BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oszroniony Kieł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oszroniony Kieł. Pokaż wszystkie posty

23 maja 2026

Od Oszronionego Kła CD. Rozżarzonej Pieśni

Chociaż pogoda stawała się z każdym dniem przyjemniejsza, a brzuchy kotów w Klanie Klifu nieprzerwanie wypełniała tłuściutka, smakowita zwierzyna, tak nic nie było w stanie poprawić humoru Oszronionemu Kłu. Według niej nieważne, jak wysoki był stos z piszczkami, nieważne, jak zielona wyrastała trawa i jak spokojne wydawały się na pierwszy rzut oka dni... Wszystko było wręcz komicznie i śmiesznie nieporządne i niepoważne. O ile już sama decyzja wuja o przejęciu roli lidera z łap Mysiego Postrachu, którego wybrała na zastępce jej świętej pamięci babka, przynosiła jej na język pełen goryczy posmak, tak odejście ojca jedynie ją dobiło. Nie była smutna. Nie rozpaczała z tęsknoty. Nieporadność rodzicielki nauczyła ją już , że rodzina najczęściej jest po to, aby rozczarowywać i uczyć tego, że nic nigdy nie jest piękne i kolorowe, nawet jeśli kwitnące i zroszone o poranku łąki próbują przekazać ci coś kompletnie innego. Oczywiście miała wciąż drogiego brata, który nigdy jej nie zawiódł, nawet jeśli nie znał swojego głównego zadania w życiu siostry, które polegało na byciu nieco gorszym od niej we wszystkim. Dopóki się tego trzymał, ona kochała go bezwarunkowo. Nawet na stryja patrzeć przychodziło jej z większym trudem. Widziała w jego pysku nie tylko niedoszłą liderkę, swój wzór do naśladowania, ale także niewiernego ojca bez kręgosłupa moralnego ani krzty odwagi w sercu. Trójoki Zając był dla niej dobrym przyjacielem, następnym po Wzburzonym Kormoranie w rodzinie, który zawsze chciał jej wysłuchać (albo przynajmniej chciałby w teorii, bo w praktyce kotka była okropna w otwartym rozmawianiu o emocjach i uczuciach, które się w niej nieprzerwanie kłębiły). Fakt, że straciła (nawet jeśli nie była to w żadnym wypadku jego wina) do niego zaufanie, dotknął ją chyba najbardziej. Nie mogła mieć pewności, że i on ucieknie niewiadomo gdzie. Przecież jeśli wierzyć Lśniącej Gwieździe, to nawet Pikująca Jaskółka opuściła swój klan. Nie żeby Oszroniony Kieł w to faktycznie miała zamiar wierzyć. Nic, co wypadało z ognistego pyska, nie było warte brania jako pewnik. Najgorsze w tym wszystkim było to, że łapała się na realnej nienawiści względem Gąsienicowego Ogryzka. O ile nie miała zamiaru nigdy oczyścić w swojej głowie postaci aktualnego przywódcy, o tyle nie mogła również nie widzieć w niebieskim więźniu oprawcy. Nie wiedziała, czy to tworzyło z niej hipokrytkę czy może geniusza. Nie znała całej historii, ale była uparta na tyle, aby za wszelką cenę ją poznać. Jeśli jej się to nie uda, to nie było dla niej miejsca w obozie, gdzie otaczają ją same mysie i lisie serca. 
Sam Gąsieniczek zamknięty był w odosobnieniu, więc nie musiała patrzeć na jego zdradziecki pysk. Inaczej było z jego najbliższą rodziną. Miała nieszczęście wpaść tego poranka nie tylko na jego szurającą po ziemi siostrę, ale i na jedną z jej córek. Została zmuszona do zaniesienia zwierzyny Jagnięcemu Ukłonowi i tej przebrzydłej Aldrowandzie. Specjalnie wybrała najbardziej mierne myszy, aby nie marnować zbyt dobrych kąsków na koty, którym bliżej do głupich robaków niż Klifiaków. Słyszała, jak szylkretka przeprosiła ją za roztargnienie swoje i Niebiańskiej Poświaty, ale pointka jedynie obnażyła kły i przepchnęła się między nimi. Odwróciła się ukradkiem i ujrzała, jak srebrna wojowniczka nieco kołysze się na swoich długich, chudych nogach, najwidoczniej osłabiona. Najpewniej z tego powodu udała się do lecznicy. Szron machnęła na to ogonem. Klan Klifu nie potrzebował słabych kotów, które mają szczudła niczym brzozy. 
Do legowiska medyków nawet w pełni nie weszła. Rzuciła dwie piszczki na lity kamień przy wejściu i kompletnie zignorowała ubrudzony mech, który mogła przecież przy okazji ze sobą zabrać poza obóz; i tak się tam kierowała. 
"Niech zrobi to ktoś, dla kogo będzie to obowiązek równy jego umiejętnościom" — pomyślała i z wysoko uniesioną głową wybyła na otwarte tereny. 

* * *

Z pewną dozą obrzydzenia obserwowała, jak Rozżarzona Pieśń pieje z bólu, kiedy niewielki skorupiak wczepił się w jej łapę. Sama przyszła nad rzekę, aby móc w spokoju popolować na kraby, ale obecność tej nieostrożnej, nieumiejętnej łamagi na pewno prędko je wszystkie przepędzi prosto z powrotem w morskie odmęty. Pół prychnęła, pół parsknęła, przechodząc obok dawnej Wilczaczki. 
— Może w leszie będzie więcej zwierzyny, z którą lepiej szie czujesz, co? — mruknęła kpiącym tonem do Żar. — Nawet te kraby wiedzą, że jesztesz tu obca. 
— Ciebie też miło widzieć, Oszroniony Kle — odpowiedziała, sycząc jeszcze nieco z bólu, kiedy w końcu udało jej się odczepić szczypca od rudego palca. — I myślę, że nie robi im to żadnej różnicy, kto rozbije im skorupę i wyje z niej białe mięso. 
— Może głupim lesznym nornicom nie robi to różnicy. Żywica zalepia im wszysztkie dziury. 
— Wiesz, że dołączyłam do Klanu Klifu prędzej niż ty przyszłaś na świat, prawda? — Podniosła jedną brew. Nie była faktycznie zdenerwowana, może lekko podirytowana, ale wrogość pokazywała jedynie postawa młodszej wojowniczki. 
— Co to za różnica, co? Jeszcze mi powiedz, że powinnam ci przez to oddawać najlepsze piszczki, kraby o najbielszym mięszie i najmiększe kawałki mchu, co? Niedoczekania — wysyczała zdecydowanie zbyt wściekłe niż faktycznie od tego wymagała sytuacja. Opluła się przy tym paskudnie. Serce waliło jej w piersi, kiedy próbowała otrzeć mokrą od śliny brodę brudną od piasku łapą. 

<Żarka?>

Wyleczeni: Postrzępiony Mróz, Niebiańska Poświata

26 kwietnia 2026

Od Oszronionej Łapy (Oszronionego Kła) CD. Króliczej Prawdy

Time skip do teraz

Z czystą wściekłością przyglądała się wszystkiemu, co działo się ostatnimi czasy w Klanie Klifu. Nie mogła opisać słowami, jak niesamowicie zawiedziona i zaszokowana była, kiedy zamiast babki z pięknym nowym mianem, z wypiętą piersią i błogosławieństwem Klanu Gwiazdy, do obozu wpełzł Mirtowe Lśnienie i ogłosił jej ucieczkę. Nie wierzyła w to. Zwyczajnie nie wierzyła, że ta ambitna i dążąca do celu kotka, z którą przecież dzieliła krew krążącą w żyłach, mogła tak zwyczajnie… zniknąć. Bez celu, bez powodu. Miała mieć przecież pod łapami cały klan, miała w końcu dostać to, czego tak bardzo pragnęła. Jaki miałby być sens jej czynów? Oczywiście Szron podłuchała niektóre koty mówiące, że to zapewne nie kwestia wyboru, a Jaskółka zwyczajnie nie przeżyła z powodu ran, które miał zadać jej Gąsienicowy Ogryzek. No i o ile młoda wojowniczka nie ukrywała ogromnej wrogości względem niebieskiego, tak nie do końca wierzyła w tę całą bajeczkę. Jeśli nie miała zamiary ufać Mirtowemy Lśnieniu, który wepchnął się na stanowisko lidera, chociaż powinno ono przypaść Mysiemu Postrachowi, którego wybrała w końcu Pikująca Jaskółka we własnej osobie, w kwestii ucieczki, to dlaczego miała zaufać mu, kiedy mówił, że to Gąsieniczek zbrukał sobie łapy krwią. Przecież rudego również nie było w obozie (a tak przynajmniej jej się zdawało), kiedy kremowa wybierała się po przyjęcie żyć. To wszystko śmierdziało niczym kupa starej, ukiszonej przez słońce zwierzyny. 
Nie mogła się doczekać, aż babka zostanie liderką. Wierzyła w nią niesamowicie; wiedziała, że to jej prawdziwe powołanie, które wiecznie było od niej odsuwane, aż w końcu miała się doczekać i wynieść Klan Klifu na sam szczyt. Doczekała się tylko po to, aby jeden wojownik wszystko zniszczył. 
"Jeden lub dwóch wojowników" — pomyślała, a gorycz napłynęła jej na język. Skrzywiła się. Nie wiedziała nawet, z kim może o tym szczerze porozmawiać. O ile wszyscy byli zgodni, że wybór zastępcy był jakimś żartem, bo przynajmniej połowa wojowników nadawała się na to stanowisko lepiej niż kotka, którą wybrał sobie nowy lider, tak z samego faktu, że rudzielec został samozwańczym przywódcą, nikt nie wydawał się jakoś szczególnie niezadowolony. To jeszcze bardziej rozjuszało pointkę. Czemu nikt nic nie robił? Czemu Mysi Postrach tak potulnie oddał stanowisko, które prawowicie było należne mu? Przecież musiał nadawać się do tego lepiej, skoro Pikująca Jaskółka wybrała go, a nie właśnie Mirtowe Lśnienie. Wybory babki zawsze były prawidłowe, a osądy przemyślane i prawe; gdyby wuj miał być lepszym materiałem na przywódce, wybrałaby go. Przez moment przemknęła jej nawet myśl, że może czarny kocur również był w to wszystko jakoś zamieszany. Ta myśl jedynie bardziej ją zdenerwowała. 
"Klan pełen wroniej strawy, pełen kolaborantów i fałszywych przyjaciół..." — burknęła. Miała dość tej strony swojej rodziny. Matka była jedynie skorupą prawdziwej wojowniczki, a wuj na pewno miał na sumieniu więcej niż chciałby kiedykolwiek komukolwiek zdradzić. Mogła liczyć tylko na ojca i stryjka. Wiedziała, że oni na pewno nie sa po stronie Lśniącej Gwiazdy, nawet jeśli nie są też całkowicie mu przeciwni. A na pewno nie tak otwarcie, jak Oszroniony Kieł. Nie wiedziała do końca, co myśleć w tym momencie o bracie. Czy uważał tak, jak ona? Czy też podzielał jej opinie o babce i o tym, że na pewno byłaby optymalnym wyborem? Musiała się dowiedzieć, ale nie teraz. Teraz nie było sensu; widziała, jak Wzburzony Kormoran zbiera się do wyjścia na patrol wraz z Gołębim Puchem, Pajęczą Nicią i tą przybłędą. Jedną z czterech, które ostatnio postanowiły zatruć szeregi Klanu Klifu. Na samą myśl sierść stawała jej na karku. Miała dość tej zarazy. Jakby już sama myśl, że taka sama nie-Klifiaczka stoi właśnie na stanowisku zastępcy, nie była wystarczająca. Warknęła do samej siebie.
— Dzień dobry, Oszroniony Kle, nie idziesz na patrol? — Głos ojca wyrwał ją niespodziewanie z nienawistnych przemyśleń. Była tak zajęta tym, co dzieje się w jej głowie, że nie usłyszała jego kroków. Kocur stał obok niej, a z pyska zwisała mu spora jak na Pore Nagich Drzew mysz. 
— Nie — rzuciła twardo. Wczoraj wróciła z patrolu bardzo późno, więc wbrew swoim nawykom obudziła się bardzo późno. 
— Czy w takim razie zjesz ze mną? — zapytał, wskazując łapą na gryzonia. Kotka skinęła głową, chociaż najpierw wolałaby zapolować, a nie napychać się niczym darmozjad. — Wyglądasz na zdenerwowaną.
— Bo jesztem... — wyburczała, schylając się po pierwszy kęs. W głowie dziękowała Przodkom za łagodną pogodę; nienawidziła kościstych piszczek. 
— Młodość powinnaś spędzić na czymś innym niż przejmowaniem się każdą sprawą w klanie — poradził z dobroci serca. Wiedziała, że Królicza Prawda ma tylko dobre intencje, ale nie mogła zamaskować zirytowania na swoim pysku. Właśnie dlatego mieli wiecznie takie problemy, bo koty przeznaczały swoje życie hedonistycznym zapędom. Takie przynajmniej było jej zdanie. 
— Nie wydaję mi szię... Gdyby wszyszcy chociaż trochę ruszali głowami om maleńkoszci, nie muszielibyszmy wiecznie zmagać szie z takimi problemami — rzuciła, wpatrując się w powoli pustoszejący, poranny obóz. 
— Nie powiedziałem, że masz działać bez pomyślunku. Na to jesteś za mądra. — Zabrał kilka kęsów zwierzyny. 
— Tak, jesztem. Ja nigdy nie dałabym jakiejsz przybłędy na sztanowiszko zasztępcy. Tak szamo nie zrobiłaby tego babka. Nawet ja jesztem w Klanie Klifu dłużej niż Truszkawkowe Pole, a jesztem niemal trzykrotnie młodsza. To niepoważne. To podejrzane. To wszystko, nie tylko szprawa zasztępcy. Nie podoba mi szię to, wszysztko mi szię nie podoba. Jeszcze nasz wszystkich zanieszie na dno — wywarczała pod nosem. 

<Tatek?>

18 kwietnia 2026

Od Oszronionego Kła Do Aldrowandowej Łapy

Niedawno po zakończeniu mewiego terroru, przed morderstwem Jaskółki

Jej dziadek zginął. O dziwo, nie jak tchórz, skulony i słaby w ciemnym, chłodnym legowisku, ale jako bohater, który poprowadził swój klan przeciwko ptaszyskom, które nawiedzały ich od wielu, wielu księżyców. Ten konflikt ciągnął się znacznie dłużej niż życie Szronki, co tylko wzmacniało pewien rodzaj… szacunku do Judaszowca, którego nigdy wcześniej aż tak głęboko nie czuła. Nie można się było dziwić, że wcześniej nie miała co do niego zbyt wielkiej sympatii; kiedy urodziła się, był już stary, nieco niedołężny, a na pewno nie emanowała od niego taka aura władzy, jaką można sobie wyobrażać po wielkim, szanowanym, a co niby najważniejsze, zesłanym przez sam Klan Gwiazdy liderze. Dlatego też od maleńkości o wiele bardziej wpatrzona była w postać babki, która zasiadała u boku (a raczej pod mównicą) posiwałego Judaszowca. Była elegancka, stoicka, a jednocześnie sprawcza i faktycznie zajmowała się klanem; nie tylko wypełzała z legowiska, kiedy trzeba było odprawić jakiegoś kota ze żłobka do grupy uczniów lub ogłosić, że ktoś ukończył trening i od teraz będzie pełnoprawnym wojownikiem. To ona żyła wśród Klifiaków, to ona wybierała koty, które miały patrolować granice, zapewne ona podsuwała Judaszowcowi koty, które powinny zostać mentorami. Przed bitwą z ptakami nie miała najmniejszego powodu, aby faktycznie szanować pomarańczowookiego; zwłaszcza że nie czuła szczególnie silnych zobowiązań, które nosiłyby ze sobą więzy krwi (lol ciekawe dlaczego). No, ale teraz w końcu mogła uśmiechnąć się nieco w myślach, kiedy myślała, że ten martwy już kocur jest jej dziadkiem. Czuła nawet niewielkie pokłady dumy z tego. Zwłaszcza że jej wzór do naśladowania akurat przebywał w lecznicy i za wszelką cenę próbował się z niej wyrwać, kiedy tylko medyczka lub jej uczennica nie patrzyły. Albo i nawet na to nie czekała; do żadnej z kotek nie miała ani jednej kropelki szacunku. A to sprawiło, że podobnie czuła jej wnuczka. 
Może nie pałała do nich tak… prymitywną i widoczną formą niechęci i wrogości, co kremowa, ale sposób, w jaki zdawała się odzywać do Jagnięcego Kroku, był przepełniony poczuciem wyższości i ignorancji. Dla Szron jedyne, w czym starsza była dobra, to wyciąganie kleszczy i przeżuwanie ziół. A o Aldrowandowej Łapie nie mogła powiedzieć nawet tego. Początkowo starała się udawać, że szylkretka nie istnieje, że nie jest dla niej bardziej ważna niż kawałek mchu, który nieca ci zawadza w legowisku medyka, kiedy zostałeś zmuszony do zażycia gorzkiego kwiatu. Nie przesuwała się, kiedy ich drogi się spotykały przy wejściu do obozu. Nie przepraszała, kiedy wchodziła jej w zdanie, czy musiała porozmawiać z kimś, z kim akurat przebywała ta przybłęda. Nie zmuszała się do miłego tonu, do sympatycznych uśmiechów i uprzejmych zwrotów, kiedy musiała już wymienić z nią kilka słów. No i w końcu została ukarana za to… nieprzyjemne zachowanie. 
Słyszała, że uczennica medyczki, ta niewdzięczna przybłęda, wygaduje głupoty za jej plecami. Najpierw były same pogłoski. Ktoś, nie pamięta już kto, powiedział jej, że słyszał, jak owa kotka rozmawia z jakimś innym terminatorem właśnie o niej, a potem to samo miało dziać się w jaskini obozowej. I o ile Oszroniony Kieł zazwyczaj puszczała takie rzeczy koło ogona; niekoniecznie interesowało ją, co inni myślą o niej, zwłaszcza że była niezwykle dumna ze wszystkiego, do czego udało jej się dojść w tak młodym wieku, ale nie kiedy owe słowa wypełzały z pyska tak… niskiej w jej oczach istoty. 
Postanowiła się z tym rozprawić; od razu, bez skrupułów czy owijania w czyściec. Wykorzysta fakt, że jej język był niemal tak samo ostry jak jej obnażone kły. W lecznicy nie było nikogo, kto ją zainteresował, więc postanowiła poszukać terminatorki gdzieś w innych zakątkach obozu. Nie było to trudne, gdyż od razu ujrzała jej zdradziecki, parzywy pyszczek, który otwierał się i zamykał, wypuszczając te śliskie słowa, które płynęły w stronę Tygrysiej Łapy. Podeszła do nich, ogon miała wysoko uniesiony, pierś wypiętą, a oczy tak lodowate, że kocurek niemal nie nastroszył się, kiedy ją ujrzał.
— Tygryszia Łapo, idź zajmij szie czymsz innym — poleciła, a ucho szylkreta nieco zadrgało. 
— Kto dał ci prawo do rozkazywania mojemu bratu? Nie słyszała, aby Pikująca Jaskółka zamieniła Mysi Postrach na ciebie w roli zastępcy — obroniła go siostra. Pointka podniosła brew. Czyżby faktycznie jej odpyskowała. 
— Jeśli chcecie porozmawiać, to ja mogę sobie pójść, nie mam z tym problemu — powiedział Tygrysek, nie biorąc do siebie ani krzty urazy. 
— Tak, idź — powtórzyła Szron. Aldrowanda już chciała coś powiedzieć, ale jej brat od razu gdzieś zniknął. Najpewniej w okolice stosu ze zwierzyną. Przez moment kotki wpatrywały się w siebie. Chociaż miały niemal tyle samo księżyców; mieszkały wspólnie w żłobku przez jakiś czas, tak niebieskooka starała się z całych sił postawić siebie na piedestale, na znacznie wyższej pozycji. Wyprostowała się jeszcze bardziej.
— Czego chcesz? — Głos przyszłej medyczki przerwał ciszę.
— Jeszli masz mi cosz do powiedzenia, to może powiesz mi to proszto w pyszk, co? Nie uważasz, że to lepsza opcja niż strzępić język na lewo i prawo i rozpowiadanie niesztworzonych historyjek? Zuchwałe zachowanie jak na kogosz, kogo przynieszono do obozu z jakiejsz gnijącej dziury. 

<Aldro?>


22 marca 2026

Od Oszronionej Łapy (Oszronionego Kła) CD. Wzburzonego Kormorana

— Oszroniona Łapo, wystąp — rozbrzmiał głos jej dziadka. Zrobiła krok do przodu. Jej brat został już mianowany. Stał otoczony przez ojca i wuja. Matka stała nieco dalej. Czy była dumna? — Ja, Judaszowcowa Gwiazda, lider Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała ona pilnie, aby poznać tajniki waszego szlachetnego kodeksu, a także aby ukazać, że godna jest nowego miana. Polecam wam ją jako kolejnego wojownika. Oszroniona Łapo, czy przysięgasz bronić swojego klanu nawet za cenę swojego zdrowia i życia? — Zanikające pod starczym bielmem ślepia wlepione były w wnuczkę.
— Przyszęgam! — oznajmiła głośno, uśmiechając się pod nosem.
"Nie widziałam jeszcze, aby ktoś tak prędko był mianowany! Jestem lepsza, jestem najlepsza…" — uśmiechała się coraz szerzej i szerzej. Jedyne, co nieco polewało tę słodycz goryczą, było to, że nie stała pod skałą sama. Był obok niej brat. Brat, który był (ciężko jej to przechodziło przez myśl) równie utalentowany jak ona.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci więc imię wojownika. Od dziś znana będziesz w Klanie Klifu jako Oszroniony Kieł. Nasi Wielcy Przodkowie cenią twoje ambicje, zapał i hart ducha oraz witają cię jako nowego wojownika Klanu Kifu — ogłosił i z zgrzytem stawów zeskoczył ciężko na ziemię. Dotknął ją nosem w czoło. Klifiacy wykrzykiwali jej imię. Czuła się dobrze, bardzo dobrze. Jedyne, co mogło zniszczyć dla niej ten dzień, to myśl, że nigdy nie będzie miała możliwości być po drugiej stronie, na miejscu Judaszowcowej Gwiazdy. 

* * *

Stała u wejścia do lecznicy. Była akurat na patrolu łowieckim z ojcem i Gołębim Puchem, kiedy jej brat wybył z obozu wraz z Morźnym Wichrem. Byli po drugiej stronie terenów, niedaleko Złotych Kłosów, gdzie myszy harcowały dowoli. Tam było bezpieczniej. Tam nie docierał skrzek wściekłych ptaków. Nie żeby ona się ich obawiała. Była wściekła, kiedy dowiedziała się, że po tym, jak Wzburzony Kormoran wybudził się, Pikująca Jaskółka zaczęła zbierać koty, które miały wybrać się na mewy i wybić je, przegonić, pozbyć się... cokolwiek. Nikt jej nie powiedział i była pewna, że była to zagrywka ojca i matki. Pewnie wiedzieli, że młoda rzuciłaby się wręcz na tę propozycję. To byłaby jej szansa… Zwłaszcza że byłaby tam babka. 
"Mogłabym zostać najmłodszym zastępcą... Gdybym tylko miała szansę się wykazać!" 
— wściekała się w myślach. "Teraz jest już za późno. Podcięto mi skrzydła. To była szansa, abym pokazała, że jestem lepsza od brata." — Zmarszczyła brwi. Nie wiedziała, kiedy znów jej brat zostanie uziemiony na jakiś czas w lecznicy. To mogło być idealne zrządzenie losu. Ale nie było. Ale rodzina wszystko popsuła (była tego pewna, nie podważała tego nawet w najmniejszym stopniu (stay delulu queen)). 
Odgoniła na moment owe czarne myśli. Wkroczyła. Z pyska zwisała jej ładna, ruda wiewiórka. 
— O! Dzień dobry, Szron, czy coś dalej nie tak z twoim gardłem? — zapytała nagle, niemal znikąd Jagnięcy Ukłon. Wojowniczka położyła po sobie uszy. Nie odpowiedziała; według niej było to równoznaczne z odpowiedzią negatywną. Czuła się już dobrze. Nawet jakby wciąż coś jej dolegało, nie miała zamiaru marnować czasu na choroby. Przeszła obok medyczki prosto do legowiska, gdzie leżał jej pokiereszowany brat. Był widocznie znudzony. Nie winiła go; też oszalałaby, gdyby kazano jej siedzieć tutaj bez większego celu. Niedaleko leżała Jenocia Kufa, która próbowała coś mu poopowiadać, ale point umiejętnie ją ignorował. W końcu, kiedy szylkretka ujrzała, że do środka weszła siostra kocurka, zamilkła i zajęła się myciem swojego pobolewającego barku.
— Hej wojaku — zaczęła Oszroniony Kieł, rzucając rudzielca prosto pod łapy Wzburzonego Kormorana. — Te twoje dziwne imię to chyba był omen.
— Może... — mruknął jedynie. Zmarsczczył po chwili ślepia, wgapiając się w niebieskie oblicze kotki. — Idziesz na mewy? — Wiedziała, że spodziewał się odpowiedzi twierdzącej, ale nie była pewna, czy byłby z niej zadowolony. Sam przecież stanął przed jedną, sam przecież został ranny. 
— Nie. Zoształam oszukana... Nikt nie powiedział mi o planowanym ataku. Pewnie wina matki i ojca — warknęła. 
— To dobrze. Nie chciałbym, żebyś skończyła jak Mroźny Wicher... — przyznał szczerze. Ona sama nawet nie brała pod uwagę, że mogłaby przypłacić brawurę życiem. Wzruszyła ramionami. 
— Znajdę inną szansze żeby szie wykazać. 
— Wiem Szronko, wiem... Znam cię zbyt dobrze — westchnął, nieco się krzywiąc. Rana na pysku wyglądała paskudnie. 
— Boli cię? Jak w ogólę szie czujesz?

<Bratek pocharatek?>

Wyleczeni: Oszroniona Łapa (Kieł), Jenocia Kufa

13 marca 2026

Od Oszronionej Łapy CD. Zszarzałej Łapy

Przeszłość

Wilgoć, smród rozkładającej się roślinności, chłód kamiennych ścian, a co najgorsze… całkowita ciemność otulająca ich ze wszystkich stron. Serce waliło jej w piersi niczym młot. Uważała się za kota, który chociaż nie ma wielu księżyców na karku, nie obawia się rzeczy, których nie ma potrzeby się obawiać na zapas. Nie czuła strachu, kiedy zostawała sama nocą w legowisku, nawet jako kociak nie miała problemu ze spaniem w najbardziej oddalonym kąciku żłobka, byle by nie czuć obecności matki u boku. Polowania w porze zmierzchu były dla niej ekscytujące, a nawet nieco łatwiejsze, gdyż zwierzyna chętniej wychodziła z ukrycia, a rozśpiewane robactwo świetnie maskowało dźwięk jej kroków. Wszystko to mogła znieść z łatwością, ba! Mogła to znieść z uśmiechem zadowolenia na pysku. Ale nie przesiadywanie w tunelach. Nie te całkowite ciemności, których nie mogła nawet porównać do czegokolwiek innego, co było jej dane doświadczyć. To nie była noc; nie było gwiazd, które mogłyby pokazać jej drogę, nie było księżyca, który zastąpił słońce na warcie na nieboskłonie, nie było dźwięków szumiących fal i sów, których pohukiwanie wskazywało na to, że nie cały las zapadł w sen. Nie był to też cień, z którego łatwo było znów wkroczyć na ścieżkę pełną światła dziennego. Nie była to nawet ciemność, którą można ujrzeć, kiedy zamykamy powieki. Wszystko, co miała przed oczyma teraz, było... kompletnie nierealnie czarne. Czuła jedynie kropelki wody, które osadzają się na jej futrze. Słyszała krew, która szumiała jej w uszach. Rozpoznawała blade, ledwo obecne zapachy kotów, które musiały niedawno przebywać w tych korytarzach.
"Najpewniej inny uczeń i jego mentor... Być może Zszarzała Łapa i Bukowa Korona?" — pomyślała przez moment, aby uspokoić się nieco. Zganiła swoją głupotę. "Nie możliwe... To nie zapach Strzępka. Rozpoznałabym go od razu, bez zastanowienia. Nawet gdyby dzieły nas setki korytarzy i kocich długości przepełnionych mrokiem i stęchlizną."
— Wszystko w porządku, Oszroniona Łapo? Jeśli nie czujesz się jeszcze gotowa na trening w tunelach, jak najbardziej możemy zawrócić i poćwiczyć coś innego. Dobrze sobie radzisz z polowaniem, ale może walka? Co ty na to? — zaproponował przyjaźnie wuj, wciskając pysk między kamienną ścianę a jej bark. Nastroszyła się nieco. 
— Nie! Nie ma takiej opcji — burknęła. Nie mogła pokazywać słabości, nie na treningach. Strach był dopuszczalny jedynie na polu walki lub w innych znacznie bardziej ryzykownych sytuacjach i jedynie wtedy, kiedy napędzał nas do czynienia tego, co słuszne i wymagane od nas. — Po prosztu... Myszlałam o tym zapachu... Można roszposznać czyj jeszt? Czy ty czujesz?
Wojownik skupił się na tropie i przez dłuższy moment milczał.
— To nie Sztrzępek, ni Bukowa Korona, prawda? — zapytała jeszcze. Mentor pokręcił głową. 
— Nie, zdecydowanie nie, ale to na pewno ktoś z naszego klanu. Nie musisz się martwić o jakichś nieproszonych gości czyhających za zakrętem. Gdyby samotnicy się tutaj wprosili, raczej prędko pogubiliby jakikolwiek ślad i drogę powrotną — zapewnił ją. 
— Nie boję się… — prychnęła, zwieszając głowę nieco niżej i skupiając się na tym, co miała przed sobą. Wytężyła wzrok, a po chwili skupienia faktycznie zaczęła widzieć zarysy kamiennego korytarza, który ciągnął się dalej i dalej. 
— W takim razie nie widzę powodu, abyśmy dalej tutaj stali, co? — miauknął, wracając na swoje poprzednie miejsce za uczennicą. — Prowadź.

* * *

Wrócili niedawno po porze szczytowania słońca. Obóz nie zdążył jeszcze zapełnić się kotami, które wybyły z niego wraz z świtem. Zerknęła przelotnie na Pchełkowy Skok i Mirtowe Lśnienie, którzy siedzieli niedaleko wyjścia, skryci nieco za kamieniem, rozglądając się co kilka wdechów, czy aby nikt się do nich nie zbliża. 
"Dziwadła..." — mruknęła w głowie. Nie miała teraz ochoty przejmować się zachowaniem wuja, który nie znaczył dla niej o wiele więcej niż zwykły inny wojownik w klanie. Miała ochotę na porządny posiłek. Brzuch burczał jej niemożliwie; niemal nie przestraszył traszki, którą udało jej dostrzec na brzgu małego bajorka. Na szczęście kotki i nieszczęście biednej jaszczurki... pointka była szybsza, nawet jeśli zdradził ją głód. Chociaż gad nie był ładny i pokaźny, zwierzyna to zawsze zwierzyna. Pożegnała się z Zającem, który od razu skierował się w kierunku grupki wojowników, aby uciąć sobie przyjazną pogawędke. Szron za to pognała wręcz do stosu i wybrał dla siebie pożądną wiewiórkę, której futerko lśniło rdzawo mimo bycia zbrukanym przez krwiste plamy. Rozejrzała się. W oddali mignął jej oszpecony, grymaśny pysk Bukowej Korony, a to znaczyło, że jej brat również powinien gdzieś się tutaj kręcić. Nigdzie go jednak nie była w stanie dostrzec, a to znaczyło, że znów musiała zjeść posiłek sama. Nikt inny, kto siedział w głównej części obozu, nie wydawał się na ten moment dobrym kandydatem do rozmowy. Przysiadła więc i postarała się skupić wyłącznie na przeżuwaniu. Nie podnosiła wzroku znad wiewiórki; nie chciała wyglądać żałośnie i jakby szukała kompana do rozmowy. Jej jedynym zadaniem było napełnić brzuch, a potem skupić się na ustaleniu, gdzie przebywał Strzępek. Musiała mu coś zaproponować. Coś, co mogło mu się nie spodobać. 
Kiedy po raz ostatni oblizała pysk, a kostki gryzonia wyniosła poza obóz, gdzie zakopała je przy jaskini, zaczęła znów się rozglądać. W końcu zajrzała też do legowiska, gdzie faktycznie go znalazła. Niebieski kocur leżał zwinięty na kawałku mchu. Nie miała nawet ochoty go budzić, ale ten musiał wyczuć jej obecność i fakt, że bardzo dobitnie się w niego wpatruję, gdyż najpierw drgnęły mu wąsy, a następnie cały łebek podniósł się spomiędzy łap. 
— Coś się stało, Oszroniona Łapo? — spytał, nieznacznie się przeciągając. Zamrugał kilkukrotnie, zanim jego wzrok spoczął na jej mordce. Terminatorka zrobiła parę kroków w jego kierunku, aby mieć pewność, że nikt nie usłyszy. 
— Mam dla ciebie propozycję… — szepnęła, schylając się. 
— Czemu jesteś taka… tajemnicza i skryta? Nie wiem, czy mi się to do końca podoba, siostro — przyznał, marszcząc nieco nos. Pomarańczowe światło zaczynało wpadać do środka obozu, barwiąc przy tym morskie ślepia Zszarzałej Łapy. Kotka zignorowała jego pytanie.
— Byłesz już z Bukową Koroną w tunelach? — zapytała, przekręcając nieco głowę w bok. 
— Nie, jeszcze nie... Ale mówił, że wkrótce się tam wybierzemy — zamyślił się.
— A niech to piesz! — warknęła krótko. 
— A co wymyśliłaś? — próbował dalej się dowiedzieć. Terminatorka położyła uszy po sobie i przycupła. Teraz mówiła już zdecydowanie głośniej. Jej plan i tak nie wypalił.
— Chciałam iszć razem, wiesz... potrenować. Ale tak to szie zgubimy — przyznała ze wstydem. Szron mało kiedy przyznawała się do słabości czy faktu, że nie jest w stanie czegoś zrobić. To była jedna z niewielu takich sytuacji, której świadkiem był jej brat. 
— To nie byłby dobry pomysł... Nawet jakby był już po kilku treningach z tej dziedziny. — Pokręcił głową i podniósł się na przednich łapach. Teraz znów byli na równym poziomie. Ziewnął jeszcze raz i przerwał chwilę milczenia: — A jak było? 
— Ciemno... Mokro i trochę szmierdziało — powiedziała szczerze. Kocur zaśmiał się krótko; kotka parsknęła cicho za nim. 
— No to nie mogę się doczekać. 
— Może uda ci szie go tam zosztawić? — zaproponowała z żartobliwą iskierką w spojrzeniu. Zszarzała Łapa znów zarechotał, zwieszając łeb. 
— Nie mów tak, bo zaraz zacznę się obawiać nie ciemności, a tego, że to on wpadnie na ten pomysł. 
— Szpokojnie, ja cię wszędzie znajdę — zapewniła, a po tych słowach zapanowała nieco ciężka cisza. Żadne z nich nie wiedziało, co powinno powiedzieć, co dodać, jak odpowiedzieć. W końcu więc po prostu powrócili na swoje mchy, czekając, aż do legowiska powrócą inni terminatorzy. Czekając na noc.

* * *
Teraźniejszość

— Powinnaś przejść się z tym uchem do Jagnięcego Ukłony, Oszroniona Łapo — powiedział Trójoki Zając, wpatrując się w swoją uczennice, która teraz siedziała na jednej z niższych gałęzi drzewa, drapiąc się szaleńczo. — Zaraz zlecisz na dół i coś mi się wydaje, że nie na cztery łapy. Uważaj trochę bardziej…
— Nie-nie ma potrzeby! — burknęła między szarpnięciami. 
— Słuchaj staruszka mała — zawołała z góry Truskawkowe Pole. Jej niespotykane umiejętności skakania po drzewach, których nauczano zwiadowców w Owocowym Lesie, nie przemknęły niezauważone. Od kiedy tylko została wojowniczką, często zapraszano ją na treningi wspinaczki, aby pomagała tym, którzy gorzej sobie z tym radzą lub tym, którzy mają znacznie większe ambicje niż przeciętny Klifiak. Taką kotką była właśnie Szron, która musiała uciszyć głos niechęci, mówiący jej, że żadna brudna wycierucha nie będzie jej mówiła, jak ma coś robić, a jak nie, jeśli chce być w czymś lepsza. 
— To ty jesteś stara — prychnęła, kierując wzrok w górę. 
— Tja~? Może ciałem jestem starsza od Zajączka, ale ducha mam młodego, niczym te maluchy Morświnki, które nam zawitały niedawno. A widzieliście, jak się ten jeden maluch wiecznie krzywi i jak grymasi? Niezłe ziółko, co? Ale im daję popalić. Takie to małe, a tak tupie, tak wrzeszczy na całe gardło. Wow! Że też oni to wytrzymują. A tacy są milusi i słodziusi ci jego rodzice… — paplała bez końca kotka. 
— Proszę cię, Truskawkowe Pole... Potem możemy sobie porozmawiać, ale teraz miałaś pomóc Oszronionej Łapie — zganił ją zmęczony już kremowy. 
— Ale jak ja mam jej pomóc, skoro trzepie się, jakby jej robale wlazły do tego ucha? Nie będę brała za to odpowiedzialności — oznajmiła, kładąc się na gałęzi i oglądając sobie pazurki. — Niech wróci do mnie po tym, jak wyciągną jej to paskudztwo, co jej się pewnie tam zagnieździło. Wiem, co mówię, sama, jak tu przylazłam, to takie miałam. Na Wszechmatke, jak to swędziało i żyć nie dawało.
— Nie! Nie będę czekać niewiadomo ile, żebysz potem znalazła inną wymówkę! — krzyknęła w jej kierunku terminatorka. Dawna Owocniaczka posłała jej słodziutki uśmieszek. 
— Ah, ale to nie moja wina, że mam tak dużo chętnych.
— Przestańcie... — poprosił Trójoki Zająć. — Oszroniona Łapo, to nie jest propozycja, a polecenie: marsz do medyczki albo wstrzymam twój trening do odwołania — zagroził, a niebieskie ślepia kotki rozszerzyły się w szczerym strachu. 
— O wow... Pokazałeś pazurki, co? — skomentowała szylkretka. — Nie wierzę, że na ciebie coś takiego działa… Gdyby mi ktoś tak pogroził, to bym specjalnie jeszcze zrzuciła się z drzewa, żeby sobie dłużej odpocząć u starej Świergot. 
— Widać po tobie — burknęła na odchodne Szron. Dwójka zostawiła rudą, która potem wróciła do obozu z pyskiem pełnym ptaków. 

* * *

— Czemu przyszłaś dopiero teraz, jeśli Trójoki Zając mówi, że drapiesz się już kilka wschodów słońca — zapytała zatroskana i przemęczona kotka, zaglądając terminatorce do ucha. — No jak nic infekcja... Ale co się dziwić... Tak ostatnio wieje, że nie trudno o złapanie czegoś takiego. Przewianie uszu czy przeziębienie to momencik nieuwagi, a może się skończyć czymś poważniejszym — trajkotała zwykle cicha i spokojna ruda. Widać było, że od kiedy zniknęła Ćmi Księżyc jest niezwykle zestresowana. Nie dość, że duża część wciąż nie była zbyt przekonana do dawnej samotniczki na tak ważnym stanowisku, tak teraz musiała na własnych barkach nosić zdrowie całego Klanu Klifu. 
— Chciałam, ale — urwała, kiedy srebrna zaczęła grzebać jej głębiej. Poczuła, jak swędzi ją gardło i chce jej się kaszleć. — A-ale potem zoształasz sama i... Po co robić problem… — przyznała, unikając wzroku mentora, który świdrował ją zielonymi oczami.
— Mm... Problem byłby dopiero potem… I to nie tylko dla Jagnięcego Ukłonu, ale i dla ciebie. Musisz cenić swój słuch. Uszy to twoje drugie oczy. 
— Często nawet pierwsze… — mruknęła Jagienka, robiąc pewną aluzję do swojej zaginionej przyjaciółki. Na moment zapanowało milczenie, które ostatecznie zakończyła: — Pójde po aksamitkę… Trójoki Zającu, może odejść i odpocząć. Oszroniona Łapa zostanie tutaj, zanim jej nie opatrzę, ale potem wyślę ją do legowiska. Nie powinna nie móc iść jutro na trening, ale może wybierzcie coś, gdzie nie będzie wiać. — Wuj skinął łbem i opuścił lecznicę. 
Uczennica nie wdała się już w rozmowę z medyczką. Nie miała ku temu żadnego powodu. Wiedziała, że duża część klanu jest niezwykle przejęta zniknięciem dawnej piastunki tej roli, a sama Jagnięcy Ukłon nie chce, aby ktokolwiek nazywał ją inaczej niż asystentką, nie dopuszczając do siebie możliwości okrutnego awansu; po co miała więc jeszcze stresować ją niepotrzebną paplaniną. Z jej uchem uwinęła się prędko. Ze składziku wróciła z kępką ładnych kwiatuszków, które szybko przeżuła, a następnie włożyła je głęboko, niemal boleśnie do różowiutkiego środka. Szron krzywiła się niemiłosiernie, ale nie pozwoliła sobie pisnąć mimo sporego dyskomfortu. Kiedy skończyła, kazała jej jeszcze chwilę poczekać tutaj. Dopiero wtedy skrzywiła się. Nie lubiła legowiska medyczek; było przesiąknięte zapachem ziół i pozostałości po przeróżnych chorobach. Chciała już wrócić i móc coś zjeść. Rozchmurzyła się momentalnie na widok znajomego pyszczka brata, który niósł w jej kierunku ładnego wróbelka. 
— Miło z twojej strony, Zszarzała Łapo — odezwała się ruda, jeszcze zanim zdążył puścić ptaszka. 
— Spotkałem po drodze wujka; powiedział, że udało mu się w końcu zmusić cię do wizyty z tym paskudnym uchem — powiedział, przysuwając piszczkę pod prażkowane łapy siostry. 
— Użył niecnych zagrywek… — prychnęła, wyrywając piórka z okrągłego brzuszka. 
— Najważniejsze, że wyzdrowiejesz — oznajmił i usiadł przy niej. Owinął ogon wokół grzbietu koteczki. — Udało ci się poćwiczyć z Truskawkowym Polem? To dzisiaj mieliście iść, prawda? 
— To jej wina, że tu jesztem. Powiedziała, że mnie nie nauczy niczego, bo szie drapie — wypluła słowa razem z kawałkiem pierza. 
— Miło, że się zmartwiła. Na pewno jeszcze ci coś popokazuję. A wczoraj? Nie udało nam się porozmawiać, bo wróciłaś strasznie późno — zauważył brat. 
— Szukaliszmy krabów. Nieźle nam poszło, znacznie lepiej nisz osztatnio, kiedy poszliszmy wszyscy całą czwórką — opowiedziała między gryzami. — Złapałam jednego, co był wielkości tego kamienia. — Wskazała na dość pokaźny otoczak. — Lepiej już mi idzie otwieranie; tak powiedział wuj. 
— Byliście na plaży do późna? — zaniepokoił się nieco. Szron pokręciła głową. 
— Potem poszlijmy na patrol poszukiwawczy… znowu. — Drugie słowo dodała ciszej, aby nie usłyszała go Jagnięcy Ukłon. — Myszleliszmy, że mamy jakisz trop, ale to znowu tylko te paszkudne mewy. Panoszą szie tutaj tak, że już niemal pachną jak koty. 
— Prawda... W końcu będzie trzeba coś z tym zrobić... 
— A ty? Co robiłesz dzisziaj i wczoraj?

<Bratek?>
[2190 słów + nawigacja w tunelach + wspinaczka na drzewa + otwieranie krabów]

[Przyznano 44% + 5% + 5% + 5%]


Od Oszronionej Łapy

Kolejni towarzysze coraz częściej opuszczali ściany legowiska uczniów. Szron obserwowała ich, kiedy po ceremonii przychodzili, aby wykonać ostatnią przysługę swoim dawnym współlokatorom i samemu wynieść stary mech. Obserwowała ich z zazdrością. Obserwowała ich każdy krok. Nie odwzajemniała uśmiechu, który jej posyłali, nie odpowiadała na przyjemne pożegnania i zapewnienia, że zapewne za niedługo znów będą mieli możliwość spania pod jednym kamiennym sklepieniem. Nie obchodziło jej to. Nic dla niej nie znaczył fakt, że nie będzie już słyszeć ich pochrapywania. Nie miała zbyt wielu przyjaciół, na pewno nie w gronie terminatorów, którzy w większości wydawali jej się zwyczajnie poniżej jej poziomu. Nawet kiedy znacznie przewyższali ją i wiekiem, i ogólnym doświadczeniem w treningach. Chociaż wiedziała o tym, w końcu była kotką dość inteligentną, jej ambicje i duma nie pozwalały jej przejść z tym na porządek dzienny. W końcu jeśli ktoś dopiero w wieku ponad dwudziestu księżyców wyniósł swój leniwy, dorosły zadek z legowiska, które dzielił ze świeżomianowanymi kociakami, którym  mleko wciąż świeciło pod noskiem, nie mógł być kompetentny, a co dopiero godny miana prawdziwego wojownika Klanu Klifu. Od czasu do czasu napotykała takiego Słoneczną Łapę (teraz już Słoneczne Oko), kiedy była z Trójokim Zającem akurat w tej samej okolicy co on i Mysi Postrach. Chociaż liliowy wyglądał już na kota w pełni dorosłego, jego umiejętności były zdecydowanie na poziomie zwykłego, niezbyt utalentowanego uczniaka, za którego Oszroniona Łapa się oczywiście nie uważała. Posyłała im wtedy oceniające spojrzenie. Nigdy nie odpowiadała im tym samym uprzejmym, nieco zawadiackim uśmieszkiem, którym obrzucali każde młodsze (i w sumie nie tylko) kotki w klanie. Wuj zwykle był milszy, czasami nawet przystawał i urywał sobie z dwójką krótką pogawędke. Nigdy nie "balowali" tam długo, jednak każde uderzenie serca, które spędzali w stanie statycznym, koteczka uważała za kompletnie zmarnowane. Nie mogła tego znieść. Nie mogła wytrzymać, stojąc tam bez sensu, wkurzona jakimikolwiek opóźnieniami. Nie wtrącała się w sprawy innych; jeśli oni nie mieli zamiaru brać treningu na poważnie, to było całkowicie w porządku. Nie miała jednak cierpliwości do tego, że ktoś próbował sabotować ją, nieważne, czy umyślnie, czy nie. 
Podobne odczucia miała względem Promiennej Łapy. Pointka nie wiedziała, jakim cudem nie umiera ona ze wstydu każdego dnia, wiedząc, że nie tylko jest ostatnią z rodzeństwa, która nie zakończyła jeszcze szkolenia, ale jest też ogólnie najstarszą terminatorką w klanie. Długi czas przed tym tytułem broniła ją dwójka przybłęd z Owocowego Lasu, ale teraz nawet oni wybyli, aby spędzać noce w towarzystwie kotów w ich wieku. Nie pomagał fakt, że jej mentorką była matka Szron. Codziennie, kiedy uczniowie w podobnej porze wychodzili na treningi, widziała, jak dwie kotki spotykają się przy wejściu. Z każdym wschodem słońca, który mijał, a nie dochodziło do ceremonii mianowania Promiennej Łapy, nie tylko traciła szacunek do niej jako starszej koleżanki, ale też do matki, która malowała się gorzej i gorzej w oczach córki. Jeśli chce być kimś w przyszłości, zacznie od tego, by być lepsza od Źródlanej Łuny. Co jakiś czas nawet nachodziły ją myśli, że to ona w jakiś sposób przyczyniła się do tego, że trening szylkretki trwa tak długo. W końcu ciąża nauczycielki zapewne była nieco problematyczna, ale nie przesadzajmy… Na pewno ktoś przejął ten obowiązek podczas niedyspozycji dymnej. A to pokazywało Oszronionej Łapie tylko jedno… W Klanie Klifu była masa kotów, które nosiły imię wojowników, chociaż kompletnie się do tego nie nadawały. Nie umiały nawet wytrenować terminatora. 
Ona sama nie mogła powiedzieć, że była niezadowolona ze swojego mentora. Przepadała za Trójokim Zającem, w którym widziała zwyczajnego, porządnego wojownika, który powinien być standardem w społeczności, która sama siebie uważa za godną okazywania jej szacunku. Nie był ani szczególnie silny, ani nie wymądrzał się, nie wracał za każdym razem z pyskiem pełnym piszczek, nie biegał po drzewach niczym wiewiórka, ale był w stanie nauczyć ją tego, co było potrzebne. Na podstawach, które jej pokazał, mogła stworzyć coś wielkiego, coś, co będzie owocem jej wysiłków, a nie tylko chwiejnym odbiciem umiejętności jej mentora. Wolała sama wysilić się mocniej, a nie potem jęczeć, że ledwo co skończyła szkolenie pod czyimś okiem i już wszystko pozapominała. W dodatku często wpadali na Zszarzałą Łape i Bukową Koronę. Wtedy najbardziej doceniała swojego wuja. Doceniała, że nie prychał na nią, nie wyzywał jej od najgorszych padlin, nawet kiedy była w złym humorze lub narastała w niej frustracja, gdy coś nie wychodziło jej od samiutkiego razu (a co gorsza, jeśli po prostu była w czymś kiepska). Doceniała, że potrafił zachować pysk nawet w najbardziej nieciekawych sytuacjach, kiedy niespodziewany deszcz uderzał ich prosto w oczy lub morska wichura szargała ich za uszy. Potrafił ją chwalić, ale nie przesadzał z tym, zwłaszcza że znał swoją bratanicę na tyle dobrze, aby wiedzieć, jak ważna jest dla niej satysfakcja z dobrze wykonanego zadania. Gdyby ktoś powiedział jej, że chociaż na jeden dzień ma zamienić się z bratem... najpewniej skończyłoby się to latającymi wokół kupkami futra... I nie należałoby ono tylko do niej. Nie lubiła jednookiego. Nie lubiła jego wiecznie wykrzywionego pyska, który nosił wyżej niż zasłużył. Nie lubiła go, bo męczył jej drogiego brata. Nie lubiła go, bo momentami miała wrażenie, że gdyby ktoś szkolił ją tak mocną łapą… byłaby znacznie lepsza niż jest teraz. 
Kot, zazdrosny z natury, znajdzie we wszystkim możliwość zazdrości, nawet jeśli kłóci się to nie tylko ze zdrowym rozsądkiem, ale też z jego innymi opiniami i przemyśleniami. Czasami obawiała się swojej zazdrości. Kochała Strzępka niesamowicie, najpewniej najmocniej na świecie i nigdy nie życzyłaby mu źle. Chciała, aby doszedł gdzieś w życiu, aby znaczył coś w klanie, aby mógł być dumny z tego, co uczynił przez całe swoje życie. Chciała tego dopóty, dopóki to wszystko nie sprawi, że będzie on lepszy od niej. Nie mogła znieść myśli, że Zszarzała Łapa zajdzie dalej niż ona, że będzie wyżej postawiony, bardziej szanowany i lepiej traktowany przez resztę kotów, nie tylko klifiaków. Pamiętała ich rozmowę o przyszłości. Pamiętała, że zwierzyła mu się, że marzy jej się wizja siebie na mównicy, z opatrznością Klanu Gwiazdy, z władzą w swoich łapach. Nie rozmyślała o tym. Nie mogła. Nienawidziła bezczynnego oddawania się marzeniom, uciekania w ten wyidealizowany świat tylko po to, aby nie musieć robić rzeczy, które faktycznie mogłyby nas zbliżyć do zamienienia ich w rzeczywistość. Gardziła biernością, gardziła lenistwem i podejściem, że cokolwiek się komukolwiek należy z byle powodu. Nic nie powinno być gwarantem. Był też drugi powód, przez który raczej nie rozmyślała już o Oszronionej Gwieździe… Często jej pysk zamieniał się na pysk brata. Oszroniona gwiazda przeobrażała się w Zszarzałą Gwiazdę, a tego znieść by nie mogła. To ona miała stać na czele, to ona miała być ponad. Zawsze tak było i zawsze miało tak być; to nigdy nie powinno podlegać dyskusji. Brat wiedział o ogromnych ambicjach siostry i, chociaż nigdy nie zostało to wypowiedziane wprost, musiał być świadomy, że ta zrobi wszystko, aby wybić się ponad niego, ponad innych. Nieważne, jakie będą konsekwencje, jakie skutki, jakie rzeczy będzie musiała poświęcić. Taka już w końcu była Szron. W tej kwestii niezwykle przypominała swoją babkę Pikującą Jaskółkę. 
Mówiąc o właśnie tej kremowej kotce... Pointka nie mogła się wręcz doczekać dnia, w którym zostanie ona mianowana Pikującą Gwiazdą. Wierzyła szczerze i całkowicie, że będzie ona niesamowitą liderką, dzięki której Klan Klifu wręcz rozkwitnie w całej swojej okazałości. Wszystkie cechy, które według niebieskookiej powinien posiadać przywódca, były właśnie czymś, czym mogła poszczycić się Jaskółka. Była sroga i wyrachowana, a jednocześnie tak elegancka i szlachetna, jak gdyby fale same wyciosały jej sylwetkę w żółtawych skałach. Mimo podeszłego już wieku, na jej pysku nie można było doszukać się siwyzny, która nadawała innym kotom wygląd słaby i żałosny. Była doświadczona i pełna wiedzy, której nie można było nauczyć się na zwykłych treningach. Widziała krew, widziała pola walki i śmierć, widziała, jak klan się przemianiał, więc wiedziała, w jaki sposób uczynić go najwspanialszym. Oszroniona Łapa lubiła obserwować koty wokół siebie. Według niej była to rzecz lepsza niż zwyczajny, bezsensowny odpoczynek; jeśli już została zmuszona do fizycznej bezczynności, niech jej mózg popracuje. Nie uszło jej uwadze, że wielu wojowników podchodzi do zastępczyni z widoczną dozą niechęci i dystansu, co młodej kotce wydało się nadzwyczaj dziwne, a jednak tak… elektryzujące. Jaką moc musiała mieć w sobie babka, skoro nawet jej własni współklanowicze nieco się jej obawiali? Jakim szacunkiem musieli ją obdarzać..? Czy istniał lepszy sposób na pokazanie komuś, że jest się ponad nim, niż zasadzenie w nim małego ziarenka strachu?
Od czasu do czasu, kiedy tak rozmyślała i wpatrywała się w odgrywające się w obozie sceny, udało jej się napotkać przeszywający, czujny wzrok zielonookiej. Przybierał on wtedy przedziwny wyraz, który był dla Szron niemal niemożliwy do rozgryzienia. Nie był wrogi; miała nawet czasem wrażenie, że łagodniał nieco, zwłaszcza jeśli wcześniej zastępczyni rozmawiała z innym wojownikiem lub uczniem (szczególnie nie przepadała za kotami o samotniczym pochodzeniu, co pointka prędko wyłapała). Nigdy jednak się nie uśmiechała, podobnie jak wnuczka. Często wpatrywały się jedynie w swoje mordki, w milczeniu, trzymając dystans, nie zbliżając się nawet o krok. Wydawało się, że Pikująca Jaskółka wiedziała, że w oczach swojej rzekomej potomkini jest czymś w rodzaju ideału, wzoru do naśladowania, a więc nie chciała zbyt często niszcyć tej otoczki. Nie rozmawiały zbyt często; sama Szron nie chciała, aby babcia pomyślała, że zbyt się do niej przymila. Jeśli kiedykolwiek miała zostać tym, kim ona (zastępczynią), chciała zrobić to w sposób całkowicie samodzielny. Nie miała zamiaru wykorzystywać więzów krwi, nie miała zamiaru prosić jej za grzbietami innych. Wypracuję sobie ten tytuł tak jak ona… Niekoniecznie sprawiedliwie, ale na pewno z pomocą swoich własnych umiejętności i sprytu.
Mimo nienawiści, którą posiadała do marzycielstwa, od czasu do czasu (zwłaszcza po wyjątkowo udanym treningu, podczas którego wszystko wychodziło jej niemal perfekcyjnie, a myszy same wpadały jej pod łapy) pozwalała sobie na momenty, w których zastanawiała się, co ona by zrobiła, gdyby już została liderką, jakie zmiany by wprowadziła, czego by zakazała, a co stałoby się niezbędne w klanowym życiu. Lubiła robić listy w głowie, w których zaznaczałaby rzeczy, które są w Klanie Klifu niczym pluskwy czy inne paskudne robale, a co mogłoby pomóc im w pozbyciu się ich. Najwięcej czasu spędzała nad kwestią kotów, które urodziły się poza granicami. Było to spowodowane oczywiście faktem, że babka Jaskółka była dość otwarta ze swoją niechęcią do owych osobników, nawet jeśli jedyną częścią życia, którą spędziły one poza Klanem Klifu, było wczesne dzieciństwo czy też młodość. Z łatwością mogła dojść do wniosku, kto właśnie należy do takich wojowników "z zewnątrz" lub kto zdecydowanie za mocno bratał się z nie-Klifiakami. Kremowa nie przepadała za Mysim Postrachem, to była sprawa iście oczywista, a podobną niechęcią obdarzała również jego córki. Zdarzało jej się krzywo spojrzeć na Kukułkę, Przepiórkę i Gołąbka, a na Pajęczą Nić wolała w ogóle nie patrzeć, podobnie było z kotami, które przybyły z innych klanów. Najgorzej traktowała Rozżarzoną Pieśń, której krew z Klanu Wilka wydawała się być najgorszą zarazą w legowisku wojowników. Nieco mniej wrogo patrzyła na Truskawkowe Pole i Wędrującego Wibrysa; być może z powodu ich ojca, którego pamiętała jeszcze ze swoich wojowniczych dni, a może zwyczajnie dlatego, że Owocniacy nie wymordowali im przyjaciół kilkadziesiąt księżyców temu. Musiała się mocno skupić, aby mieć swoją własną opinię na ten temat, a nie kierować się jedynie tym, co na ten temat sądzi aktualna zastępczyni. Oszroniona Łapa, nieważne, jak bardzo chciałaby być taka jak babcia, nie mogła przywołać nawet jednego wspomnienia, gdzie jakiś samotnik lub kot z innego klanu był dla niej wrogi czy zwyczajnie nie miły. Nie miała co prawda nigdy doczynienia z przybłędą lub jakimś agresorem, ale to tylko pokazywało, że nie byli oni faktycznym zagrożeniem, z którym klan miałby musieć się codziennie zmagać. I o ile nie była blisko ani z kotami z Owocowego Lasu, ani z uciekinierką z Klanu Wilka... Nie widziała w ich zachowaniu niczego, czego nie zauważyłaby też u swoich Klifiaków z krwi i kości. Oczywiście, Truskawkowe Pole była irytująca i głosna, a do tego uważała się za najlepszego wspinacza w całym lesie (a co denerwowało Szron najbardziej, było to, że szylkretka faktycznie była w tym wyśmienita, najpewniej najsprawniejsza w Klanie Klifu), ale nie były to cechy, które można było przylepić wszystkim kotom, które wychowały się wśród zapachu jabłoni. Zwłaszcza że jej brat był zdecydowanie bardziej znośny… no może gdyby nie był tak leniwy i wymemłany za każdym razem, kiedy niebieska go spotykała. Rozżarzona Pieśń była nawet mniej problematyczną postacią w oczach córki Łuny. Wykonywała swoje obowiązki dobrze, nie była ślamazarna czy niedokładna, a do tego nie memłała jezorem, kiedy nie musiała. Gdyby musiała, mogłaby nawet powiedzieć, że za nią szczerze przepada. Ale nie powie. 
Zazwyczaj te dogłębne przemyślenia kończyły się, gdy powieki uczennicy stawały się zdecydowanie zbyt ciężkie, aby móc utrzymać je otwarte choć kilka uderzeń serca dłużej. Zaczynała wtedy czuć lekkie pulsowanie w poduszkach łap, a mięśnie rozluźniały się i pozwalały sobie na odpoczynek. Spoglądała wtedy na skulonego brata, karcąc się w myślach, że mogła tak okrutnie zazdrościć mu rzeczy, które istniały tylko i wyłącznie w jej własnej głowie. Jeśli miała faktycznie kiepski dzień za sobą, jeśli potrzebowała tej nocy niecodziennie dużo komfortu, przysuwała się bliżej do tego postrzępionego, niebieskiego grzbietu, aby położyć na nim łeb. Brode wciskała mocniej w gęstą sierść, nierzadko budząc go przy tym. Mamrotała ciche przeprosiny, a on nie odpowiadał; nigdy nie miał jej tego za złe. Przez chwilę pomrukiwali do siebie, pokazując, że ani jednemu, ani drugiemu nie przeszkadza ta bliskość, która w żłobku była dla nich czymś codziennym, a teraz zdarza się coraz rzadziej. Terminatorka zasypiała wtedy prędko, acz niespokojnie, wiedząc, że nigdy nie będzie tak dobrą siostrą jak on dobrym jest bratem. 

[2226 słów]

[Przyznano 45%]

23 lutego 2026

Od Oszronionej Łapy Do Rozżarzonej Pieśni

Dzisiejszy trening rozpoczął się późno, jeśli w ogóle można było zaliczyć to do treningu. Oszroniona Łapa od świtu czekała na moment, kiedy Trójoki Zając zejdzie z legowiska wojowników. I o ile kocur nie wstał na równe łapy jakoś szczególnie późno, tak wszystko potem zdawało się rzucać im pod nogi kłody. Już mieli wychodzić, już udało im się odgonić od siebie jakichś natrętów, którzy próbowali zatrzymywać jej mentora jakimiś głupimi, bezsensownymi pogaduchami przy stosie zwierzyny, który wołał jej pusty brzuch niczym świergoczący ptaszek, kiedy potężna, nagła burza rozpętała się nad terenami. Oszroniona Łapa miała wrażenie, że nawet z jaskini może usłyszeć wściekłe ryki fal na morzu. Z głośnym westchnięciem musiała się posłuchać i pozostali w obozie aż do momentu, kiedy chmury przeminą, a deszcz złagodnieje. Strasznie próbowała nie zmarnować tej połowy dnia, strasznie chciała nauczyć się czegokolwiek. Prawie udało jej się nawet namówić nauczyciela, aby potrenował z nią walki z bliskim przeciwnikiem, ale z powodu tej pogodowej anomalii w obozie znajdowało się więcej kotów niż zwykle o tej godzinie. Co jakiś czas ktoś wychodził, aby po chwili wrócić z niczym, ale zdecydowanie bardzo dokładnie wymyty i przewiany. Na moment podbiegł do nich Przepiórcza Wichura; cała mokra, cała zadyszana, ale z uśmiechem na pysku, który mógłby zarazić nawet największego gbura.
— Przepiórko... Wyglądasz, jakby postrzelił cię piorun — powiedział mentor, kiedy szylkretka niemal nie wywróciła się im pod łapy. Szron musiała mu w tym przyznać rację. Cynamonowa była wciąż bardzo mokra, jej futro odstawało na wszystkie strony, a ten zezowaty, rozochocony wzrok wcale nie dodawał jej profesjonalizmu, którym, przynajmniej według niebieskiej, powinien cechować się pełnoprawny i dojrzały wojownik.
— Byłam na klifach! Znaczy, nie poszłam tam specjalnie, to by było niepoważne, ale była i nawet nie wiecie, jak ogromne są fale przez tę zawieruchę. Dotykałyby samego czubka, jakby je tutaj wpuścić — oznajmiła z błyszczącymi ślepiami.
— Mmm naprawdę? — zdziwił się kocur. Uczennica czasami zastanawiała się, czy inne koty są faktycznie tak wszystkim zainteresowane, co się im mówi, czy robią to wyłącznie z czystej grzeczności. Może i wielkie morskie bałwany zainteresowałyby również ją, ale denerwowała ją nieco narwana zielonooka, więc nie miała zamiaru pokazywać, że cokolwiek co mówi ją rusza.
— Tak, tak!
— Dobrze, że nie planowaliśmy na dzisiaj szukać krabów, prawda Oszroniona Łapo? — zwrócił się do milczącej, naburmuszonej terminatorki.
— Jak tak dalej pójdzie to nic, co zaplanowaliszmy nie dojdzie do szkutku... — burknęła, uderzając ogonem o kamienną posadzkę.
— Rozchmurz się. Czasami fajnie sobie spędzić dzień w obozie, odpocząć i pogawędzić z kotami, z którymi zazwyczaj nie ma się do tego okazji — miauknęła Przepiórka, usadawiając się obok dwójki. Pointka westchnęła, co na pewno nie uszło uwadze starszej kotce. Ta jednak zignorowała ten niegrzeczny gest.
— Oszroniona Łapa niespecjalnie przepada za takimi spokojnymi dniami — wtrącił się kremowy, posyłając podopiecznej znaczące spojrzenie.
— To też bardzo ważna cecha, wiesz? — Z niebieskiego pyska wyleciało jednak ciche prychnięcie. — Jako wojownik ma się dużo na głowie. Zajmujesz się wieloma rzeczami naraz, a więc kiedy jest na to czas, należy jak najlepiej wykorzystać moment relaksu. Warto też pielęgnować relacje z współklanowiczami. Może to powinien być temat waszego dzisiejszego treningu, co? — zaproponowała nagle, a Trójoki Zając widocznie się zainteresował. Szron miała wrażenie, że jej uszy zaraz położą się całkowicie płasko na głowie.
— Świetny pomysł. Co myślisz, Szron? — przyznał stryjek.
— Myszle, że to głupie i że to sztrata czaszu... Czemu nie możemy ćwiczyć walki? — wyjęczała.
— Już ci mówiłem, że w obozie jest za dużo kotów i będzie niewygodnie.
— Podczasz wojny też jeszt tłoczno — burknęła i odwróciła łeb.
— Podoba mi się ten pomysł Przepiórcza Wichuro, jesteś taka kreatywna! — zwrócił się jeszcze raz do towarzyszki, która posłała mu wdzięczny uśmiech. — Słuchasz mnie, Szronko?
— Mhm...
— Jaki przychodzi ci na myśl pierwszy kot z Klanu Klifu, z którym miałaś najmniej interakcji? Ktoś, o kim nigdy byś nawet nie pomyślała, że mogłabyś pogawędzić — zapytał, przekrzywiając łeb.
— Nie wiem... — prychnęła, turlając kamyk z jednej, do drugiej łapy. — Może Rozżarzona Pieszń... Ta ruda...
— O! Widziałam ją przy legowisku lidera! Rozmawiała chyba z Pikującą Jaskółką i Mroźnym Wiatrem. Myślę, że mieli iść na patrol łowiecki... — wtrąciła się znów szylkretka.
— Znakomicie! Idź jej poszukać — polecił mentor, a Oszroniona Łapa, chociaż faktycznie wstała na równe łapy, wciąż była skwaszona i niechętna. Otworzyła nawet pysk, aby coś powiedzieć, ale kocur podniósł łapę w geście, że nie ma zamiaru zmieniać zdania. Uderzyła ogonem ostatni raz o twardą ścianę i ciężkim krokiem ruszyła na poszukiwania byłej Wilczaczki.
Przedzierała się przez tłoczny obóz. Widziała uczniów, którzy wydawali się być znacznie bardziej zadowoleni z obecnego stanu pogodowego niż ona, co tylko napawało ją jeszcze większą złością. Większość z nich była starsza, a ich głowy wciąż pełne kocięcego puszku. Nie chciała spędzić całego dnia na pogaduszkach i ganianiu własnego ogona, jak wtedy, kiedy siedziała z bratem w kociarni. Nie chciała się obijać. Rozumiała, że wojownicy na pewno byli zmęczeni, że oni mieli faktyczne powody, aby cieszyć się tym niespodziewanym odpoczynkiem, ale uczniowie..? Czym niby oni są zmęczeni. Przez moment zastanawiała się, czy nie zaszyć się gdzieś w kącie, aby nie musieć prowadzić głupich rozmów z kotką, której nawet nie chce poznawać, ale kiedy odwróciła się na moment, zobaczyła, że jest obserwowana przez dwie pary zielonych ślepiów. W końcu ujrzała rudy kikut. Warknęła prędko pod nosem i skierowała swoje kroki w kierunku wojowniczki.
— Hej... — rzuciła, aby zwrócić na siebie jej uwagę. Żółte oczy powędrowały na jej pysk, nieco zdziwione. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, terminatorka kontynuowała: — Zoształam zmuszona do konswerszacji z tobą.
— Słucham..? — mruknęła Żar, zdecydowanie nie spodziewając się takich słów ze strony Szron.
— Dokładnie tak, jak powiedziałam. Nie wiem, o czym mam z tobą rozmawiać, nie mam na to ochoty, ale to polecenie mojego mentora. Nie będę mu się szprzeciwiać ani ignorować jego szłów — wyrecytowała, patrząc nieprzerwanie ognistą mordkę. W końcu dodała jeszcze, w razie, jakby jej rozmówczyni tego nie wiedziała. — Jesztem Oszroniona Łapa... A mój mentor to Trójoki Zając.

<Żarówa?>

[954 słowa]

[Przyznano 19%]

22 lutego 2026

Od Oszronionej Łapy Do Trójokiego Zająca

Wyścig się rozpoczął. Wyścig trwał w najlepsze.
Kotka wstawała wcześnie rano, aby pozwolić sobie na choćby chwile relaksu i czasu dla samej siebie; wiedziała, że potem go nie znajdzie, nawet po treningu. Fakt, że nie mogła jeść, zanim sama nie złapie, chociaż maleńkiej piszczki sprawiał, że przynajmniej nie musiała myśleć o tym, co tym razem powinna mieć na śniadanie i mogła zająć się pielęgnacją śliskiego futra. Odkryła też, że jeśli wykonuję takie zabiegi pielęgnacyjne po posiłku, to na jej jasnej szacie zostają potem różowawe, krwiste ślady języka. Wystarczało, że obrzydzała ją zwyczajna woń śliny, a kiedy pomiesza się ją z metalicznym szkarłatem... cały posiłek aż podchodził jej pod same przednie zęby. Wolała mieć pusty brzuch z powodu braku śniadania, a nie z powodu wczesnego incydentu związanego z wymiocinami... Zapach wymiocin też ją obrzydzał.
Prędko nauczyła się, że poranki są najpewniej najlepszą, najbardziej przyjemną i spokojną porą dnia w Klanie Klifu. O ile nie mogła powiedzieć, że wtedy panowała w obozie całkowita cisza, tak ilość kotów była widocznie mniejsza. Nie była jedynym rannym ptaszkiem, ale jej rytm życia był nierozwiązalnie spleciony z Trójokim Zającem, więc o ile on nie chciał wybyć tego dnia prędko, ona nie miała na to wpływu. Większość wojowników, którzy akurat nie mieli pod swoimi łapami uczniów, wykorzystywała ten okres, aby pospać trochę dłużej, zwłaszcza jeśli nie zostali wybrani przez Pikującą Jaskółkę do pierwszego patrolu. Na ich szczęście zastępczyni zdecydowanie wolała zabierać na niego uczniów i ich mentorów; bardzo do serca brała sobie szkolenie świeżej krwi Klanu Klifu. Teraz kręciła się niespokojnie w głębszej części obozu. Zachowywała się tak od kilku księżyców; nawet kiedy Oszroniona Łapa była jeszcze małym kociakiem, który dopiero uczył się obserwacji i rozczytywania zachowań innych kotów, zauważyła, że czym jej dziadek bardziej garbił się i powłóczył nogami, tym ona zachowywała się coraz to dziwniej i niespokojniej. Podnosiła głowę wyżej, chociaż nie zdobiła jej jeszcze metaforyczna gwiazda, a ogon drgał jej niemal bez przerwy, zdradzając niespokojne bicie serca. Uczennica nie wiedziała, jakie ma podejście do babki ze strony ojca. Kiedy od czasu do czasu odwiedzał ich wuj Mirtowe Lśnienie, a kiedy już umiała słuchać, była świadoma, że szepty, które wymienia z matką dotyczyły właśnie jej. No i na pewno nie były jej przychylne. Z drugiej strony miała jednak tatę Króliczą Prawdę i swojego mentora; synów kotki. O ile zauważyła, że nie było trudnym zwyczajnie za kremową nie przepadać z powodu jej twardego charakteru, tak nie mogła do końca zrozumieć, czemu aż tyle kotów patrzy na nią krzywo i z grymasem na pysku. Dla samej Oszronionej Łapy wydawała się bardzo... odpowiednia i twarda.
— Oszroniona Łapo! — Z zamyślenia wyrwał ją właśnie jej głos. Nie zauważyła nawet, kiedy kocica pojawiła się obok niej, wpatrując się w nią tymi soczystymi ślepiami. Wzrok miała twardy, przenikliwy, jakby próbowała wyczytać z pyska wnuczki dosłownie każdą, nawet najmniejszą myśl. Uczennica podniosła głowę, ale nawet teraz nie była na równi ze starszą. Wciąż miała trochę rośnięcia przed sobą.
— Słucham..? — zapytała, wciąż nieco zdziwiona. Nie spodziewała się, że nie będzie jej dane nacieszyć się porankiem. Zazwyczaj, jeśli nie budził jej Trójoki Zająć (a robił to rzadko), mogła spokojnie poobserwować wychodzące patrole, budzący się obóz.
— Idź po mentora.
— Ojciec miał iść na patrol, prawda? — Podniosła brew pytająco.
— Miał.
— Coś się stało?
— Mu nie, ale mogę cię zapewnić, że Pasterzowa Łapa jest w dobrych łapach, jeśli martwi cię stan zdrowia towarzysza z legowiska. Patrol jest spóźniony, idź po Trójokiego Zająca, zastąpicie tę dwójkę i dołączycie do Mirtowego Lśnienia i Truskawkowej Łapy — pogoniła wnuczkę, która ociężale skierowała się w kierunku legowiska wojowników.
"Przynajmniej będzie trochę spokoju, kiedy ten narwany szaleniec będzie siedział u medyczek. Uszy nam odpoczną..." — pomyślała, kiedy wdrapywała się po kamiennej rampie.

* * *

Grupa kotów maszerowała przez powoli zieleniejące się wzgórza. Oszroniona Łapa musiała przyznać, że nie zauważyła nawet, kiedy cały świat zdążył przemienić się z mokrej, brudnej i błotnistej plamy w ten niesamowite, tętniące życiem bezkres. Czasem, kiedy wracała wykończona z treningu, zdawała sobie sprawę, że chociaż spędziła cały dzień poza obozem, to ani razu nie przyjrzała się kwitnącym krzewom, wirującym pszczołom czy szeleszczącym koronom drzew. Dlatego od czasu do czasu lubiła być wybrana do patrolu. Chociaż na początku uważała to za całkowitą stratę czasu, który mógł być przeznaczony na coś znacznie, znacznie bardziej przydatnego, tak w końcu dała sobie wytłumaczyć, że nigdzie nie nauczy się lepiej poznawać granic, zapachów i tropów, jak na obchodach z innymi Klifiakami.
— Mówię tylko, że głupie, że łapiecie jedynie kraby. — Oszroniona Łapa nagle zainteresowała się rozmową, która odbywała się głównie między Mirtowym Lśnieniem, który prowadził cały patrol, a jego... podstarzałą (przynajmniej na normy klanowe) uczennicą-przybłędą. — Macie tyle wody!
— Truskawkowa Łapo... Proszę, nie krzycz — miauknął zmęczony kocur.
— Nie krzyczę, mam głośny ton głosu z natury, nic na to nie poradzę — wytłumaczyła się i przybliżyła się jeszcze bliżej do rudego. — Czy to bezsensowny pomysł? Ile tam musi być ryb.
— Tak, jest to pozbawione sensu, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę coś tak oczywistego, jak głębokość morza, siłę i wielkość fal, a także to, że nie da się przewidzieć jego zachowania — tłumaczył syn lidera.
— Są przypływy i odpływy. Głównie o tych samych porach. Kraby łapiemy przy odpływie — wyrecytowała, uśmiechając się uroczo.
"Pewnie wczoraj się tego nauczyła..." — pomyślała Szronka, przewracając oczami. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że szylkretka mówiła tylko po to, aby gadać i mieć jakiś powód, aby iść coraz bliżej Mirtowego Lśnienia, który co jakiś czas próbował stworzyć między nimi, chociaż niewielki odstęp. Truskawka niemal momentalnie go niwelowała.
— Musisz być świetną pływaczką, skoro tak nas zachęcasz do tego pomysłu — odezwał się nagle Trójoki Zając. Niebieska zauważyła, jak rozweselony pysk zielonookiej na moment okrył się wyrazem zirytowania. Szybko jednak go opanowała.
"Pewnie zapomniała, że na patrolu jest ktoś poza ich dwójką..."
— Tak w zasadzie, to nie umiem pływać. W Owocowym Lesie się nie pływa — rzuciła za siebie niby od niechcenia.
— Kto w takim razie nauczyłby nas tego? Każ jakiemuś wojownikowi wejść do morza, a spadnie na samo dno — dodał mądrze rudy kocur.
— Słyszałam kiedyś, że kocięta nie toną — rzuciła żartobliwie szylkretka.
— Jesztesz szurnięta, mówił ci to ktosz? — odezwała się najmłodsza po raz pierwszy, od kiedy opuścili obóz. Pstrokata głowa odwróciła się w jej kierunku. Oczy, chociaż ładne i soczyste, wydawały się równie zimne co te, które należały do niebieskiej koteczki.
— Nie wiedziałam, że dzieciaki u was też są takie zamknięte na pomysły i innowacje — mruknęła nonszalancko. — No cóż... Chciałam dobrze, a moje propozycje wyciągałam prosto z dobroci serca, ale jak nie... to nie. Przecież wiecie najlepiej. — Ostatnio zdanie niemal wymruczała, kierując je najmocniej do swojego nauczyciela. Machnęła ogonem, niemal nie uderzając Szron w pysk. Uczennica warknęła pod nosem, ale powstrzymała się przed komentarzem. Nie było warto. Nie dla przybłędy.
Spojrzała kontem oka na swojego mentora, który dreptał u jej boku. Na moment złapali kontakt wzrokowy. Wuj uśmiechnął się do niej.
— Chcesz zapolować? — zapytał, przybliżając się do podopiecznej.
— Możemy... A... Czy to o krabach, to, że łapie szie je po odpływie, to prawda? — Zrobiła kolejny krok bliżej, aby Truskawkowa Łapa jej nie słyszała. Chociaż ona i tak była całkowicie zajęta osobą Mirtowego Lśnienia.
— W zasadzie tak. Kiedy nadchodzi odpływ, pasmo plaży staje się większe, bo odsłania się płycizna. Dlatego jest więcej krabów, a czasem nawet można znaleźć morskie ryby — wytłumaczył.
— Mhm...
— Możemy pójść poszukać krabów na jutrzejszym treningu — zaproponował. Koteczka skinęła łebkiem, chociaż niekoniecznie się cieszyła. Było jej obojętne, co robili na treningach; najważniejsze, żeby po prostu jej szkolenie szło do przodu. Najważniejsze, żeby w końcu doprowadziło ją do wojowniczego miana.
— Możemy... — mruknęła, a następnie jeszcze bardziej zadarła głowę, aby móc mówić jeszcze ciszej. — A nauczysz mnie pływać? Mogę być pierwszą wojowniczką Klanu Klifu, która poluje w morzu...

<Zajunc?>
[1255 słów]

[Przyznano 25%]


07 lutego 2026

Od Oszronionej Łapy CD. Króliczej Prawdy

Dzień mianowania

O ile kotka nie chciała zwracać na siebie niepotrzebnej atencji, w końcu i tak nie umiała się od niej odgonić przez poprzednie księżyce, kiedy to każdy chciał, chociaż zerknąć na te niepodobne do nikogo kocięta córki samego lidera, tak nie mogła uchronić się przed obecnością ojca, który tylko czekał, aż i mianowanie jej brata dobiegnie końca, aby oficjalnie pogratulować swoim pociechom.
— Oszroniona Łapo! — zawołał ją jej nowym imieniem, by zwrócić na siebie jej uwagę. — Gratuluję ci zostania uczniem! Wierzę, że mój brat przekaże ci całą swoją wiedzę — mruknął do niej. W oczach iskrzyła mu szczera duma i nadzieja, że córka będzie dobrze sprawować się na treningach, że polubi szkolenie, zwłaszcza że będzie się ono odbywać pod okiem Zająca.
— Ja tesz... — powiedziała nieco od niechcenia. Była to prawda... Jaki niby byłby z niego pożytek, jeśli okazałby się kiepskim, nieumiejętnym mentorem? Czy byłaby wtedy skazana na porażkę, na grzanie mchu? Czy może dziad... chociaż raczej wtedy to już babka, czy zmieniliby go na kogoś, kto nie pozwoli jej zostawać w tyle za innymi uczniami? Zwłaszcza za bratem.
"Negatywność podcina skrzydła... Skończysz jako nielot, zanim w ogóle postawisz łapę poza tereny..." — skarciła samą siebie w myślach. Zmarszczenie noska nie uszło uwadze ojca.
— Nie podoba ci się ta decyzja? Myślałem, że oboje z bratem dogadujecie się dobrze z Trójokim Zającem? Czy może się mylę? — zapytał faktycznie zatroskany.
— Nie, nie. Nie mam problemu do wuja — oznajmiła, próbując odgonić obawy. — Po prosztu... — Speszyła się i położyła uszy po sobie. Czy chciała pokazywać taką słabość przed Królikiem? Odkrywać tą mniej zimną, mniej twardą stronę siebie, którą tak skrupulatnie pielęgnowała przez te kilka ostatnich księżyców?
— Och, w czym problem? Wiesz, że możesz powiedzieć mi wszystko, prawda? — zagadał ją ponownie, robiąc krok do przodu. Szron wiedziała, że jej rodzice, nawet jeśli nie pokazywali tego zbyt dobrze, chcieli dla niej dobrze. Nie chcieli, żeby była nieszczęśliwa, zgorzkniała i nafuczana... taka jednak była przez większość czasu, nieważne jak dobrze jej się żyło, jak wspaniała była opieka, którą jej zapewniano, nawet kiedy matka opuszczała kociarnie.
— Nic. — Podniosła nagle łepek. Była zdecydowanie niższa od kocura, to oczywiste, ale próbowała z całej siły sprawić, żeby wyglądać pewniej i okazalej... doroślej. Uciszyła go nagłym powrotem do swojej niedostępnej maski. — Nie mam problemów. Szkąd miałabym je mieć? Wszysztko przecież mam... — burknęła, machając gibkim ogonem. Miała już dość tej rozmowy, co kocur najwidoczniej musiał już nieco wyczuć. Raczej nikogo nie dziwiła już ta strona pointki.
— Skoro tak uważasz... Wierze, że wiesz co dla ciebie najlepsze, ale... Jakbyś jednak potrzebowała w czymś pomocy, to śmiało. Wiesz, że-
— Tak. Wiem, że mogę na ciebie liczyć — przerwała mu, dokańczając zdanie, która miała wrażenie, że słyszy już po raz setny.
— To dobrze... Może pójdziemy pogratulować twojemu bratu? Co ty na to? — zaproponował, a Oszroniona Łapa skinęła lekko głową. Faktycznie nie był to zły pomysł. Zwłaszcza że spędzą ze sobą jednak jeszcze kilka księżyców podczas treningów pod okiem Trójokiego Zająca.
Brat stał kilka kroków dalej i rozmawiał z Pikującą Jaskółką, kilka kroków za zastępczynią stał wspomniany wcześniej wojownik. Odgłos kroków sprawił, że cała trójka odwróciła się. Ślepka Zszarzałej Łapy zaświeciły się nieco na widok siostry. Szronka uśmiechnęła się, a Strzępek odwzajemnił gest prędko i szczerze.
— Jeśli jeszcze macie jakieś pytania, pytajcie teraz. Nie chce żadnych niedomówień, nieścisłości czy problemów — powiedziała twardo zastępczynią. Odwróciła się w stronę jednego z synów i zmarszczyła nieco ślepka. — To, że Zszarzała Łapa jest twoim uczniem jedynie na okres zdrowienia Bukowej Korony, nie znaczy, że jest mniej ważny. Oboje mają zostać dobrymi wojownikami.
— Oczywiście — oznajmił zielonooki kremusek. Kotka skinęła i odeszła, zostawiając za sobą nieco napiętą atmosferę. Zając posłał nowoprzybyłej parze przepraszający uśmiech. — Ustalaliśmy dokładne zasady naszych podwójnych treningów.
— Tak, tak, to dość niecodzienny wybór — zgodził się brat kocura. — Ja i Oszroniona Łapa chcieliśmy pogratulować za to temu oto uczniowi. — Spojrzał na syna z taką samą dumą, jaką wcześniej obdarzył córkę. Strzępek skinął w podzięce. Pointka wystąpiła nieco i zmierzyła go wzrokiem.
— Dali ci takie imie, że nie umiem go powiedzieć — przyznała. Przyzwyczaiła się już do swojej wady i nie przeszkadzała jej ona zbyt często. Nie przejmowała się też śmiechami innych, kiedy jej słowa były przekształcone czy niepoprawne. Miała to w nosie. Jednak fakt, że zwyczajnie jej zdeformowana mordka nie potrafi ułożyć się w taki sposób, aby stworzyć dźwięki potrzebne do zwrócenia się do brata... To było nieco żałosne i smutne. — Czemu, tak w ogóle..? — Tutaj spojrzała na ojca, a potem na wuja. — Czemu kotom zmieniają imiona? Moje jest takie szame... Inne, ale takie szame...

<Króliś? Pochwalcie się swoimi ksywami z młodości tatek>

[740 słów]

[Przyznano 15%]

05 lutego 2026

Od Szron (Oszronionej Łapy)

Wiatr dął, uderzając z impetem w kamienne ściany jaskini. Od czasu do czasu był na tyle silny, aby przynieść ze sobą wirujące smugi białego śniegu, pozwalając, aby potem osiadły na ciemnej posadzce. Wiele kotów pozostało w obozie, nie chcąc niepotrzebnie pchać się w środek tej zimowej zawieruchy. Szron wpatrywała się jednak w tych, którzy z grymasami zbierali się (głównie mentalnie), aby postawić pierwszy krok w tę zimnicę. Przeskakiwała leniwie ze skwaszonych pyszczków uczniów, których mentorzy wcale nie wyglądali znacznie bardziej chętnie do treningów, ale którzy byli czujnie obserwowani przez Pikującą Jaskółkę. Zastępczyni, nie bacząc na anomalie pogodowe, wysyłała patrole graniczne oraz dwa niewielkie patrole łowieckie, które po kolei wychodziły ze zwieszonymi ogonami, pogodzeni najpewniej, że jedyne co znajdą dziś między trawami, to przeszywający świst wiatru.
Nawet wiewiórki nie były tak głupie, żeby wychodzić na gałęzie podczas podobnej pogody. Cała wyprawiona grupa kotów była skazana na porażkę... A klan na coraz mniejsze zapasy.
— To besz szenszu — mruknęła pod nosem, nie spodziewając się niczyjej obecności. Słońce dopiero co budziło się, a promienie, które wpadały do obozu przez ścianę zmarzniętego wodospadu, były ogniście pomarańczowe. Słyszała wprawdzie, że matka i brat już też się obudzili, ale wydawali się być zajęci. Łuna powiedziała im, że to dzień ich mianowania, że zostaną uczniami i rozpoczną trening pod okiem jakiegoś zdolnego wojownika, że w końcu uwolnią się z ciasnej kociarni i poczują smak wyczekiwanej przestrzeni.
— Tak uważasz? — odezwał się zmęczony głos Jastrzębiego Zewu, która niespodziewanie pojawiła się za jej plecami. Pointka odwróciła się i zmrużyła niebieskie ślepia.
— Tak... — burknęła, ale już nie tak pewnie. Miała mieszane uczucia co do wiecznej królowej. Wiedziała, że była kiedyś szanowaną wojowniczką, że to ona konkurowała z Pikującą Jaskółką o rangę zastępczyni, że to wszystko stało się nieosiągalne po wojnie z Klanem Wilka, która wciąż ciężko spoczywa w pamięci większości kotów.
— A chcesz swój pierwszy trening spędzić z pustym brzuchem? — Podniosła jedną brew, wpatrując się przenikliwie w mordkę kociaka. — Wojownik nie poluję jedynie, gdy słońce grzeje w grzbiet, a bryza niesie trop zwierzyny prosto pod jego nos.
— Wiem! Nie jesztem głupia! — warknęła, marszcząc nos.
— Nie, nie jesteś... Ale jesteś naiwna i wygodna. Ale to się skończy... — miauknęła, schylając się nieco, aby złapać koteczkę za karczek i przyciągnąć bliżej. Posadziła ją między przednimi łapami i zaczęła wylizywać sterczące niesfornie futro na grzbiecie. — Wiatr jest zmienny i niemożliwy do opanowania, więc są szansę, że tak prędko, jak się wzburzył, tak prędko stanie się łagodny i pomocny. Ciesz się z tego. Być może twój pierwszy trening nie będzie niczym walka z samą naturą. — Przejeżdżała szorstki językiem po pyszczku kotki, a ta krzywiła się z każdym ruchem coraz mocniej. Nie rozumiała tego wszystkiego. Czy atrybutem wojownika jest piękne futro? Nie wydawało jej się, ale gryzła się w język. O ile Źródlana Łuna nie była przez nią zbytnio szanowana, tak nie mogła tego samego powiedzieć o szylkretcę, której ułożony charakter i przemyślane słowa faktycznie robiły na Szronce wrażenie. Milczała więc i pozwoliła doprowadzić się do jakiegokolwiek ładu.

Kościste, zmęczone ciało lidera wdrapało się z trudnością na mównice. Kocur trząsł się, nie wiadomo czy z zimna, czy z wysiłku. Wydawał się zagubiony, jakby nie do końca wiedział, dlaczego się fatygował. W końcu jednak jego oczy trafiły na dwójkę maluchów, stojących na dole, wciąż jednak otoczonych przez inne koty. Ich niecierpliwe spojrzenia przyciągnęły go do rzeczywistości. Odchrząknął ciężko i zaczął:
— Sztrzępku, Szron, wstąpcie. — Głos rozniósł się po obozie, próbując walczyć z hukiem wiatru. Jego wnuki zrobiły kilka kroków do przodu. Brat zatrzymał się idealnie pośrodku, ale koteczka zrobiła jeden dodatkowy sus, chcąc wymusić zaczęcie od niej. Wiedziała, że w tym momencie musi zacząć walczyć o pewien rodzaj dominacji.
"To zaczyna się teraz, już... To zaczyna się od małych rzeczy. Nie będę jak Jastrzębi Zew. Żałosna, smutna i roztrzaskana Jastrzębi Zew. Nie skończę zagoniona do żłobka jak ona czy nawet matka. Nie pozwolę się traktować w taki sposób." — pomyślała, wpatrując się w posiwiały pysk dziadka. Nie zareagował szczególnie na czyn pointki.
— Szron, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś wkroczyła w szeregi uczniów. Od tego momentu, do kiedy otrzymasz imie wojownika, będziesz nazywana Oszronioną Łapą, a twoim treningiem zajmie się Trójoki Zając. Niech nauczy cię wszystkiego, co sam umie. — Na moment zrobił przerwę, aby uspokoić starczy kaszel, który nagle go zaatakował. Kontynuował w końcu, zwracając się tym razem do kremowego kocura, który również wyszedł z szeregu i stał teraz kilka kroków od swojej bratanicy. — Trójoki Zającu, jesteś już gotowy, aby zająć się pierwszym uczniem. Miejmy nadzieję, że przekażesz Oszronionej Łapie swoją pokorę i doświadczenie, abyś wyrosła na lojalną i zasłużoną wojowniczkę Klanu Klifu. — Zakończył, a klan kilka razy wykrzyknął jej nowe imie. Odwróciła się w stronę swojego nowego mentora. Nie wiedziała, czy cieszy się, czy nie, że został nim wuj. Nie wiedziała, czy wolałaby kota, którego znała, czy kogoś, kogo może widziała jeden raz, kiedy przemykał przez obóz. Mimo wszystko nawet ona był świadoma, że mogło być znacznie gorzej. W końcu zielonooki zbliżył się na tyle, że mogli dotknąć się nosami; słyszała, jak ten cicho pomrukuję. Razem z nim odeszła na bok, gdzie stał ojciec, a kilka kroków dalej, nieco na osobności, matka. Nie chciała łapać z nikim kontaktu wzrokowego, nie potrzebowała pochwał. Niczego jeszcze nie osiągnęła. To, co stało się teraz, nie było niczym wyjątkowym. Dopiero pokaże im, co potrafi.
Nie zwracała szczególnej uwagi na mianowanie brata, przynajmniej nie do momentu, kiedy nadano mu mentora, który raczej nie był na ten moment dysponowany i zdolny do przeprowadzania treningów. Na słowa, że rodzeństwo przez jakiś czas będzie dzielić się Trójokim Zającem... poczuła dreszcz ekscytacji. To była jej pierwsza szansa, jej pierwsza rywalizacja. Do momentu, kiedy Bukowa Korona nie zostanie zwolniony z legowiska medyków, będą spędzać czas razem, będą uczyć się od tego samego kota dokładnie tych samych rzeczy, a więc to, kto będzie lepszy, będzie zależeć tylko od ich własnego zaangażowania i wrodzonego talentu. To była szansa, której Oszroniona Łapa nie mogła zaprzepaścić.

[975 słów]

[Przyznano 20%]

30 stycznia 2026

Od Szron CD. Strzępka

Zamruczała cicho, kiedy usłyszała zapewnienia brata. Kochała go, nawet bardzo. Nie umiałaby sobie wyobrazić, że nie miałaby go u boku, że urodziłaby się jedynaczką, bez wsparcia, które dawał jej samą obecnością każdego dnia. A tym bardziej, że coś mogłoby się mu stać. Wizja, że kiedyś wstanie, a go nie będzie, że ciepło, które dawał, zniknie. Zamknęła oczy, mocno ściskając powieki. Wsadziła pysk w szyję brata, ignorując smutne westchnienie matki, dobiegające z drugiego końca kociarni. Czasami, kiedy akurat czuła się na nie bycie najbardziej ciężką do zniesienia córką, jaką akurat widzą te tereny, było jej żal rodzicielki. Nie mogła jednak wtedy zdjąć z pyska tego grymasu, który tak ciężko ćwiczyła każdego dnia, od kiedy tylko zaczęła rozumieć i widzieć, jak ta sama kotka, która teraz żałośnie próbowała zrobić z siebie ofiarę, patrzy na nich z tak głębokim wyrazem strachu i wstydu... Nie mogła pokazać jej, że wybaczyła jej cokolwiek, co zrobiła i czego tak mocno żałowała. Bo to, że coś było na rzeczy, nie było ciężkie do zrozumienia, zwłaszcza kiedy miało się tyle czasu do rozmyślania. Wypuściła powietrze, a futro na barku Strzępka zrobiło się jeszcze cieplejsze. Mocniej przycisnęła policzek.
— Zimno ci bardzo? — zapytał. Na początku nie zareagowała. To było przecież oczywiste, że temperatura jej doskwiera; nie było to żadne odkrycie, żadna tajemnica. Całe jej ciało trzęsło się, a jedyną częścią, która nie była potraktowana mrozem, była jej mordka.
— Nie... — mruknęła.
— Widze, że tak. Możemy wrócić... Schowamy się pod ogonem — zaproponował z dobrymi intencjami. Zmarznięte ciałko najeżyło się i naprężyło. Podniosła głowę i od razu tego pożałowała. Wiatr polizał jej policzek, a nos momentalnie zaczął ją boleć od chłodu, podobnie uszy.
— Nie! — Zmarszczyła brwi i niemal nie wstała, aby odejść jeszcze dalej. Skoro brat jest po stronie matki, to ona nie będzie po stronie brata.
— Dobrze, dobrze... Tylko zaproponowałem. — Uspokoiła się i znów położyła na nim głowę. Zamruczała.
— Wiesz... Jak już będziemy wojownikami, będziemy najlepszi — wyznała, jakby to była tajemnica, którą muszą między sobą utrzymać, jakby fakt, że ktoś może ich usłyszeć, sprawi, że te słowa nigdy się nie spełnią. — Będziemy szybcy i szilni. Nauczymy szie łapać wielkie zwierza i kolorowe ptaki... — rozmarzyła, powoli przesuwając mordkę na łapki brata. — A nawet... Wiesz, może będziemy liderami. To by było dopiero, co? Jakbyszmy zosztali, to jakim byłbysz przywódcą..?

<Strzępek?>

18 stycznia 2026

Od Szron Do Króliczej Prawdy

Wiele kotów odwiedzało ją i Strzępka. Wiele kotów odwiedzało Źródlaną Łunę. Wiele kotów przychodziło tylko na moment, aby dać jej posiłek, aby zmienić posłania, podłożyć pod nos świeży, nasączony wodą mech. Czasami przychodzili do starszej karmicielki, którą od czasu do czasu zajmowała się rodzeństwem, kiedy to ich matka znikała z byle powodu. Szron nie wiedziała co sądzić o Jastrzębim Zewie. Jednocześnie lubiła każdy moment, kiedy ich matka nie patrzyła na nią i na jej brata tym pustym, przepełnionym bólem wzrokiem, który niektórych ściskał za serce, a innych (właśnie małą pointke) wprawiał w niesamowity gniew. Z drugiej strony sposób, w który szylkretka zdawała się w nich wgapiać, nie był dużo przyjemniejszy. Lustrowała ich i oceniała, jakby próbowała zrozumieć coś, czego oni sami nie do końca rozumieli. Zwłaszcza po sytuacji ze śmierdzącym ptaszyskiem, które pewnego poranka zostało przytargane do kociarni, a następnie rozcięte przez ich matkę, tylko po to, aby momentalnie zapełniło całe legowisko najbardziej paskudnym smrodem, jaki tylko mogła sobie koteczka wyobrazić. Z niewiadomego powodu... szepty, spojrzenia i zmarszczenia nosów jedynie stały się coraz częściej zauważane przez niebieskie ślepka. Szron robiła wszystko, aby udawać kompletnie niewzruszoną tym nastawienie współklanowiczów. Niestety... kilkutygodniowe kocięta nie słyną z bycia nadzwyczajnie dobrymi aktorami, zwłaszcza kiedy ich mordka ma wiecznie niezadowolony wyraz.
Tak było i teraz. Chociaż pogoda była nieprzyjemna, koteczka siedziała przed żłobkiem, odbijając jedną łapką kamyk prosto do drugiej, i tak na zmianę. Była niesamowicie pochłonięta ową czynnością. Źródlana Łuna wybyła o poranku, mówiąc, że musi iść zapolować, żeby pooddychać świeżym powietrzem i poczuć się lepiej. Nie była to rzadkość; od kiedy rodzeństwo przestało być od niej całkiem zależne i mogło pozostawać pod okiem wiecznej karmicielki, wojowniczka często wychodziła, nawet na długi czas.
— Co to za ciekawa zabawa, Szron? — Koteczka nastroszyła się, szczerze przestraszona tak nagłym pojawieniem się ojca, który musiał właśnie powrócić z treningu, gdyż prosto za nim czaił się Pasterzowa Łapa. Terminator niemal od razu zmył się, uciekając w stronę stosu ze zwierzyną, gdzie czekał już jego czekoladowy brat. Niebieskooka odprowadziła go wzrokiem, próbując z całych sił ignorować kremowego wojownika. Chociaż nie pałała do niego niechęcią porównywalną do tej, którą okazywała matce, tak... zwyczajnie nie miała zawsze ochoty na rozmowę z nim. — H-halo? — zagadał ponownie, a koteczka położyła nieco uszy po sobie.
— Odbijam kamień — rzuciła sucho, marszcząc brewki. Kocur położył się naprzeciwko niej, aby być na poziomie jej mordki. — Nie widzisz?
— Widze, po prostu... wolałem, żebyś ty mi powiedziała. Liczyłem, że kryją się za tym może jakieś zasady lub coś takiego, ale odbijanie kamienia też może być fajne — powiedział spokojnie, ale kapka zmieszania była dość wyczuwalna, zwłaszcza kiedy patrzyło się na niepewny pysk kocura.
— Nie. Nie jest fajne. Jest nudne jak wszysztko w obozie... — Uderzyła ogonem o kamienną posadzkę i naburmuszona wydęła policzki.

<Królik ojciec?>

17 stycznia 2026

Od Szron Do Strzępka

Chłód rozpływał się po kociarni. Z każdym wschodem słońca, z każdym zachodem panoszył się bardziej i bardziej, nie pozwalając, aby mech zbyt mocno nagrzał się ciepłem kocich ciał. Wiatr omijał kamienne ściany, hulając między głazami, przenikając przez futerka, które nie zdążyły jeszcze nabrać dodatkowej grubości. Dreszcze tańczyły na grzbietach, karki stroszyły się, a ogony żałośnie próbowały okrywać pod sobą całe ciała; często z niezadowalającym rezultatem. Wojownicy mogli liczyć na tłok panujący w ich legowisku, uczniowie na wciąż gorejący z nich zapał, a kocięta na troskliwy uścisk ciepłego ciała matki.
Okrutnym było uczucie, kiedy ten czuły, pełen troskliwości gest, sprawiał, że chociaż na zewnątrz łapki przestawały drgać, tak wewnątrz chłód narastał.
Już od samego początku, kiedy rodzeństwo położyło się spać, a rodzicielka wkrótce do nich dołączyła, nieco niezgrabnie próbując ułożyć się w sposób, aby dać im potrzebną ochronę przed mrozem, Szron robiła wszystko, aby umknąć. Nie mogła jednak ukrywać, że temperatura była przeraźliwie uporczywa. Noce stawały się niemożliwe do przespania bez wsparcia futerka matki. A to sprawiało, że za dnia, po tym, jak budziła się wtulona w miękki brzuch, była jeszcze bardziej uszczypliwa, obrażona i niezadowolona z wszystkiego i wszystkich. Często myślała o długowłosych, puszystych wojownikach, którzy przychodzili od czasu do czasu do kociarni. Gdyby tylko miała taką sierść... Nie musiałaby teraz leżeć pod ogonem niebieskiej karmicielki. To była jej najnowsza taktyka. Mogła spać odwrócona do Źródlanej Łuny pupą. Nie, żeby jednooka specjalnie wpatrywała się w swoje pociechy. To był jeden z problemów, do których uczepiła się jej córka. Karmicielka niemal nigdy nie patrzyła na swoje dzieci. Również, kiedy przychodził czas odpoczynku. Chociaż odgradzała je swoim ciałem, pysk spoczywał na łapach, wpatrzony przed siebie lub w całkowicie przeciwną stronę. To denerwowało Szron niemal tak bardzo, jak kiedy już rodzicielka raczyła zerknąć. To jednak było gorsze... To, ile przeróżnych emocji mogło kryć jedno oko... Nawet głupie kocie było w stanie rozpoznać kilka z nich.
Kolejny podmuch wiatru wtargnął do żłobka. Drobne, jasne ciałko zadrżało pod kołdrą z matczynej kitki. Szron poczuła, jak końcówka ogona próbuje owinąć jej się wokół brzucha, aby dać jej trochę więcej ochrony, komfortu. Nastroszyła się momentalnie i wierzgnęła długimi nogami, wygramalając się spod bezpiecznej osłony. Momentalnie zesztywniała z zimna. Delikatne szuranie jeszcze bardziej skupiło jej uwagę na leżącej dalej kotce.
— Szron... wracaj, przeziębisz się — mruknęła słabo Źródlana Łuna, nie chcąc obudzić syna, który niestety i tak został delikatnie skopany przez siostrę podczas jej raptownej próby oswobodzenia się z sideł niebieskiego ogona. — Proszę.
Na słowa królowej kotka jedynie prychnęła pod nosem, odsłaniając wystające zęby i odwróciła się. Zrobiła kilka niepewnych kroków. Nawet jeśli poruszanie się szło jej już bardzo dobrze, tak przez ziąb panujący w całym obozie, jej kosteczki i drobne mięśnie zdecydowanie odmawiały jej pełnego posłuszeństwa. Padła na mech w kącie. Mogła położyć się przy boku Jastrzębiego Zewu, ale nie lubiła, jak kocica spogląda na nią, kiedy myśli, że pointka tego nie widzi. Nie lubiła tego, jak wszyscy na nią patrzą.
— Strzępku, nie... — Dotarły do niej kolejne słowa, a kroki brata, których dźwięk znała wyśmienicie, stawały się głośniejsze z każdym uderzeniem serca. W końcu poczuła jego ciepło u swojego boku, a uszy wyłapały ciche i smutne westchnięcie matki. Nie wstała jednak. Wiedziała, że nie ma sensu jeszcze bardziej nastawiać dwójkę przeciwko sobie.
— Będziesz chora — powtórzył za rodzicielką.
— I co z tego? W lecznicy tesz mają legowiszka — powiedziała, plując lekko przez swój zdeformowany pysk. — Ale będziesz muszał być tu szam.
— Zostawisz mnie? Nie ma już nawet Naparstnicy — zauważył, a siostra jedynie przewróciła oczami.
— On i tak był nudny... Nie zoształ wojownikiem. — Uderzyła ogonem. Nie wiedziała do końca, o co chodzi z rolą protektora, ale nie mogła być czymś dobrym, nie brzmiała. — Moszesz pochorować szię ze mną.

<Brat?>

20 grudnia 2014

OSZRONIONY KIEŁ

Autor grafiki: zeno0313
OGÓLNE
OSZRONIONY KIEŁ
Poprzednie imiona: Szron > Oszroniona Łapa
Płeć: Kotka
Orientacja: Nieokreślona
Przynależność: Klan Klifu
Ranga: Wojownik

- - - -

Właściciel: dc. Vezuvio.
CHARAKTERYSTYKA

APARYCJA
Opis ogólny - To całkiem ładna, poprawnie zbudowana młoda kotka. Nie należy do tych bardzo wysokich, raczej plasuje się równo w klanowej średniej, jeśli chodzi o wzrost. Ma smukłe ciało, nieco wydłużone nogi i szyję. Nie posiada żadnych widocznych defektów (co staje się powoli rzadkością w Klanie Klifu), które przeszkadzałyby jej w poprawnym rozwoju. No... chyba że ktoś spojrzy na jej wydłużony pyszczek. Pucołowata mordka zamieniła się w elegancki, foremny pysk, charakteryzujący się jeszcze czymś innym, czymś znacznie bardziej... niecodziennym. Część szczęki Oszronionego Kła jest nieco wyciągnięta, a jej dolne kiełki są nieco większe niż u przeciętnego kota, przez co wystają i cały czas są widoczne. Sam fakt nie przeszkadza jej jakoś niesamowicie, może czasami lekko zadrapie sobie wargę, nic poważnego. Jej futerko jest szorstkie, kłujące i nieco śliskie, jakby przez samą swoją teksturę domagało się częstego przebywania w rzece; woda spływa po niej jak po kaczce. Ma jasną, kremowo-szaro-błękitną barwę; nieco bardziej chłodną i ciemniejszą na pyszczku, łapach i ogonie. Lekko widoczne pręgi wiją się po ogonie i wokół łap. Gdzieniegdzie pojawia się również niemal śnieżna biel; najbardziej zastanawiająca jest ta, która widoczna jest pomiędzy jej oczami, na czole - przypomina lotos. Niebieskie ślepia kotki z czasem nabrały tego lodowego, przenikliwego spojrzenia.
Cechy szczególne - wystające, dolne kły, biel na czole, przypominająca kwiat lotosu, lodowate ślepia
Kolor sierści - Niebieski point syjamski pręgowany tygrysio z białym
Długość sierści - Półdługa
Kolor oczu - Niebieskie
Problemy zdrowotne - Brak

CHARAKTER

Szron jest niezwykle... charakterna; to można o niej powiedzieć bez jakiegokolwiek zastanowienia czy zawahania. Nie wyrosła ze swojego krnąbrnego zachowania, nie ma w sobie ani kapki więcej chęci przypodobania się komukolwiek. Nie ma problemu z mówieniem tego, co myśli, i wznoszeniem sprzeciwu. Nie wiadomo, czy w sumie lubi spędzać czas z innymi, czy wolałaby być pozostawiona sama sobie. Z jednej strony jest zadziorna, często oschła, a nawet nieco niemiła, tak zawsze coś ciągnie ją jednak do towarzystwa innych, a to znaczy głównie jej brata, w ewentualności rodziny lub najbliższych znajomych z legowiska. Kiedy już znajduję się w większej grupie, jest szczera i pozbawiona filtra aż do bólu; głównie jednak ma do powiedzenia rzeczy dość... nietaktowne, a co za tym idzie, raczej ciężko ją polubić podczas pierwszego spotkania. Kiedy ktoś się na nią obrazi, udaję, że nic ją w tym nie ruszyło, podniosę głowę i zajmę się czymś innym tak, żeby nikt nie mógł zarzucić jej, że jej negatywne emocje źle wpływają na to jak wykonuję swoje obowiązki. Udaje twardą i nieporuszoną, bo wie, że cały klan dziwnie się na nią patrzy. Udaję też, że kompletnie ją to nie obchodzi, że to wszystko, co musiało się wydarzyć przed jej narodzinami, zmieni cokolwiek w jej życiu. Od najwcześniejszych księżyców będzie miała głowę przepełnioną wizjami przyszłości. Wielkiej przyszłości, którą sama sobie zgotuję. Nie jest marzycielką, która nosi głowę wysoko w chmurach, wierząc, że wszystko, co dobre, spadnie jej prosto pod łapy, kiedy ona będzie słodko pochrapywać na miękkim mchu w legowisku uczniów. Ona zadrze nos i będzie świadoma, że na wszystko trzeba zapracować. Jest bardzo ambitna i nienawidzi się obijać. Swoje obowiązki bierze bardzo, bardzo poważnie i we wszystkim widzi rywalizację; wszystko jest możliwością, aby się wykazać i pokazać, że jest zdolniejsza niż innym się wydaje. Nie pozwoli, aby cokolwiek przeleciało jej przed nosem. Nie chcę skończyć jak jej mama, która całe dnie smętnie zwiesza pysk i wpatruje się w swoje pociechy, jakby te były dla niej jednocześnie jedynym światłem i najokropniejszym koszmarem.

MORALNOŚĆ

Ma ogromne ambicje, a fakt, że już jako kociak nie widziała niczego złego w podstawieniu bratu łapy, tylko po to, żeby zwyciężyć z nim w przepychance lub innym wyścigu, pokazuje, że kieruję się postawą "po trupach do celu". Jest dość bezwzględna i nie można być pewnym, czy nie zrobiłaby czegoś faktycznie okrutnego, aby przeżyć lub zakończyć swoje działania sukcesem. Została wychowana w wierze w Klan Gwiazdy, ale w przeciwieństwie do dużej części jej rodziny nie przykłada aż tak dużej wagi do przekonań religijnych.

CIEKAWOSTKI

- przez swoją lekko zdeformowaną szczękę delikatnie i piskliwie chrapie w nocy.
- brzydzą ją wilgotne powierzchnie, które powinny zwykle być suche (pióra, futro itp.)
- nie lubi zapachu śliny
UMIEJĘTNOŚCI

Poziom medyczny: ///
Poziom wojownika: VI
Słabe strony: siła, wspinaczka i utrzymywanie równowagi, takt i trzymanie niektórych rzeczy dla siebie.
Mocne strony: szybkość i zręczność, spostrzegawczość, upór i duże ambicje od maleńkości.

RELACJE

RODZINA

Ojciec - Szałwiowe Serce [biologiczny; nie zna go, nie wie, że książę z Klanu Nocy jest jego ojcem], Królicza Prawda [przybrany; lubi go, wierzy, że jest jej ojcem i uważa, że jest jednym z mądrzejszych kotów w Klanie Klifu.]
Matka - Źródlana Łuna [kotka ją odpycha; nie przepada za całą tą stroną rodziny i nie ma zamiaru spędzać z nią zbyt dużo czasu. Nie ogranicza oceniających spojrzeń kierowanych w jej kierunku.]
Rodzeństwo - Wzburzony Kormoran [brat; bardzo go kocha i zależy jej na ich relacji, jednak nie przeszkadza jej to przed zdrową (lub mniej) porcją rywalizacji.]
Partner - ///
Potomstwo - ///

INNE

Judaszowcowa Gwiazda [dziadek; przez czas, kiedy żył, nie szanowała go, na pewno nie na tyle, na ile powinno szanować się lidera swojego klanu. Kiedy umarł w walce z mewami, nieco się do niego przekonała, jednak wiele jego decyzji pozostawiło w krzywym pysku gorzki posmak.]
Pikująca Jaskółka [babka; niesamowicie ją szanowała. Kotka była i nadal jest jej wzorem do naśladowania. Przejęła od niej podejście do kotów spoza Klanu Klifu i nie wstydzi się tego.]
Lśniąca Gwiazda [wuj; nie wierzy, że powinien przejąć władzę po ucieczce Pikującej Jaskółki. Już od pierwszych decyzji nie zgadzała się z nim i nie może się doczekać, aż ktoś inny przejmie tron. Byle tylko nie była to ta pokraka, którą wybrał na zastępce.]

SZKOLENIE

Mentor - Trójoki Zając [stryj; nie ma problemu do kocura. Lubi go w podobnym stopniu co ojca. Wierzy, że ma w sobie tę samą krew co Jaskółka, więc jest tak samo ogrnięty i zdyscyplinowany, nawet jeśli nie widać tego na pierwszy rzut oka.]
Uczniowie obecni - ///
Uczniowie dawni - ///
HISTORIA

Urodziła się jako owoc smutnej, miłosnej historii Źródlanej Łuny i księcia Klanu Nocy Szałwiowego Serca. Przyszła na świat ze swoim jedynym bratem podczas kresu panowania Judaszowcowej Gwiazdy. Po pierwszych księżycach spędzonych w żłobku została oddana pod łapy swojego stryja, który zajął się jej treningiem na wojowniczkę. Ukończyła go bardzo prędko, tak samo jej brat, więc wspólnie dostąpili zaszczytu i zyskali nowe imiona.