BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agrest x Kuklik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agrest x Kuklik. Pokaż wszystkie posty

18 grudnia 2023

Od Agresta cd. Kuklika

— Tato, tato! A jak wy się poznaliście? — Malinka położył się na łapce Kuklika, wpatrując się w niego z oczekiwaniem. 
— C-cóż, Agrest do mnie zagadał pierwszy chyba, a-ale nie pamiętam, jak dokładnie to było. 
— Taak, chciałem się dowiedzieć, jak to jest być uczniem — zamruczał czekoladowy. — A zaczęliśmy się przyjaźnić, odkąd razem wymknęliśmy się na zgromadzenie… 
— Wymknęliście się razem na zgromadzenie?! — pisnęła Mirabelka, wyraźnie nadstawiając uszy. 
— J-ja t-tylko poszedłem za Plusk! — Szylkret się spiął.
Lider szybko przybrał poważny wyraz pyska. 
— Tak, wymknęliśmy się wtedy, ale to nie znaczy, że wy macie robić to samo! — Zmierzył kocięta czujnym wzrokiem. — To naprawdę nie był dobry pomysł, dostaliśmy taką karę od przywódczyni, że…
Gracja pokiwała głową z rozwagą, widocznie biorąc sobie te słowa do serca. 
— To dobrze, że teraz ty rządzisz, to nas nigdy nie będziesz karać za takie rzeczy — stwierdził dumnie Malinek, ku zaskoczeniu swojej siostry. 
Bicolor zerknął na swojego partnera zmieszany, na co ten nie mógł się powstrzymać przed lekkim uśmiechem. Zdecydowanie nie byli najlepsi w tłumaczeniu tego wszystkiego. Mimo to starali się i mieli jeszcze czas się tego dobrze nauczyć, prawda? Liczyło się to, że byli w tym razem. 

***

Widział te jego coraz to powolniejsze ruchy, zmęczenie tylko bardziej odbijające się na rudym pyszczku, spojrzenie tracące blask. Czuł te szybko tracące ciepło łapy, tą wiotczejącą skórę i ten słabnący oddech na swojej szyi. A mimo to śmierć Kuklika była dla niego tak niespodziewana. Tak druzgocząca mimo tych wszystkich oczywistych sygnałach ją poprzedzających. Czy jednak we wszechświecie istniał taki sposób, który by go na nią przygotował? Czy możliwe dla niego byłoby pogodzenie się z nią wcześniej, w przypadku gdyby znał dokładną datę? I czy w ogóle byłby w stanie znieść posiadanie takiej wiedzy?
W głębi siebie niestety miał świadomość, że w żadnych okolicznościach nigdy nie byłby na nią wystarczająco gotowy. Żaden wcześniej wspólnie spędzony dzień nie mógł wynagrodzić pustki, którą teraz czuł. Żadne gesty wsparcia, czy pocieszające słowa. Nic. Nic i jeszcze raz nic. 
Pomyśleć, że jeszcze do niedawna zastanawiał się, czy nie zaproponować Kuklikowi… rytuału związania. Zdawał sobie sprawę, iż jego partner nie wierzył we Wszechmatkę, jednak branie w nim udziału tego nie wymagało, a Agrestowi na tym zależało, więc pewnie by się zgodził. Po prostu… chciałby to przeżyć, jeszcze bardziej doświadczyć bliskości szylkreta. Czuć, że Wszechmatka czuwa także nad ich więzią i ją błogosławi. Odkładał to jednak na później – chciał zaproponować to ukochanemu w jakimś szczególnym momencie, więc czekał, aż ten sam nastąpi. Wraz z pogorszeniem się stanu Krecik i jej ostatecznej śmierci, natomiast zupełnie stracił humor, by robić cokolwiek w tym kierunku. Bez niej przy boku wydarzenie zdawało się tracić na wartości, w każdym jego wyobrażeniu była tam jedną z najważniejszych osób. 
Teraz żałował. Żałował, że zamiast dywagować nad szczegółami, po prostu się go nie zapytał. 
Westchnął cicho, podnosząc podbródek, dotychczas oparty na barku szylkreta. Pociągnął nosem, po raz kolejny spoglądając w pozbawione życia brązowe ślepia. Nie przypominały już tych, w których się zakochał ani tych, których widok poprawiał mu humor każdego dnia. Nie przypominały, bo brakowało w nich najważniejszego – samego Kuklika. 
Pamiętał jego słowa, wypowiedziane w dniu śmierci. „Nawet jak umrę, to będę z tobą”, „Przecież, ja zawsze będę przy tobie. Proszę… Będziesz pamiętał?”. I pamiętał je wyraźnie. Jednak co z tego, skoro wcale tego nie czuł? 

***

— Długo już tutaj siedzisz — cichy głos wyrwał go z transu. 
— Ty też pojawiasz się tutaj nierzadko — zauważył gorzko. 
Jaskółka usiadła obok niego. 
— To prawda, ale nie spędzam tu aż tylu godzin. Po prostu martwię się o ciebie. Jadłeś coś dzisiaj? 
Szczerze? Agrest nie pamiętał. Wszystkie dni zaczęły mu się zlewać ze sobą po śmierci dwóch tak ważnych mu osób. Możliwe, że któreś z jego dzieci przyniosło mu coś do przegryzienia, lecz sam nie był pewien kiedy dokładnie miało to miejsce. 
— A ciebie to nie rusza jakoś? Nie boli? — zapytał, zamiast odpowiadać. — Nie odczuwasz jej braku na każdym kroku? 
— Oczywiście, że boli. — Szamance udało się złapać jego spojrzenie. — Wiem jednak, że Krecik tam na mnie czeka i kiedy przyjdzie czas, to do niej dołączę. Wszechmatka wyznaczyła każdemu kotu inną ścieżkę, bo każdy z nas jest inną osobą. Relację są ważną częścią dróg jednostek, lecz nie są na niej jedynymi elementami. Najlepsze, co mogę zrobić dla moich świętej pamięci bliskich to spełnianie wyznaczonej mi roli tutaj, póki jeszcze jest mi to dane. — Uśmiechnęła się słabo. — Nie oznacza to zapomnienia o nich, a raczej także uhonorowanie także ich wkładu, właśnie w ten sposób. 
Czekoladowy skrzywił się na te słowa. Niby czuł, że miała rację, jednak w tej chwili nie był jeszcze w stanie tego zaakceptować. Jak przecież mógłby się pogodzić ze stratą i mamy, i partnera, w tak krótkim odstępie czasu?

***

Wiercił się w swoim legowisku, łapą ślepo próbując dosięgnąć Kuklika, którego ciepła z jakiegoś powodu wciąż nie potrafił znaleźć. Wiatr coraz to mocniej przeszywał jego ciało, jedynie potęgując uczucie wychłodzenia. 
Wydał z siebie przeciągły jęk niezadowolenia. Gdzie on się podział? Czyżby też zaczynał mieć pierwsze problemy z pęcherzem lub trawieniem, jak większość kotów w ich wieku? 
Przekręcił się na drugi bok, gotów poczekać jeszcze chwilę, gdy usłyszał szeleszczący hałas na środku obozu. Poderwał się z miejsca, szczęśliwy, że ukochany w końcu do niego dołączy, nim otworzył oczy i na jego miejscu ujrzał Jaskółkę. Świadomość rzeczywistości natychmiast oblała bicolora niczym lodowaty wodospad, pod który nagłą siłą został wrzucony. Czemu jego umysł nadal nie mógł się przyzwyczaić, iż Kuklik nie żyje, zamiast kontynuować dawanie mu łamiące serce nadziei?
Zaraz, zaraz, ale gdzie właściwie aktualnie wybierała się Jaskółka? Niebo dopiero co się zaczęło rozjaśniać, nawet słońce jeszcze nie wzeszło. Czyżby coś ją zaniepokoiło?
— Jaskółko! — zawołał za nią, gdy zeskoczył z topoli. — Gdzie idziesz?
Czarna z początku nie odpowiadała, zamiast tego pospiesznie kierując się w stronę lasu.
— Wszechmatka mnie wzywa — odparła nareszcie, nie zwalniając tempa. 
— Wszechmatka? Ale jak to? W taką pogodę? — Czując, jak żołądek mu się zaczyna ściskać, wyprzedził czarną, stając naprzeciwko niej. — Proszę, nie opuszczaj obozu, gdy mamy takie warunki, jeszcze coś ci się stanie — Ogonem wskazał na pobliskie drzewa, uginające się i skrzypiące pod siłą wichury. — Wszechmatka na pewno jest w stanie poczekać. 
Szamanka wyminęła go, kręcąc głową. 
— Co się dzieje? — Zdezorientowana Ważka zmrużyła zaspane oczy. 
— Ważko, pomóż mi! Ona chce się spotykać z Wszechmatką podczas takiego wichru! 
Szylkretka szybko dołączyła do niego w tej dziwnej pogoni, która tak naprawdę polegała na próbach przekonania starszej, aby dobrowolnie zawróciła. Gdy znaleźli się tuż przed Owocowym Laskiem, czarna wreszcie się zatrzymała, na co przywódca odetchnął z ulgą. 
— Agreście — obróciła się do niego z dziwnym błyskiem w ślepiach. Podmuch wiatru nieustannie targający mu futro, przybrał na sile — nie zapominaj o znaczeniu słów i sile, jaką za sobą niosą. Już raz to one nieodwracalnie wpłynęły na ciebie – teraz to ty nie dopuść, by zdołały przepłynąć dalej. 
Bicolor skonsternowany uniósł brwi. O czym ona nagle zaczęła gadać? Jakie słowa niby na niego wpłynęły i czemu mają magicznie przepływać dalej? Coś powiedział nieodpowiedniego niedawno, że teraz tak zaczęła mu mówić o ich sile? Nic z tego nie rozumiał. Wszechmatce nie podobało się jego słownictwo ostatnimi czasy czy co… 
Wtem jego dywagacje przerwał trzask, dochodzący z ponad nich. Gwałtownie uniósł głowę w tamtą stronę, tylko po to, by zobaczyć, jak jeden z konarów drzewa leci w ich stronę. Instynktownie odskoczył w tył, podczas gdy przed oczami zdążyło mignąć mu jeszcze szylkretowe futro. 
Następnie rozległ się jedynie wrzask i głuchy gruchot, połączony z dźwiękiem rozlania się czegoś. 
I to było wszystko. 
Owładnięty szokiem cofnął się o krok, w reakcji na widok, jaki właśnie przed nim powstał. Dwie bliskie mu kotki ledwo były widoczne pod ciężarem ogromnej gałęzi, która chwilę temu je brutalnie zmiażdżyła. Drzewo symbolizujące życie w ich religii – właśnie bezceremonialnie odebrało je swoim odwiecznym wyznawcom. 
Agrest brał coraz to częstsze i szybsze oddechy, mimo to nie mogąc odwrócić wzroku od tragedii tuż przed nim. 
Po jakimś czasie przy czekoladowym zaczęły pojawiać się inne koty, tylko więcej i więcej. Przywódca ani drgnął na przybycie któregokolwiek z nich. Zwyczajnie nie był w stanie się ruszyć. Nie potrafił odejść z miejsca zdarzenia, dopóki któryś z Owocniaków nie odciągnął go siłą. 

***

Klan był pogrążony w żałobie przez ostatnie wschody słońca. Nikt nie mógł pojąć, dlaczego dwie najbardziej cenione w społeczności osoby zginęły w tak niespodziewany i brutalny sposób. Odprawiono na ich cześć rytuał Ostatniego Pożegnania, choć oczywiście nawet to w najmniejszym stopniu nie mogło wyrazić ogromu dobra, jakie Owocowy Las im zawdzięczał. Pochowano je z największą troską, upamiętniono najlepiej, jak to tylko było możliwe, a mimo to wciąż nie wydawało się to wystarczające. Świergot oficjalnie przejęła obowiązki szamana, zachęcając wierzące koty do aspiracji na rangę zielarza oraz domagając się, aby umocnić wiarę we Wszechmatkę w ich społeczności, także ze względu na uhonorowanie zmarłych, czemu Agrest nie miał nic przeciwko.
Nie oznaczało to jednak, że relacja przywódcy ze Wszechmatką ostatnio nie uległa pogorszeniu. Zdecydowanie nie. Miał do niej ogromny żal. Już nawet pomijając, jak potraktowała swoich najbardziej oddanych wyznawców i zakończyła ich życie; to zupełnie nie rozumiał, dlaczego odbierała mu ona ważną osobę, za osobą, w przeciągu tak krótkiego odstępu czasu. Nie mógł należycie przeżyć żałoby z powodu odejścia jednej, kiedy zaraz umierała druga. To wszystko działo się za szybko. Utracił poczucie, że nadąża nad wszystkimi wydarzeniami, jakie mają tu miejsce, co tylko potęgowało w nim lęk. Był słaby i tracił kontrolę. Jeśli ktokolwiek by to zauważył, mógłby chcieć to wykorzystać. A on zapewne przez przeciążenie, nawet by się nie zorientował, co ma miejsce, dopóki nie byłoby już za późno. 
Dlatego też dokonując wyboru na zastępcę miał na szczególnej uwadze, żeby wziąć kogoś zdecydowanego i czujnego. Sama Fretka zresztą uważała, że tylko taka osobowość zapewni im bezpieczeństwo. Na początku wahał się między dwoma kotami, jednak biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, szybko podjął decyzję. Drugi kandydat miał obecnie trudną sytuację, więc zrzucanie mu kolejnych obowiązków na barki, zwyczajnie mijało się z celem. 
Dlatego wchodząc na najwyższą gałąź topoli, zastępcą mianował… Daglezjową Igłę. Moment wypadku Winogrona był pierwszym, w którym dostrzegł potencjał kotki na dobre sprawowanie się w tej funkcji. To ona pierwsza pobiegła burej na pomoc, gdy reszta klanowiczów znieruchomiała z szoku. Bez wahania zaczęła trafnie instruować stojące obok koty, jak powinny postępować. Zachowanie zimniej krwi w takich przypadkach było kluczowe, a sam Agrest cenił je wręcz podwójnie, jako że sam nigdy nie okazywał się w tym najlepszy. Jej zdecydowanie nie oznaczało jednak braku ogłady, jak to bywało u co poniektórych. Ostatnio nawet częściej z nią rozmawiał i wówczas zawsze zachowywała się kulturalnie. Oprócz tego pointka wykazywała się pracowitością. To ona zawsze należała do jednych z tych osób, które dobrowolnie zgłaszały się do dodatkowych patroli, czy prac w obozie. 
Najbardziej kontrowersyjną kwestią kandydatury rudej było niestety jej pochodzenie. Nie mógł zliczyć, ile już razy słyszał nazywanie jej zdrajczynią, wyłącznie z tego względu. Sam jednak nie podzielał takich opinii, cała sytuacja z Klanem Klifu już zresztą zdążyła przetestować lojalność wojowniczki. I zdała ten egzamin świetnie, po powrocie jeszcze mocniej związując się z tutejszą kulturą. 
Lider po ogłoszeniu Owocowemu Lasu zastępcy, ponownie skrył się w dziupli, stanowiącej jego legowisku i ukrył głowę w swoich łapach. 
Miał jedynie nadzieję, iż nie tylko on zauważył predyspozycje Daglezji oraz że podjął dobrą decyzję odnośnie przyszłości ich społeczności. Ocena tego jednak stawała się coraz trudniejsza, gdy tylko częściej zdawało mu się, jakby odchodził od zmysłów. 

06 grudnia 2023

Od Kuklika CD. Agresta

Agrest zawsze potrafił go pocieszyć. Nawet sama jego dobra energia tak na niego oddziaływała, że mimowolnie się uśmiechał. Jakiekolwiek zło by na niego nie czyhało, przy nim zawsze było dobrze. Zastrzygł lekko uchem, dalej zastanawiając się nad tym o co zapytał Agrest. Czy on w ogóle był gotowy na to, by pomóc w wychowywaniu dzieci? W końcu, będzie tam jak trzecie koło u wozu… Może nawet nie będzie przydatny? Nie chcąc dalej się tym zadręczać, stwierdził w myślach, że życie mu pokaże. 
– Szczerze, t-to nie wiem Najważniejsze, by b-byli szczęśliwi. Mam nadzieję, że tak będzie…– zamruczał cicho, kładąc głowę na łapach. – T-to wszystko jest takie… Pokręcone. A-ale damy sobie radę, racja?
Nawet nie czekając na reakcję Agresta, przytulił się do niego najmocniej jak umiał i zmrużył oczy.
– Na pewno będzie dobrze! Nie zadręczaj się, pomyśl o tym jakie to będzie super!- odpowiedział czekoladowy, tym samym podekscytowanym głosem. Chciał być takim optymistą jak jego partner. Nie przejmować się tak pierdołami, które mało co wnosiły do życia… 
Cieszył się z jego obecności i tego jak bardzo mu pomagał na każdym kroku. Jego wsparcie było dla niego niezbędne, gdyby nie on… To w jakiej sytuacji byłby dzisiaj? Dalej zadręczałby się i nie potrafił podejść do niegoA i wyznać mu swoje uczucia? Dalej płakałby po nocach, nie wiedząc co ze sobą robić? Najprawdopodobniej tak. Teraz chociaż jego wszystkie problemy dalej nie zniknęły, przynajmniej mógł liczyć na partnera.
Czując jego ciepło, było lepiej mu zasnąć. Zawsze lubił kontakt fizyczny, ale oczywiście tylko ze strony bliskich. W dzieciństwie trochę mu tego brakowało. Oczywiście, mama zawsze się starała… Ale mogła bardziej mu okazywać bliskość. Nie pogardziłby. A jeszcze lepiej by było gdyby nie umarła. Nawet towarzystwem ojca by nie pogardził, ale życie chciało inaczej. Ciekawe, co się z nim w ogóle stało? Czasem zastanawiał się nad przeszłością, chociaż to nie było zbyt zdrowe. Mimo, że dla niego najważniejsza była przyszłość, ślad dawnych czasów dalej się za nim ciągnął. Nie potrafił tego powstrzymać.

***

Za każdym razem gdy patrzył na kociaki, czuł jak jego serce roztapia się po raz kolejny. W ciągu swojego długiego życia często widział młode koty, ale po raz pierwszy towarzyszyły mu tak silne emocje. W końcu, to były jego dzieci! Teoretycznie nie, ale praktycznie… Próbował nie myśleć o tym, że w sumie to nie jest ich ojcem, bo to go tylko dodatkowo dołowało. Było jednak trochę niekomfortowe to, że Krucha była również w to wplątana i w sumie to dzięki niej te dzieci przyszły na świat. Starał się jej unikać, nie ze strachu przed nią, tylko raczej lekkiego zagubienia. Nie znał jej zbyt dobrze, a teraz byli sobie… Dość bliscy. 
Widział, że te dzieci były jak dar dla niego i Agresta. W końcu założyli wspólnie rodzinę i ich miłość była coraz to mocniejsza. Jednocześnie jednak dzieci to nie było byle jakie wyzwanie, trzeba było ich wychować, wspierać, pokazywać odpowiednią drogę… To wszystko wydawało się być strasznie trudne. Miał obawy, że będzie to ciężkie. Jak na razie kociaki tylko jadły i spały, więc nie było w tym jakiejś większej filozofii, ale jak dorosną… Czy byli na to gotowi? Agrest i tak był przeciążony swoją pozycją. 
Widział po nim jak się stara, ale nawet dla niego musiało to być męczące. Patrząc jeszcze na wydarzenia, które miały miejsce podczas ostatnich księżyców, wiedział, że będzie to dla Agresta cholernie trudne. Dbanie o grupę, organizacja, polityka…Przecież to było strasznie dużo roboty! Kuklik miał nadzieję, że pomoże mu swoją obecnością i wsparciem, bo… Co więcej mógł zrobić? 
 
***

Czas płynął zdecydowanie za szybko. Dlaczego? To było naprawdę niedorzeczne, jak każdy księżyc był jak ulotna chwila. Ledwo co zauważył, że jego dzieci tak wyrosły i byli już uczniami. Pamiętał jak Agrest rozmyślał nad tym kim będą. Gracja zaczęła się uczyć jak być stróżem, Migotka i Mirabelka obrały ścieżkę zwiadowców, a Malinka jako jedyny stwierdził, iż bycie wojownikiem to jest to, co chce robić w przyszłości. Był z niego strasznie dumny i chociaż kochał wszystkie dzieci, to syn był mu najbliższy z oczywistych przyczyn. Mimo temperamentu młodego oraz jego wiecznej energii, udawało im się czasem dogadać. 
Momentami zastanawiał się czy jest dla nich wystarczający. Przecież nie był na tyle silny by ich obronić, odwaga nigdy nie była jego mocną stroną… Jakim cudem Agrest go kochał? Nie był przecież niesamowity, był… Zwykły. Słaby. Głupi. Nie chciał uchodzić za takiego, co tylko użala się nad sobą, ale niestety takie były fakty. Jednak jego partner wydobył z niego jakieś dobre cechy, więc musiał mu zaufać. Może miał rację i nie był aż taki zły?

***

Z dnia na dzień jego koniec nadchodził coraz bliżej. Czuł to. Nieuchronne zakończenie życia, zbliżał się moment, kiedy po raz ostatni przytuli się do partnera, po raz ostatni powie mu, że go kocha… Nie chciał odchodzić. Nie chciał porzucać swojej rodziny. Miał ich od tak zostawić? Gdyby tylko mógł cokolwiek z tym zrobić… Z każdym dniem był coraz słabszy, coraz to bardziej zmęczony… To było naprawdę frustrujące przypatrywać się temu, jak się powoli upada. Coraz to bardziej żałował każdej złej decyzji, coraz to bardziej chciał naprawić wszystkie błędy… Ale na to nie było już czasu. Ile mu zostało, kilka księżyców? Przecież to było aż śmieszne…
Nie chciał być sam, dlatego do Agresta kleił się jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Mówienie głośno swoich obaw było wykluczone, nie chciał w końcu go straszyć bez powodu. Może tylko mu się wydawało? Pewnie tak było, a on tylko przesadzał. Wielokrotnie zdarzało mu się źle reagować do danej sytuacji lub coś źle odebrać, więc… Może nie umierał? Może…
– Agrest? Pamiętasz, że cię kocham?- powiedział cicho do partnera, zwijając się w kulkę. Ciepłe legowisko z czekoladowym u jego boku, dawno nie było takie przytulne.- Cokolwiek by się nie działo, ja będę cię zawsze kochać. Nawet jak umrę, to będę z tobą.
– Kukliku, przecież jeszcze nie umierasz…– próbował odpowiedzieć coś nerwowo Agrest. Na te słowa jedynie lekko się uśmiechnął przymykając jeszcze mocniej ślepia. 
– Może nie. Ale… Czy na pewno pamiętasz? Każdego dnia? – powtórzył szylkret, pełen obaw.
– Tak. Dlaczego miałbym zapomnieć?
– B-bo… Może kiedyś zapomnisz. Kiedy mnie już nie będzie. I będziesz się czuł samotny i opuszczony, a ja tego nie chcę. Nie chcę, byś się smucił. Przecież, ja zawsze będę przy tobie. Proszę… Będziesz pamiętał? – zapytał po raz ostatni, kładąc pysk na ziemi.
Agrest znowu potwierdził. I wtedy po raz ostatni powiedzieli sobie dobranoc i po raz ostatni Kuklik wyszeptał mu do ucha “kocham cię”. Przynajmniej umarł u boku ukochanego, spokojną śmiercią. I miał nadzieję, że czekoladowy dotrzyma obietnicy.

07 sierpnia 2023

Od Agresta cd. Kuklika

Niemożliwe! Kuklik odwzajemnił! Odwzajemnił!!!
Przysunął się jeszcze bliżej niego, mając wrażenie, że zaraz eksploduje ze szczęścia. To było takie niezwykłe i też trochę dziwne! Nie wiedział, że można tak czuć taki entuzjazm z najzwyklejszych czynności czy po prostu bliskości. Już teraz bardziej rozumiał dlaczego niektórzy byli tacy wylewni, nawet będąc na oczach wszystkich… 
Kiedy w końcu się od siebie odkleili, Agrest nie mógł się powstrzymać od wyszczerzenia się tak szeroko, że aż prawie zabolały go od tego kąciki ust. Radość wręcz rozpierała mu serce, więc musiał ją jakoś uzwenętrznić! Szylkret w odpowiedzi również się uśmiechnął i zaraz wtulił się w futro czekoladowego. Zastępca w reakcji objął go obydwiema łapami, a jeszcze, jakby tego było mało, także ogonem. Zamruczał głośno, czując ciepło otulające go z każdej strony. Nie wiedział, czy bardziej napływało ono od niego samego, czy od kocura aktualnie ocierającego się o jego szyję. 
Szybko liznął partnera (własnego partnera!) w policzek i zamknął oczy, delektując się chwilą.

***

Wracając o zmierzchu tuż u boku swojego chłopaka, spotkał się spojrzeniem z Jaskółką, której kąciki widocznie poszybowały w górę na jego widok. Wiedziała. 
Kiwnął na nią głową, na co ta puściła mu oczko i wskoczyła na gałąź klonu, obok swojej ukochanej, zapewne chcąc zostawić im więcej prywatności. 
Jedynie Komar zdawał się spoglądać na nich nieprzychylnym wzrokiem. 

***

Uniósł wysoko ogon, zauważając, że Kuklik postanowił odwiedzić jego legowisko. Najczęściej przychodził tutaj pod wieczór, kiedy cały Owocowy Las już pogrążał się we śnie. Agrest uważał posiadanie własnej gałęzi do spania za jeden z największych plusów bycia liderem. Mieli tu tyle przestrzeni dla siebie z Kuklikiem, a także spokój, całkowitą swobodę oraz piękny widok na cały obóz! 
Bicolor szybko jednak dostrzegł, że z szylkretem coś jest nie tak. Bezwiednie wodził spojrzeniem po ziemi, wyglądając na strapionego. 
— G-gdybym był kotką, to wszystko byłoby prostsze — stwierdził na koniec, wsuwając nos w futro na jego szyi.  
Przywódca westchnął cicho. Nie miał intencji, by partner przez niego poczuł się w taki sposób. 
— Wiesz, nie chciałbym, żebyś był kotką — przyznał szczerze, splatając ich ogony. — Lubię cię i kocham takiego jakim jesteś, bo właśnie to… czyni cię tobą — zamruczał łagodnie. — A Krucha… cóż, też życzyłbym nam, aby to mogło się odbyć bez tego. Ale z drugiej strony coraz bardziej zaczynam dochodzić do wniosku, że może tak jest jednak lepiej? Będziemy mieli razem więcej doświadczenia, pomysłów, czy łap do opieki. A przede wszystkim pomożemy spełnić także jej marzenie, nie? Trzy szczęśliwe osoby zamiast dwóch — starał się go pocieszyć. 
— Chy-chyba masz rację — odpowiedział najlepszy przyjaciel czekoladowego, już trochę bardziej unosząc swoje zwisające uszy, lecz nadal nie w pełni. — Myślisz, że mnie po-polubią? 
— Muszą! Ciebie nie da się nie lubić! — Żartobliwie szturchnął go w ramię, mając dość desperacką nadzieję, iż to, co mówi faktycznie okaże się prawdą. — Jestem w ogóle bardzo ciekawy na kogo będą chciały się szkolić. Czy na stróża tak jak ty, czy na wojownika tak jak ja, czy może na zwiadowcę tak jak Krucha? Właściwie to super, że każdy z nas jest z innej profesji, będziemy mogli im dawać jeszcze rady od siebie, niezależnie co takiego wybiorą! — zaćwierkał, już nie mogąc się doczekać aż wreszcie je pozna. — No chyba, że jakiś medyk nam się trafi. Co obstawiasz? 

<Kukliku?>

29 lipca 2023

Od Kuklika CD. Agresta

 Agrest już od jakiegoś czasu zachowywał się strasznie dziwnie. Na początku nie zwracał na to uwagi, każdemu mogło trochę odbić. Mogło to być przecież spowodowane dużą ilością obowiązków albo jakimś stresem. Wolał nie wypytywać czekoladowego co się dzieje, gdyby chciał mówić, to już by to zrobił. Zresztą, Agrest nie wydawał się też być w jakimś strasznie złym stanie. Spędzali razem dużo czasu i to było najważniejsze. Kontakt z zastępcą był dla niego bardziej potrzebny niż powietrze. Te wszystkie spacery, wspólne rozmowy… To go napędzało i dodawało energii. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nigdy nie przyzna mu się do uczucia, które do niego żywił już od dawna. Zwykłe przyjacielskie interakcje już mu wystarczały. Chociaż w głębi duszy chciał móc się do niego bardziej przybliżyć, to było to niemożliwe. Przynajmniej tak sądził.
Gdy Agrest zapraszał go na ten spacer wydawał się być strasznie zestresowany. Nie rozumiał tego. O co mogło mu chodzić? Zawsze gdy gdzieś szli, to czekoladowy nie zachowywał się, jakby to było coś tak ważnego. A teraz taki przyszedł jak na szpilkach i jeszcze się gubił w słowach. Wtedy przyjął wersję, że może był zmęczony czy coś w ten deseń… Jednak jego zachowanie jak już wyszli na tą nieszczęsną przechadzkę, to była przesada! Chciał być wszechwiedzący i od początku wiedzieć o co chodzi. Również zaczął zachowywać się dziwnie, ponieważ nie potrafił być spokojny, wiedząc, że coś się dzieje z Agrestem! Już nawet nie próbował się pocieszyć, iż chodziło o błahostkę. Coś siedziało w głowie zastępcy i wyraźnie go dręczyło.
Kiedy usiedli i czekoladowy zaczął mówić, próbował jak najbardziej skupić sie na otoczeniu. Nie potrafił mu popatrzeć w oczy. Co on znowu chciał niby powiedzieć?! Może by w końcu mu wyznał co mu ciąży na sercu i mu przeszkadza. Krzaki wydawały się być o wiele lepszym miejscem do obserwowania, niż te jego zielone ślepia. Mógłby się wpatrywać w drzewa bez końca, gdyby nie nagły ruch Agresta. Momentalnie jego wzrok spoczął na pysku przyjaciela. Teraz już naprawdę nie wiedział co ze sobą począć. Mówić coś czy nie? Siedzieć cicho? Czekoladowy miał coś powiedzieć z tego co usłyszał, czemu nic nie mówił? I czemu do diaska tak go chwycił pod podbródkiem?! Jego serce biło w zawrotnym tempie, a teraz nawet nie potrafił spojrzeć w inną stronę. Wlepiał ślepia prosto w twarz Agresta, która… Była coraz bliżej?! Czy to… Nie, no chyba nie! Mimowolnie lekko się przysunął. Nigdy nie był tak… Tak blisko niego. Czuł jego oddech na swojej skórze. A czekoladowy był coraz to bliżej, aż doszło do… Pocałunku? Nie, to nie mogło być to?! Czemu Agrest miałby go całować. Czy… O to mu chodziło?... 
Czy on czuł to samo?
Gdyby mógł się ruszyć, próbowałby potrząsnąć głową by wypędzić te myśli. Teraz jednak zastygł w bezruchu, nie wiedząc jak zareagować. Chciałby, żeby to trwało wiecznie. Może to był po prostu sen? A może jawa? A co najważniejsze, czy on również mógł go… Pocałować? To brzmiało całkowicie absurdalnie. Przecież byli przyjaciółmi… Oni… Jego głowa była przepełniona tysiącem myśli, ale wygrała chęć zbliżenia się do czekoladowego. Przycisnął do niego mocniej pysk, czując motyle w brzuchu i uczucie pewnego spełnienia. Agrest… Go kochał. Chyba. Na to jak na razie wszystko wskazywało… To jego dziwne zachowanie, gesty… A teraz jeszcze całus, prawdziwy całus. Zastępca wydawał się też raczej być pozytywnie zaskoczony po jego ruchu, niż negatywnie zdziwiony... To nie mogło dziać się naprawdę! Otworzył jedno przymrużone oko. A jednak, miał przed sobą czekoladowego. Był tu i rzeczywiście byli tak blisko… A chciałby jeszcze bliżej. Blisko, blisko… Chciał objąć kocura i powiedzieć mu wszystko co czuje, powiedzieć to wszystko co chował przez tak wiele księżyców. Zamiast tego po prostu wyciągnął bardziej w jego stronę ogon, jakby chcąc sięgnąć po Agresta, wtulić się w jego futro.
Sam nie wiedział kiedy w końcu się lekko od siebie odsunęli. Dalej czuł na swojej mordce czekoladowego. Chciał to powtórzyć. Chciał takiego zbliżenia jeszcze raz. Zamrugał kilka razy, próbując jeszcze dojść do siebie po tym wszystkim. No i co teraz miał niby zrobić? Nie potrafił z siebie wydusić ani jednego słowa, a co dopiero się jakoś ruszyć z inicjatywą. Po prostu wpatrywał się w niego, dalej będąc niecałe dwa mysie ogony od niego. Myślał, że w tym momencie coś się zepsuje i Agrest będzie wydawać się jakiś nieswój bo może został źle zrozumiany, ale nie… Wyszczerzył się jak nigdy dotąd. Też się uśmiechnął. Czyżby właśnie jego marzenie się spełniło czy mu się coś przywidziało? Z nadmiaru emocji przytulił się do czekoladowego najmocniej jak umiał. On… Naprawdę tu był i go kochał! To nie był sen albo halucynacje! "To" się wydarzyło! Ich pierwszy pocałunek i w ogóle… Te całe spotkanie to była randka? Chyba tak… Wtulając się mocniej w Agresta poczuł, jak również jest przez niego obejmowany. Czuł ciepło bijące z jego ciała oraz to jak zastępca mruczał, po chwili też zaczął to robić. Chciałby mu powiedzieć to, co tak skrywał przez długi czas, ale głos ugrzązł mu w gardle. Wyszeptał jedynie ciche "kocham cię" zanim całkowicie poddał się i przestał myśleć. W końcu, po co się dalej nad tym wszystkim rozwodzić? Stało się, to się stało, a najważniejsze było przeżycie tej niezwykłej chwili. 


***
*przed atakiem Gwardii Oczyszczenia*

Nadal nie potrafił w to wszystko uwierzyć. Minęło już sporo księżyców, a oni… Po prostu byli razem. Naprawdę jak do tego doszło nie wiedział… Przecież byli przyjaciółmi a teraz nagle partnerami?! To wszystko było zbyt baśniowe… On i tak wspaniały kocur byli razem w związku? Gdyby ktoś mu to powiedział kilka księżyców wcześniej, zaśmiałby się jedynie nerwowo i uznał za słaby żart. Jednak mimo tego całego oszołomienia, które dalej odczuwał, przy Agreście znikały wszystkie wątpliwości. Był jak najbardziej realny, troskliwy i czuły jak zawsze. Już nawet zwykłe samotne polowanie czy jakakolwiek inna aktywność ponieważ teraz jako stróż głównie sprzątał i robił jakieś pierdoły, było dla niego katorgą, ponieważ chciał być jak najbliżej niego przez cały czas. Chciał czuć na swojej skórze jego dotyk i wpatrywać się w jego oczy. Chciał być obok niego cały dzień i całą noc. Oczywiście było to niemożliwe, dlatego po prostu spędzał z nim jak najwięcej czasu ile mógł. Oczywiście, Agrest miał dużo obowiązków jako lider, ale zawsze udawało sie znaleźć czas tylko dla nich. 
Zawsze chciał mieć kociaki. Oczywiście nie biologiczne, tylko adoptowane. Posiadanie biologicznych dzieci wiązałoby się dla niego z ogromnym dyskomfortem jak i również byłby tym z lekka obrzydzony. Już zaakceptował to, że urodził się w złym ciele, więc powodowanie by ta dysforia wróciła, było po prostu głupie. Poza tym gdyby się już uprzeć, to był już… Trochę stary. Nie czuł się jednak na tyle księżyców ile miał. W głębi serca dalej był młody i głupi. 
Nie spodziewał się jednak, że Agrest również o potomstwie myślał i zdecydują się na… Taką metodę. Krucha to była dobra kotka, jednak sam fakt, że jego chłopak miał mieć z nią dzieci… Wiedział, że to była najlepsza opcja, ale jednak czuł pewien żal do samego siebie. Może gdyby znalazł inne rozwiązanie, nikt obcy nie musiałby w tym pomagać. Westchnął ciężko. Nie podobało mu się to, że będzie jednak trzecim, odstającym rodzicem, ale to było dla ich wspólnego szczęścia. Przecież chcieli kociaki, racja? Zaszurał lekko łapami o podłoże. Chciałby być bardziej pozytywnie do tego nastawiony, ale jakoś nie potrafił.
Wstał powoli i skierował swoje kroki do legowiska lidera. W sumie, teraz tam spędzał dużo czasu, bo przecież spał razem z Agrestem i było tam o wiele lepiej niż w wspólnym legowisku wojowników. Poza tym jego położenie było dość komfortowe, ponieważ w znacznej odległości od innych. Czuł się tu bezpiecznie. Gdy wszedł już na topolę i z ulgą postawił łapy na gałęzi, spojrzał na siedzącego czekoladowego. Uśmiechnął się do niego lekko.
- Można?- zapytał się, wskazując ogonem na miejsce obok lidera. Zachował się trochę głupio pytając o przyzwolenie, ale chyba wypadało? Nie chciał w końcu Agrestowi przeszkadzać gdyby okazało się, że rozmyśla nad czymś ważnym. 
- Oh, oczywiście!- odpowiedział czekoladowy, reagując radośnie. Dobrze było wiedzieć, że mógł spędzić z nim chwilę i porozmawiać. Przycupnął obok niego i lekko polizał go za uchem, przygładzając odstający kosmyk futra. Zamiast jednak podjąć jakiś temat, spojrzał w ziemię. Dalej nie potrafił oczyścić myśli, jakoś tak… Po prostu przejął się strasznie tą sytuacją z dziećmi.
- Coś się stało?- usłyszał nagle, przez co lekko podskoczył zaskoczony, wyrwany z rozmyślań.
- N-nie, znaczy się tak… Ja… Uh, no wiesz- powiedział cicho.- Krucha i w ogóle…- mówiąc to, zauważył, że Agrest przestał być w tak dobrym nastroju co wcześniej.- Ja… Tak, jestem zazdrosny. Jestem zazdrosny i zły na siebie, że… Że ona może dać nam to szczęście, a ja nie. G-gdybym był kotką, to wszystko byłoby prostsze- stwierdził, wsuwając nos w futro na jego szyi. Nie chciał narzekać na to, że kremowa kotka będzie poniekąd częścią ich rodziny, ale nie potrafił się powstrzymać. Chciał być wobec Agresta całkowicie szczery.

<Agrest?>

14 lipca 2023

Od Agresta cd. Kuklika

*Dawno wszystko znowu i latem*

— A-ale musisz przyznać, że wyglądałeś komicznie. Kto normalny chce przenosić badyla?! — parsknął Kuklik, chichocząc pod nosem.
Agrest wyszczerzył się do niego najszerzej, jak umiał. Poczuł, jak ciepło oblewa całe jego ciało, patrząc na łzy w oczach najlepszego przyjaciela. Czuł się tak dobrze w jego towarzystwie! Śmiech szylkreta wybrzmiewał dla czekoladowego wręcz jak jakaś melodia szczęścia. Niby był taki sam jak zawsze, a jednocześnie tak odmienny. Po prostu… bardzo uroczy. A może on zawsze śmiał się w taki sposób?
Zresztą, czy to ważne? W tym momencie po prostu odkrył, że byłby w stanie zrobić nawet najbardziej idiotyczną rzecz na świecie, byleby tylko uśmiech zawitał na jego mordce.

***

Już dawno zapadł zmrok, a on nie mógł przestać wiercić się na swoim posłaniu. Ostatnio miał dziwnie dużo energii, szczególnie w porównaniu do tego jak czuł się po zabójstwie Janowca. Było to wręcz szokujące. Może ten dzisiejszy, udany spacer jeszcze jakoś dodatkowo go nakręcił? Bo od niezliczonych godzin nie mógł pozbyć się natrętnej myśli, żeby obudzić Kuklika i coś razem z nim zrobić. Fakt, że szylkret leżał oczywiście obok niego, ani trochę nie pomagał. Okropnie chciał po prostu po niego sięgnąć i… sam nie wiedział co. Ogólnie jakoś dziwnie przy nim zaczął się zachowywać. Nie wiedział, z czego wynikało to wszystko, przecież przyjaciel wcale się nie zmienił. Miał nadzieję, iż szylkret faktycznie nie miał nikogo innego na oku, bo… zaraz. Co. Czemu on tak nagle się tym zainteresował? Czy mu… nie. Czy mu spodobał się Kuklik?! O nie. Co on teraz zrobi! Tak w najlepszym przyjacielu się zakochać? Co szylkret sobie teraz o nim pomyśli? Kumplowali się przez tyle księżyców, a teraz nagle zastępca zaczął mieć jakieś romantyczne myśli dotyczące niego. Pewnie będzie to dla Kuklika niekomfortowe. Chyba że… on jakimś cudem odwzajemnia te uczucia. O nie. To jeszcze gorszy scenariusz! Co on wtedy zrobi? Przecież nigdy nie umiał w takie rzeczy! Musiałby wtedy jakiś plan obmyślać cały… to by był straszne. 
Załamując się obrotem spraw, zasnął dopiero gdy słońce wzeszło na horyzont. 

***

— Och, wiesz, ja nigdy nie byłam dobra w takich sprawach — wymamrotała nieco speszona Krecik. 
Agrest opowiedział jej o tym co uświadomił sobie w nocy, ponieważ… cóż. Nie miał innej osoby w klanie, przy jakiej czułby się komfortowo, zwierzając się z takiego czegoś. Więc tak się złożyło, że pierwsze co, to poleciał do swojej nieśmiałej, przybranej mamy. I jej partnerki, która wraz z upływem czasu zdawała się przyjmować podobną rolę… 
— Oj tam, nie doceniasz się! — Jaskółka ośmielająco trąciła barkiem ramię czarnej. — Może to i ja zrobiłam pierwszy krok, ale ty również wiedziałaś, jak skraść mi serce. — Puściła oczko kotce, na co ta uśmiechnęła się lekko, zaraz zawstydzona odwracając wzrok. 
Agrest parsknął cicho. Były urocze razem. 
Trochę zazdrościł im tej relacji. Obie dobrze wiedziały, że się lubią; stres polegający na niewiedzy, czy druga osoba odwzajemnia twoje uczucia już dawno miały za sobą. Nie musiały się już martwić o ocenę otoczenia i mogły po prostu się spokojnie, wspólnie zestarzeć. 
Nim się zorientował, co się wokół niego dzieje, Jaskółka wyciągnęła ze swojego futra drobny przedmiot i położyła przed nim. 
— Spójrz Agreście, to piórko, które kiedyś mi podarowała! — Wskazała ogonem na sterówkę któregoś z ptaków. Drobną, ale o jakże pięknym, wyrazistym modrym kolorze. Rzeczywiście robiła wrażenie. — Najśliczniejszy prezent, jaki mogłabym dostać!
— Długo szukałam czegoś idealnego — przyznała zarumieniona Krecik, by chwilę potem sapnąć z zaskoczenia, gdy dostała entuzjastycznego buziaka w policzek od swojej partnerki. 
Agrest westchnął. Chciał, żeby mógł okazywać Kuklikowi czułość w ten sposób. Ale czy gdyby zwierzył się mu ze swoich uczuć, nie uczyniłby ich relacji po prostu niezręczną? W końcu jeśli przyjaciel pragnąłby czegoś więcej, pewnie zrobiłby coś w tym kierunku, prawda? Z drugiej strony szylkret był zawsze dosyć nieśmiały, bicolor dobrze o tym wiedział. Jednak czy na tyle nieśmiały, by nawet nie próbować czegoś zasugerować, kiedy miał do tego mnóstwo okazji? Kocur mimo to nigdy nie odrzucał czekoladowego. Ani gdy zastępca stał się wyraźnie bardziej przylepny, ani gdy chciał spędzać z nim jeszcze więcej czasu. Wręcz przeciwnie, wydawał się szczęśliwy możliwością bliższego kontaktu z nim. Chociaż to też nie musiało wynikać z żadnych romantycznych uczuć. 
Żałował, że choć na chwilę nie posiadał możliwości cofania czasu. Wtedy mógłby szylkretowi to po prostu powiedzieć i w przypadku kiedy zareagowałby źle, całość wymazać i już nigdy do tego nie wracać. To wszystko było tak ciężkie…
— Dobrze, bo trochę odeszliśmy od tematu — Jaskółka przerwała jego myśli. — Według mnie mógłbyś, hm… zabrać go gdzieś, podarować mu coś lub zwyczajnie mu to powiedzieć czy jakoś pokazać. Jest wiele dróg, choć moim zdaniem najważniejsze jest, abyś po prostu był z nim szczery. 
Bicolor skinął głową, mimo to nadal wodząc wzorkiem po ziemi. 
— Tylko co jeśli on wcale nie czuje się tak samo jak ja?
— Wątpię, że tak jest w tym przypadku — zamruczała kotka, na co serce Agresta zabiło szybciej. — Niezależnie od tego, jeśli nie zaryzykujesz – nigdy się nie dowiesz. Myślom „co by było gdyby” lub „co by nie było gdyby” raczej ciężko będzie się od ciebie odlepić, obawiam się.
— Dziękuję, Jaskółko — Uśmiechnął się, powoli podnosząc swoje wcześniej opadnięte uszy. — Chyba już wiem, co zrobię.

***

Wziął głęboki wdech, trzepiąc ogonem na wszystkie strony. Będzie dobrze. A jeśli nie to… przeżyje to.
Ruszył w kierunku Kuklika, czując, jak jego łapy miękną, jakby nagle okazały się niczym zbudowane z mchu. Przełknął ślinę, stając naprzeciw przyjaciela.
— H-hej, czy chciałbyś może przejść się ze mną na spacer we dwójkę? Dzisiaj o Wysokim Słońcu na przykład? — Spojrzał na niego wielkimi, wcale nie przerażonymi oczami. — Oczywiście nie chcesz, jeśli nie musisz. To znaczy nie musisz, jeśli nie chcesz! — poprawił się szybko, ledwo powstrzymując chęć wybuchnięcia nerwowym śmiechem. Mentalnie miał ochotę palnąć się w łeb. Dopiero co zaczął realizować pierwszy punkt swojego „planu”, a już szło mu tragicznie! 
— O-och, wyjść z tobą? — Przyjaciel uniósł ogon. — B-bardzo chętnie, w każdej porze d-dnia, ha. 
— Super! — zapiszczał zastępca. — To widzimy się wtedy, bo teraz obowiązki mnie wzywają! — skłamał, bo zaczął się bać, że zaraz serce mu eksploduje i praktycznie uciekł z miejsca zdarzenia, zostawiając skonfundowanego szylkreta samego.

***

— Ja nie dam rady! — Podbiegł do wygrzewających się na słońcu Krecik i Jaskółki, tuż przed jego potencjalną randką. — Nie jestem wystarczająco gotowy!
Mentorka podniosła na niego ospałe ślepia i powoli podniosła się z trawy.
— Czy… czy wyglądam dobrze? — Kręcił łbem na prawo i lewo, starając się wyłapać jakiekolwiek niedoskonałości na swoim futrze.
— Stój spokojnie, obejrzę cię — zapewniła czarna, zaraz ziewając krótko. 
Strzepnęła listek z jego pleców, po czym kazała mu się schylić, by móc schludnie wylizać mu sierść na czole.
— Myślę, że jest dobrze? — Krecik w kontemplacji przechyliła głowę.
— Wiecie co… — zaczęła Jaskółka, przyglądając się dwójce — mam pomysł, chwilka!
Bicolor uniósł brwi na starszą kotkę, na co ta wzruszyła ramionami, zapewne również nie wiedząc czego się spodziewać. 
Jaskółka wróciła wkrótce potem, trzymając w pysku dość mały, fioletowy kwiatek. Podeszła do Agresta i bezceremonialne wplotła mu go w kosmyki futra. 
— Co ty robisz… Nie! — Wykrzywił mordkę, rozszerzając oczy. — To będzie zbyt oczywiste! — Zdenerwowany jak najszybciej wyplątał roślinę ze swojej sierści. 
— A to nie ma być oczywiste? — Zdziwiona kotka zmarszczyła nos. 
— Znaczy, ma być, ale… ale nie aż tak! 
— Bez nerwów, do niczego cię nie będę zmuszać. — Potarła kojąco jego ramię, na co odrobinę się rozluźnił. — Kwiaty dodałyby ci trochę uroku, ale poza tym nie potrzebujesz ich do niczego. Poradzisz sobie, wierzę w ciebie. 
Posłał czarnej słaby uśmiech, nim zamarł w reakcji na widok nieba. 
— Muszę już iść! — sapnął. — Dzięki wam za pomoc! 
— Nie ma za co! — zawołała za nim. — Będziemy z Krecik trzymać kciuki!

***

— Jesteś! — wykrzyknął Agrest, kiedy dołączył do przyjaciela, czekającego już przy wyjściu z obozu. — Chodźmy! — Przyspieszył kroku, raptem znów przechodząc z podekscytowanego nastroju na zestresowany. 
— Po-poczekaj! — Dogonił go Kuklik, spoglądając na niego pytająco. — Spieszymy się gdzieś? 
— Przepraszam! — Zwolnił, speszony przytulając ogon do swojej nogi. 
Westchnął cicho. Nadal nie wiedział, czy ta „randka” to dobry pomysł. Po prostu… okropnie bał się odrzucenia. Tym bardziej że szylkret zawsze był jedną z najważniejszych osób w jego życiu i towarzyszył mu od początku. Nie tylko nie chciał go stracić, ale także nie chciał stracić swobody, jaką miał z nim na co dzień. Martwił się, że taka informacja mogłaby zbudować niewypowiedziany dystans między nimi. 
A nawet gdyby Kuklik zareagował pozytywnie na wyznanie Agresta, to co on by dalej zrobił? Nie miał pojęcia, co należy ani co jest odpowiednie w takich sytuacjach, bo nigdy nie miał doświadczenia, więc… 
— Wszystko w porządku? — Głos wojownika przywrócił go do przytomności. 
Bicolor pokiwał głową, następnie szybko zmieniając temat. 
Szczęśliwie szli wzdłuż rzeki, która przyjemnie ochładzała ich ciała i wypełniała ciszę relaksującym szumem. Promienie słońca padały na nich od czasu do czasu – pogoda była prawie idealna. Jedynie cały mętlik w umyśle czekoladowego uniemożliwiał mu cieszenie się chwilą. 
Mimo to Agrest przystanął, gdy dotarli do zagajnika pełnego ćwierkających ptaków. Chyba poczuł, że nastał ten moment. Moment, w którym powinien wyznać szylkretowi, co czuje. 
Wojownik usiadł naprzeciw niego, lekko unosząc brwi. 
— Zatrzymujemy się tutaj?
— Tak, chciałbym ci coś powiedzieć. — Przełknął ciężko, jakby chciał tą śliną zepchnąć na dół serce podchodzące mu do gardła. — Więc Kukliku…
Spojrzał w niebo, jak gdyby szukając tam pomocy. Niby tyle myślał o tym, co mógłby powiedzieć, ale kiedy wreszcie nastąpiła ta chwila, to jego głowa stała się zupełnie pusta. Nie pomagało w tym to całe uczucie gorąca i duchoty. Jak miał wyrazić to wszystko zwykłymi zdaniami niby? Może… 
Ponownie otworzył swój pysk, jednak niemal od razu go zamknął, gdyż zauważył, że najlepszy przyjaciel wcale nie spotyka jego wzroku. A wręcz można było stwierdzić, iż patrzył wszędzie, tylko nie na czekoladowego. 
Co takiego niezwykłego tam widział niby? Agrest walnął ogonem o ziemię. Nie zabrał go tutaj, żeby oglądał sobie kwiatki. 
Zirytowany podłożył łapę pod podbródek szylkreta, by zwrócić na siebie uwagę. Podziałało perfekcyjnie. Jednak dopiero gdy Kuklik stał całkowicie nieruchomo przez dłuższą chwilę czasu, bicolor zdał sobie sprawę, jak to musiało wyglądać z boku. 
Wypuścił drżący oddech.
Chciałby go pocałować. Najbardziej na świecie. Jednak nadal, skąd miał wiedzieć, iż to jest odwzajemnione? Zrobienie takiego czegoś wbrew czyjejś woli przecież byłoby okropne. Zresztą, nawet nie powiedział przyjacielowi ani jednej rzeczy, z miliona które miał! Natomiast jednocześnie… dobrze wiedział, że nigdy nie był dobry w słowach. Od początku preferował działanie, więc czemu teraz wybrał inaczej? 
A gdyby… gdyby tak tylko spróbował…?
Powoli, ostrożnie, wyciągnął szyję w kierunku przyjaciela. Jedynie nieco. Aby sprawdzić. A wszystko to przy akompaniamencie swojego dudniącego serca. 
Czekał. 
Kuklik zamrugał na niego szybko. Ale. Nie ruszył się z miejsca. Wręcz zastępca odniósł wrażenie, iż on sam też minimalnie się przybliżył? Czyli… czyli to oznaczało, że Agrest mógł…? Chyba, chyba tak! 
Parsknął sam na siebie w myślach. Miał już dość tego ciągłego zastanawiania się i ukrywania swoich uczuć. 
Zacisnął mocno oczy i zetknął się nosem z ukochanym.

<Kukliku? ^^>

01 lipca 2023

Od Kuklika CD. Agresta

 Gdy tylko Agrest do niego podszedł, poczuł motylki w brzuchu. Myślał, że od momentu kiedy kocur otrzymał tyle nowych obowiązków, to przestanie z nim rozmawiać, więc cieszył się, że Agrest o nim nie zapomniał. Praktycznie nie zwracał uwagi na temat rozmowy, dla niego najważniejsze było to, że mógł spędzić chwilę czasu z czekoladowym. Rozmarzony potrafiłby się wpatrywać w kocura jak w obrazek przez cały dzień. Był dla niego chodzącym ideałem, kotem, którego słuchały się zawsze i wszędzie. Gdyby Agrest kazał mu wskoczyć w ogień, zrobiłby to bez zawahania. No może trochę by się bał, bo już nigdy by go nie spotkał… 
— J-ja... Uh, chyba d-dobrze...—odpowiedział po chwili, kiedy zakłopotany oderwał wzrok od przyjaciela.— A c-coś się stało?
Oczekiwał jakiejś najmniejszej reakcji, jednak czekoladowy lekko się przywiesił i wpatrywał się w jego oczy. Ciekawe, czy zauważył tam te całe pokłady miłości, skrywane przez lata?
— H-halo?— pisnął przestraszony, co mu się stało.—W-wzywać medyka?!??! Żyjesz?!??!
— Uch… co? —Agrest spojrzał na niego zaskoczony, zaraz potem śmiejąc się. — Tak, tak, nic mi nie jest.
– N-na pewno?!- próbował się upewnić. W końcu, kocur po raz pierwszy nie kontaktował i dziwnie wpatrywał się w jeden punkt.- Boli cię głowa albo coś?! To wszystko przez ten nadmiar obowiązków! Głupi Komar!
— Nie, wszystko w porządku! — zapewnił. — Chcesz się przejść na spacer może albo coś?
Pokiwał energicznie głową, szczęśliwy z możliwości spędzenia czasu z kocurem. Zaczął radośnie machać merdać ogonem. Każda chwila z Agrestem, była najlepszym co go spotykało każdego dnia. Zwykłe przelotne spojrzenie czy krótka rozmowa od razu powodowały, że życie stawało się piękniejsze. Znowu napotkał wzrok czekoladowego. Dobrze było go widzieć z uśmiechem na twarzy. Po chwili jednak ta cisza zaczęła się robić dziwna i jedynym dźwiękiem, który ją zagłuszył, było chrząknięcie Agresta. Musiał jakoś zacząć rozmowę, a chyba nawet wiedział na jaki temat… Spuścił na chwilę wzrok. Wiedział, że kiedyś będzie musiał o to zagaić, ale i tak czuł lekki dyskomfort.
— A-agrest... B-bo... Ja ostatnio s-słyszałem, ż-że podobno romansowałeś z l-liderką K-klanu Burzy. Cz-czy... T-to b-była prawda? Każdy mówi, ż-że... W-wiesz…
— Z Kamień? — Uniósł wysoko brwi. — Nigdy bym się tego nie spodziewał — parsknął, odrobinę zmieszany. — Kocham ją, ale jako przyjaciółkę. Zresztą to na dodatek byłoby mocno nieodpowiednie, tak z innym liderem? Mam nadzieję, że o mnie tak nie myślisz…
- Nie, nie!- szybko zaprzeczył. No trochę myślał…- P-po prostu słyszałem... I w-wiesz...- mruknął, niezbyt pocieszony stwierdzeniem, że ją "kochał".- N-naprawdę nic w-więcej między w-wami nie jest?... T-to... Uh... T-tak... Ch-chyba d-dobrze? S-sam mówisz, ż-że to nieodpowiednie…
Westchnienie Agresta niezbyt poprawiło mu humor. Nie chciał irytować przyjaciela, po prostu… Potrzebował wiedzieć, czy kogoś ma.
— Tak i to po prostu nie tego typu relacja. To by było dziwne… — wymamrorał, po czym zilustrował go od góry do dołu. — A ty jak tam? Masz kogoś na oku, ahaha? — pod koniec zaśmiał się trochę głośno. Aż przystanął, słysząc to pytanie. Otworzył na chwilę pysk, jednak po chwili go zamknął. Jeszcze coś palnie głupiego i będzie spalony na całe życie! Nie mógł przecież powiedzieć "tak i stoi tuż przede mną, bo to najlepszy kot jakiego kiedykolwiek spotkałem"!
- J-ja... N-nie!!!- powiedział trochę bardziej piskliwie niż przewidywał.- N-nikogo!!!
Nie sądził, że jego słowa zostaną odebrane inaczej, jednak z lekko wystraszonej miny Agresta wnioskował, iż coś pokręcił. 
— Cz-czekaj ale że Nikogo?! — wrzasnął czekoladowy. Od razu zrozumiał swój błąd. Przecież nie chodziło o kota tylko o… Brak kota! Czemu Nikt musiał mieć tak problematyczne imię?!
- Nie! - też się wydarł.- N-nie o t-to chodzi!- krzyknął z paniką, że kocur go źle zrozumiał. Nie kochał Nikogo tylko nikogo! Nie chciał, by Agrest myślał, że jest zabujany w kimś innym! 
— Aa dobra! — kocur wydał z siebie nienaturalnie wysoki skowyt. — To dobrze, bo już się bałem. To znaczy nie, że się bałem! Po prostu ee. No wiesz.
- Cz-czemu się bałeś?! O-on jest z-zajęty i nie w m-moim typie!- pisnął obrażony, marszcząc lekko nosek. Czy sądził, że ma taki słaby gust? Nikt nie był ani przystojny ani nie posiadał jakiejś super osobowości w przeciwieństwie do Agresta…
— Przepraszam! — spuścił wzrok. — Po prostu… nie wiem, wolałem się upewnić hah.
Lekko zdziwiony spojrzał na niego z niewypowiedzianym pytaniem w oczach. Czego on się bał i dlaczego "wolał się upewnić"... Upewnić się tego, że nie jest zainteresowany kimś innym?.... Naprawdę nie potrafił pojąć, o co mogło mu chodzić. To do niego nie pasowało. To wpatrywanie się w ślepia a teraz takie pytania…
- Aha...- powiedział cicho, nie rozumiejąc już co się wokół niego dzieje.
Szli w ciszy, dzięki czemu mógł dalej próbować rozwikłać tą zagadkę. Każda możliwa opcja odpadała, nie potrafił sobie wyobrazić powodu dla którego miałby się go wypytywać o miłość… Nie rozmawiali nigdy o tej kwestii.
Byłoby spokojnie, gdyby nie jakiś badyl na ziemi. Normalnie by go zignorował i próbował go przeskoczyć bądź obejść, ale Agrest ze swoimi pomysłami był szybszy.
— Poczekaj! — Podbiegł do jej końcówki. — Spróbuję ją przesunąć, żebyśmy nie musieli się tak schylać.
Sekundy ciągnęły się w nieskończoność, a on jedynie wpatrywał się jak słup soli w czekoladowego, który próbował ciągnąć to… coś. Wyglądało to komicznie. Był dość mały w porównaniu z takim badylem, a wszelkie szarpanie go, wyglądało jak zabawa kociaka. Zaczął słyszeć, jak Agrest powoli zaczyna się męczyć i trochę tam stękał, po czym po chwili do niego wrócił.
— Dobra może jednak nie — zaskrzeczał.
Przez pewien czas próbował powstrzymać śmiech. Tym razem nie był czerwony od zażenowania, tylko panicznego powstrzymywania się od wybuchnięcia na cały regulator. No Agrest się starał, ale coś nie wyszło. Gdy tak jeszcze pomyślał o tym, że czekoladowy próbował przenieść sam takiego badyla i wyglądał jakby ciągnął głaz, po prostu już nie wytrzymał. Ryknął śmiechem, ledwo co stojąc w miejscu.
- Przepraszam, a-ale...- zdążył jedynie wydyszeć przed kolejną salwą tego skrzeczenia.
— Hej, to nie jest śmieszne! — krzyknął kocur, krzywiąc się. — Ta gałąź po prostu chyba była jeszcze przymocowana jakimiś korzeniami do tej ziemi, okej? 
Rechotał dalej, jeszcze bardziej śmiejąc się z wyczynów wojownika. Do jego skrzeków dołączył również czekoladowy, skręcając się obok niego. Był pewien, że tym głośnym śmiechem przegonili już pół lasu. Uspokoił się dopiero po jakimś czasie i ze łzami szczęścia spojrzał na czekoladowego. Jak on dawno się tak nie cieszył... Obecność Agresta działała na niego jak narkotyk.
— A-ale musisz przyznać, że wyglądałeś komicznie. Kto normalny chce przenosić badyla?!?! — parsknął, chichocząc pod nosem.

<Agrest?>

16 czerwca 2023

Od Agresta cd. Kuklika

*Wszystko w opku dzieje się bardzo dawno*

— Nie jesteś zły. Nie jesteś potworem. Proszę, nie wmawiaj sobie winy. Jesteś naprawdę dobrym kotem, tylko się pogubiłeś, a to spotyka każdego. Jesteś… najlepszym kotem, jakiego spotkałem. 
Zamrugał na niego szeroko otwartymi oczami, po czym skrzywił się, jakby takie słowa sprawiły mu fizyczny ból. Przez moment miał ochotę odpowiedzieć bardzo sarkastycznie, jednak coś w niezaprzeczalnej szczerości tego wyznania, go powstrzymało.
Kuklik nie zrezygnował z niego. Nawet po tym wszystkim. Nawet po tym jak Agrest tak brutalnie go odrzucił. Nawet po tym jak celowo przypomniał mu, z kim tak naprawdę rozmawia.
Z kolei w relacji z Janowcem zawsze musiał udowadniać, że jest godzien jego obecności. Jego miłości. Każde niespełnione oczekiwanie, każde wykroczenia poza wyobrażania ojca wiązało się z utratą czegoś cennego. Uznania, czułości czy wręcz całkowitym zerwaniem kontaktu. 
Gdy to najgorsze nastąpiło, Agrest się starał, bardzo się starał, żeby odzyskać dobrą opinię w jego oczach. Trenował kiedy tylko miał na to okazję i pilnował każdego swojego kroku, mimo że tamten tak często go ranił. A na koniec i tak okazało się, że ojciec-autorytet nie przejmował się losem syna i nigdy brał go za poważną, czegokolwiek godną osobę. 
Z matką też nie było lepiej. Uważała się za lepszą od wszystkich, a najmłodszego potomka za szczególnie obrzydliwą istotę, niedosięgającą jej nawet do opuszek. 
Agrest zawsze musiał zasłużyć na ich miłość. Sam w sobie nie był ani istotny, ani wystarczający. Krzywdzenie go więc też przychodziło jego rodzicom naturalnie, bez najdrobniejszych wyrzutów. Ponieważ nie był wart niczego więcej, prawda? 
A Kuklik? Kuklik od początku spoglądał na niego inaczej. Przed nim nigdy nie musiał nikogo udawać. Nie potrzebował nieustannie kontrolować wszystkich aspektów siebie, żeby tylko nie ryzykować odrzuceniem. Szylkret chciał go, mimo że po tym, co zrobił był obiektywnie okropny. Mimo że to Agrest był tym, który go zranił. 
To było nowe. Ponieważ on go nie nienawidził. Nie zostawił. Nie wymagał od niego pokutowania za swoje winy przez resztę życia. 
A zarazem nie bał się go, jak bicolor obawiał się, że może zacząć. A skoro się nie bał, to oznaczało, że mu ufał; wierzył w niego wręcz. Nawet jeśli zdecydowanie nie powinienem. 
Ta nagle zyskana świadomość, nie tylko poruszyła coś głęboko we wnętrzu zastępcy, ale także jego zewnętrzne ciało. Bicie własnego serca zaczęło dudnić mu w uszach, a wszystkie jego zmysły stały się szczególnie wytężone. Prawie miał wrażenie, jakby zyskał dostęp do jakiegoś nieznanego mu wcześniej uczucia. 
Lekko oszołomiony ponowne pochylił się w przestrzeń przyjaciela, tym razem wtulając głowę w jego szyję i zaciskając mocno powieki. 
Zostali tak przez jakiś czas, nie mówiąc nic; jedynie ciesząc się, że znów mogą być razem. 

***

W drodze powrotnej do reszty grupy wzrok bicolora zatrzymał się na sośnie, rosnącej nieopodal nich. Dogłębnie zniszczonej, połamanej, rozdartej. Przyglądał się jej przez moment, po czym z dziwnym uczuciem melancholii minął ją, zostawiając za sobą. 

***

Po cichu mijał śpiących wojowników, szukając najlepszego miejsca, w jakim i on mógłby zaznać odpoczynku. Dostrzegając jednak szylkretowe futro, od razu zdecydował, by ułożyć się obok niego.
Aczkolwiek po tym jak ułożył się w wygodnej pozycji i zamknął oczy, nadal nie potrafił wystarczająco się rozluźnić, żeby być w stanie zasnąć. Czegoś mu brakowało. 
Ostrożnie przesunął się bliżej przyjaciela, łącząc ich futra ze sobą. Niepewnie oparł podbródek o jego plecy, w odpowiedzi słysząc ciche westchnięcie Kuklika. Wystraszył się przez chwilę, że go obudził, ale kocur nie ruszył się z miejsca. To nie był pierwszy raz, kiedy leżeli tak blisko, a mimo to Agrest czuł się jakoś inaczej. Gorzej i lepiej zarazem. 
Pozwolił sobie cieszyć się chwilą i poniósł spojrzenie na gwiazdy świecące nad nimi. Chłodny wietrzyk delikatnie mierzwił kosmyki jego sierści, ale nie było mu zimno. 
Może jeszcze istniała dla nich nadzieja. 

***

Gdy nie był w tym zagubieniu sam, wszystko okazywało się nie takie złe, jak początkowo zakładał. Żałował, iż nie zdawał sobie z tego sprawy, zanim zranił najbliższe sobie osoby i je odrzucił. Nadal nie wyszedł w pełni na prostą, jednak poprawa zdawała się widoczna. Kuklik, Krecik i spotkania wiernych podtrzymywały go na duchu. Mimo iż na początku nie potrafił nie być mocno sceptyczny, co do istnienia takich czuwających nad nimi, miłosiernych figur – coraz częściej zaczynał myśleć, że Wszechmatka może naprawdę istnieć. 
Gdy tylko skończył przydzielać patrole, podszedł do Kuklika.
— Hej, jak tam idzie ci trening Ślimaka? — zapytał, szukając bardziej pretekstu do rozmowy, niż z powodu szczególnego zainteresowania tematem. 
Po chwili lekko zmarszczył brwi, wpatrując się w odpowiadającego przyjaciela. Czy on zawsze miał takie ciemne oczy? Agrest oczywiście dobrze wiedział, że były brązowe, ale nie mógł się pozbyć nieodpartego wrażenia, iż nastąpiła w nich jakaś zmiana. Teraz wydawały się jakieś głębsze, niezdobione zwykłym brązem, a bardziej dostojnym, kasztanowym kolorem. 
Jeśli to miało sens. 


<Kukliku?>


07 lutego 2023

Od Kuklika Cd Agresta

 Decydując się na to by pójść z Agrestem (mimo obaw, które musiał przezwyciężyć), zaczął wymyślać wiele wersji tej rozmowy. Agrest, który mówi jak bardzo go nienawidzi. Agrest, który wypomina mu tchórzostwo, bo zamiast przy nim pozostać i mu pomóc- uciekł. Agrest załamany jego postawą i pełen przekonania, że bezsensowne jest trzymanie się z takim idiotą. Wszystkie te scenariusze kończyły się na tym samym- czekoladowy nie chciał go znać. W końcu, kto by chciał się zadawać z irytującym chuchrem, wojownikiem, który dalej zachowuje się jak dziecko i płacze o byle co, a do tego zachowuje się strasznie dziwnie. Nikt go tu nie chciał. Każdy wokół albo go olewał, albo uznawał za idiotę. Przy nim nie dało się wytrzymać, co pokazały jego "przybrane mamy" i… w sumie Agrest też. A tak chciał być z kimś blisko, w końcu znaleźć prawdziwych przyjaciół. Teraz już nie było na to czasu. Zmarnował szansę, na znalezienie większej ilości znajomych, bo nigdy się o to nie starał choć mógł. Do tej pory miał przy sobie tylko bicolora, który mu całkowicie wystarczał, ale zastępca zasługiwał na kogoś lepszego. Tylko przy nim cierpiał. Przetrzymywał go w tej relacji tylko dlatego, bo nie miał innych kolegów i był w nim zakochany.
Tak właśnie myślał, dlatego nagłe słowa kocura go prawie zbiły z nóg.
Spojrzał na niego pełen zdumienia. On… Przepraszał? Przecież nie miał za co. Rozumiał jego zachowanie. To on zachował się jak dupek i skończony idiota, pytając o bzdury i nie potrafiąc mu pomóc. Wina była całkowicie po jego stronie, a nie Agresta. On niczego nie zawinił. Pewnie po prostu zamordowanie ojca (oczywiście w słusznym celu, bo bicolor był dobry przecież) bardzo go dobiło, więc zaczął mówić jak szaleniec… Choć z takim określeniem przesadził. Zastępca był po prostu wtedy zdruzgotany, a nie opętany (doszły do niego słuchy o dziwnych rzeczach na zgromadzeniu, do tej pory nie znalazł logicznego wytłumaczenia) przez jakieś złe duchy. To była normalna reakcja, on pewnie też by krzyczał takie głupoty. Niestety albo stety, jakoś nie był do ojca przywiązany więc jego zniknięcie było… Niczym ważnym. Może dla Agresta Janowiec był kimś bliskim. Może mimo tych rzekomych zabójstw, był lepszym ojcem niż Posłonek. 
Sprawa tajemniczych mordów dalej była dla niego zagadką, nawet jeżeli Agrest wykrzyczał iż to jego zmarły tata wszystkich zabił. On… Nie mógł przecież tego zrobić. Nie. W ich klanie nie mogło być ani jednego mordercy. To było… Zbyt nierealne. Próbował się karmić kłamstwem, że ten problem w ogóle nie zaistniał. Oni wszyscy umarli, ale na pewno nie w wyniku zabójstw. 
W ich bezpiecznym Owocowym Lesie?
A nawet jeżeli istniała grupa kotów, które kiedyś kogoś zabiły, to bicolor nie był zły. Nie zrobił tego przecież bez powodu, więc gdyby ktoś się dowiedział i zarzucił Agrestowi, że jest potworem, to on pierwszy stanie w jego obronie. To był jego przyjaciel. Jedyny prawdziwy przyjaciel, który się na chwilę pogubił i wszystko bezsensownie zwala na siebie. Tak być nie mogło. To całe morderstwo, krzyki… Nie. Agrest nie był zły, tylko pogubiony. Zresztą, to wszystko było strasznie skomplikowane. Jedyne co wiedział bez głębszego zastanowienia to to, że był wszystkiemu winien. Nie Agrest, nie Janowiec ani żaden inny kot. To on wszystko zepsuł.
Od razu zebrało mu się na ryk. Zaczął głośno płakać, ledwo co łapiąc oddech. Bez zastanowienia przytulił kolegę swojego crusha mocno i zaczął mu smarkać w futro. Czyli jednak Agrest nic złego o nim nie myślał. Mogli to naprawić. Miał... Szansę. Był tragedią, ale miał szansę. Dostał szansę.
- J-ja m-myślałem, ż-że m-mnie n-nienawidzisz, b-bo to w-wszystko m-moja w-wina, b-byłem g-głupi, n-nie z-zwróciłem u-uwagi na t-twoje u-uczucia... P-przepraszam!- pisnął cicho i objął go najmocniej jak umiał. Kocur go nie odepchnął, tylko przyciągnął do siebie jeszcze mocniej. Tak czuł się bezpiecznie. W jego ramionach był całkowicie spokojny o wszystko wokół. Agrest po jakimś czasie zaczął się uspokajać w przeciwieństwie do szylkreta, który dalej płakał najgłośniej jak umiał. Przynajmniej nie chwiali się już tak, że byli blisko wywrócenia się i padnięcia na ziemię. Kocur ostatni raz pociągnął nosem i uśmiechnął się szeroko jak głupi.
- Jesteśmy parą idiotów, hm? - zapytał czule, ani odrobinę go nie puszczając.
Zamknął oczy i stłumił szloch. Już wszystko było dobrze. Agrest nie był na niego ani trochę zły. Wszystko mogło powrócić do normy. Uśmiechnął się lekko, jednak bicolor i tak nie mógł tego zobaczyć. Tak bardzo chciał żeby ta chwila trwała wiecznie. 
- M-może...- powiedział cicho, nie potrafiąc powstrzymać płynących z jego oczu łez.- Cz-czyli nie j-jesteś na mnie z-zły? B-będziemy... P-przyjaciółmi?
- Tak, tak - odpowiedział czekoladowy radośnie, śmiejąc się cicho. Minęła jednak tylko chwila, nim jego ciało przeszył dreszcz. Czekoladowy ogon opadł na ziemię, nagle sztywniejąc, jakby właśnie doświadczał bólu.-  Tylko proszę - zaczął pełnym żalu głosem, wzdychając ciężko. Odsunął się od niego, by spojrzeć mu w ślepia. - Proszę pamiętaj kim jestem.
Przez chwilę wpatrywał się w jego oczy, jednak po chwili musiał spojrzeć gdzieś na bok. Nie potrafił wytrzymać tego kontaktu wzrokowego. Poza tym… Czy dało się ot tak patrzeć w ślepia osoby, którą się tak skrzywdziło swoim durnym zachowaniem?
- Nie jesteś zły. Nie jesteś potworem. Proszę, nie wmawiaj sobie winy. Jesteś naprawdę dobrym kotem, tylko się pogubiłeś a to spotyka każdego. Jesteś... Najlepszym kotem jakiego spotkałem- spalił buraka, wlepiając wzrok w ziemię.

<Agreście mój crushu cmok cmok bądź moim boyem>

31 grudnia 2022

Od Agresta cd. Kuklika

Urywany oddech, spuchnięte oczy, drętwiejące mięśnie.
Ojcobójca. Jesteś ojcobójcą. 
Przewracał się z boku na bok, jakby nawet jego ciało nie mogło znieść tego, kim się stał. 
Parę ogonów dalej leżał szylkretowy kształt. Dłużny mu przyjaciel wpatrywał się w niego tęsknie. Jak jego bok unosi się szybko, jak głowa próbuje wygodnie ułożyć się na posłaniu. Zapewne też nie potrafił zasnąć. Jednak obecnie Agrest nie mógł z nim porozmawiać. Już nie. 
Zrobił dobrze, zrobił to, co konieczne – powtarzał sobie. Dlaczego więc tak ciężko było mu do tego przywyknąć? 
Często w takich momentach wracał myślami do ojca. Czy czułby się lepiej, gdyby liliowy nadal trwał przy nim? Krecik wyznawała zasadę, że samotność jest lepsza od tkwienia w toksycznej relacji. A jednak pełniąc rolę czyjejś marionetki, był chociaż komuś potrzebny; miał jakiś cel, znaczenie. Nie musiał zastanawiać się nad sensem swoich działań, cała odpowiedzialność spoczywała na autorytecie, za którym wystarczyło tylko podążać. 
A może takie rozważania świadczyły tylko o poziomie jego desperacji i osamotnienia. 
Zastanawiał się jakby wyglądała jego sytacja, gdyby w tamtym momencie miał więcej samokontroli. Prawdopodobnie znów znalazłby się w ciernistej obroży od ojca, tym razem jeszcze ciaśniejszej, co zakładał, że i tak prędzej czy później skończyłoby się dla jednego z nich tragicznie. Możliwe również, iż aktualnie byłby martwy, co nie wydawało mu się taką złą opcją z perspektywy czasu. 
Albo jak sytuacja by się potoczyła, kiedy wkroczyłby do obozu z przynajmniej garstką godności w sobie. Pewnie wygnaliby go, a on włóczyłby się samotnie, dopóki nie padłby z wyczerpania i ostatecznie skończyłby gnijąc w jakiejś kałuży. Właściwie nie różniłoby się to wiele od jego obecnego stanu psychicznego. A przynajmniej wtedy nie topiłby się we własnym bagnie kłamstw i nie musiałby martwić się o każde rzucone mu spojrzenie. Ugrzązł w tym błocie swoich złych wyborów, a brak nadziei nie pozwalał mu się z niego wydostać. 
Niegdyś była przy nim Tajfun, która motywowała młodszego do nie poddawania się, gdy tylko ogarniało go zwiątpienie. „Utrata wiary w lepszą przyszłość to najgorsze co można sobie uczynić” – powiedziała mu pewnego razu.
Jednak jak miał w nią wierzyć? Jak miał w nią wierzyć, gdy z zalanymi mułem oczami, nigdzie nie był w stanie ujrzeć powierzchni? 

*Zanim doszli na nowe tereny*

Ból w jego klatce piersiowej z każdym uderzeniem serca stawał się coraz gorszy. Przeprowadzka uczyniła go tylko bardziej nie do zniesienia. Specjalnie szedł na przodzie grupy, aby uniknąć jego widoku, widoku swojej mentorki. Jednak nie zmieniało to faktu, iż nieustannie miał świadomość, że oni są gdzieś tam z tyłu. Że są obecnni, że mogą być nawet na wyciągnięcie łapy. Ta świadomość powoli go zabijała. 
Plan, jaki ułożył, by złagodzić cierpienie nie zadziałał. Rozmowy z Komarem jedynie na początku były czymś nowym. Szybko stały się przewidywalne i zauważył, że właściwie one wszystkie tak naprawdę były takie same. Albo przyjmowały postać narzekania na jakąś osobę (wliczając w to rozmówcę), albo burczenia na coś nieistotnego, albo dotyczyły czegoś wręcz odwrotnego. Zachwycania się swoim genialnym pomysłem na przyszłość lub jego jeziora zadowolenia z siebie bez dna. Nie był najlepszym słuchaczem. Agrest czasem zastanawiał się, czy on sam miał jakiejkolwiek znaczenie w tych konwersacjach, czy był po prostu pierwszą lepszą osobą lub właściwie jedyną, której lider mógł się wygadać. Aczkolwiek nawet mimo to próbował na nich skupić. Naprawdę się starał. Jednak coraz częściej przyłapywał się na wyłączaniu się. Myśli coraz bardziej wymykały się spod jego kontroli. Sądził, że to nie będzie aż tak trudne. Sądził, że przyniesie mu to chodziaż trochę ulgi. Sądził, że uda mu się przetrwać, uciekając od przeszłości. Ale teraz już wiedział, przekonał się, że cokolwiek by zrobił – zapomnienie było niemożliwe. 
Pamiętał jak po raz pierwszy zaczepił Kuklika i zalał pytaniami. Ich pierwsze prawie-zgromadzenie, na które nielegalnie się wymknęli, nieświadomi późniejsztch konsekwencji. Wściekłą Błysk, która ukarała obu gagadków pracami dodatkowymi. Pamiętał również przeszywający smutek jaki wówczas zaczął mu towarzyszyć, tysiące wylewanych łez. Jednak nawet gdy on sam przestał przypominać siebie, szylkret nadal przy nim był. Utulił, ułożył dla niego wierszyk, starał się wspierać, choć nie należało to do prostych zadań. 
Oczywiście istniały też momenty, w których to on czuwał nad przyjacielem. Noc dodawania mu otuchy za zgromadzeniu. Noc, kiedy specjalnie próbował nie spać, aby mieć całkowitą pewność, że liderka-wariatka go nie skrzywdzi. Noc podczas której leżał obok kocura z owiniętym wokół niego ogonem.
Nie mógłby również zapomnieć o śmiesznych sytuacjach, jakie ich spotkały. Kiedy przechwalał się Kuklikowi swoimi umiejętnościami rozwiązywania problemów. Gdy bez namysłu oskarżyli samą przywódczynię o morderstwa i spędzili resztę wieczoru panikując o swoje życia. Kiedy w porze nowych liści wskoczył bez namysłu do wody, zapominając, że nie potrafi pływać. 
Niegdyś te wspomnienia postrzegał jako pozytywne. Dodawały mu otuchy, przynosiły pocieszenie, rozweselały. Aktualnie jednak go dręczyły, dręczyły każdego wschodu słońca. Dręczyły ponieważ wiedział, że przeszłość już nigdy nie powróci. Stracił więź, która kiedyś wydawała się ostatnia w kolejce do zerwania. Jedyną, jakiej istnienie nie wydawało się nieustannie zagrożone. Jedyną, o jakiej stabilność nie musiał się bez przerwy martwić.
A wraz z upływem czasu, trzymanie się własnego postanowienia stawało się tylko bardziej nie do wytrzymania. Zaczęło się od zwykłego, kilkusekundowego zerkania na Kuklika podczas postojów. Wzrok Agresta po prostu jakoś sam zaczął w jego kierunku wędrować. Niestety sekundy szybko stały się minutami – najpierw kilkoma, potem kilkunastoma, a już wkrótce spoglądanie na szylkreta wykroczyło poza chwile przerw w wędrówce. Zaczął odwracać głowę podczas marszu, tylko po to, by móc na niego spojrzeć.
I tak się gapił, nieszczęsny. Za każdym razem rozpaczliwie pragnąc więcej, gdy tylko stracił go z oczu. 
Chciał przestać. Pajęczynami zakleić sobie oczy. Gałęziami skrępować szyję, żeby nie mogła poruszać się w tył. Wszystko tylko po to, by nie podążać za swoimi samolubnymi łaknieniami. 
Ale z czasem było jedynie gorzej. Coraz częściej temu ulegał, coraz rzadziej myślał o czymkolwiek innym.
Już dawno przestał być dyskretny. Wątpił, że inni tego nie zauważyli przez jego nieumiejętność do nie bycia żałosnym. Działając w ten sposób, nie mógł również uniknąć napotykania spojrzenia Kuklika, co skutkowało niezręcznym odwracaniem od niego wzroku za każdym razem, gdy to się stało. 
Tak wydarzyło się i tym razem. Pary zagubionych oczu ponownie odnalazły się w tłumie, a Agrest po raz pierwszy nie przerywał kontaktu wzrokowego. Zadrżał, wpatrując się w przepełnione źalem ślepia przyjaciela, jakże podobne do jego własnych. Zacisnął powieki, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo to go uderzyło. Kolorowe wzorki zatańczyły mu w polu widzenia, a on… on po prostu się poddał. 
Miał już zwyczajnie dość. Dość zmuszania się do udawania bycia kimś, kim nie był. Był już zmęczony, tak potwornie wykończony. Tym nieustannym szukaniem czegoś, co mogłoby odwrócić jego uwagę, tymi ciągłymi próbami, działaniem wbrew swoim pragnienieniom, staraniem się je zmienić, gdy z góry wiedział, że mu się nie uda.
Potrzebował z nim pogadać. A przede wszystkim przeprosić go za… wszystko. Nawet chcąc trzymać Kuklika z dala od siebie, nigdy nie powinien potraktować go w ten sposób. Co gorsza, znając swojego najlepszego przyjaciela, zapewne aktualnie jest przeświadczony, że Agrest go nienawidzi, czego czekoladowy nie mógł już dłużej znosić.
Poczekał na postój i wtedy od razu udał się w stronę kocura. Łapy mu drżały, kołotające w piersi serce wyznaczało tempo jego kroków. Podejście do szylkreta wydawało się najłatwiejszym, a zarazem najtrudniejszym zadaniem z jakim przyszło mu się zmierzyć. Dotknął jego barku tak delikatnie, jakby bał się, że mocniejszym naciskiem roztrzaska przyjaciela na miliony kawałków, z których już nigdy nie zdoła go poskładać. Brązowe oczy spojrzały na niego zaskoczone. Nadzieja wypełniła je po brzegi i zastępca zastanawiał się, jakim cudem jest jeszcze w stanie utrzymywać się na nogach.
— Chodź? — wydusił przez ściśnięte gardło.
Kuklik podniósł się z pozycji leżącej, oczekiwanie wymalowało się na jego twarzy. Agrest ruszył w stronę lasu nieopodal, odczuwając częściową ulgę. Napięcie jednak wciąż wisiało w powietrzu, instynktownie unosząc łaciate futro. 
Nie wiedział co dokładnie chciał mu powiedzieć. Ale pragnął, żeby go zobaczył. Zobaczył prawdziwego jego. Żeby nie żył w przekonaniu, iż bicolor go nienawidzi. Potrzebował tego tak bardzo. Boleśnie wręcz.
Rozum huczał nad nim, że to, co aktualnie robi jest egoistyczne. Z pewnością było. Jednak czy całkowicie, kiedy jego przyjaciel także zdawał się tego chcieć? Agrest nie będzie odbierał mu wyboru. Odda swój marny los w łapy najbliżej mu osoby i jeśli Kuklik zadecyduje, że nigdy więcej się do niego nie odezwie – niech tak będzie.
Zastępca zatrzymał się, gdy znaleźli się wystarczająco daleko od reszty. Biorąc głęboki wdech, odwrócił się, by znaleźć się naprzeciwko skrzywdzonego przez niego kota. Zapadła pomiędzy nimi cisza. Agrest jeszcze przed chwilą zamierzał powiedzieć tak wiele, ale teraz wszystko mu się poplątało i nawet nie potrafił wybrać od czego zacząć. 
Może to wcale nie musiało brzmieć jak perfekcyjnie przemyślane oświadczenie? Może mógł po prostu… pozwolić się temu z niego wyślizgnąć.
— Przepraszam — zaskrzeczał.
Spuścił głowę, przełykając wstyd. Czuł się głupio z powodu swojej logiki, która doprowadziła do zniszczenia ich relacji, jednak był winien wyjaśnienie szylkretowi.
— Nie jesteś potworem. Nigdy nie byłeś. Ja… powiedziałem tak, b-bo — głos zaczął mu się trząść — nie chciałem, żebyś zaraził się ode mnie tym… tym zepsuciem. Ale potraktowałem cię st-strasznie i-i żałuję wszystkiego co tobie wtedy wykrzyczałem. 
Ostatnie zdanie bardziej wypiszczał niż wymówił normalnie. Oczy zaczęły go mocno piec, nagły chłód ogarnął spięte ciało. Znów był na skraju załamania się. 
Miał teraz okropną ochotę błagać Kuklika, żeby go nie nienawidził, żeby zlitował się i go nie zostawiał. Ale pomimo rosnącej w nim desperacji, zagryzł swoje zęby z determinacją. Nie poprosi o to. 
Zamiast tego otworzył swój pysk innym w celu, nieznanym nawet samemu sobie. 
— J-ja po prostu… ja nie umiem– ja nie chcę– — załkał, już kompletnie zapowietrzając się i gubiąc w swojej wypowiedzi. — Ja przepraszam i przepraszam cię stasznie! — wyjęczał i rozkleił się na dobre.

<Kuklik?>

12 września 2022

Od Kuklika Cd Agresta

 Drżącymi łapami ugniatał śnieg, w pośpiechu uciekając z miejsca zdarzenia. Oczy szczypały go od łez, które wartkim strumieniem lały się po jego pysku, ledwo pozwalając zaczęrpnąć powietrza. W końcu po wyczerpującym biegu przystanął, by chociaż na chwilę się uspokoić. To było dla niego za wiele. Nie sądził, że kiedykolwiek do tego dojdzie.
Agrest na niego krzyknął.
A to nawet mało powiedziane, wydarł się na niego w furii. Skulił się na samo wspomnienie tych wszystkich słów. To nie było normalne zachowanie. Aż tak wszystko zepsuł? Nienawidził siebie za te głupie słowa, za to jak zranił czekoladowego, będąc idiotą. Zaszlochał cicho, wkładając pysk w łapy. Wszystko spartaczył. Mógł dać mu wsparcie, a nie zachowywać się jak skończony dureń. Był pewien, że ten już nawet nie będzie chciał na niego patrzeć bądź znać. Zostawi go dla kogoś innego, kto jest we wszystkim lepszy. Nie płacze o byle co, potrafi pomóc. Może dla kogoś, kto jest ładniejszy. Był teraz sam i mimo tego wszystkiego, nie potrafił znienawidzić Agresta. Dalej czuł do niego to samo co wcześniej. Nie miał jak tego zmienić.
I to jeszcze bardziej go raniło.


***


Wydarzenia ze Zgromadzenia były dla niego jedną wielką niewiadomą. Historie o kotach, które nagle stawały się agresywne i biły się nawzajem... Jednak musiała być w tym jakaś prawda, bo dużo kotów przyszło z ranami. Pamiętał jak z wytrzeszczonymi oczami gapił się w tłum, szukając tam Agresta. A kiedy zobaczył go zdrowego, odetchnął z ulgą. Wszystko było z nim dobrze. Wyglądał na wiele szczęśliwszego niż wcześniej. Może jednak nie wtrącanie się w jego życie było dobrym pomysłem?
Przerażające było to, że tuż po tym zadziwiającym wejściu oraz śmierci jego babci, nagle musieli uciekać, bo jakieś duchy tak powiedziały. Wydawało się być to trochę porypane, ale w jednym mieli rację- brakowało pożywienia. Może… Na serio to wszystko było im potrzebne? Te zmiany? W końcu, miało wyjść im na dobre… Ale nie mogli być tego pewni.

***

Syknął, gdy po raz kolejny nadepnął na wystający kamień. Łapy bolały go, jakby miały za chwilę odpaść. Już tylko wyczekiwał do kolejnego postoju, kiedy mogli choć trochę odpocząć. Jeszcze raz spojrzał na Agresta, który szedł gdzieś przed nim. Przez ten cały czas nie mógł oderwać wzroku od jego dawnego przyjaciela, choć z każdą chwilą jego cierpienie wzrastało. Nie potrafił przestać się o niego bać. Ciągle czuł się, jakby bicolor miał po prostu do niego podejść i się zapytać o jakąś pierdołę jak to zawsze było. Zwiesił smutno uczy. Bez czekoladowego nie był tym samym kotem. W jego sercu była jedna wielka dziura, której nie potrafił wypełnić. Westchnął cicho, jeszcze raz spoglądając w jego stronę. Teraz napotkał na sobie wzrok kocura. Gdyby nie parcie tłumu, który już chciał przystawać na odpoczynek, potrafiłby się przez całą wieczność patrzeć w jego ślipia. Chciał być z powrotem blisko niego i czuć te motyle w brzuchu tak, jak to zawsze było.


<Agrest?>

10 września 2022

Od Agresta cd. Kuklika

— Ja też — wyszeptał, w głuchą, nocną ciszę. 
Z kimś u boku… było po prostu jakoś łatwiej, lepiej.
I tak oto, z owiniętym ogonem wokół grzbietu przyjaciela, zamknął powieki, wreszcie odpływając do krainy snów.

*Przed wojną*

Od ponad dwóch godzin leżał w środku lasu, trzymając swoją głowę w łapach i wbijając w nią pazury. Łzy zatrzymały się w jego zaczerwienionych oczach, nie chcąc spłynąć po poranionych policzkach. Cały drżał, szybko wdychając powietrze. Próbował się uspokoić, chociaż dobrze wiedział, że na tym świecie nie istniało nic, co mogłoby go pocieszyć. Brzuch miał cały mokry od śniegu, więc nawet nie był pewien, czy trząsł się bardziej z zimna, czy z emocji.
Co on zrobił. Co on zrobił.
Teraz już był mordercą. I kłamcą.
Zupełnie jak… zupełnie jak… 
Zacisnął szczękę. 
Powinien się jakoś ukarać. Za okrucieństwo, jakiego się dopuścił. 
Opuścił więc łapy ze swojego futra i wyciągnął je przed siebie. Przyłożył pazury do jednej z nich, z zamiarem przeciągnięcia nimi po przedramieniu. Miał je już wbić pod swoją skórę, jednak coś w ostatniej chwili go powstrzymało. Wahał się jeszcze przez kilka uderzeń serca, po czym całkowicie się poddał. 
Był okropny. Był tchórzem. Nie potrafił nawet wymierzyć sobie kary, na którą w pełni zasłużył. 
Gdyby jeszcze to było zaplanowane… Gdyby jeszcze to nie sprawiało mu przyjemności…
Ale tak niestety nie wyglądała rzeczywistość. Mordując go, czuł się świetnie. Czuł się silny i wyzwolony. Jakby w końcu mu ulżyło. A w górowaniu nad Janowcem było coś uzależniającego. Podobało mu się w końcu posiadanie nad nim władzy. Ciosy, które zadawał, przynosiły satysfakcję. Był niczym każdy psychopatyczny, seryjny morderca, pragnący krwi. 
Pamiętał, jak zawsze oburzała go brutalność skrytobójcy. Nie wystarczało mu zabicie kogoś, musiał jeszcze albo go wcześniej torturować, albo zmasakrować jego zwłoki. Tymczasem sam kompletnie rozharatał twarz swojego taty. Stał się jedną z osób, którymi tak gardził i życzył jak najgorzej. Stał się NIM. 
Pomyśleć, że kiedyś tak bardzo tego pragnął. Być taki jak on. Nigdy się mu to nie udawało, aż dotąd. Jednak wydarzyło się to w sposób, jakiego się kompletnie się nie spodziewał. Zwyczajnie oboje byli dokładnie takimi samymi, bezwzględnymi zbrodniarzami. 
Nienawidził go. Nienawidził go za wszystko, czego dokonał. 
Kochał tatę i wierzył, że on też to robił. A kocurowi zależało tylko na tym, żeby go wykorzystać. Zabił mu biologiczną matkę. Zabił kotkę, która go wychowywała. Zabił jego brata. I pewnie zabił też resztę kotów, które znaleziono martwe.
Jednocześnie jakaś inna część Agresta chciała, żeby tutaj był. Przytulił go, zdjął z niego odpowiedzialność. Sprawił, by znów poczuł się jak niewinne kocię. 
Chociaż czy gdyby Janowiec rzeczywiście wrócił, syn ponownie by go nie zabił? Nie był pewien. Nie wiedział czego spodziewać się po sobie. 
Tak czy inaczej, to nie było teraz ważne. On go zatruł. Nie wiedział, ile miało to wspólnego z genetyką, ale na pewno spędzanie z nim czasu go psuło. Z każdym księżycem, z każdym jego słowem, bicolor stawał się coraz gorszy. Ojciec skaził go, przez co kocur przerodził się w gnijącą, ropiejącą, zakrwawioną masą. Kopię upiora, który wysysał życie z innych. 
To wszystko wina Janowca. 
To wszystko wina Agresta. 
Odgłosy kroków, na skrzypiącym śniegu, przerwały natłok jego myśli. Podniósł się i otarł łapą twarz, wciąż pozostając tyłem do hałasu. 
Czyżby już wybierali się na wojnę? Miał nadzieję, że pora ataku się nie zmieniła, zostało jeszcze sporo czasu do zmierzchu. 
Odwrócił głowę i ujrzał Kuklika. No tak. Oczywiście, że to on. Nikt inny by go nie szukał. Był jedyną osobą, która nie wydawała się chętna do opuszczenia kogoś takiego jak on. 
Ale teraz stało się jasne dla Agresta, dlaczego szylkret nadal się z nim trzymał. On po prostu go nie znał. Zawsze go wychwalał i podziwiał, bo nie zdawał sobie sprawy, jaki jest okropny. Sam podobnie myślał o swoim tacie, dopóki nie ujrzał jego prawdziwego oblicza. A skoro bicolor jest teraz taki sam jak on, poprzez przebywanie z Kuklikiem też może go zarazić własnym zepsuciem. Musi więc mu pokazać, jak zwyrodniały jest. Wówczas przyjaciel go zostawi i będzie bezpieczny. 
Gdy wyzna mu, że jest zabójcą, na pewno go wtedy porzuci. Dodatkowo znał kocura na tyle, żeby wiedzieć, iż mimo to nie wyda najlepszego przyjaciela. 
— A-agrest? Co się stało? — zapytał szylkret, z troską marszcząc brwi. 
— Jak to co? — warknął z wyrzutem. — Mój tata nie żyje.
Zaskoczony Kuklik odskoczył do tyłu.
— O-oh... P-przepraszam, ż-że zapytałem — wymamrotał. — P-powinienem się domyślić... A-agrest... J-ja wiem, że to j-jest trudne, a-ale dasz radę...
Kocur przez chwilę wpatrywał się w ziemię, milcząc. Przełknął ślinę. Teraz albo nigdy. 
— To ja go zabiłem.
Panika błysnęła w brązowych ślepiach.
— C-co?! J-jak to, ty... D-dlaczego? — pisnął, przestraszony tym, co zrobił jego kolega.
— B-bo jestem okropny — odpowiedział łamiącym się głosem. Miał wyznać to z przekonaniem, aby przyjaciel od niego odszedł, ale w tej chwili po prostu nie potrafił brzmieć groźnie. — Jestem potworem — pokręcił głową, mówiąc już bardziej do siebie — jestem potworem.
— P-przecież n-nie jesteś d-dlaczego t-tak sądzisz... — Przyjaciel nadal wyglądał, jakby nie dowierzał. 
— Jak to dlaczego? — Uderzył ogonem powietrze. — Zamordowałem go! Rozwaliłem mu twarz!
Zszokowany kolega spojrzał na niego.
— J-jak to r-rozwaliłeś t-t-twarz? Ty... N-na pewno nie, p-przecież... N-na pewno z-zrobiłeś to w d-dobrym celu, b-bo... T-ty nie jesteś t-taki...
Jego słowa tylko potwierdzały wcześniej wysnutą tezę. Zaśmiał się gorzko.
— Nie wiesz, jaki jestem. Zrobiłem to, bo chciałem, żeby cierpiał.
— D-dlaczego ch-chciałeś b-by cierpiał?
— Bo… — zamierzał znów powiedzieć, iż to przez jego wstrętność, jednak duszona w nim prawda wręcz wylała się z jego pyska — on zabił ich wszystkich! To on okazał się tym seryjnym mordercą. — Po policzkach kocura wreszcie spłynęły łzy. — Okłamywał mnie! Wszystko zniszczył! — wycharczał, wbijając pazury w ziemię. — Wszystko!!!
— C-co?! — Źrenice Kuklika zrobiły się wielkie. — A-agrest, w-wszystko b-będzie d-dobrze, p-po p-prostu...
Tak proste słowa, a jednak tak parzące w obecnej sytuacji. Przypomniało mu to „jest już dobrze” jego taty i „będzie dobrze” Komara, które były tylko zwykłymi kłamstwami. Oni wszyscy kłamali.
— Dobrze? — W jego oczach zabłysły iskry szaleństwa. — Dobrze?! — ryknął. — NIC NIE JEST DOBRZE!!! 
Wystraszony kolega odskoczył od niego. 
— P-p-przepraszam — pisnął niegłośno, mając już zaszklone, wielce smutne ślepia. — Ch-chciałem t-tylko pomóc.
Nienawidził go. Nienawidził tego wzroku, jakim na niego patrzył; słów, jakie wypowiadał. Nienawidził, bo przez to czuł się jeszcze bardziej winny, choć wcześniej nawet nie przypuszczał, że to jest możliwe.
A szylkret się nie ruszał miejsca. Cicho pochlipywał tuż przed oczami Agresta, na co jego wnętrzności wręcz się skręcały. Za każdym uderzeniem serca coraz bardziej. 
Musi go przepędzić, zanim je zwymiotuje z bólu. 
— Jestem potworem. A wiesz, kto tylko trzyma się z potworami? — Nastroszył się, by sprawiać wrażenie podlejszego. — Inne potwory.
Nie miał tego na myśli. Jeszcze nie. Ale jeśli Kuklik będzie dalej z nim przebywać, może się faktycznie w takiego przeobrazić.
Jednak przyjaciel w odpowiedzi tylko odsunął się i rozpłakał jeszcze mocniej, zdezorientowany zadając pytania. Ciężko oddychał, a na każde jego zakwilenie, coś coraz bardziej ściskało w klatce piersiowej bicolora. Czuł się jak tyran.
Nie mógł znieść już dłużej tego widoku. 
— ODEJDŹ — krzyknął. — Po prostu odejdź!
Szylkret uciekł więc z płaczem, pozostawiając Agresta samego. 
Nienawidził siebie. Nienawidził go. Nienawidził świata. 
Wojownik z frustracji zamachnął się obiema łapami i z całej siły przerył pazurami ziemię. To jednak niewiele pomogło. 
Teraz wszystko w nim płonęło, szaleńczy ogień spalał każdą jego tkankę, każde włókno nerwowe. I czuł, że na koniec zostanie z niego tylko popiół. 
Nacisk twardej gleby na wnętrze jego pazurów, był piekielnie bolesny, ale go to nie obchodziło. Rył, dopóki miał taką potrzebę. 
Gdy skończył, dysząc, położył się na ziemi, chowając swoją głowę w łapach. 
Głośny, spazmatyczny szloch wydobył się z jego gardła. Tonął we łzach, trzęsąc się i zawodząc, obsmarkując przy tym całą swoją twarz. 
Był potworem.

<Kuklik? </3>

01 sierpnia 2022

Od Kuklika Cd Agresta

 To było jakieś czyste szaleństwo! Myślał, że spędza spokojnie ten dzień, ale nie, jego kolega musiał znowu zrobić coś głupiego! Tak bardzo się o niego bał, a to co mówił ani jak się zachowywał, nawet w ułamku nie pokazywało tego, jak wiele niespokojnych myśli przepływało przez jego głowę. Bicie serca zdawało się być głośniejsze od okolicznych ptaków i śmiechu czekoladowego.
Nagle poczuł na swoim pysku wodę. Zaskoczony zadrżał na całym ciele. Po chwili rozpłakał się, kiedy zdał sobie sprawę, że Agrest trafił w niego wodą. Skulił się na ziemi. Aż tak go nie lubił że na niego pluł? Tak nie robili koledzy, tylko… wrogowie?
Kocur wykrzywił pysk w zdziwieniu.
- Czemu płaczesz?
- Cz-czemu mnie o-oplułeś? N-nie lubisz m-mnie?- załkał cicho, próbując się uspokoić bądź znaleźć racjonalne wytłumaczenie tej sytuacji.
- Co? Dlaczego nie miałbym? Ja chciałem tylko, żebyś przestał się o mnie martwić- odpowiedział Agrest. To było… Idiotyczne?! Dlaczego, dlaczego mu to zrobił? Kłamał w żywe oczy?
- A-ale jak t-to m-miało pomóc! T-ty m-mnie nie l-lubisz i tyle p-pewnie…
- Mówię, że lubię przecież! Chciałem po prostu odwrócić twoją uwagę od tego wszystkiego.
- N-na pewno? B-bo to t-trochę dziwny sposób…- stwierdził, czując że łzy powoli przestają spływać z jego oczu.
-No tak! Nie wiem czy dziwne, ale zadziałało.
- N-no n-nie wiem, n-na p-pewno nic ci się n-nie stało?- cicho powiedział Kuklik, z powracającymi obawami. Czemu Agrest tak to olewał? No czemu? Mógł sobie coś zrobić i nie chciał mu nic powiedzieć o swoim stanie!
- Tak
- A-ale w-wyglądasz n-niewyraźnie, m-może pójdziemy d-do Plusk? D-da ci j-jakieś zioła i w ogóle- miauknął szylkret, szybko podnosząc się z ziemi. Musieli jak najszybciej do niej dotrzeć, zanim Agrest umrze!
Tymczasem jego kolega stęknął niezadowolony. 
- No możemy, jeśli ci zależy.
- T-tak! Ch-chodźmy, b-bo jeszcze c-ci się coś stanie... A-a n-nie b-boli cię c-coś? A-albo n-nie kichasz? C-co jeżeli s-się przeziębisz i-i umrzesz? M-musimy iść szybko! A-albo w-wolno, b-bo bardziej cię będzie boleć... - zaczął mówić szybko, pełen paniki, która rozlewała się po całym jego ciele. To nie mogło się teraz skończyć!
- Spokojnie, nie umrę. Nic mnie nie boli, pójdźmy w normalnym tempie po prostu
- J-jesteś p-pewien? N-nie uderzyłeś się w g-głowę?- zaczął iść powoli, patrząc się do tyłu, czy aby na pewno Agrest za nim podąża
- Nie- powiedział krótko czekoladowy, zbliżając się do szylkreta. Tak bardzo nie chciał, by jego kolega umarł, a z jego głupimi pomysłami… 

***


Ciemność była pełna krzyków. Przerażenia, smutku, bólu. Widział oczy Kolendry, z których upływało życie, martwe ciało Maku. Był sam, bez ojca, bez nikogo z jego rodziny, który byłby dla niego ważny. Reszta bliskich poszło dalej, a on musiał siedzieć w tym cieniu własnych smutków i lęków. Czemu nie było wyjścia?


***


Obudził się zlany potem, z rozszarpanym mchem pod łapami oraz łzami ścierającymi po jego policzku. Tutaj też było ciemno, ale… Już mniej? Spojrzał w dal legowiska. Nie chciał nawet patrzeć na twarze innych kotów, szukał tylko czekoladowo-białego ciała, do którego chciał się zbliżyć. Chciał z powrotem być przy cieple, które ogrzewało też jego serce, które tak szybko biło.

Starając się uważać na innych śpiących wojowników, zbliżył się do niego. Do Agresta. Czuł się głupio z tym, że sam nie potrafił sobie poradzić z koszmarem, lecz starał się tym nie przejmować. W ciszy, przerywanej jedynie chrapaniem jakiegoś kota, stanął na zwiniętym w kłębek koledze. Otworzył pysk, jednak po chwili z powrotem go zamknął. Jak powinien zacząć?

- A-agrest? Śpisz?

- Hmm? Nie- usłyszał głos czekoladowego. Odetchnął z ulgą. Czyli mogli porozmawiać!

- O-obudziłem cię czy t-też nie możesz s-spać?- zapytał się kontrolnie, by nie okazało się, że to przez niego.

- Też nie mogę.

- T-to dobrze... A-albo n-nie, n-nie jest dobrze skoro n-nie śpisz...- z lekkim strachem zerknął na wojownika. Coś się działo Agrestowi? A on o tym nie wiedział? Położył się delikatnie obok niego, czując teraz, jak czekoladowe futro dotyka jego boku.

-Też nie śpisz - mruknął. - Jak się czujesz?

- N-niezbyt dobrze, a-a ty?- miauknął po chwili zastanowienia. To z pewnością nie był najfajniejszy sen, ale nie chciał przeszkadzać. Nie chciał robić większego problemu.

- Nie wiem, bywało znacznie gorzej - westchnął. - Niby to wszystko było tak dawno, ale nadal… jak zasypiam to wciąż to do mnie wraca.

- P-przepraszam, ż-że nie potrafię ci pomóc... - szepnął, czując jak wzrastają w nim wstyd i poczucie winy. Był taki okropny.- M-może gdybyś miał lepszego p-przyjaciela to by ci dał wsparcie, p-przepraszam…

- Nie chodzi mi o to. Wspierasz mnie. Zastanawiałam się tylko, czy ty też tak masz.

- Cz-czasem... Tak. P-przypominam s-sobie, j-jak przyniesiono martwe ciało m-mamy i M-maku i-i czuję, że m-mnie zostawiły s-samego z tym w-wszystkim.

Poczuł na swoim grzbiecie dotyk, gdy Agrest położył na nim swój ogon. Zadrżał lekko. To było… Miłe? Spuścił wzrok i lekko się zarumienił.

- Rozumiem to. Dobrze, że chociaż mamy siebie.

- C-cieszę się, że tu jesteś. M-mam nadzieję, że się nie rozdzielimy.


<Agrest? :hehe_cma:>