzenie na milszą z rozmówczyń, zmieniając ton — Jasne — miłej liliowej kotce, podnosząc swoje cielsko i sprawdzając stan naszyjnika. — Byliście tutaj po spotkanie z tą szylkretką, mam rację? — dodała po chwili, gdy oceniła, że nic się nie stało złego z jej ukochaną ozdobą.
Słysząc odpowiedź kotki, bury tylko syknął pod nosem. — Widzisz? Mówiłem, że stara wiedźma ma coś za uszami — warknął do liliowej, na co ta tylko wywróciła oczami.
— Już możesz sobie oszczędzić marudzenie, wiem, co chcesz powiedzieć — odsyknęła mu, kładąc po sobie okrągłe uszka. Zwróciła łagodne, niebieskie spojrzenie ku zielonookiej, by zastanowić się chwilkę.
— Taaaak... — miauknęła w końcu, nieporządnie ukrywając, że coś kręci. — Tylko spotkanie. Byliśmy nawet umówieni, ale cóż, uciekła. Nie wiemy czemu. Prawda, kochanie? — zamruczała słodziutko, na co bury tylko przytaknął jej ruchem łba.
Wtedy właśnie Jeżyk nie tylko zorientowała się, że coś było na rzeczy - dostrzegła także znak Entelodona na barkach tej dwójki. Uhuhu…
— Cóż... wydaje się, że ona na to spotkanie entuzjastyczna nie była.
— Raczej już jej nie znajdziemy — wtrąciła się Skowronek — Dała dyla.
— Nie wiem dlaczego. My przecież nic złego byśmy jej nie zrobili... — mruczała cicho liliowa, na co bury nadal tylko kiwał głową.
— A mówiła może gdzie idzie? Albo gdzie mieszka? Albo chociaż kierunek, w którym zniknęła możemy dostać? — zapytała koteczka.
Po krótkim zastanowieniu Jeżyk skinęła głową.
— Ta. Tylko powiedzcie, kto to w ogóle jest? — zadała pytanie.
— Ta... pani obiecała nam coś wyjaśnić. Myśleliśmy, że tym razem się na to przygotowała, ale niestety, musiała czegoś zapomnieć ze swojej norki — wytłumaczyła liliowa.
— Więc? Co wiecie? To pilna sprawa — mruknął bury niecierpliwie.
— No, powiedziała, że przyszła coś "załatwić" a potem nagle mnie popchnęła i się zmyła — wyjaśniła po krótce sytuację Jeżyk.
— Mogę was zaprowadzić gdzie mniej więcej pobiegła — dodała zaraz Skowronek, kierując się jednak w inną stronę, niż ta, w którą pobiegła liliowa. Jeżyk dostrzegła to. Tak, to było dobre posunięcie. Mimo tego jaka kocica była nie wiedzieli, co im przyniesie więcej korzyści, a co wrogów, czy opłaca się ich prowadzić do starszej, do której widocznie mieli interes.
Liliowa westchnęła cicho, machając łapą.
— Już nie ma co. Pewnie już jej tu nie ma — mruknęła, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia z burym, który jednak obejrzał się, w którą stronę ruszyła Skowronek.
— Jednak gdzie moje maniery - jestem Pazłotko, a to mój ukochany, Mosiądz — przedstawiła się, uchylając delikatnie łepek.
— Nie mamy na to czasu — warknął bury warczy do ucha kocicy, niezadowolony.
— Ja jestem Skowronek, a to są Jeżyk i... — kotka nie dokończyła, bo Śmieć na którego chciała wskazać przerwał jej podchodząc i samemu odpowiadając.
— Śmieć — rzekł bez wyrazu, dołączając do grupki jaka się uformowała.
— Bardzo miło was poznać, skarbeńki — zamruczała przesłodzonym tonem, podczas gdy bury, z wymownym wyrazem pyska próbował przepchnąć liliową w stronę wyjścia. — Jeśli widzielibyście jeszcze kiedyś tą staruszkę, proszę, nie krępujcie się nam powiedzieć, spotkanie z nią to bardzo ważna sprawa — dodała. — My często tu bywam, nie trudno nas znaleźć, prawda, słoneczko?
— Idziemy — fuknął jej drugi z obcych tylko w odpowiedzi, dalej próbując się przedrzeć do wyjścia, prowadząc opierającą się koteczkę.
Trójka kotów wymieniła spojrzenia, po czym ruszyła powoli za nimi.
— Dokąd wam tak śpieszno, skoro mieliście plany rozmawiać z nią, a ta se poszła? — spytała Jeżyk unosząc jedną brew.
— Szukać jej, skoro nadal jest w okolicy. Tym wyjściem najszybciej się stąd wydostaniemy — syknął bury, szybko ruszając, gdy liliowa nareszcie łaskawie zaczęła iść samodzielnie.
— Jak mówiłam, sprawa jest bardzo ważna — wytłumaczyła koteczka. — Wybaczcie więc, jeśli nie macie zamiaru wyciągnąć do nas pomocnej łapki, my będziemy musieli się już zbierać.
— A akurat może mamy? — zasugerowała Skowronek, ruszając za nimi. — Sześć oczu więcej chyba się wam przyda? Przez jakiś czas możemy się z wami pokręcić.
— Oh, ale nie mamy nic do... — zaczęła liliowa, podczas gdy bury zaraz zatknął jej pysk.
— Jeśli pomożecie, dostaniecie coś w zamian — mruknął tylko.
Zwrócił się jeszcze do Pozłotka, szepcząc jej coś na ucho.
— Tak! Każda pomoc się przyda! — zamruczała zaraz ochoczo koteczka.
Skowronek nieco zamruczała na słowo zapłata, po czym ruszyli do wyjścia wraz z dwoma kotami od Edka. Tak, zapłata od nich brzmiała kusząco…
— Jeśli się rozdzielimy mamy większe szanse — polecił Mosiądz, po czym zaczął kroczyć w stronę przeciwną niż Pazłotko, na początku powoli, by zobaczyć, czy ktoś do niego dołączy.
— Dobrze, ale uważaj na siebie, kochanie! — miauknęła za nim liliowa, po czym zaczęła rozglądać się i węszyć w powietrzu.
Skowronek szybko wskazała Jeżyk, za kim ma iść. Dostał jej się... ten mniej przyjemny osobnik. Ruszyła więc za nim szybko, a Śmieć i Skowronek poszli za Pozłotką. Mosiądz widząc, kto mu się trafił, tylko zmarszczył brwi i przyspieszył kroku.
— Nie wlecz się tylko — mruknął oschle, rozglądając się po okolicy. Pazłotko tym czasem uradowana, że dostała większą grupkę, ruszyła za Kasztelan, mając nadzieję, że uda jej się znaleźć jakieś ślady.
— Uwierz mi na słowo, że mam za sobą dłuższe przebieżki — odparła Jeż rozglądając się w około idąc tuż za burym. — To staruszka, przecież nie mogła odejść tak daleko — miauknęła zachęcająco do reszty liliowa, nim srebrna i bury odeszli na tyle daleko, że nie było jej już słychać. I tak oto nastała cisza. Ugh… to będzie nudne zadanie…
18 września 2023
Od Jeżyk CD Jerzyka
*lato*
— Hmm... — podjął jej syn zamyślając się na chwilę — To może my się do niego przeniesiemy? Do tego Klanu Klifu. Będziemy mogli być wtedy razem i żaden hycel nam nie zrobi krzywdy. Co wy na to? — zagadnął rodzeństwa, po czym z radością spojrzał na matkę — Mamo?Propozycja kociaka wywołała w kotce niemałą konsternację. Była trochę zła na to, że taki pomysł w ogóle wypadł z pyska młodego – przecież cała Sekta nie przeniosłaby się do Klanu, a to była jej rodzina, ich rodzina. Starała się jednak nie złościć. To przecież tylko kociak, był młody. Nie chciała być złą matką jak Krokus. Każącą swoje dzieci za nawet najmniejsze przewinienia. Bała się, że stanie się taka jak bura. Nie chciała, by do tego doszło, za żadne skarby świata.
— Jerzyku, my mieszkamy tu, bo jesteśmy z Kamiennej Sekty. Poza tym, co ja ci mówiłam o klanach? — spytała.
— No wiem, ale tata mieszka w klanie... — miauknął słodziutko bury. — A ja chce żebyśmy byli wszyscy razem!
Jego inicjatywa była szlachetna, godna podziwu… ale nierealna.
— Niestety, życie nie jest takie proste, Jerzyku. Ale tata często was odwiedza... ja nie miałam ojca. — żałowała, że nie posiadała drugiego rodzica, który by ją kochał i wspierał. Który nie pozwalałby Krokus tak ich traktować. Ale go nie miała. Nigdy nie poznała swego płodziciela.
— Dlaczego? Myślałem, że każdy ma tatę... — zdziwił się kociak.
— Tak, mój ojciec gdzieś istnieje. Ale nigdy go nie poznałam, ani o nim nawet nie słyszałam. Więc masz szczęście, którego nie miała większość Sekty, Jerzyku. Skowronek i Krokus też nie miały ojca. W sumie tylko dwa koty spośród nas poza tobą i twoim rodzeństwem własnych ojców poznały.
To było jak tak teraz o tym myślała dość smutne. Na pewno dzieci Bylicy chciałby mieć drugiego rodzica. Ale nie miały. Tak samo ona oraz potomstwo Błota takiego kogoś nie posiadali. Tylko jej kocięta z tych wychowanych od początku w Sekcie znały swego ojca. Mieli ogromne szczęście.
Jej syn również posmutniał na jej słowa. Przesunął się do jej łapek wpychając się między nie i chowając pyszczek w jej długą sierść.
— Przepraszam mamusiu.
— Nic się nie stało, kochanie. — powiedziała, przytulając do siebie kociaka — Bardzo cię kocham, wiesz?
— Wiem — miauknął na powrót radośnie machając energicznie swym ogonkiem. — W końcu to mnie nazwałaś tak samo! Więc musisz mnie najbardziej kochać. A ja też cię bardzo kocham. — mały zignorował pomruki sióstr i brata.
— Kocham was wszystkich tak samo, kochanie — szylkretka zaśmiała się, następnie liżąc kocurka po łebku. Ten wydał z siebie pomruk zadowolenia uśmiechając się do rodzicielki. Gdy kotka przestała go lizać, ułożył głowę na jej łapkach. Już po paru chwilach czuł się senny, w końcu dokazywał tego dnia, nie ma co. Już niedługo potem młody zasnął, wtulony w swą matkę.
***
*Dalej lato*
Jeżyk pilnowała maluchów, gdy te buszowały po całym ogrodzie. Dwunogi znowu pojechały, więc młodych nie było już jak powstrzymać przed eksploracją i zabawą na świeżym powietrzu. Szczególną uwagę zwracać musiała na Pliszkę, bo ta była bardzo krnąbrna i nie raz uprzykrzała życie rodzeństwu. No i samej Jeżyk też. Jeśli młoda matka miałaby wskazać najbardziej kłopotliwe kocie, byłaby nim właśnie liliowa.W tym samym czasie Jeżyk korzystała także ze słońca. Przy kociętach musiała się nauczyć w końcu jednoczesnego odpoczywania i ciągłego zwracania na nie uwagi, bo nie wiadomo, kiedy coś się stanie.
Obróciła się na bok, przeciągając się w pozycji leżącej na wygrzanej trawie. To był jeden z niewielu tak słonecznych dni. Jeżyk wpuściła do swego pyska powietrze, które zdawało się mieć w sobie mniej tlenu, niż zazwyczaj, tak jak od początku pory zielonych liści.
Zastanawiała się, kiedy lunie a jej dzieci znów będą niezadowolone, że musiały wracać do szopy. Tutaj szczególnie we znaki dawała jej się Cynia. Mała była zafascynowana światem, a szczególnie zjawiskami pogodowymi, od tej pierwszej burzy, której była świadkiem. Dlatego też jeśli tylko była okazja szynszylowa chowała się by zyskać trochę czasu na obserwowanie pogody, gdy ta się psuła.
Jeżyk spojrzała na ganiającego po polu z piłeczką Jerzyka. Przypominał jej młodego Diamenta. Ten to miał obsesję, nie ma co…
W pewnym momencie piłka poturlała się w stronę jej przednich łap, a kocica od razu pacnęła ją. Przedmiot potoczył się w stronę jej synka, a ona uśmiechnęła się, przewracając na plecy.
<Jerzyk?>
08 sierpnia 2023
Od Jeżyk
*wiosna po śmierci Bylicy*
Wyszła z miasta nosząc swój naszyjnik z czerwonymi kamieniami, z w miarę wyczyszczonym futrem co było u niej dość rzadkie. Nie chciała jednak by było ją można łatwo wyczuć, więc dodatkowo zrobiła pewną toaletę poza tarzaniem się w wonnych roślinach. Ruszyła przed siebie, w stronę terenów klifiaków. Miała zamiar w pobliżu drogi która dzieliła je od terenów niczyich pozbierać zioła - rosły tam te okazy, które lubiły nasłonecznienie i suchą glebę lub im to nie przeszkadzało. Było to ważne, bo w tej porze było dużo błota i wody, więc tam powinny utrzymać się rośliny powyższych warunków nie lubiące. Gdzie indziej znalezienie ich mogło być znacznie trudniejsze. Do tego, o dziwo, w poprzednim czasie łaskawym dla roślin widziała tam malwę, a że były to rośliny wieloletnie, mogła ponownie liczyć na trochę jej liści. Może i rosła czasem w ogrodach, ale dobra lokalizacja w dziczy też była mile widziana, bo czasami dwunogi spryskiwały swe rośliny jakimiś paskudztwami, a skoro pszczoły od nich padały mogła śmiało założyć, że chorym kotom też to nie posłuży.Ostatnim razem... była przy tej malwie też z babką. Wzięło ją nieco na nostalgię, ale musiała wyprzeć te myśli i skupić się na pracy. W końcu zgromadzone zasoby ziołowe będą musiały wystarczyć też na porę nagich drzew, więc nawet, jeśli te zużyje przed nią, nie będzie musiała tyle chomikować na mroźną porę.
Gdy tylko dotarła na miejsce rozpoczęła szukanie. Nie mogła się jednak wbić w rytm pracy, przez co dodatkowo zalewały ją myśli. Myśli o babce, o jej śmierci, o tym, co mogło się dziać ze Szczurkiem… o tej starszej kotce i parze którą spotkała w kasztelanie jakiś czas temu…
— Jeżyk? To ty? Co tu robisz? — usłyszała niespodziewanie głos. Odwróciła się błyskawicznie, tak, jak powinna, gdy zagrożenie się nie skrywało. Dopiero w połowie obrotu dotarło do niej, że znała ten głos. I na pewno nie spodziewała się go usłyszeć. Gdy ujrzała Kanię zdziwienie zagościło na jej pysku.
— Jak dla mnie lepszym pytaniem byłoby, co ty tu robisz. W końcu wybierałeś się do Klanu Burzy, a to kawał drogi — miauknęła, a jej kąciki pyska lekko się podniosły, gdy lekko parsknęła. — Co, zachciało ci się połazić gdzieś dalej? — spytała podchodząc bliżej. — Myślałam... że w sumie możemy się już nigdy nie spotkać. Ale myliłam się. I dobrze — stwierdziła szczerze. — W końcu jesteś jednym... z niewielu moich lepszych znajomych.
Naprawdę się cieszyła, że miała okazję go spotkać i pogadać. Naprawdę polubiła go. Był jej chyba pierwszym prawdziwym znajomym spoza Kamiennej Sekty.
— Dołączyłem do Klanu Klifu. Klan Burzy... Przegrał wojnę i okupują go wilczacy. Tylko tu mogłem znaleźć spokojny kąt — wyznał cętkowany, uśmiechając się do niej miło. — No i mam blisko teraz do ciebie. Możemy widywać się częściej, co ty na to?
— Klan Klifu? Ciekawie. I w sumie to bardzo chętnie — stwierdziła — A o Klanie Burzy... nasza rodzina to podejrzewała. Głównie babcia. Mieliśmy... dołączyć do tej wojny. Byliśmy nawet umówieni z nocniakami... tyle że dwunożni nam przeszkodzili. A konkretniej te ich cholerne potwory. Zablokowały most. A potem już nie było po co tam wracać, bo ich liderka... była specyficzna.
Dalej pamiętała to co opowiadała o Daliowej Gwieździe babka. Pyszałkowata, przekonana o własnej wielkości, arogancka i wierząca w Klan Gwiazdy liderka. Zdaniem starszej była skłonna do zemsty za nie pojawienie się. Dobrze, że tam nie wrócili i zmienili lokum… choć może gdyby tego nie zrobili, albo nie poszli do miasta… babka by tak nie skończyła…
— Przykro mi to słyszeć. Jak chcesz mogę się wyrwać na chwilę i poopowiadasz mi co tam u ciebie słychać, co ty na to?
Cóż, przeżywała zdziwienie za zdziwieniem. Chciał utrzymać z nią kontakt… była dobrą… kompanką? Przyjaciółką nawet? Chciał z nią… spędzać czas? Poczuła się… miło. — Chętnie — stwierdziła. Może i miała zbierać zioła... ale spotkanie z Kanią mogło by jej dobrze zrobić na nerwy, a poza tym wieczne zapracowanie nie było na pewno dobre. Jej matka żywym przykładem... ugh. A też nie korzystanie z okazji utrzymania znajomości byłoby co najmniej nie skorzystaniem z dobrej okazji. W końcu nie miała za wielu znajomych, z którymi rozmawiała więcej niż raz, a tym bardziej takich, których też lubiła i choć trochę ufała.
Po jej słowach ruszyli na spacer, rozpoczynając dłuższą rozmowę.
***
Od tamtego czasu… wiele się zmieniło. Błoto dorobiła się kociąt… Wyszło że Krokus, jej matka, poznała się lepiej z Jafarem i do tego dalej trenowała Bastet po Bylicy. A ona… ona miała ucznia. Diamenta. Miły, pogodny kociak. Ale co najmniej urwis. Jeżyk była zaskoczona, że jej go powierzono. Może i było ich mało w Sekcie, ale można było mieć więcej niż jednego ucznia, inaczej niż w klanach, więc równie dobrze Skowronek mogła go oddać komu innemu pod opiekę. A jednak wybrała ją. Już wcześniej ciotka powierzyła jej wiele spraw i widać było jej zaufanie, ale podarowanie ucznia… to był naprawdę zaszczyt. W końcu Jeż nie brała udziału w bitwach z gangami, nie miała takiego doświadczenia jak reszta, ale i tak dostała ucznia, młody umysł. To od niej zależało, czy i jak wiele się nauczy. To, na jakiego kota wyrośnie w pewnym stopniu też. Martwiła się, że to spaprze, jak jej matka z Wypłoszem i Bałwankiem… ale wiedziała, że jest lepsza od niej w tych sprawach. Nieco podniosła jej się samoocena i była w stanie przyznać przed sobą, że potrafi unikać popełniania błędów matki i myślenia o tym, że może być taka jak ona. Z Kanią rozmawiała też coraz częściej. Na początku starała się trzymać język za zębami przy niektórych sprawach, i choć dalej nie raz się wstrzymywała z powiedzeniem czegoś, tak coraz to bardziej mu ufała. Może i był teraz w klanie, ale dawniej był samotnikiem. Jego matka była przeciwniczką liderów. Zdecydowanie nie był tacy jak reszta. I trudno jej to było przyznać przed samą sobą, ale… pozwoliła sobie się do niego przywiązać… mocno. Mocniej niż przypuszczała, że była w stanie.Szła na ich kolejne spotkanie z uśmiechem na pysku. Za każdym razem, gdy do niego szła… czuła się po prostu szczęśliwa, podekscytowana. Cieszyła ją każda spędzona z nim chwila. Pierwszy raz mogła chyba powiedzieć, że miała przyjaciela spoza Sekty. No i poza Cynamonką, ale Cynamonka już praktycznie była jedną z nich.
Z każdym krokiem bliżej do miejsca spotkania czuła się lepiej. Jakby kamienie dawały jej jakąś magiczną radość. I to nie był pierwszy raz. W rodzinie Jeżyk mało widziała partnerów. W sumie… tylko jedną parę tak naprawdę poznała. I to nie oficjalną, co do której była pewna, że coś było na rzeczy. Nawet ona to zauważyła. A mowa tu o Śmieciu i Skowronek. I nawet pomimo tego, że miała tylko ich przykład w zanadrzu… czuła, że jej relacja z Kanią… mogła już nie być taka sama, jak zwykła przyjaźń. Albo może jej się wydawało? Naprawdę, nie wiedziała. Nie znała się za dobrze na wielu pozytywnych emocjach… Ale niezależnie od tego co to było, co czuła, i co czuł do niej Kania, była szczęśliwa, że mogła mieć z nim jakąkolwiek relację.
Odepchnęła rozmyślania na bok, a gdy ujrzała czekoladowe futro, przyspieszyła.
— Cześć — przywitał się z nią kocur, gdy tylko doszła do niego, mrucząc zadowolony, gdy się zjawiła.
— Mam coś co ci się spodoba. — Odsunął się, pokazując roślinę, która leżała na ziemi. — Zwinąłem trochę naszej medyczce. Teraz takie zawirowanie w klanie, że się nawet nie zorientowała. Można wyluzować — i to powiedziawszy skubnął trochę listków.
Na początku była sceptycznie nastawiona, ale w sumie... co jej szkodziło? Na spotkaniu z Kanią raczej jej się nic nie stanie. Może i po kocimiętce jest się łatwym celem... ale we dwójkę nie do końca. Więc postanowiła poskubać. Przyda jej się rozluźnienie też po całym dniu pracy. Na jej języku, gdy tylko zaczęła jeść znaną sobie już roślinę pojawił się przyjemny smak. Wiedziała, że ona mocno kusi i może impulsywnie zjeść więcej niż zamierzała… ale i tak to zrobiła. Tymczasem syn Ości przysiadł się do niej, przez chwilę siedząc w ciszy i obserwował jak się zajada. Zaraz zachichotał pod nosem.
— Wiesz... Trochę żałuje, że dołączyłem do klanu. Liderka zwariowała... Jednak... — westchnął ciężko. — Matka dała mi misje. Mam położyć kres krwi Mrocznej Gwiazdy. Słyszałem, że typ zdechł, ale wciąż żyją jego dzieci. Jestem w tym wszystkim sam... A jednak przy tobie czuję się tak, jakby wszystko było możliwe.
Uśmiechnęła się na jego słowa, unosząc łeb znad resztek rośliny. Sama czuła się podobnie co on. I cieszyło ją, że mieli podobne odczucia.
Szybko kocimiętka zaczęła działać, bo już po chwili poczuła się rozluźniona jak chyba nigdy przedtem, co najmniej rzadko.
— Zdechł? Ha! Dobrze mu tak. Niech się teraz kisi w jakimś piekle czy w jakie tam dla złych kotów zaświaty wierzą klany. Przez niego musieliśmy opuścić Złote Trawy, a potem las, może gdyby nie to babcia by żyła... tyle jej krwi napsuł... — powiedziała co myślała. — A ja przy tobie nareszcie się rozluźniam. Dzięki tobie też jestem szczęśliwsza, bo znajduję czas dla siebie, w którym nie tylko przemyślam co mnie trapi i inne takie. Dzięki tobie mam siłę, żeby przechodzić przez każdy kolejny dzień i przeciwności losu, wiesz? — miauknęła.
Cętkowany przytulił się do niej, a gdy tylko wyczuła jego ciepłe ciało przy sobie, zalało ją szczęście, a serce zaczęło bić szybciej.
— Wiesz... A co powiedziałabyś na... Na stworzenie rodziny? Moglibyśmy wychować młode, które w przyszłości zemszczą się za nas na wilczakach... Byliby tacy jak ja w młodości... O ile oczywiście tego chcesz. Nie chcę cię przymuszać. Ostatnio jednak długo nad tym myślę. Księżyce mijają... A ja... Chciałbym coś po sobie pozostawić.
Kotka zmarszczyła brwi, zastanawiając się przez chwilę. Ach, jak trudno jej było myśleć logicznie po tym zielsku… Wszystkie zapachy i dźwięki zmieniły się nieco, przez co jej umysł był bardziej skupiony na nich, niż na sensie słów Kani i musiała chwilę pomyśleć by dokładnie zrozumieć jego słowa i odpowiedzieć.
Czuła jednak, że jeśli odmówi… nie wybaczy sobie do końca swoich dni.
— Może nie za cenę życia, bo jednak ważne, żeby nie czuły takiej presji i nie myślały że przeznaczona jest im śmierć w boju... ale to dobry pomysł. Odpłacimy im się za te wszystkie księżyce. Za to, co robili. I przy okazji zostawimy po sobie kogoś kto będzie o tym pamiętał. O nas. I nawet jeśli nie oni, to ich dzieci, albo dzieci ich dzieci się zemszczą. Pamięć nie zaginie. — stwierdziła. Babcia zawsze powtarzała, że pamięć nie zaginie, jeśli będą osoby, które pamiętają i pilnują wiedzy. A Jeżyk nie chciała jej zawieść. Chciała komuś przekazać jej wiedzę, jej opowieści i nauki, jej dobroć, bo wielu jej z niej nie znało. A komu lepiej by było takie coś przekazać, niż własnym kociętom?
Kania zamruczał, owijając swój ogon o ten jej, a ona poczuła przyjemny dreszcz.
— W takim razie... Czy uczynisz mnie najszczęśliwszym kocurem na świecie, Jeżyk? — Spojrzał jej głęboko w intensywnie zielone oczy. Przez krótką chwilę, kilka uderzeń serca wpatrywała się w jego ślipia w podobnym kolorze, nim nie uśmiechnęła się szeroko, kiwając głową i stykając się z nim czołami.
Dalsza część tego, co chyba spokojnie mogła nazwać randką, przeminęła im tak miło, że szybko stracili poczucie czasu. Dopiero gdy słońce było już blisko linii horyzontu zrozumiała, że musi wracać by nie martwić rodziny. Mimo dalszego działania kocimiętki i początkowej niepewności, czy ta decyzja była słuszna, ruszyła do domu.
I to była chyba jedna z najgorszych decyzji jej życia.
Bo przemierzając ciemne uliczki, nawet się nie zorientowała, iż inny kot wbił w nią spojrzenie.
I że ten kot miał bardzo konkretne, złe zamiary wobec niej.
Bo jakie inne zamiary mógłby mieć wobec kotki Nastroszony po wizycie w kasztelanie?
28 maja 2023
Od Jeżyk Do Cynamonki
*ostatnia zima*
Wszystko stało się tak szybko.Najpierw opuścili Złote Trawy. Miejsce, do którego przywiązała się chyba najbardziej ze wszystkich, w których żyła.
Ten dzień miał być taki wyjątkowy, dzień jej mianowania. I był, póki nie zobaczyła, co wilczaki zostawiły w Drewnianym Gnieździe. Widok tamtego ciała sprawił, iż żółć podeszła jej do gardła. Ledwo powstrzymała się wtedy, by nie zwymiotować, jak to zrobiła Błotniste Ziele na widok tej masakry.
Przenieśli się do lasu. Co chwilę zmieniali kryjówkę, by nie zostawać w jednym miejscu. Przypominało jej to dzieciństwo. Za tamtych czasów było niebezpiecznie i się pilnowali. Ale w starym mieście mieli przynajmniej swoje tereny, a każda kryjówka była ich częścią. A od dnia w którym wilczaki znalazły ich szopę… pałętali się po całym zadrzewieniu. Może i żyli w tym lesie, ale to nie były „ich ich” tereny. Mieszkali tam też inni samotnicy. Tak samo jak oni polowali, pewnie niektórzy nawet wychowywali własne dzieci.
A potem również ta rutyna przemieszczania się po gęstwinach została zniszczona. Mieli iść na wojnę. Reprezentować wściekłych samotników i samych siebie podczas bitwy, w której brał udział również Śmieć, pracownik jej babki i kilka innych kotów, które także postanowiły się przyłączyć. Ale zamiast przelewu krwi sytuacja nabrała niespodziewanego obrotu. Przez samochody nie mogli się przedostać na drugą stronę rzeki.
Babcia była wściekła. Jeżyk widziała ją taką ostatnio właśnie wtedy, gdy opuszczali poprzedni dom i przez to już wiedziała, że wszystko schrzanione. Znów musieli się przenieść, by nie paść ofiarą klanów. Tym razem jednak nie do znajomego Jeżyk miejsca, jakim był las, w którym nieraz przed przeprowadzką zbierała zioła. O nie. Zamieszkali w nowym mieście.
Sama opowieść babki o krwistookiej, Enteltonie czy Jafarze budziła w niej niepokój. Srebrna szylkretka miała świadomość, że w starym mieście też były elity, gangi, i inne takie. Ale tutaj… tutaj to miało inny klimat. To było większe. I mniej znali się na polityce, jaka panowała w tym nowym świecie. Serce ściskało jej się ze stresu, ale starała się na to nie zwracać uwagi, wykonując swe obowiązki – polowanie, przekazywanie wiadomości ze swego oddziału Bylicy, pilnowanie Bałwanka i Szczura. Została liderką swojej małej ekipy. Spoczęła na niej odpowiedzialność, jakiej nigdy nie czuła. To ona miała pilnować, by wszyscy byli najedzeni. By mieli zioła i leczyli się, gdy ktoś chorował. By Bałwanek nie zrobił niczego głupiego. Żeby Szczurek mimo tego, co ich spotkało nie bał się i czuł na tyle bezpiecznie na ile było to możliwe. Może dlatego ignorowała coraz bardziej doskwierający jej bark. Może dla tego nawet gdy wracała, a najmłodszy z ich grupki pytał ją, czy coś ją boli odpowiadała, że wszystko było w porządku. Bo nie chciała, by zobaczyli, że nie czuje się pewnie. Bo nie chciała, by babcia miała kolejne zmartwienia. Bo nie chciała, by dostrzegli, jak ciężkie było dla niej dowodzenie, nawet tylko trzema kotami. Bo nie chciała, by widzieli, jak trudno jej było przez ból polować i przynosić jedzenie. Bo nie chciała, by ciocia się nią zmartwiła, i mimo zmęczenia szła na spotkania z babcią na umówioną porę, starając nie spóźnić się ani o minutę.
Zbliżał się wieczór, a Jeżyk właśnie weszła do dość zacienionej uliczki. Budynek, który się w niej znajdował, był dość zaniedbany. Farba odklejała się od niego, sprawiając iż widać było gołe cegły, które już nawet w niektórych miejscach wypadły ze ściany, a ich ślady można było zobaczyć na chodniku. Zza szyb iskrzyło jednak ciepłe światło, które sprawiało, iż miejsce od wewnątrz zdawało się przytulne. Gdy tylko drzwi uchylały się, dało się wyczuć zapach jedzenia dwunożnych. Smakowitych kąsków, jakie jedli, nie danych kotom.
Córka Krokus przeszła ostrożnie niedaleko odgrodzonych od reszty pobliskiej przestrzeni stołów dwunożnych stojących przed restauracją, aby następnie skręcić na rogu budynku. Jej oczom od razu ukazał się zielony kontener na śmieci, stojący na czterech, czarnych kółkach. Podchodząc do niego schyliła się, by następnie wsunąć pod śmietnik.
Dopiero z pod śmietnika dało się zobaczyć braki w płytkach, oraz ogromne dziury po wypadniętych cegłach. Najwyraźniej kontener postawiono nie tylko ze względu na to, aby można było gdzieś wyrzucać śmieci, ale także po to, by ukryć większy ubytek, choć i tak było widać, iż stan budynku był kiepski. To właśnie to miejsce ich grupka wybrała na kryjówkę. Gdyby nie to, iż goniła mysz, która weszła pod śmietnik, nigdy nie odkryłaby tego miejsca. Było bezpieczne, mało kto spodziewałby się w ogóle, że dało się tu zamieszkać.
Dostrzegła siostrę, wylegującą się w jednej z wnęk. Biała wylizywała swą łapę, mocno pochłonięta pielęgnacją swego futra. Jedynym co zdradzało, iż wiedziała o powrocie siostry, było jej wykręcone ucho, które obróciło się w stronę szylkretowej.
– Upolowałaś coś dzisiaj?
Siostra zatrzymała na chwilę wykonywaną przez siebie czynność, by odpowiedzieć.
– Dwie piszczki. – Mruknęła, wracając zaraz do wylizywania sierści.
– Przecież to nie wystarczy. Jest nas czworo.
– To sama idź coś znajdź – warknęła w jej stronę siostra, zwężając źerenice – nie po to wyszłaś? By coś złapać?
Jeżyk położyła uszy po sobie, wydając z siebie cichy warkot, lecz milcząc. Tak, po to wyszła. Ale z jej barkiem nie była w stanie złapać ptaka, którego znalazła.
– Postaraj się bardziej. – bąknęła tylko do żółtookiej, by następnie wślizgnąć się do swojej części wnęki, i ułożyć na niej.
Po chwili usłyszały kroki. Sroka się nastroszyła, ale nie zwróciła spojrzenia w stronę butów dwunoga, których czubki były tak blisko kontenera. Zdążyły się już trochę przyzwyczaić do tego, iż jeden z dwunożnych będących tutaj codziennie raz na jakiś czas wychodził, wrzucał odpadki do śmietnika, a potem wracał z powrotem do środka. Mimo to Jeż położyła głowę na łapach dopiero wtedy, gdy drzwi do zaplecza restauracji skrzypnęły, aby następnie zamknąć się.
Wyleczeni: Jeżyk
Po chwili usłyszały kroki. Sroka się nastroszyła, ale nie zwróciła spojrzenia w stronę butów dwunoga, których czubki były tak blisko kontenera. Zdążyły się już trochę przyzwyczaić do tego, iż jeden z dwunożnych będących tutaj codziennie raz na jakiś czas wychodził, wrzucał odpadki do śmietnika, a potem wracał z powrotem do środka. Mimo to Jeż położyła głowę na łapach dopiero wtedy, gdy drzwi do zaplecza restauracji skrzypnęły, aby następnie zamknąć się.
***
Nie mogła uwierzyć, że Deszcz nie żyła. Mimo pogrzebu, mimo tego, że widziała, jak zakopywali ją, dalej nie mogła tego przyjąć do wiadomości. Że ta kotka, która ją trenowała, już nie żyje. Jej kochana ciocia, która była taka czuła, miła, wspierająca. Starała się przychodzić gdy tylko szła na zbieranie ziół, mimo wydłużania sobie i tak już bolesnej przez uraz drogi, na stos Deszcz i kładła tam kwiaty. Oraz pióra. Wiedziała, że jednolita lubiła słuchać śpiewu ptaków. Pamiętała, jak pewnego dnia, gdy była jeszcze mała i została pod jej opieką, ciocia powiedziała jej, jak nazywał się ptak śpiewający na pobliskim drzewie. Mimo głodu, jaki wtedy panował, poświęciła dla niej czas, tłumacząc jaki jest to gatunek i co je. Nie upolowała go. Może dlatego, że był wysoko. Albo nawet nie spróbowała, bo nie chciała zabijać czegoś, co zaciekawiło jej siostrzenicę. Gdy przychodziła na grób ciotki, a to wspomnienie odtwarzało się w jej myślach, po prostu zaczynała płakać, nie mogąc znieść tego, że już jej z nimi nie było.
Ostatnio jednak częściej zaczęła odwiedzać babcie, i to sprawiło, iż trochę poprawił jej się humor, a ból przestał aż tak doskwierać. Nawet bawiły się razem śniegiem.
Wtedy szczególnie starała się nie okazać bólu, jaki sprawiał jej bark, by nie popsuć tamtych przyjemnych chwil. Parę razy spotkała też właścicielkę domostwa dwunożnych. Miłą cynamonową pieszczoszkę z czerwoną obróżką, o której słyszała od babci jeszcze zanim się tam wprowadziła. Była wdzięczna że abisynka się zgodziła, by Bylica i Błoto mogły mieszkać w jej ogrodzie. Nie rozmawiały za dużo. Ale tego dzisiaj mogło się to nawet zmienić. Mieli wyjść razem poza miasto. Pooddychać świeżym powietrzem i zintegrować się.
Przyprowadziła ze sobą Bałwana i Szczura. Dość szybko wyruszyli i opuścili miasto – w końcu dom Cynamonki był na obrzeżach, nie mieli więc daleko.
Mimo tego, iż dzień fajerwerków na niebie minął już dawno, ba, był już prawie koniec pory nagich drzew, dwunogi dalej wypuszczały fajerwerki. W nocy, ale także w dzień. Nieco niepokoiło to Jeżyk. Nie lubiła tych ciągłych wybuchów.
Bałwanek, Szczurek, Bylica i Cynamonka szli z przodu. Ona i Błotniste Ziele wlokły się zaś z tyłu. Częściowo dlatego, iż liliowa kotka nie była szybka, a Jeżyk chciała dotrzymać jej towarzystwa. Drugim powodem było to, iż sama miała problem z chodzeniem przez swój nadwyrężony bark, a samo ukrywanie tego było trudne, co dopiero gdyby przyspieszyła. Wnuczka Sadu jednym uchem słuchała ogółu rozmowy kotów idących z przodu, koncentrując się bardziej na rozmowie z nieśmiałą Błoto. Lubiła kotkę. Była miła. Opiekowała się nią czasem w dzieciństwie. Cechowała ją troskliwość wobec innych.
Zauważyła że Bałwanek zachowywał się… no trochę dziwnie i nie miło w stosunku do babci, ale zignorowała to, bo rozmowa z Błotem pochłaniała ją całkowicie. Dopiero, gdy Cynamonka zapytała Bylicę o to, dokąd tak właściwie idą na ten spacer, Jeżyk zaczęła bardziej się przysłuchiwać ich rozmowie. Sama chciała znać odpowiedź. Szli ot tak, gdzie ich łapy poniosą? A może mieli jakiś konkretny cel?
– Do grobu... mojego pierwszego syna, Fiołka – odpowiedziała nieco smutno Bylica, posyłając lekki uśmiech członkom spaceru.
Na… grób wujka Fiołka?
Na samą myśl się wzdrygnęła. Nocniaki. Nocniaki go zabiły. Pamiętała to. Pamiętała dzień, w którym uciekł a ciocie i matka poszły go szukać. To, jak potem przyniosły jego ciało do domu. Jak zrobili mu grób. To była pierwsza tak znacząca śmierć w całym życiu Jeżyk. Mocno ją zabolała, mimo iż poza Wypłoszem to z Fiołkiem najmniej się dogadywała i najbardziej ją niepokoił. Głownie przez swą spontaniczność i tendencje do warkotów. Była na to wtedy mocno wrażliwa, w sumie nadal tak było. Bała się gdzieś podświadomie, iż to mogło oznaczać, iż był taki, jak Krokus. Teraz jednak bardzo tęskniła za kocurem mimo tych obaw.
Patrzyła na Bylicę, gdy Bałwanek oparł się o błękitną, wyciągając do niej swe łapy. Ale nie przewidziała tego, co zdarzyło się chwilę potem.
– Ale pójdziemy do szczurków? – spytał Aital Bylicy. I wtedy właśnie… popchnął ją za mocno. Babcia Jeżyk poleciała na bok z zaskoczeniem wymalowanym na pysku.
Nie zdążyła zareagować, nim babcia nie upadła na kamień szyją.
Odgłos trzasku kości staruszki wypełnił powietrze.
Wszystko przestało się liczyć, a czas nagle zwolnił.
Od razu rzuciła się w stronę leżącej kocicy.
– BABCIU – wrzasnęła iście przerażona.
Gdy tylko znalazła się bliżej… i zobaczyła te zaszklone, zatrzymane w przerażeniu oczy pisnęła. Po tym nie mogła wydać z siebie już żadnego dźwięku.
Z szyi jej babki sączyła się stróżka szkarłatnej krwi. Łapy Jeżyk zmiękły, a ona sama upadła tuż przed ciałem swej przodkini. Z jej oczu pociekły łzy. Nawet nie zwróciła uwagi, gdy ktoś wrzasnął, a czyjeś kroki zamieniły się w bieg.
Gdy w pełni do niej dotarło, co właśnie się stało, że Bylica, ta Bylica, która była jej babcią, a jednocześnie bardziej matką niż jej własna rodzicielka, jej mentorka, jej przewodniczka po życiu nie żyje...
Po prostu wrzasnęła w niebogłosy, następnie przyciągając do siebie srebrne, chude ciało staruszki, przytulając je do siebie niczym największy skarb i błagając w myślach, by kamienie dały i Bylica obudziła się, cała i zdrowa.
Ale nic takiego nie nastąpiło.
Ciotka przygotowała kamienie do budowania, zostawiając je pod starym drzewem na dzień pogrzebu. To tam mieli ją pochować. Swoją liderkę i głowę rodziny. Wszyscy w ciszy opuścili miasto. Na czele szła Skowronek wraz z Śmieciem. To oni doprowadzili ich do drzewa. Wszyscy usiedli. Minęła dłuższa chwila, nim zabrali się do budowania.
Krokus i Błotniste Ziele stworzyły okrąg. Z Kamieni. To w nim położyli ciało Bylicy. Mieli czuwać tam aż do następnego ranka, potem zbudować stosy złożone z czterech kamieni wokół okręgu, a na końcu wykopać dół w jego środku i pochować Bylicę. A potem zbudować na jej grobie największy stos, według tradycyjnego wzoru, jakim budowała jeszcze Nocne Pióro, o której słyszeli z opowieści.
Jeżyk usiadła wewnątrz okręgu, tuż przy ciele Bylicy, wtykając nos w znajome, posiwiałe srebrne futro babki. Z jej pyska wydał się przytłumiony szloch.
Po chwili usłyszała kroki, a obok siebie, gdy uchyliła ślipia, dostrzegła dwie cynamonowe łapy.
Racja. Cynamonka przyszła z nimi na pogrzeb. Wiedzieli, że… Bylica by tego chciała. Jeżyk nie była wstanie odezwać się jednak teraz do pieszczoszki, nawiązać kontaktu. Jedyne o czym myślała to to, iż jej babcia nie żyła.
Ostatnio jednak częściej zaczęła odwiedzać babcie, i to sprawiło, iż trochę poprawił jej się humor, a ból przestał aż tak doskwierać. Nawet bawiły się razem śniegiem.
Wtedy szczególnie starała się nie okazać bólu, jaki sprawiał jej bark, by nie popsuć tamtych przyjemnych chwil. Parę razy spotkała też właścicielkę domostwa dwunożnych. Miłą cynamonową pieszczoszkę z czerwoną obróżką, o której słyszała od babci jeszcze zanim się tam wprowadziła. Była wdzięczna że abisynka się zgodziła, by Bylica i Błoto mogły mieszkać w jej ogrodzie. Nie rozmawiały za dużo. Ale tego dzisiaj mogło się to nawet zmienić. Mieli wyjść razem poza miasto. Pooddychać świeżym powietrzem i zintegrować się.
Przyprowadziła ze sobą Bałwana i Szczura. Dość szybko wyruszyli i opuścili miasto – w końcu dom Cynamonki był na obrzeżach, nie mieli więc daleko.
Mimo tego, iż dzień fajerwerków na niebie minął już dawno, ba, był już prawie koniec pory nagich drzew, dwunogi dalej wypuszczały fajerwerki. W nocy, ale także w dzień. Nieco niepokoiło to Jeżyk. Nie lubiła tych ciągłych wybuchów.
Bałwanek, Szczurek, Bylica i Cynamonka szli z przodu. Ona i Błotniste Ziele wlokły się zaś z tyłu. Częściowo dlatego, iż liliowa kotka nie była szybka, a Jeżyk chciała dotrzymać jej towarzystwa. Drugim powodem było to, iż sama miała problem z chodzeniem przez swój nadwyrężony bark, a samo ukrywanie tego było trudne, co dopiero gdyby przyspieszyła. Wnuczka Sadu jednym uchem słuchała ogółu rozmowy kotów idących z przodu, koncentrując się bardziej na rozmowie z nieśmiałą Błoto. Lubiła kotkę. Była miła. Opiekowała się nią czasem w dzieciństwie. Cechowała ją troskliwość wobec innych.
Zauważyła że Bałwanek zachowywał się… no trochę dziwnie i nie miło w stosunku do babci, ale zignorowała to, bo rozmowa z Błotem pochłaniała ją całkowicie. Dopiero, gdy Cynamonka zapytała Bylicę o to, dokąd tak właściwie idą na ten spacer, Jeżyk zaczęła bardziej się przysłuchiwać ich rozmowie. Sama chciała znać odpowiedź. Szli ot tak, gdzie ich łapy poniosą? A może mieli jakiś konkretny cel?
– Do grobu... mojego pierwszego syna, Fiołka – odpowiedziała nieco smutno Bylica, posyłając lekki uśmiech członkom spaceru.
Na… grób wujka Fiołka?
Na samą myśl się wzdrygnęła. Nocniaki. Nocniaki go zabiły. Pamiętała to. Pamiętała dzień, w którym uciekł a ciocie i matka poszły go szukać. To, jak potem przyniosły jego ciało do domu. Jak zrobili mu grób. To była pierwsza tak znacząca śmierć w całym życiu Jeżyk. Mocno ją zabolała, mimo iż poza Wypłoszem to z Fiołkiem najmniej się dogadywała i najbardziej ją niepokoił. Głownie przez swą spontaniczność i tendencje do warkotów. Była na to wtedy mocno wrażliwa, w sumie nadal tak było. Bała się gdzieś podświadomie, iż to mogło oznaczać, iż był taki, jak Krokus. Teraz jednak bardzo tęskniła za kocurem mimo tych obaw.
Patrzyła na Bylicę, gdy Bałwanek oparł się o błękitną, wyciągając do niej swe łapy. Ale nie przewidziała tego, co zdarzyło się chwilę potem.
– Ale pójdziemy do szczurków? – spytał Aital Bylicy. I wtedy właśnie… popchnął ją za mocno. Babcia Jeżyk poleciała na bok z zaskoczeniem wymalowanym na pysku.
Nie zdążyła zareagować, nim babcia nie upadła na kamień szyją.
Odgłos trzasku kości staruszki wypełnił powietrze.
Wszystko przestało się liczyć, a czas nagle zwolnił.
Od razu rzuciła się w stronę leżącej kocicy.
– BABCIU – wrzasnęła iście przerażona.
Gdy tylko znalazła się bliżej… i zobaczyła te zaszklone, zatrzymane w przerażeniu oczy pisnęła. Po tym nie mogła wydać z siebie już żadnego dźwięku.
Z szyi jej babki sączyła się stróżka szkarłatnej krwi. Łapy Jeżyk zmiękły, a ona sama upadła tuż przed ciałem swej przodkini. Z jej oczu pociekły łzy. Nawet nie zwróciła uwagi, gdy ktoś wrzasnął, a czyjeś kroki zamieniły się w bieg.
Gdy w pełni do niej dotarło, co właśnie się stało, że Bylica, ta Bylica, która była jej babcią, a jednocześnie bardziej matką niż jej własna rodzicielka, jej mentorka, jej przewodniczka po życiu nie żyje...
Po prostu wrzasnęła w niebogłosy, następnie przyciągając do siebie srebrne, chude ciało staruszki, przytulając je do siebie niczym największy skarb i błagając w myślach, by kamienie dały i Bylica obudziła się, cała i zdrowa.
Ale nic takiego nie nastąpiło.
***
Skowronek… mimo żalu i bólu, jaki wszyscy czuli, udało się przygotować wszystko do ceremonii pogrzebowej. Minął dzień od… śmierci Bylicy, okazało się, iż już teraz nastała wiosna. Było to widać. Błoto zaczęło znikać z ulic, a powietrze ocieplać się. Sroka… w końcu zauważyła jej bark i go wyleczyła. Również zajęła się jej omdleniami, spowodowanymi przemrożeniem. Dziko pręgowana czuła się źle z tym, iż to ona musiała się nią zająć.Ciotka przygotowała kamienie do budowania, zostawiając je pod starym drzewem na dzień pogrzebu. To tam mieli ją pochować. Swoją liderkę i głowę rodziny. Wszyscy w ciszy opuścili miasto. Na czele szła Skowronek wraz z Śmieciem. To oni doprowadzili ich do drzewa. Wszyscy usiedli. Minęła dłuższa chwila, nim zabrali się do budowania.
Krokus i Błotniste Ziele stworzyły okrąg. Z Kamieni. To w nim położyli ciało Bylicy. Mieli czuwać tam aż do następnego ranka, potem zbudować stosy złożone z czterech kamieni wokół okręgu, a na końcu wykopać dół w jego środku i pochować Bylicę. A potem zbudować na jej grobie największy stos, według tradycyjnego wzoru, jakim budowała jeszcze Nocne Pióro, o której słyszeli z opowieści.
Jeżyk usiadła wewnątrz okręgu, tuż przy ciele Bylicy, wtykając nos w znajome, posiwiałe srebrne futro babki. Z jej pyska wydał się przytłumiony szloch.
Po chwili usłyszała kroki, a obok siebie, gdy uchyliła ślipia, dostrzegła dwie cynamonowe łapy.
Racja. Cynamonka przyszła z nimi na pogrzeb. Wiedzieli, że… Bylica by tego chciała. Jeżyk nie była wstanie odezwać się jednak teraz do pieszczoszki, nawiązać kontaktu. Jedyne o czym myślała to to, iż jej babcia nie żyła.
<Cynamonko? :c>
Wyleczeni: Jeżyk
10 kwietnia 2023
Od Jeżyk
*ostatnia wiosna*
Gdy tylko wyszła z terytoriów Złotych Traw zaczęła się jeszcze bardziej martwić. W którym kierunku powinna się udać?Krokus umiała się poruszać po wszelakich terenach – żyła podobno niedaleko bagien, a także w lesie, na łąkach i wrzosowiskach też, o mieście już nawet nie wspominając. Gdzie mogła się udać, by chociaż trochę utrudnić matce życie? Nie miała pojęcia. Po prostu nie wiedziała, gdzie się udać.
Szybko. Rozważ wszystkie opcje, póki jeszcze masz czas się zastanawiać.
Las to była dzicz, w której jednak dało się odnaleźć ład, pewną harmonię i pewne rzeczy które się nie zmieniały. Na przykład położenie drzew czy też to, gdzie co rośnie, to, że w korzeniach starych drzew można było znaleźć kryjówkę albo w ich dużych dziuplach. Ale to było przewidywalne dla kogoś takiego jak Krokus. A też z takiej dziupli czy też przestrzeni między korzeniami, albo nory, nie dało się tak prosto wyjść. Otwarte tereny – łatwo ją będzie zauważyć, w końcu była gigantyczna i choć umiała się tam schować, to Krokus będzie miała dużą przewagę jako kotka o znacznie mniejszych gabaretach. Miasto, miasto było duże, charakteryzowało się ogólnym chaosem dla kogoś, kto nie wiedział, jak się po nim poruszać. Zakamarków znajdzie tam bez liku, ale niebezpieczeństw także. Pomijając samochody, których sposób poruszania się były do przewidzenia i dwunożnymi, którzy czasami byli nieprzewidywalni pozostawała kwestia innych samotników. Gangi miały swoje tereny w różnych miejscach, mogła niechcący wejść na teren któregoś. Ale w sumie… to dlatego, że nie znała tego miasta. Ale Krokus też nie wiedziała o nim tak wiele, nie było to stare miasto, to przez dwunogów się tu znaleźli. Jego wielkość też dawała jej równie większe szanse na zgubienie Krokus, ilość zapachów także.
Ale czy to nie było… przewidywalne?
I wtedy wpadła na pomysł.
Ruszyła w stronę miasta, mając już w głowie pewien plan.
***
Przemykała między uliczkami w nocy, nie zatrzymując się ani na moment. Tylko raz upolowała jedną, lichą mysz; nie miała bowiem za dużo czasu. Jednocześnie nie mogła też pędzić, jeśli to, co miała zamiar zrobić, miało się udać.Dlatego też powoli, obserwując otoczenie, w tym miejscowych samotników, których czasami gdzieś dostrzegała oraz pieszczochy, starała się znaleźć trasę, która będzie w miarę bezpieczna. Przyglądała się temu, co robili, czy byli spięci, czy nie, czy zdawali się patrolować, czy też po prostu przemykać z miejsca do miejsca jak ona.
Przechodziła właśnie pewną opustoszałą uliczką, gdy coś brzdęknęło za nią. Już miała się obrócić, gdy usłyszała, jak metalowy kosz przewala się tuż obok niej. Błyskawicznie odskoczyła, jeżąc całe futro na sierści i szczerząc groźnie kły, wpatrując się w tego, kto chciał na nią to coś zrzucić.
I o zgrozo, była to ta, której się najbardziej obecnie obawiała.
Krokus siedziała na parapecie kamiennego budynku, wbijając w nią spojrzenie miodowych oczu.
Przez chwilę patrzyła prosto w oczy kocicy, chcąc spróbować przewidzieć, co ta zrobi. Nim bura zdążyła jednak cokolwiek zrobić, szylkretka biegiem popędziła w stronę wyjścia z uliczki.
- Tchórz! – usłyszała wrzask z dezaprobatą i jadem wprost wylewającym się z niego. Słyszała, jak cętkowana pędzi za nią. Na szczęście Jeż mimo większej wagi nadrabiała długimi łapami, przez co robiła większe odstępy między miejscami, w których padały jej łapy. Krew szumiała jej w uszach.
Wybiegła jak burza z alejki, wpadając na drogę. Rażące światło reflektorów potwora uświadomiło ją w porę, gdzie się znalazła. Zeskoczyła z drogi tuż za nim samochód niewzruszenie przejechał w miejscu, gdzie przed chwilą stała. Pobiegła dalej, nie patrząc za siebie. Jeśli będzie miała szczęście, może coś przejedzie tę gnidę… Wiedziała, iż gdyby ta jej myśl jakimś cudem dotarła do umysłu Bylicy, ta na pewno byłaby oszołomiona, trudno powiedzieć, co jeszcze. Czy zła, czy inna? Nie wiedziała. Nie wiedziała także, czy była by gotowa zabić Krokus.
Po jakimś czasie biegu zgubiła burą. Ciężko dysząc udała się dalej.
Musiała jak najszybciej opuścić miasto.
***
Gdy tylko wyszła z miasta zaczęła iść w stronę terenów Klanu Klifu. I ona, i Krokus nie znały tych terenów za dobrze, nie bywały tutaj prawie że nigdy. Tylko raz była tu wraz z Błotnistym Zielem i Sroką, szukając swej babki, gdy pewnego dnia zniknęła na dłużej, że aż mimo jej stylu bycia, zwyczajów i co najważniejsze częstych wędrówek, zaczęli się poważnie martwić. I to dawało jej przewagę nad Krokus. Ona nie wiedziała praktycznie NIC o tym miejscu, widziała je co najwyżej z daleka, przynajmniej z tego co było dane wiedzieć Jeżyk i liczyła na to, iż się nie pomyliła. Miała nadzieję, że zmyli w ten sposób matkę. Że kocica będzie jej na daremno szukać w wielkim mieście.Zatrzymała się na chwilę, by spojrzeć na pole złotych kłosów będące za pobliską drogą grzmotu. Bardzo przypominało ono tereny jej rodziny, choć nie było ogrodzone drewnianym płotem.
Postanowiła, iż w pobliżu właśnie terenów Klanu Klifu zatrzyma się na odpoczynek. W końcu jeśli nie będzie za długo spała, to straci siły i energię. Może i jej zmysły na pewien czas by się wyostrzyły z powodu ciągłego czuwania i stanu gotowości, ale po jakimś czasie zostałyby przytłumione i mogłaby usnąć lub paść w jakimś nie osłoniętym, niebezpiecznym miejscu. A wolała mieć kontrolę nad tym, gdzie się zatrzyma. Żałowała, iż przed pójściem do miasta nie zdążyła się dokładnie wyczyścić, może wykąpać w rzece i wytarzać w ziołach, by jej zapach nie był tak wyczuwalny. Żałowała też, iż mogła przez pośpiech nie zamaskować tak dobrze swoich śladów, jak powinna była, by dać matce jak najmniej poszlak co do miejsca swego pobytu. Ale czasu nie cofnie i musiała działać szybko. W dalszej części testu bardziej zwróci na to uwagę.
Gdy tylko znalazła odpowiednie miejsce do snu – mianowicie norę zasłoniętą przez bujny krzew – wgramoliła się do niej i usnęła pośród mało znajomego zapachu wilgotnej ziemi, choć nie przyszło jej zasypianie w takim miejscu tak łatwo, zważywszy na fakt, iż wcześniej spała w innych, zazwyczaj wyżej położonych lub trudniej dostępnych kryjówkach albo w pomieszczeniach tak jak to miało miejsce w Drewnianym Gnieździe.
***
Obudziła się i ziewnęła, po czym rozejrzała zdezorientowana po ziemistym wnętrzu nory. Dopiero po kilku uderzeniach serca zdała sobie sprawę, gdzie się znajduje. A no tak. Test. I Krokus na ogonie…Szybko zebrała się, zaczynając czyścić swe poplątane futro z nie wiadomo jakimi patykami i liśćmi w nie wplątanymi. Zajęło jej to naprawdę sporo czasu, szczególnie, iż musiała najpierw zdjąć z szyi naszyjnik z czerwonymi kamieniami szlachetnymi od babci.
Dopiero po gruntownym umyciu się założyła go z powrotem, by następnie ostrożnie wyściubić nos z wnętrza nory.
Musiała sprawdzić, czy było bezpiecznie. Nie zauważyła jednak nic niepokojącego, więc przystąpiła do szukania ziół maskujących zapach.
***
Po wykonaniu niezbędnych przygotowań cała już pachniała arsenałem różnorakich roślin. Upolowała po drodze też sobie śniadanie, a teraz zmierzała w stronę z której przyszła. Miała zamiar ominąć miasto i wrócić w pobliże domu, aby następnie skierować się w stronę znajomego lasu. Coś takiego mogło zmylić jej matkę. Miała nadzieję, iż ten plan zadziała. To był drugi dzień i jak na razie nie zauważyła, aby była śledzona. Możliwe, że bura została w mieście. Ale również istniała możliwość, że kotka z niego wyszła jakoś orientując się, iż jej już tam nie było. I to sprawiało, iż coś podchodziło jej do gardła.Szmer. Jej ucho poruszyło się w jego stronę ale szybko zdała sobie sprawę, iż była to zwyczajna zwierzyna łowna buszująca pośród traw.
Ruszyła więc dalej chcąc jak najszybciej oddalić się od ostatniego miejsca bytowania matki o jakim wiedziała.
***
Dotarła do lasu. Powyginane konary drzew przywitały ją skrzypieniem pod wpływem wiatru. Spojrzała w niebo. Chmury zaczynały zasłaniać jego błękit. Najpewniej za niedługo rozpada się na dobre, a sądząc po ostatniej pogodzie, zanosiło się na burzę. Musiała szybko znaleźć schronienie i przeczekać oberwanie chmury.
Albo, mogła iść dalej i nie zważać na pogodę, w ten sposób pozostając o krok przed cętkowaną.
Wybrała właśnie tę opcję.
***
To chyba jednak nie był dobry pomysł. Wiatr bawił się jej sierścią jak dziecko dwunoga swą zabawką, czochrając ją na wszystkie strony, póki całkowicie nie przemokła mimo osłony z koron drzew. Ciągłe trzaski, szmery i podmuchy doprowadzały ją do zawału. Chciała, aby to się już skończyło, ale parła dalej. Mimo tylu dziupli i nor, jakie mijała. Musiała dalej przeć przed siebie.Wtem usłyszała jak coś pęka. Odskoczyła nim gałąź spadła z hukiem na ziemię. Nastroszyła ogon i wtedy ją zmroziło, a krew napłynęła do głowy.
Blask miodowych oczu w oddali sprawił, że zamarła. Krokus jednak nie czekała. Ruszyła w jej stronę mijając drzewa i krzewy.
Nie, nie, nie, nie, nie! Jak ona to nadrobiła?! Rzuciła się do ucieczki jak oblana wrzątkiem. Zaczęła kluczyć między drzewami. Krokus nie była tak blisko, może osłona z chwastów i innych roślin ją ukryje przed jej wzrokiem. Czym prędzej wdrapała się na jedno z drzew. Wskoczyła na nie i zaczęła obserwować teren z góry. Wiedziała, że matka była dobra w chodzenie po drzewach, niczym kot wiewiórka przeskakiwała z gałęzi na gałąź, dlatego przeskanowała najpierw konary w zasięgu wzroku, po czym spojrzała w dół i nieomal spadła z gałęzi, gdy dostrzegła stojącą tuż przy pniu, przemoczoną postać, wbijającą w nią swe oczy.
- Jesteś jak cholerna zmora! – wrzasnęła, po czym pędem rzuciła się po gałęziach do ucieczki.
Słyszała, że matka wdrapuje się na drzewo. Wiedziała, że będzie ją goniła.
Ale jakimś cudem udało jej się umknąć i dotrwać do następnego dnia w dziupli starego dębu.
***
Trzeci dzień. Przeżyła trzeci dzień. Od tamtej nocy nie widziała Krokus. To był ostatni. Ostatni dzień. Po tym zachodzie słońca będzie mogła wrócić. Wrócić do Drewnianego Gniazda. Może tryumfując.Szła przez las. Ale wtedy dostrzegła coś, a raczej kogoś. Skryła się w krzakach, obserwując uważnie cętkowaną kocicę szukającą jej śladów.
I wtedy to się stało. Złość wylała się z niej. Nie mogła tego w sobie dłużej trzymać.
Teraz to myśliwy stanie się ofiarą.
Rzuciła się w stronę Krokus. Wbiła w nią swe kły i pazury, nie puszczając kotki ani na moment. Jedyne czego chciała, to wyżyć się. Pokazać tej krowie swą złość i nienawiść którą ją darzyła. Zemścić się choć za część piekła, jakie jej wyrządziła.
Krokus syknęła, próbując się jej wyrwać.
- Teraz już się mnie nie boisz, hm? – syknęła jej do ucha. Po zaledwie uderzeniu serca Krokus odepchnęła ją od siebie, ukazując złowrogo kły.
- Wiesz, kim jesteś? Kimś kogo NIENAWIDZĘ. ZNISZCZYŁAŚ MI DZIECIŃSTWO! – wrzasnęła, rzucając się ponownie na burą kotkę w szale. Ta nie zdążyła zareagować, bo została ponownie obłożona ciosami z każdej strony. W obronie wpiła w nią swe kły. Warknięcie wydobyło się z jej gardła, gdy kły matki wbiły się w nią. Na szczęście miała długie futro, które utrudniało mocniejsze zranienie jej.
W jej wnętrzu jednak zawrzało, gdy starsza kocica odskoczyła od niej i z sykiem się na nią rzuciła.
Splotły się w uścisku wściekłości, goryczy i chęci zemsty. Krokus pragnęła ukarać córkę za nieposłuszeństwo, choć pewnie cieszyła się, iż w końcu ta przestała być taka „słaba i bojaźliwa” w stosunku do niej. Natomiast Jeżyk chciała aby kotka zapłaciła za swoje czyny.
Jednak szybko okazało się, iż trafiły na impas. Obie były silne. Ostatecznie w jakiś sposób doszło do rozdzielenia kotek, które odeszły by wylizywać swe rany.
Jeż pierwszy raz w życiu dała taki upust i tak postawiła się kotce.
I musiała przyznać, że jej trochę ulżyło.
***
Dotarła do Drewnianego Gniazda. Jej łapa stanęła przed nim. Została przywitana przez rodzinę.Udało jej się.
Nie była zawodem.
Była silniejsza, na tyle silna, by wygrać.
Patrzyła uradowana na zadowolone pyski kotów i nawet nie zerkała na Krokus. Ona się teraz nie liczyła.
Liczyło się to, że Jeżyk nie zawiodła i że byli z niej dumni.
Że babcia była z niej dumna.
[przyznano 5%]
Subskrybuj:
Posty (Atom)