BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szałwiowa Chmura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szałwiowa Chmura. Pokaż wszystkie posty

03 września 2019

Od Szałwiowej Chmury CD. Szakłakowego Cienia

***Mój perfect tajming daje o sobie znać, plz nie bijcie ;^; No i jak pewnie łatwo można się domyślić, akcja dzieje się jeszcze przed tym, jak KK napada na KN***
Szakłak powrócił, więc zdecydowanie należało się z tego cieszyć, prawda? Owszem, był wycieńczony i wyglądał raczej mizernie, ale wrócił do obozu o własnych siłach. I nawet mimo to,że właśnie znajdował się pod troskliwą opieką medyka (u które nawiasem mówiąc lądował już parokrotnie), jego siostrę dalej dręczyła masa pytań. Gdzie był przez cały ten czas? Dlaczego nie dawał znaku życia? Czy ktoś sprawił mu jakieś kłopoty? Nie otrzymując od nikogo odpowiedzi na te niewiadome, usiadła zrezygnowana owijając ogon łapami. Żółwi Brzask podszedł do niej ociężałym krokiem i pocieszająco liznął w bark. Kotka natomiast spuściła głowę i pozwoliła, aby owinął ją ciepły zapach pobratymca. Dobrze było mieć przy sobie kogoś, kto podzieli z tobą twoje troski. Czy niebieski czuł się tak jak ona teraz, kiedy Pajęcza Łapa i Komarzy Bzyk wyruszali na bitwę? Znowu poczuła ukłucie bólu na myśl, że straciła wtedy tylu bliskich. Skuliła się u boku wojownika i schowała nos między łapami posyłając przy tym cichą modlitwę do Klanu Gwiazdy. Szakłakowy Cień chwilami zachowywał się jak mysi móżdżek, ale póki nie robił krzywdy sobie ani innym, Szałwia była w stanie przymknąć ma to oko. Ciekawe jakież to niepomyślne wiatry zabrały go z dala od terytorium jego rodzinnego klanu. Z żalem obserwując obóz przypomniała sobie, że zanim jej brat padł na ziemię, wypluł kilka kosteczek, najpewniej należących do zwierzyny. Krzątało się już wokół nich kilka kotów, w tym także Żwirowa Gwiazda. Po kilku minutach wodzenia wzrokiem za przywódczynią, czekoladowa dźwignęła się na łapy, posłała cętkowanemu kocurowi zmartwione spojrzenie i ociężale potruchtała w stronę szczątków zwierzyny. Zbliżyła się do kostki, na której pozostała resztka mięsa i powąchała ją, jednak szybko tego pożałowała. Zmarszczyła nos i przez zgniły zapach mięsa zdołała wyczuć tylko słabą, zwietrzałą woń innych kotów, do tego na pewno nie z Klanu Nocy. Gdyby węszyła nieco dłużej, może zdołałaby dokładniej zidentyfikować woń, ale smród był na tyle nieznośny, że dała sobie spokój. Kiedy już przyjrzała się bliżej pozostałościom zwierzyny, dała Żółwiemu Brzaskowi znak ogonem przywołując go do siebie.
- Pachnie innymi kotami - mruknęła niezadowolona kładąc po sobie uszy.
- Wiesz, może po prostu nie zauważyliśmy jakiegoś włóczęgi i pozwolił sobie u nas zapolować - ton głosu kocura był spokojny, ale koniuszek jego ogona kołysał się nerwowo.
- Nie bądź mysim móżdżkiem, Żółwi Brzasku! - syknęła z frustracją. - Gdyby tak było, Szakłakowy Cień nie przynosiłby ich aż tyle!
Resztki były w na tyle różnym stadium rozkładu, że kotce ciężko było uwierzyć, iż były one owocem jednorazowego polowania. Ktoś robił to regularnie, a kiedy jej brat dojdzie do siebie, być może będzie w stanie opowiedzieć jej coś więcej na ten temat. Kiedy tak pogrążyła się w rozmyślaniach, dopiero po kilkunastu uderzeniach serca zauważyła, jak Źółwi Brzask z niezadowoleniem kładzie po sobie uszy.
- Przepraszam - miauknęła i westchnęła żałośnie. Uznała, że nie powinna była się na niego denerwować. W końcu on również szukał jakiegoś sensownego wytłumaczenia.
- Nie przejmuj się tak - kocur pocieszająco musnął jej bark koniuszkiem ogona. - Też mi się to nie podoba.
Po krótkiej chwili milczenia skoczył na równe łapy z entuzjazmem, którego Szałwia dawno nie widziała.
- Wiesz, na nic się nie zdamy Szakłakowemu Cieniowi, jeśli będziemy tu siedzieć jak ropuchy. Chodźmy może na polowanie, przy okazji rozejrzymy się trochę po terytorium.
Wojowniczka wahała się przez chwilę, ale skinęła głową. Propozycja niebieskiego rzeczywiście nie była zła.
~*~
Kotka rzuciła się na średniej wielkości nornicę, przyszpiliła ją do ziemi pazurami i wbiła zęby w jej kark. Ciepła krew trysnęła z piszczki i już chwilę później zwisała bezwładnie z pyska żółtookiej. Rozejrzała się w poszukiwaniu Żółwiego Brzasku i dostrzegła, że przywołuje ją do siebie ogonem. Potruchtała w jego stronę i posłała mu pytające spojrzenie.
- Patrz - mruknął wojownik odgarniając łapą opadłe liście. - Wygląda na dosyć świeże.
Brązowa kotka upuściła zdobycz i podeszła bliżej do znaleziska kocura. Pod gnijącymi liśćmi leżała na wpół zjedzona zwierzyna. Co więcej, leżała tuż przy granicy z Klanem Klifu. Szałwiowa Chmura i Żółwi Brzask spojrzeli po sobie wystraszeni. Szczątki zwierzyny na granicy nie zwiastowały nic dobrego.
- Myślę, że trzeba będzie komuś powiedzieć - miauknęła cicho Szałwiowa Chmura, jakby bała się, że jej wypowiedź dotrze do uszu pewnych niepożądanych na terenie Klanu Nocy osobników.
- Też tak myślę - odparł Żółwi Brzask i zręcznie schwycił zwierzątko w zęby. Wracają do obozu.

<Szakłak? Żwirka? Ktoś z KN?>

17 sierpnia 2019

Od Szałwiowej Chmury CD. Szakłakowego Cienia

~akcja dzieje się podczas nieobecności Szakłaka na terenach Klanu Nocy~
Kolejne smętne, suchutkie liście szeleściły żałośnie i opadały na ziemię niesione przez mroźny wiatr. Kilka z nich wylądowało Szałwiowej Chmurze na grzbiecie, ale nawet ich nie otrząsnęła. Włóczyła ogon po ziemi i wbijała zimne, pełne smutku spojrzenie w bury, zmarniały dywan pod jej łapami. Przyczyną jej smutku nie była jednak nieuchronnie zbliżająca się pora nagich drzew, a fakt, że jej kochany, chociaż czasem przyprawiający o ból głowy braciszek nie pojawiał się w legowisku wojowników od kilku wschodów słońca. Żwirowa Gwiazda wysłała kilka patroli poszukiwawczych, ale nic poza tym nie mogła zrobić. Czekoladowej do głowy przychodziły już najczarniejsze myśli - podobnie było przecież z Lwią Łapą, który pewnego dnia po prostu nie wrócił i już nigdy nie odnaleziono go żywego. Bezsilność była niczym palący jad, który powoli topił jej nadzieję, a sama kotka pogrążała się w rozpaczy. Codziennie błagała Klan Gwiazdy, aby Szakłakowy Cień odnalazł się cały i zdrów, ale nie nadchodziła żadna odpowiedź ani od Gwiezdnych przodków, ani od liliowego kocura. Nie zauważyła nawet, kiedy łapy same poniosły ją nad brzeg rzeki - miejsce, w którym patrol odnalazł ostatnie, teraz już niemal całkiem zwietrzałe ślady Szakłaka. Siedząc tuż przy rzece i wpatrując się w jej ciemny nurt marzyła, aby zmienić się w porywisty wicher, byleby jak najszybciej przeczesać tereny klanów i znaleźć jakikolwiek, najmniejszy ślad wojownika. I mimo że w obozie nadal pozostawał Żółwi Brzask, któremu również liliowy nie był obojętny, kotka czuła się samotna, jak jeszcze nigdy. Obserwując koty Klanu Nocy zauważyła, że wiele z nich nie wierzy już, że jej brat kiedykolwiek się odnajdzie. Prawdę mówiąc, ona też była już tego bliska, ale jakiś niewielki skrawek nadziei, którego jeszcze nie zdążył spalić jad goryczy kazał jej myśleć, że ta wiara jest jedynym, co pozwala jej utrzymać funkcje życiowe. Jej najdroższy, biedny braciszek mógł snuć się gdzieś w pobliżu albo wręcz przeciwnie - siedzieć gdzieś uwięziony rozpaczliwie oczekując na pomoc. Ze smętnych rozmyślać wyrwał ją podłużny, ciemny kształt pomykający gdzieś pod powierzchnią wody. Czekoladowa skupiła się na nim, po czym nerwowo zamachała ogonem. Kiedy szczupak znalazł się na tyle blisko, że zdołała go dosięgnąć, wyrzuciła go w powietrze. Ryba upadła na ziemię i żałośnie wybałuszyła oczy. O powrocie do wody nie mogło być mowy. Kotka rzuciła jeszcze jedno tęskne spojrzenie w stronę rzeki, po czym chwyciła szczupaka w zęby i udała się w stronę obozu. Sama z pewnością nie zje, ponieważ i gardło, i żołądek miała na tyle zaciśnięte, aby skutecznie jej to uniemożliwić, ale może przynajmniej ktoś inny się pożywi. Upuściła zdobycz na coraz bardziej ubogim przed porą nagich drzew stosie zwierzyny, po czym przycupnęła przed legowiskiem wojowników tylko po to, aby niedługo położyć się spać i na chwilę zapomnieć o utrapieniu, które teraz wisiało jej nad głową niczym burzowa chmura.

~tajm skip, Szakłak wraca do obozu~

Kolejny dzień rozpoczął się niemal identycznie, jak kilka poprzednich. Co gorsza, po bracie Szałwiowej Chmury nadal nie było żadnego śladu. Jej zdziwienie było więc ogromne, kiedy w wejściu do obozu stanął sam wielki poszukiwany, Szakłakowy Cień - zmizerniały, wyczerpany, wychudzony, z matową sierścią i nie ciepłym jak zawsze, a pustym, zobojętniałym wzrokiem. Wparował na środek obozu z małymi kośćmi w pysku, po czym wypluł je jednocześnie przywołując Żwirową Gwiazdę. Brzmiało to trochę jak bełkot, ale na szczęście na tyle wyraźny, aby dało się zrozumieć wypowiedziane przez niego imię. Długowłosa niemal natychmiast chciała się rzucić w jego stronę, tylko nie wiedziała jeszcze z jakim zamiarem. Nie była pewna czy chce go wylizać do czysta i uwielbić Gwiezdnych za sprowadzenie go do domu, czy może dopaść do gardła i zastraszyć, że jeśli jeszcze raz zdecyduje się na taką długą nieobecność w obozie, zostaną mu oberwane uszy. Stwierdziła, że aby podjąć odpowiednią decyzję, wypadałoby najpierw dowiedzieć się, co się stało, ale zanim zdążyła o cokolwiek go zapytać, padł na ziemię wycieńczony. Sercem Szałwii zawładnął wtedy niebywały strach - szczęście szczęściem, gniew gniewem, ale jeśli coś miało mu się stać, była gotowa oddać wszystkie cztery łapy, byleby tylko uchronić go od nieprzyjemności. Teraz jednak leżał bezwładnie na trawie, a jego siostra była równie bezsilna, co wtedy, kiedy nie wiedziała, gdzie przebywał. Mając go przed samym nosem, dosłownie pod łapami, mogła tylko powierzyć jego życie w łapy Dryfującego Obłoku i po raz kolejny pomodlić się do Klanu Gwiazdy, aby nie przyprowadzał jeszcze Szakłaka na niebo, po którym kroczyli przodkowie. Nie mając żadnych informacji o stanie kocura, podeszła bliżej do kości, które wylądowały na polanie. Kości małych zwierząt, niektóre już zupełnie suche i czyste, wokół innych latały jeszcze owady pożywiające się resztkami mięsa. Kotka nie miała pojęcia, z jakiego powodu jej brat zdecydował się przywlec te szczątki do obozu, ale nie chciała wierzyć, że zrobił to bez celu. Kiedy tylko dojdzie do siebie, będzie się z tego wszystkiego musiał porządnie wytłumaczyć nie tylko przed przywódczynią, ale i własną siostrą.

<Szakłak? Żółwik? Albo ktoś na polanie?>

02 sierpnia 2019

Od Szałwiowej Chmury

- Hej, Szałwiowa Chmuro! - miauknęła Lipowa Gałązka, kiedy czekoladowa kotka skończyła posiłek. - Chciałabyś wyjść z nami na patrol? - spytała i ruchem puszystego ogona wskazała Wierzbowy Brzeg, Oblodzoną Sadzawkę oraz Deszczowe Futro z Niedźwiedzią Łapą.
- Pewnie! - odparła i liznęła się kilka razy po piersi, po czym poderwała się na łapy i razem z pobratymcami opuściła obóz. Zaraz po wyjściu, w patrol uderzył silny, zimny powiew wiatru, mającego za zadanie obwieścić całemu lasowi, że pora opadających liści już się zaczęła. Niedługo drzewa będą zupełnie łyse, a ziemię pokryje ognistoczerwony dywan uschniętych liści. Do tego będzie coraz ciężej coś upolować. Jeżeli rzeka nie zamarznie, Klan Nocy powinien jakoś sobie poradzić, ale gdyby pokrył ją lód, może się okazać, że kilka kotów znacząco schudnie. Deszczowe Futro poprowadził patrol wzdłuż granicy z Klanem Burzy (włączając nawet wąski fragment lasu odcinający płaskowyż od Drogi Grzmotu), ale nie znaleźli żadnych śladów bytności ani kotów Klanu Burzy, ani włóczęgów. Następnie udali się w stronę Wodnych Głazów. Szałwiowej Chmurze dalej jeżyła się sierść na karku podczas przeskakiwania po kamieniach, ponieważ dalej przypominał jej się pamiętny dzień, kiedy ześlizgnęła się do wody, a Żółwi Brzask musiał ją ratować. Wykonała ostatni sus w dużym skupieniu i momentalnie znalazła się na mokradłach. Kilka razy otrzepała łapy z grząskiej, przyczepiającej się do futra ziemi, ale koniec końców i tak kończyła z błotem na białych skarpetkach. Nagle do jej uszu dotarł cichy pisk podobny do kocięcego nawoływania. Na początku zbagatelizowała dźwięk, zrzucając winę na jakieś omamy słuchowe, ale im bliżej jeziora podchodziła, tym głośniejsze stawało się kwilenie. Rozejrzała się czujnie po terytorium, odruchowo wbijając pazury w miękką ziemię. Wtem wśród błota i tataraków dostrzegła niewielką, piaskową, futrzaną kulkę. Kociak! Maluch piszczał i szarpał się, ale przez takie zachowanie tylko głębiej zapadał się w błocie. Jeśli zaraz ktoś mu nie pomoże, maleństwo pewnie się utopi.
- Hej! - miauknęła do niego zdenerwowana. - Nie szarp się, zaraz cię stamtąd wyciągnę! - krzyknęła. Następnie zwróciła się do rudego ucznia: - Niedźwiedzia Łapo, pomóż mi!
Kociak wbił w nią przerażone spojrzenie oczu w kolorze płomieni, ale już nie piszczał. Terminator prędko znalazł się u boku kotki z gotowością do działania wymalowaną na pysku.
- Myślę, że będę musiała go wyłowić. Gdybym sama nie mogła się podciągnąć, przejmiesz ode mnie malucha i pomożesz mi się wydostać.
Kocurek skinął głową i przysiadł na brzegu sadzawki. Wojowniczka ostrożnie zanurzyła łapę w mulistej wodzie, aby ocenić głębokość. Po chwili cała zanurzyła się brudnej cieczy i zaczęła zmierzać w kierunku wystraszonego, ubłoconego kociaka. W pewnym miejscu dno gwałtownie opadało, więc kotka miała wrażenie, że zaraz cała się zapadnie, jednak dół nie był na tyle głęboki, żeby zamoczyła całą głowę. Kocurek, którego właśnie brała w zęby, na pierwszy rzut oka był bardzo mały. Po dokładniejszych oględzinach wojowniczka stwierdziła jednak, że kociak jest po prostu drobnej postury. W tych okolicznościach było to nawet na jego korzyść, ponieważ łatwiej było go ponieść do brzegu.
- Już dobrze, mały. Zabiorę cię stąd - mruknęła i złapała kocurka za skórę na karku. Na początku wszystko szło gładko, ale kiedy dotarła do odcinka, na którym znajdowało się wgłębienie w dnie, zatrzymała się. Jeśli tam wejdzie, trzymając kocię w zębach, zanurzy je całe w błocie. Ruchem ogona nakazała Niedźwiedziej Łapie powoli się zbliżyć. Z trudem, bo z trudem, ale udało jej się przekazać kociaka uczniowi, a ten szybko dotarł z nim na brzeg. Przygotowała się na kolejne „plum” w mulistej wodzie, ale po jakimś czasie ona również dotarła na brzeg. Kocurek nie wyglądał na rannego, ale jeśli długo siedział w zimnym błocie, być może jest wychłodzony. Szałwia prędko zgarnęła mikrusa w zęby i podbiegła do zastępcy.
- Chciałabym zabrać go do obozu, Deszczowe Futro - miauknęła nieco zaniepokojona, ponieważ kociak nadal wyglądał na niezwykle wystraszonego.
- Oczywiście - odparł kocur i zwracając się do swojego ucznia, dodał: - Idź razem z Szałwiową Chmurą, Niedźwiedzia Łapo. Teraz bardziej przydasz się w obozie.
Rudy skinął głową i już kilka chwil później przechodził przez Wodne Głazy. Szałwiowa Chmura pobieżnie otrzepała futro z lekko zaschniętego już błota i pognała do obozu z Niedźwiedzią Łapą u boku i kociakiem zwisającym z pyska. Wchodząc do obozu, natychmiast skierowała się do legowiska Dryfującego Obłoku, wcześniej prosząc rudego ucznia o poinformowanie Żwirowej Gwiazdy o całej sytuacji.
- Dryfujący Obłoku! - zawołała, a widząc medyka w wejściu do jego legowiska, wytłumaczyła mu wszystko.
- Jest wychłodzony - stwierdził po dokładnych oględzinach kociaka, po czym dodał: - A poza tym brudny i głodny, ale myślę, że z tego wyjdzie.
- Mogłabym z nim zostać? - spytała Szałwiowa Chmura błagalnym tonem. Skoro już sprowadziła tutaj tego malucha, nie wyobrażała sobie go teraz zostawić.
- W zasadzie nie widzę przeciwwskazań - stwierdził kocur po chwili namysłu. - Dobrze. Postaraj się go ogrzać... albo umyć - stwierdził, patrząc na maleństwo utytłane w błocie.
- Żwirowa Gwiazda już o wszystkim wie - miauknął Niedźwiedzia Łapa, wchodząc do legowiska oraz uprzednio witając się z Dryfującym Obłokiem.
- Dziękuję ci, Niedźwiedzia Łapo - kotka uśmiechnęła się. - Czym mógłbyś jeszcze coś dla mnie zrobić? Przynieś, proszę coś do jedzenia. Mały wygląda na głodnego.
- Jasne! - powiedział z entuzjazmem i wyszedł z legowiska medyka. Szałwiowa Chmura wylizała kociaka i owinęła go ogonem. Nadal wyglądał na niepewnego, ale już mniej przerażonego niż na mokradłach. Czekoladowa jeszcze raz przejechała językiem po jego głowie, a potem posłała mu promienny uśmiech.
- Nie przejmuj się, tutaj nie ma się czego bać. Jesteś głodny?

<Żwirowa Gwiazdo?>

18 lipca 2019

Od Szałwiowej Chmury CD Szakłakowego Cienia

- Dryfujący Obłoku... - Szałwiowa Chmura delikatnie położyła łapę na jego barku i słabo potrząsnęła, po czym dodała nieco głośniej: - Dryfujący Obłoku!
Medyk zamrugał kilka razy, aby przywrócić widzianej przez niego rzeczywistości właściwy kształt. Kiedy poznał jakże błahy powód, przez który został obudzony, wyruszył na miejsce wypadku przewracając oczami. Cóż, może tym pełnym pogardy ruchom ślepi niebieskiego był winny nie tyle sam wypadek, co poszkodowany. Sama czekoladowa pamiętała kilka wybryków jej brata, za to Dryfujący Obłok najpewniej miał przy nich najwięcej roboty. Prawdę mówiąc, to Szakłak zaczął psocić już będąc w żłobku, kiedy to razem z Żółwikiem postanowili wyruszyć na eksplorację terenów Klanu Nocy. Mało się wtedy nie utopili... A najlepsze w tym wszystkim było to, że w ślad za nimi wyruszyła druga ekspedycja, w której skład wchodziły pozostałe kocięta - Komar, Pstrąg i sama Szałwia. Nagle zaczęła żałować, że już nigdy nie zrobią niczego wszyscy razem. Miło byłoby wrócić sobie do żłobka, martwić się tylko czy pogoda pozwoli na zabawę poza legowiskiem, a kiedy się zmęczą móc przytulić się do Imbirowego Pazura i natychmiast zasnąć. Podczas tych wspominek bez namysłu podążyła za Dryfującym Obłokiem, toteż z rozmyślań wyrwało ją dopiero krótkie jęknięcie jej brata. Co też ten mysi móżdżek miał w głowie?! A co by się stało, gdyby spadł tak niefortunnie, że złamałby sobie łapę albo skręcił kark? A co, gdyby stało się tak, że to on spadłby pierwszy, a gałąź by go przygniotła? Szałwia nie wiedziała co by zrobiła, gdyby Szakłakowi coś się stało, ale zważywszy na fakt, że sam podniósł się po upadku i sam poszedł za medykiem, nie mógł być poważnie ranny. To było dla wojowniczki niczym zielone światło do oberwania mu uszu! Co innego mógł robić na drzewie rosnącym tak blisko obozu, niż podglądać ją i Żółwi Brzask? A do tego po co by kłamał, że idzie nad rzekę? Co za szczwane stworzenie! Oczywiście podczas drogi powrotnej do obozu nie omieszkał doprowadzić do niewielkiego spięcia pomiędzy nim a Dryfem, ale obyło się bez zbędnych ofiar. Całe szczęście, bo medyk wyglądał na naprawdę sfrustrowanego, że przez tego hultaja został wybudzony ze smacznego snu i siłą wyciągnięty ze swojego legowiska.
Po dotarciu na miejsce, dwa kocury zniknęły w legowisku pozostawiając Żółwi Brzask i Szałwiową Chmurę przed wejściem. Gdyby tylko istniało jakieś zioło na uspokojenie, które działałoby przez kilka księżyców. W takim wypadku liliowemu przydałby się cały krzak. Widząc, że zaczyna już świtać, a Żółwik zaraz będzie mógł się odzywać, trąciła go lekko i łebkiem wskazała wschodzące słońce. Nareszcie, koniec tego milczenia! Teraz Żółwik będzie mógł robić mu wyrzuty podczas urywania mu uszu przez Szałwię. Idealnie! Kiedy jej brat opuścił ruszyła do wnętrza legowiska nonszalanckim krokiem. W międzyczasie w jej głowie zaświtał pewien pomysł, zdecydowanie bardziej wyszukany niż kara cielesna. Jeśli faktycznie coś przeskrobał, to pewnie będzie się obawiał, że Szałwia lub Żółwik się owego czynu domyślą. Niech pożyje sobie w niepewności przez jakiś czas. W razie, gdyby Szałwia mimo wszelkich poszlak się pomyliła co do podglądania jej i cętkowanego, nikomu nie stanie się krzywda. Za to jeśli intuicja jej nie zawodzi, Szakłak będzie oczekiwał jakiegoś rewanżu. Doskonale! Ona nie zrobi absolutnie nic, a wojownik poczuje, jakby szykowano na niego ogromny skok. Na razie będzie więc udawać, że o niczym nie wie i postara się nie okazać cienia gniewu. Dobrze by było mieć jednak stuprocentową pewność, że Szakłakowy Cień siedział tam z tego konkretnego, a nie żadnego innego powodu. Trudno, czas pokaże. Zbliżyła się powoli i delikatnie trzepnęła w ucho.
- Co ty sobie myślisz, rybia głowo?! Po coś właził na to drzewo?!
<Żółwik/Szakłak?>

07 lipca 2019

Od Szałwiowej Chmury C.D. Żółwiego Brzasku

Smutek w jego oczach po prostu ją dobijał. Nie chciała sobie nawet wyobrażać jak paskudnie niebieski musiał się czuć. Zostawienie go samego sobie w takim stanie na całą noc wydało się Szałwii działaniem zwyczajnie zbyt okrutnym w stosunku do i tak już zdruzgotanego młodego wojownika. Gdyby został sam na sam ze swoimi czarnymi myślami, nie wiadomo co mogłoby mu strzelić do głowy, a przecież teraz liczyło się przede wszystkim jego dobro. Cieszyła się, że chciał, aby z nim została. To musiało znaczyć, że chociaż trochę jej ufał i lubił jej obecność, prawda?
Kiedy słońce zaszło, cętkowany miał kategoryczny zakaz odzywania się. Co prawda czuwanie w teorii miało służyć temu, aby nowy wojownik przemyślał swoje nowe obowiązki i zrozumiał ich ciężar, ale koniec końców czekoladowa stwierdziła, że przecież będzie miał jeszcze dużo czasu na rozmyślania, a w obecnej sytuacji i tak zajmowałby głowę innymi sprawami. Pomyślała więc, że aby rozluźnić nieco atmosferę mogą pograć w pewną grę. Rolą Żółwika było naśladowanie różnych zwierząt, natomiast do jej zadań należało odgadnięcie co udawał w danej chwili. Faktycznie, może i ta zabawa wyglądała tylko na szczeniackie igraszki, w rzeczywistości jednak Szałwia miała nadzieję, że pomoże młodemu wojownikowi chociaż na krótką chwilkę zapomnieć o zmartwieniach i tragedii, która go spotkała. Niech czuje się jak beztroski kociak, chociaż przez kilka uderzeń serca!
- Może... ślimak? - miauknęła niepewnie kiedy rozpoczęła się gra i jej kompan zaczął udawać pierwsze zwierzę, ale widząc, że Żółwik energicznie kiwa głową, bardzo się odprężyła. Ostatnimi czasy spędzała coraz więcej czasu w jego towarzystwie i doskonale się przy nim czuła, teraz również. Zabawa trwała w najlepsze, w tym czasie Szałwia odgadła cztery z pięciu odgrywanych zwierząt. Po jakimś czasie jej dobra passa się jednak skończyła, ponieważ udawani przez cętkowanego przedstawiciele fauny, musieli by jednocześnie pływać jak ryby, chodzić czasem na dwóch, a czasem na czterech nogach oraz latać. Szczerz mówiąc, nie mogła się doczekać rana, ponieważ bardzo chciała wiedzieć, co ten futrzak miał w tym czasie w głowie. Zabawa była naprawdę przemiła, a czekoladowa zastanawiała się właśnie, czy na długo udało jej się odciągnąć Żółwika od okropnych przeżyć. Kiedy skończyli ostatnią rundę, kocur przysunął się trochę bliżej. Wojowniczkę owionął przyjemny, ciepły zapach. Żółwik nie mógł nic powiedzieć, ale nie szkodzi. Przynajmniej znowu miała okazję, żeby popatrzeć w jego niebieskie niczym niebo ślepia, a on w żaden sposób nie mógł zaprotestować. Kiedy usiadł obok, poczuła się niemal tak bezpiecznie, jak utulony do snu kociak. Zauważyła, że cętkowany chyba chciał jej coś powiedzieć, ale miał nakaz absolutnej ciszy. Szałwia spojrzała na niego pytająco. Wtem rozległ się straszliwy trzask. Szałwiowa Chmura i Żółwi Brzask spojrzeli po sobie, po czym zdecydowali, że dobrze by było sprawdzić czym owy hałas się okaże.
Kiedy opuścili obóz wyglądało na to, że gałąź jednego z pobliskich drzew złamała się i runęła na ziemię. Można sobie więc wyobrazić zdziwienie kotki, kiedy okazało się, że "ten, którego wzywała rzeka" leżał teraz niedaleko tejże gałęzi pojękując cicho. Liliowa kupka futra poczochranego na cztery strony świata unosiła się w rytm nieregularnego oddechu. Na pierwszy rzut oka Szakłakowy Cień nie wyglądał na ciężko rannego po upadku, ale nie była w stanie dokładnie tego ocenić. Nagle dotarło do niej coś aż nazbyt oczywistego, ale do tej pory przysłoniętego strachem o zdrowie brata. Czy ten mysi móżdżek podglądał ją i Żółwi Brzask?! O nie, tego mu darować nie może. Jeszcze się z nim policzy, jak tylko się wyliże. Po chwili otrząsnęła się z rozmyślań i miauknęła:
- Pójdę po Dryfujący Obłok - po wypowiedzeniu tych słów pędem ruszyła do legowiska medyka.

<Szakłak/Żółwik?>

04 lipca 2019

Od Szałwiowej Chmury

Ptaki już jakiś czas temu rozpoczęły wesoły koncert, a lekki wiatr niósł ich świergoty nad całym terenem Klanu Nocy. Wydawało się, że pragną zarazić energią co najmniej w takim stopniu, aby każdy, nawet najbardziej zesztywniały starszy, zdołał bez problemu wdrapać się na wierzchołek drzewa, skoczyć i pozwolić, aby zefir niósł go pośród obłoków. Cóż, czekoladowa wojowniczka z pewnością takich zachęt nie potrzebowała, ponieważ od kiedy tylko usłyszała, że w klanie pojawiły się nowe istotki, jej serce stało się jakby uskrzydlone. Nie mogła być pewna skąd się u niej bierze taka sympatia do kociąt, ale maluchy strasznie ją rozczulały. Przecież są takie śliczne z tymi swoimi maleńkimi łapkami, miniaturowymi noskami i niedużymi uszkami. Dopiero odkryją jakie piękne widoki będą dostrzegać swoimi oczami. Poczują woń lasu, rzeki i liści, posmakują ryb, myszy i wiewiórek. Do tego wszystkiego dochodziły również Łzawy Taniec i Ognisty Krok, które naturalnie były o wiele bardziej uradowane niż czekoladowa, a swoim optymizmem zarażały wszystkich dookoła. Szałwiowa Chmura doskonale wiedziała, że kocięta to przyszłość klanu, a kto nie chciałby zobaczyć przyszłości jeszcze zanim nadejdzie? Wybrała się więc dziarskim krokiem w stronę żłobka mijając się po drodze z Żółwim Brzaskiem. Na początku chciała spytać czy nie poszedłby razem z nią, ale przypomniało jej się, że nadal był bardzo przybity. No cóż, jeśli nie wyrazi chęci, to nie będzie go zmuszać do oglądania maluchów, które mogłyby przypomnieć mu o jego własnym rodzeństwie i miło spędzonym czasie, którego już nigdy razem nie przeżyją. Nagle zalała ją fala współczucia.
- Cześć, Żółwi Brzasku - uśmiechnęła się promiennie. - Chcesz pójść obejrzeć ze mną kocięta?
- N-nie wiem... - wymamrotał niechętnie.
- Jasne, rozumiem - miauknęła ze współczuciem. - Ale jak chcesz, to przyjdź do nas - rzuciła mu przez ramię przyjazne spojrzenie, po czym zajrzała do żłobka i wymruczała zadowolona: - Dzień dobry! Można obejrzeć maluchy?
Po pomrukach karmicielek zezwalających jej na wejście miała wrażenie, że zaraz wyskoczy z własnego futra. Jakież one były śliczne! Maleństwa tulące się do matek wyglądały tak uroczo, że Szałwia miała ochotę wszystkie je do siebie zagarnąć i po prostu poobserwować jak ich boku unoszą się w rytm oddechu. To było takie odprężające...
- Są przepiękne! - miauknęła Szałwiowa Chmura z taką dawką słodyczy w głosie, że od razu można było od niej utyć do tego stopnia, aby przypominać okrągły obłoczek. Łzawy Taniec i Ognisty Krok zdążyły już zdradzić jej ich imiona. Kto wie, może w niedalekiej przyszłości jeden z tych kociaków stanie się jej pierwszym terminatorem? To byłoby wspaniałe! I Pstrągowy Pysk, i Szakłakowy Cień dostali już własnych uczniów - Wronią Łapę i Owczą Łapę. Szkolenie na wojownika również ukończyli przed Szałwiową Chmurą. Jak już dostanie własnego ucznia, jeszcze wszyscy zobaczą kto jako pierwszy ukończy trening! Na razie siedziała jednak pogrążona w oglądaniu tych puchaty kluseczek. Postrzegała bycie karmicielką jako coś absolutnie cudownego, bo nie dość, że jest to opieka nad bezbronnymi kociakami, które bardzo cię potrzebują, to jeszcze można wzbogacić własny klan o nowego wojownika lub medyka. Miała nadzieję, że jej samej też przyjdzie kiedyś pomieszkać w żłobku przez jakiś czas, bo przecież spędzanie całych dni z kociętami musiało być wspaniałe!

<Łezka, Żółwik albo ktokolwiek inny? Możecie kontynuować, jeśli bardzo się wam nudzi 0-o>

24 czerwca 2019

Od Szałwiowej Chmury CD. Żółwiego Brzasku

Żółwik się roześmiał! To zdecydowanie był dobry znak. Z pewnością na tym się nie skończy, najprawdopodobniej jeszcze przez długi czas będzie przeżywał stratę Pajęczej Łapy i Komarzego Bzyku, ale teraz wie, że nie zostanie sam z problemami. Nagle, umysł Szałwiowej Chmury zalał potok wspomnień, w których to Żółwik pomagał jej. Pokazał jej kiedyś kilka ruchów przydatnych w walce, a które wykorzystywała do dzisiaj, udało mu się uspokoić ją przed jej własną ceremonią wojownika oraz dokonał heroicznego czynu, jakim było uratowanie czekoladowej z rwącej, lodowatej rzeki, do której wpadła w porze nagich drzew. Teraz to ona, chociaż postara się mu pomóc, bo niebieski teraz bardzo tego wsparcia potrzebował. Po krótkiej chwili, obecny na polanie brat Szałwii zaczął wygadywać różne, niestworzone historie, mianowicie, że „ryby wypłynęły z głębin i pluskają na alarm” albo „rzeka go wzywa”, po czym nonszalanckim krokiem opuścił siedzibę Klanu Nocy. Cóż, stwierdzenie, iż rzeka go wzywa, mogłoby się jeszcze obronić, chociażby nagłą, zupełnie nieoczekiwaną chęcią pływania, ale w tym przypadku chyba nie o to liliowemu chodziło. Córka Pstrokatego Serca wymieniła zdziwione spojrzenia z Żółwim Brzaskiem, z których dało się wyczytać subtelny niepokój o zdrowie psychiczne Szakłakowego Cienia, ale koniec końców uznali to za zwykłe przejawy nieoczekiwanej nudy i próby zajęcia się czymś. Przez chwilę obserwowali nurzające się w płomienistych barwach zachodzące słońce, po czym czekoladowa zabrała głos:
- Zachody są chyba najpiękniejszą częścią dnia, prawda? - uśmiechnęła się. - Te wszystkie kolory... Niebo wygląda tak, jakby właśnie płonęło.
- Ch-chyba masz rację - Żółwik uśmiechnął się krzywo, jednak Szałwię ten uśmiech cieszył bardziej, niż jakikolwiek, który do tej pory ujrzała. Bo to jego uśmiech był teraz najpiękniejszy, najcenniejszy i najbardziej wyczekiwany. Czekoladowa wlepiała spojrzenie złocistych ślepi w syna Jagodowej Skórki dłuższą chwilę, toteż kiedy on skierował wzrok w jej stronę, poczuła uderzającą ją falę gorąca. Czy długo na niego patrzyła z taką żarliwością i czy on to zauważył? Kilka razy przejechała językiem po piersi, aby ukryć zakłopotanie.
- Wiesz... - miauknęła cicho. - Żałuję, że jeszcze nigdy nie oglądaliśmy razem zachodów słońca. Mógłbyś się przy nich częściej uśmiechać - mówiąc to, zauważyła, że cętkowany znów daje się ponieść negatywnym emocjom, więc wstała i z czułością przycisnęła się do jego boku.
- Może to wcale nie jest taki głupi pomysł? - mruknął. - Zachody słońca rzeczywiście są... bardzo piękne.
- Żółwi Brzasku - zaczęła zupełnie poważnie czekoladowa, po czym z troską spojrzała na młodego wojownika. - Chcę, żebyś wiedział, że jesteś dla mnie ważny i zawsze będę tu dla ciebie - wypowiadając te słowa, uzmysłowiła sobie, że niebieskiego lubi znacznie, znacznie bardziej, niż się jej początkowo wydawało. Po chwili milczenia dodała: - Mogę zostać z tobą na czuwaniu... oczywiście, jeśli zechcesz.

03 czerwca 2019

Od Szałwiowej Chmury CD Żółwiej Łapy (Żółwiego Brzasku)

Nareszcie to miało nastąpić! Żółwia Łapa miał doczekać się własnej ceremonii wojownika. Ha, potrafił jej tak dobrze doradzić, więc zobaczymy, jak jemu samemu pójdzie. Szałwiowa Chmura wstrzymała oddech widząc, że niebieski staje przed Żwirową Gwiazdą. Jakże dumnie i dostojnie wyglądał! W jego błękitnych oczach mimo wszystko błyszczał spokój, ale już z jednego spojrzenia czekoladowa potrafiła wyczytać, że Żółwia Łapa jest wdzięczny za obecność jej i Szakłakowego Cienia. Cóż, po tym jak stracił Komarzy Bzyk i Pajęczą Łapę w bitwie z Klanem Wilka, pozostał całkiem sam. To musiało być dla niego paskudne przeżycie. Prawdą było, iż rodzice Szałwii również polegli w tym samym starciu. Wiedziała jednak, że cętkowany był wyjątkowo mocno zżyty ze swoim rodzeństwem, więc ich śmierć musiała być dla niego ogromnym ciosem. Teraz jednak stał wyprostowany, a na jego pysku malowało się opanowanie. Po wypowiedzeniu słów ceremonii przez liderkę, uczeń obiecał chronić i bronić klan nawet za cenę życia. Na te słowa, po grzbiecie Szałwiowej Chmury przebiegł lodowaty dreszcz, który można było porównać do wbijających się w ciało setek maleńkich sopli. Nie mogła sobie wyobrazić, że podczas jakiejś bitwy, on traci życie. Wizja bezwładnego ciała padającego na ziemię stała się nagle tak realna, że zaczęła na zmianę wysuwać i chować pazury. Aby przywrócić swoją ewidentnie zbyt bujną wyobraźnię do ładu, musiała aż potrząsnąć łebkiem. Rozejrzała się po zebranych i z powrotem skierowała wzrok na niebieskiego. Nad obozem zabrzmiał czysty głos Żwirowej Gwiazdy:
- Zatem z mocy Gwiezdnego Klanu nadaję ci imię wojownika. Żółwia Łapo, od tej chwili będziesz zwał się Żółwi Brzask. Gwiezdny Klan uznaje twoją lojalność i dobroć, a my witamy cię jako wojownika klanu.
Cóż za podniosły moment! Szałwia zaczęła odruchowo ugniatać podłoże z ekscytacji i gdyby nie Szakłakowy Cień, który delikatnie szturchnął ją w bark, prawdopodobnie zaczęłaby piszczeć jak kociak. Kiedy nowe imię świeżo mianowanego wojownika zostało wypowiedziane tyle razy i na tyle głośno, że każde drzewo i każde źdźbło trawy w okolicy doskonale je zapamiętało, Klan Nocy zaczął się rozchodzić, a na środku obozu pozostała tylko ona, jej brat, no i oczywiście Żółwik. Mimo całego hałasu na cześć niebieskiego, który dalej dzwonił kotce w uszach, bez wahania dołączyła do Szakłaka w ponownym skandowaniu. Nagle Szałwiowa Chmura zauważyła, że pomimo początkowego zadowolenia, Żółwi Brzask wygląda na bardzo przygnębionego. Chwilę później domyśliła się, o co mogło chodzić. Nie było przy nim Komarzego Bzyku i Pajęczej Łapy. Nie było przy nim jego najbliższej rodziny, której ufał i z pewnością kochał całym sercem. W Szałwię momentalnie uderzyła tak ogromna fala współczucia, że bez problemu przykryłaby cały obóz. Żółwi Brzask po chwili wybuchnął płaczem. Lament rozpaczy docierał do jej uszu z prędkością biegnącego zająca i po pewnym czasie trafił prosto w serce, które zaczęło bić nieco wolniej, z powodu całego żalu i smutku, który został na nie nałożone. Po chwili przysunęła się do niebieskiego i wyszeptała:
- Nie będę mówić, że rozumiem, co czujesz. Ale boli mnie, kiedy widzę jak bardzo cierpisz - jej oczy zeszkliły się. - Mi też ich brakuje - wycedziła przez zęby, po czym wtuliła się w miękkie futro Żółwiego Brzasku.

<Żółwik/Szakłak?>

26 maja 2019

Od Szałwiowej Chmury CD Żółwiej Łapy

Dzień zapowiadał się przepięknie do czasu, kiedy Klan Klifu nie wysłał poselstwa do obozu z prośbą Lisiej Gwiazdy o posiłki w starciu z Klanem Wilka. Szczerze, to czekoladowa nie mogła się już doczekać Zgromadzenia, może uda się jakoś załagodzić cały ten spór. Klan Wilka napadł na Klan Klifu i należała mu się za to kara, ale wojna też przecież musi się kiedyś skończyć. Szałwia spróbowała się postawić w sytuacji wojownika z Klanu Wilka - który być może tylko wykonywał rozkazy - ale został zawojowany przez przewyższające ich liczebnie i prawdopodobnie taktycznie pozostałe klany z lasu. Jego najwyższy priorytet, czyli klan, zostanie najpewniej zrujnowany, a i bez ofiar się nie obędzie. Jeśli Klan Burzy, Klan Lisa i Klan Nocy miały wspomóc Klan Klifu w potyczce, Klan Wilka na pewno długo im tego nie zapomni. Żwirowa Gwiazda skompletowała oddział wojowników, a chwilę później wydała rozkaz do wymarszu. Cóż, tak naprawdę, to nie tylko oddział wojowników, bo w jego skład oprócz Imbirowego Pazura, Pstrokatego Serca i Komarzego Bzyku, wchodziła również Pajęcza Łapa. Fakt, srebrno-biała nie przepadała za Szałwiową Chmurą, ale tak na dobrą sprawę, to razem się wychowywały. Rodzice i koledzy ze żłobka mieli wyruszyć na bitwę. W tym samym czasie ona miała bezpiecznie siedzieć w obozie i czekać na cud. Trudno, słowo lidera jest prawem, więc w sumie nic nie mogła zdziałać. Czule pożegnała się ze wszystkimi bliskimi, w tym wyjątkowo ciepło z rodzicami.
- Uważajcie na siebie, dobrze? - miauknęła zaniepokojona czekoladowa.
- O nas się nie martw, słoneczko - rzuciła Imbirowy Pazur i posłała rozbawione spojrzenie Pstrokatemu Sercu, który poparł jej słowa skinieniem głowy.
- No, przynajmniej wrócimy w jednym kawałku - odparł pomarańczowooki. Jego słowa niestety ani odrobinkę nie uspokoiły jego córki. Po wyjściu oddziału ze Żwirową Gwiazdą na czele zaczęła dreptać w kółko i trzeba przyznać, iż dziwne jest to, że nie wydreptała w ziemi całego korytarza, ponieważ stawiała kroki z siłą i częstotliwością uciekającego przed drapieżcą królika. Co więcej, mogła zrobić? Położyć się spać? Zjeść zwierzynę? W obecnym stanie rzeczy nie byłaby w stanie zmrużyć oka, czy choćby leżeć bez ruchu i oddać się aktywności jedynie umysłowej. Gardło miała za to zaciśnięte do tego stopnia, że ledwo dawała radę cokolwiek wymówić. Czuła obezwładniającą bezsilność, miała ochotę rzucić się na ziemię i zawyć z rozpaczy i lęku. Nigdy jeszcze nie czuła takiego paskudnego rodzaju strachu, nawet niedługo po śmierci Tonącego Słońca. Teraz jej rodzina stała przed bezpośrednim zagrożeniem życia, a ona nijak nie mogła pomóc. Posłała do Klanu Gwiazdy cichą modlitwę, po czym zasiadła w towarzystwie Pstrągowego Pyska, Szakłakowego Cienia i Żółwiej Łapy. Och, ile by dała, aby móc przewidzieć co się stanie! Jakim cudem Żwirowa Gwiazda w ogóle dała się wciągnąć w wojenne zawirowania Klanu Klifu i Klanu Wilka?! Co ją do tego skusiło? Wizja tego, że będzie uchodzić za niepokonaną przed własnym klanem? Nowe terytoria? Bo chyba nieślepa furia, która każe jej mordować wszystko, co nawinie się jej pod łapy! Gdyby tylko mogła, Szałwia zawróciłaby oddział z powrotem do obozu, nie zważając na konsekwencje.
- Boję się - miauknęła. Jej najbliżsi posłali sobie zatroskane spojrzenia. Nikt nie powiedział tego na głos, ale wyglądało na to, że każdy miał w żołądku równie dużą, lodową kulę, co czekoladowa. Teraz pozostało tylko czekać.
~tajm skip - po bitwie~
Nie... To nie mogła być prawda. Jej ukochani rodzice i przyjaciele, z którymi znała się od kocięcia, zginęli. Odeszli bezpowrotnie, a to oznaczało ziszczenie się najgorszych lęków Szałwiowej Chmury. W jednej chwili straciła pół najbliższej rodziny i to w imię czego? W imię ponownego pognębienia klanu, który już dostał nauczkę! W imię cudzej wojny! Czegoś, w co Klan Nocy nie powinien się mieszać! W imię wątpliwego sojuszu i nieuczciwej bijatyki, gdzie jedna ze stron z góry była na straconej pozycji! Czekoladową targały okropne emocje. Jej serce krwawiło z rozpaczy, kiedy patrzyła na bezwładne ciała swoich rodziców. Potargane futra, poplamione krwią, rany, które musiały zadawać niewyobrażalny ból i na końcu śmierć. Szałwia mogła mieć tylko nadzieję, że odejście Imbirowego Pazura i Pstrokatego Serca nastąpiło szybko i nie musieli umierać powoli, w agonii. Równie dobrze mogli dożyć swoich ostatnich dni w legowisku starszyzny i spokojnie odejść we śnie, zamiast umierać tak nagle, z dala od rodziny, na terenach obcego klanu. Jedyne pocieszenie stanowiło dla niej to, że odeszli do Klanu Gwiazdy razem i teraz najpewniej się jej przyglądają. Zginęli jednak śmiercią dzielnych, nieustraszonych wojowników i to z pewnością nigdy nie zostanie im zapomniane. Wsadziła nos w potargane futra kotów i napotykając współczujące spojrzenie przywódczyni, mruknęła zduszonym szeptem:
- Mam nadzieję, że ich śmierć nie poszła na marne, Żwirowa Gwiazdo. Sprawy obcego klanu nie były tego warte.
Szakłakowy Cień, Pstrągowy Pysk i Żółwia Łapa wraz z Jagodową Skórką również opłakiwali poległych członków Klanu Nocy. Niebieski położył po sobie uszy i owinął ogon wokół łap. Jego oczy spowite były nieprzeniknioną mgłą smutku. Ciekawe, o czym teraz myślał.
Biedna Pajęcza Łapa - pomyślała czekoladowa. - Nie doczekała nawet do swojej ceremonii wojownika.
Posłała Żółwiej Łapie smutne spojrzenie i po chwili ciszy, miauknęła:
- H-hej... Chcesz porozmawiać?
<Żółwia Łapo?>

20 maja 2019

Od Szałwiowej Łapy CD Żółwiej Łapy

Po epizodzie z kąpielą w rzece, Szałwia czuła się już lepiej. Co prawda biały kaszel nadal dawał się jej we znaki, ale już nie tak intensywnie jak wcześniej. Ha, Jagodowa Skórka miała rację - trzeba było tego dnia zostać w obozie. Miała wielkie szczęście, że Żółwia Łapa był wtedy przy niej. Gdyby nie on, mogłaby już dawno dołączyć do Gwiezdnych. Podczas drogi powrotnej do obozu, czuła się przy nim bezpiecznie, jak nigdzie indziej.
Jeden wschód słońca temu, Żwirowa Gwiazda poinformowała czekoladową, że odbyła rozmowę ze Spienioną Falą i Jagodową Skórką i zdecydowała, że nadszedł czas, aby otrzymała swoje wojownicze imię. No co? Liderka miała czekać z tym całym mianowaniem aż Szałwia się utopi? Sama terminatorka znów była jednak poddenerwowana. Starała się to sobie wytłumaczyć, że to normalne, że każdy denerwował się w takiej chwili, jednak mimo jej wysiłków, nadal było jej wstyd, że aż tak boi się ceremonii. Uważała, że to nienormalne bać się czegoś, podczas czego nie może stać ci się krzywda, ale "nadanie imienia mocą Klanu Gwiazdy" wydawało jej się tak odległe, jak same ślepia Gwiezdnych przyglądające się klanom co noc. Chyba nie zdzierży tego sama, musi z kimś porozmawiać. Rozejrzała się wokół i koło stosu zwierzyny ujrzała Żółwią Łapę. Na sam jego widok uśmiechnęła się i na kilka uderzeń serca zupełnie zapomniała o zmartwieniach. Zanim jednak ruszyła w jego stronę, zawahała się. Może nie powinna wkładać mu na głowę swoich problemów? Może będzie czuł, że na każdym nieodpowiednim słowie, które padnie z jego pyszczka, spoczywa ciężar odpowiedzialności za jej samopoczucie? Chociaż teoretycznie miała niedługo zostać mianowana, a po całym wydarzeniu jej niepokój pewnie pryśnie jak bańka mydlana. No trudno, z kimś porozmawiać trzeba, a niebieski już zauważył, że zbliża się w jego stronę.
- Cześć, Żółwia Łapo - miauknęła niepewnie.
- Cześć! - odparł wesoło, ale widząc jej smętny wyraz pyszczka, dodał: Czy coś się stało?
- Cóż.... Wiesz, że Żwirowa Gwiazda chce mi nadać wojownicze imię, prawda?
Niebieski pokiwał głową.
- Strasznie się tego boję - wyznała. - Widziałam to już tyle razy, a boję się, że zrobię coś nie tak, że zrobię krok nie w tę stronę i wszystko przepadnie. Nie mam pojęcia skąd się to bierze, bo nie mam powodu, żeby się bać, ale to wszystko zdaje mi się bardzo przytłaczające - wymruczała i spojrzała na rozmówcę, aby poznać jego zdanie. Żółwia Łapa uśmiechnął się tylko i odparł:
- Rozumiem. To ważna chwila, więc chcesz wypaść dobrze przed całym klanem, ale zapamiętaj, że najważniejsze jest, abyś to ty wspominała ten moment dobrze. Opinia innych to tylko dodatek.
Niesamowite. Ona próbowała się uspokoić przez cały dzień, a jego kosztowało to tylko wypowiedzenie kilku zdań.
- Masz rację - odparła z namysłem, po czym dodała - Dziękuję.
Dobrze było mieć kogoś, komu można powiedzieć o wszystkim. Nagle, nad obozem rozbrzmiało wezwanie Żwirowej Gwiazdy, głoszące, że wszystkie koty mogące samodzielnie polować, mają stawić się na zebranie klanu. Żółwik posłał Szałwii jeszcze jedno pokrzepiające spojrzenie i delikatnie pchnął ją do przodu. Wyszła przed tłum i zrobiła to, co jej radził - skupiła się jedynie na tym, aby zapamiętać to przeżycie jako coś dobrego. Z tyłu głowy miała wszystkie pamiętne momenty jej treningu, radosne chwile, które spędziła z rodziną. Wszystkiemu przysłuchiwała się bardzo dokładnie, aż nadeszła najważniejsza część ceremonii. Żwirowa Gwiazda nabrała powietrza i powiedziała donośnym głosem:
- A więc, mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Szałwiowa Łapo, od dzisiaj będziesz znana jako Szałwiowa Chmura. Klan Gwiazdy ceni twoją wytrwałość i pracowitość, witamy cię jako pełnoprawną wojowniczkę Klanu Nocy.
Niesamowite! Jej własne wojownicze imię! Szałwiowa Chmura, to brzmiało nawet całkiem nieźle. Wszyscy członkowie klanu zaczęli do niej podchodzić, gratulować jej i zwracać się nowym imieniem. Dopiero po jakimś czasie Szałwia zauważyła, że między wszystkimi kotami szuka jedynie ciepłego wzroku Żółwiej Łapy.
<Żółwiku?>

11 maja 2019

Od Szałwiowej Łapy CD. Żółwiej Łapy

Lodowy potok nigdy nie zniżyłby się do ustąpienia siłą terminatorce. Tak było również w tym przypadku. Szałwiowa Łapa czuła, że cała się trzęsie, do tego nie słyszała wiele więcej niż szum krwi w uszach, a najmniejszy ruch sprawiał, że czuła, jakby chłód wdzierał się w nią przez skórę. Tak, to była zdecydowanie najgorsza sytuacja, w której mogła się teraz znaleźć. Zebrała wszystkie siły, jakie pozostały w jej ciele po szalonej szamotaninie i skierowała je w łapy, które w aktualnych okolicznościach, zobowiązane były unieść ich właścicielkę ponad powierzchnię wody. Mogłoby się wydawać, że czekoladowa nie pragnęła teraz niczego oprócz zaczerpnięcia powietrza, ale i to nie dało jej tak dużej ulgi, jakiej oczekiwała. Wraz z nabraniem oddechu, do jej klatki piersiowej wdarło się zimne powietrze, więc uczennica poczuła, jak mróz wypełnia jej drogi oddechowe, powodując nieprzyjemne ukłucie. Teraz jednak się to nie liczyło, bo nabranie powietrza było o wiele ważniejsze od jego jakości. Szałwiowa Łapa gorączkowo zamachała kończynami. Jej stale zalewane wodą oczy zdążyły dostrzec ostatnią deskę ratunku. Żółwia Łapa czekał na brzegu z gałęzią, której uczennica mogła się chwycić. Miała wrażenie, że jeśli nie złapie się jej na czas, zginie się wyjątkowo bolesną i powolną śmiercią. Jej wyobrażenia nie były w sumie tak dalekie od prawdy, bowiem utonięcie na pewno nie należy do bezbolesnych śmierci. Na szczęście, czekoladowa nie musiała - przynajmniej na razie - sprawdzać na własnej skórze, jak paskudnie giną topielce. Udało jej się! Wczepiła się w gałąź wszystkimi czterema kończynami i podczas gdy myślała, czy nie wzbogacić chwytu o użycie szczęki, odezwał się Żółwia Łapa przez zaciśnięte zęby:
- Trzymaj się mocno!
- Dobrze! - miauknęła przerażona, ponieważ zimna woda nadal obmywała jej grzbiet, ogon i tylne łapy. Nagle poczuła, jak jej na tę chwilę najbezpieczniejsze schronienie posuwa się powoli ku brzegowi. I to wszystko za sprawą niebieskiego! Kiedy była na tyle blisko, że zdołała musnąć brzeg łapą, skoczyła. Trzeba jej przyznać, że lot był fascynującym widowiskiem i został odebrany przez Żółwią Łapę z rozdziawionym pyszczkiem, ale lądowanie poszło jej już nieco gorzej. Przednie łapy znajdowały się już w bezpiecznym miejscu, jednak tylne zwisały w kierunku rwącej rzeki. Szałwia była pewna, że nie znajdzie już w sobie siły, aby się podciągnąć lub poszukać oparcia dla łap. Wyglądało na to, że nic już nie mogła zrobić. Z opresji wyciągnął ją natomiast Żółwia Łapa. Mocno złapał ją zębami za kark i wyciągnął na brzeg. Czekoladowa miała ochotę rzucić się na niego i podziękować serdecznie za ocalenie jej najcenniejszego, ale też najbardziej kruchego skarbu, jaki miała, jednak ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Leżała na brzegu dokładnie w takiej pozycji, w jakiej się tam znalazła, bo ruch wydawał się zbyt dużym wysiłkiem. Ciągle kręciło się jej też w głowie, więc towarzyszyło jej wrażenie, że jeśli tylko się ruszy, w jakiś niewytłumaczalny sposób zsunie się z powrotem do potoku. Nic podobnego się jednak nie stało. Nie, teraz na pewno się nie ruszy. Nie to, że doznała jakichś poważniejszych obrażeń, po prostu była przemarznięta, ale również na tyle wyczerpana, aby nie móc dalej iść. Trzęsąc się cała, zdołała tylko wykrztusić cichutkie:
- Dziękuję.
To jednak nie był koniec, bowiem wypadałoby jeszcze dotrzeć do obozu. Kąpiel podczas mrozu nie była dobrym pomysłem, gdyż teraz ciałem uczennicy wstrząsały dreszcze. Po jakimś czasie, z wielkim trudem dźwignęła się na łapy, a Żółwia Łapa natychmiast pospieszył, aby ją podeprzeć. Ciepło jego ciała dawało jej wielką pociechę. W tej chwili miałaby tylko ochotę zasnąć, jednak wicher mierzwił jej mokre futro i przedostawał się do zmarzniętej skóry. Wtedy uświadomiła sobie, że czas spędzony z Żółwią Łapą był chyba jednym z najprzyjemniejszych elementów jej treningu, jeśli mogła to tak nazwać. Polowanie z nim u boku traktowała bardziej jako zabawę niż pracę. Jego wesoły styl bycia rozjaśniał każdy deszczowy dzień, a pobudka była przyjemniejsza, gdy rzucał jakimś dowcipem. Cieszyła się, że teraz ma go przy sobie.
- Strasznie mi zimno... - jęknęła, szczękając zębami.
<Żółwik?>

01 maja 2019

Od Szałwiowej Łapy CD. Żółwiej Łapy

Szła przez podmokłe tereny jej klanu z Żółwią Łapą u boku. Musiała przyznać, że dobrze się bawiła w jego towarzystwie. Prawie jak z bratem, ale w zupełnie inny sposób i to w taki, jakiego ani ja, ani ona nie umiałaby ubrać w słowa. Przez jakiś czas było w miarę spokojnie do czasu, kiedy z całym impetem nie wlazła w pajęczynę. Rzucała się na wszystkie strony, co w żaden sposób jej nie pomogło, za to wywołało salwę śmiechu u jej towarzysza. Sama Szałwia na początku nie była zbytnio zadowolona, ale ona także nie mogła się oprzeć. Nie śmiała się co prawda głośno, ale tak długo, że zaczęło jej brakować tchu. Po jakimś czasie przypomniała sobie jednak, że mieli wyjść na jakieś polowanie czy coś. W tej chwili zupełnie nie miała na to ochoty, bo spacer czy nawet zwykła rozmowa z synem jej mentorki wydawała się o wiele ciekawszym zajęciem. W końcu jednak stwierdziła, że kiedy w końcu zostanie wojowniczką, będzie miała na takie wypady multum czasu. Żółwik zresztą też, teoretycznie on mógł już być wojownikiem. Szli wspólnie do momentu, kiedy niebieski też przypomniał sobie o początkowych planach.
- Może pójdziemy na mokradła? - miauknęła w końcu czekoladowa. W śniegu była mała szansa na złapanie czegokolwiek, ale kto wie, może gdzieś tam pałętała się jakaś osłabiona albo ranna kaczka czy inny wodny ptak, który mógłby paść łupem uczniów? Nie zwlekając dłużej, ruszyli w stronę rzeki. Obydwoje starali się być cicho, ale nie wychodziło im to szczególnie dobrze. Co chwila któreś wybuchało śmiechem albo gadało bez opamiętania, przez co czas potrzebny na przejście dystansu od obozu do rzeki wydłużył im się niemal dwukrotnie. Do tego wszechobecny śnieg niesiony przez chłodne wichry nie ułatwiał pokonania trasy. Aby przejść na mokradła, niezbędne było pokonanie Wodnych Głazów. Szałwiowa Łapa ruszyła przodem. Nie wiadomo czy przez to, że kamienie pokryte były lodem, czy może przez silny wiatr, czy przez stratę równowagi, a może przez zwykłą nieuwagę, ale Szałwia wpadła do wody. Lodowatej, zabójczej w takich warunkach cieczy. Żółwik natychmiast ruszył za nią w pogoń. Rzeka była wzburzona, a kiedy tylko uczennica próbowała wypłynąć, nad jej głową rosła kolejna fala, która spychała ją w dół. Półdługie futro było teraz przemoczone i dodatkowo jej ciążyło. Pół biedy, jeśli byłaby pora zielonych liści, ale na nieszczęście wpadła do wody w środku pory nagich drzew. Młóciła wodę łapami, jednak ze znikomym rezultatem. Kiedy zdołała zaczerpnąć powietrza na tyle, aby cokolwiek powiedzieć, zdołała jedynie wrzasnąć do Żółwika:
- Ratuj!
<Żółwiku? We no ratuj Szałwię, dziewczyna sobie sama nie poradzi ;^;>

28 kwietnia 2019

Od Szałwiowej Łapy

- Dobrze! - Spieniona Fala pochwaliła Szałwiową Łapę, kiedy ta uniknęła ciosu i powaliła mentorkę na ziemię. Właśnie trwał ten długo wyczekiwany trening, na którym pojawiła się zastępczyni. Sama czekoladowa martwiła się trochę, że może Jagodowa Skórka jest nauczona jakiejś konkretnej techniki, a ona opanowała umiejętność obrony tylko przed tym jednym, konkretnym typem, ale po krótkim i szybkim starciu z samą Spienioną Falą uznała, że w tej dziedzinie umie dostatecznie dużo. Polowanie poszło jej jednak trochę gorzej. Na początku wypłoszyła jedną, bardzo żylastą mysz, ale za to udało jej się złapać niedużą nornicę. Nie mogłabym nie napomknąć, że walka była dla Szałwii zdecydowanie łatwiejszą częścią egzaminu, ponieważ bardziej skupiała się na tym, aby nie oberwać, aniżeli na tym, że ktoś właśnie ją ogląda. Na polowaniu natomiast czuła się okropnie i szczerze mówiąc, nie słyszała zbyt wiele poza szumem własnej krwi i biciem swojego serca. Miała wrażenie, że Spieniona Fala już morduje ją wzrokiem i rzuci się na nią za jeden zły ruch (co oczywiście pozostawało jedynie w sferze jej wyobrażeń). Kiedy nareszcie wróciła do obozu i pożegnała z zastępczynią i mentorką, ze świstem wypuściła powietrze. Wreszcie nie musi się martwić o każdy ruch czy każde słowo. W tej sytuacji nie pozostawało jej nic innego jak czekać do jutra na decyzję liderki... A może jednak? Rozejrzała się szybko i ponownie odszukała Jagodową Skórkę.
- Może mogłabym jeszcze wyjść na polowanie? - spytała po stwierdzeniu, że stosik zwierzyny nie wygląda najlepiej.
- Dlaczego nie? - Jagodowa Skórka uśmiechnęła się. - Tylko pamiętaj, w razie czego wróć przed zmierzchem - rzuciła jej filuterne spojrzenie.
- Oczywiście! - miauknęła, kiwając głową i po chwili znajdowała się już przy wyjściu z obozu. W ostatniej chwili rozejrzała się jednak, bo perspektywa kolejnej samotnej wyprawy nie wyglądała najkorzystniej. Przed legowiskiem uczniów nadal siedzieli Pajęcza Łapa i Żółwia Łapa. Może któreś z nich dałoby się namówić na wspólne wyjście? Szałwia machnęła puszystym ogonem i skierowała w stronę kolegów z legowiska, po czym o wszystkim im opowiedziała.
- I jak? Idziecie ze mną czy nie? - spytała wesoło.

<Żółwik? Pająk? Nie dajcie się prosić ;3>

Od Szałwiowej Łapy

Szałwiowa Łapa niedawno wróciła z patrolu, a obecnie relaksowała się przed legowiskiem uczniów. Tak, uczniów. Nadal. Jej przyjaciele ze żłobka powoli przenosili się do legowiska wojowników, a ona dalej siedziała na starych śmieciach. Musiała przyznać przed sobą, że jej serce zalewała coraz większa fala wstydu i... zazdrości? Jak to? Jej rodzeństwo miało całą ceremonię za sobą, a ona dalej czekała na swoje pięć minut sławy. Miała jednak świadomość, że Szakłakowy Cień nadal przewyższał ją umiejętnościami, a na to sobie pozwolić nie mogła, ale teraz rodzina wydawała jej się odległa, jak nigdy dotąd. Cóż, imię wojownika również nie było jej szczególnie bliższe. Chyba nie mogła zrobić nic więcej, niż tylko ciężko trenować. Pocieszał ją jednak fakt, że długo wyczekiwane przyjemności smakują lepiej. Z rozmyślań wyrwał ją duża, biała śnieżynka, która postanowiła wylądować na jej nosie. Strzepnęła ją prędko i rozejrzała się po obozie. Było już późno, jednak słońce jeszcze nie zachodziło. W tłumie wyszukała Jagodową Skórkę i podeszła do niej tanecznym krokiem, po czym miauknęła:
- Wiem, że już dziś trenowałyśmy, Jagodowa Skórko, ale może mogłabym jeszcze coś zrobić? Tak, na rzece i strumieniu powoli pojawia się lód, a zwierzyny jest bardzo mało, więc ciężko o cokolwiek do jedzenia, ale może jest cień szansy, że uda mi się coś złapać?
- Cień szansy zawsze istnieje - mruknęła liliowa, przerywając potok słów swojej terminatorki. - Radziłabym ci jednak oszczędzać siły na jutro. Na kolejny trening przyjdzie Spieniona Fala i oceni twoje postępy - odparła z pozornie obojętną miną, aby obserwować masę emocji malujących się na pyszczku czekoladowej.
- Nie żartujesz, Jagodowa Skórko? - chciała zabrzmieć poważnie, jednak z jej gardła wydobył się dźwięk bardziej podobny do kocięcego pisku. Kiedy upewniła się, że jej mentorka nie żartuje, z prędkością światła udała się do Szakłakowego Cienia i Pstrągowego Pyska i podzieliła się z nimi najświeższymi nowinami.
- Nie gadaj za dużo - mruknął Szakłakowy Cień. - Najlepiej w ogóle się nie odzywaj. Mówię ci, Spienionej Fali się to spodoba - przyjacielsko pacnął ją łapą w ucho.
- Ja na twoim miejscu pękałabym z nerwów - Pstrągowy Pysk spojrzała łobuzersko na siostrę i widząc jej lekko zgarbioną postawę, dodała: Och przestań, przecież tylko żartuję!
Nie, Szałwiowa Łapa się nie bała. Czuła jedynie chłodną, wyjątkowo silną determinację. Zdecydowała, że jutro - nawet jeśli w rzeczywistości taka nie jest - będzie udawać silną, niezależną, pewną siebie osobowość, aby Spieniona Fala była z niej zadowolona. Ruszyła więc spokojnie w stronę swojego legowiska. Nie rozmawiała już nawet z Żółwią Łapą ani Pajęczą Łapą. Umościła się wygodnie i zapadła w płytki sen.

24 kwietnia 2019

Od Szałwiowej Łapy

Leniwe, jeszcze blade słońce powoli wyłaniało się zza horyzontu. Słabo zabarwione, radośnie tańczące promyki przedostały się do środka legowiska i padły centralnie na pyszczek czekoladowej kotki. Przez chwilę miała wrażenie, że widzi tylko nieskończoną biel, ale kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do światła, widziała już o wiele więcej. Trzeba jednak przyznać, że pierwszy obraz, który zobaczyła po przebudzeniu nie był tak daleki od rzeczywistości, bowiem pora nagich drzew dawała się we znaki, a cały obóz zostanie niedługo pokryty białym puchem. Odwróciła się i chciała obudzić swojego brata, jednak wtedy dotarło do niej co stało się poprzedniej nocy. Szakłakowy Cień został wojownikiem, a ona dalej tkwiła razem z uczniami. Nie żeby nie lubiła kolegów z legowiska, ale jednak Szakłak wszystkich ich wyprzedził. Oj tak, dzisiaj porządnie popracuje.
Inni uczniowie jeszcze spali, więc aby ich nie obudzić, wyszła po cichu na zewnątrz. Wsłuchała się przez chwilę w ciszę. Było nawet całkiem przyjemnie. Spojrzała w niebo, a tak ujrzała ogromnego, czarnego gawrona. Nie najgorzej - pomyślała. Przynajmniej może liczyć, że jeśli pójdzie na polowanie, uda jej się cokolwiek złapać. Zdecydowała się cicho przekraść do legowiska wojowników i obudzić Jagodową Skórkę. Czuła się trochę niezręcznie, bo może jej mentorka była zmęczona, czy coś w ten deseń, ale w końcu są rzeczy ważne i ważniejsze. Lekko pacnęła liliową łapą, a kiedy ta otworzyła oczy z widocznym zdziwieniem, wymruczała po cichu:
- Dzień dobry, Jagodowa Skórko. Wstałam jakiś czas temu i pomyślałam, że mogłabym już wyjść na polowanie, oczywiście jeśli mi pozwolisz.
Jej mentorka najpierw spojrzała na Szałwiową Łapę jakby spytała ją jak oskubać jeża z igieł, a potem sennie odpowiedziała:
- W porządku, tylko nie wałęsał się za długo.
- Dziękuję, Jagodowa Skórko - rzuciła przez ramię. Po kilkunastu uderzeniach serca była już na zalesionym terenie otaczającym obóz. Pomyślała, że skoro niedługo na rzece i strumieniu pojawi się lód, to mogłaby skorzystać z tego, że jeszcze go tam nie ma. Udała się nad strumyk znajdujący się na granicy z Klanem Burzy. Tam minęła się z patrolem granicznym, w którym udział brało dwóch uczniów. Skinęła całej grupie, ale odpowiedziały jej w większości tylko nieprzyjemne grymasy na pyskach. Od uczniów nadeszły jednak słabe uśmiechy, jakby bali się, że zostaną za nie skarceni. Córka Imbirowego Pazura spędziła nad strumieniem kilka godzin, a w tym czasie stosik ryb obok niej nieustannie rósł. Nie były zbyt duże, ale i tak ktoś się nimi pożywi. Wracała się kilka razy, aby przenieść cały łup do obozu, ale po jakimś czasie skończyła. Potem wyszła jeszcze na chwilę, aby złapać jakiegoś gryzonia albo ptaka, ale to się jej nie udało. Najlepsze było to, że cały czas był ranek, a ona mogła zrobić jeszcze sporo rzeczy! Kiedy powróciła do obozu po drugim nieudanym polowaniu, na spotkanie wyszła jej Jagodowa Skórka.
- Gdzieś ty chodziła?! Martwiliśmy się o ciebie! - syknęła ostro, na co terminatorka lekko się skuliła.
- Cóż, ja... - przełknęła nerwowo ślinę. - Przecież wyszłam na polowanie o świcie. Mówiłam ci o tym, Jagodowa Skórko.
- Naprawdę...? - starsza kotka wydawała się skołowana. - Kiedy?
- Przyszłam do legowiska wojowników bardzo wczesnym rankiem. Pytałam cię, czy mogę wyjść - miauknęła poważnie.
- Och... Jeśli to prawda, to w porządku. Zrobiłaś dobrą robotę - odparła patrząc w stronę stosu zwierzyny. - Dam ci dzisiaj odpocząć, a jeśli będziesz mieć ochotę, po południu możemy poćwiczyć walkę - mruknęła oddalając się. Szałwiowa Łapa była całkiem zadowolona z obrotu spraw. Cieszyła się, że udało jej się obronić, bo do tej pory najprostsza rozmowa, nawet we własnej obronie, przychodziła jej z trudem. Ułożyła się przed legowiskiem uczniów i rzuciła przelotne spojrzenie na legowisko wojowników w nadziei, że zobaczy wychodzącego z niego Szakłaka.


<Pająk? Żółwik? Ktoś coś? :3>

Od Szałwiowej Łapy CD Szakłakowego Cienia

Kotka siedziała przed legowiskiem uczniów, bo było zdecydowanie za zimno, aby się położyć. Ostatnie jesienne promienie słoneczne sprawiały wrażenie, jakby silniejszy wicher mógł je bezproblemowo porwać. Popołudnia mijały jej w zasadzie dosyć leniwie. Po treningu nie miała zbyt wielu zajęć, a pyszczka też nie było do kogo otworzyć. Do Pajęczej Łapy nie było sensu się odzywać, bo ewidentnie nie miała zbytniej ochoty, aby rozmawiać. Żółwik był całkiem przyjemnym kompanem, ale zdecydowanie częściej przystawał z Szakłakiem. Komarza Łapa siedział na uboczu, Pstrągowa Łapa też niezbyt często się udzielała. Z całą resztą uczniów nie było tak naprawdę wspólnych tematów, a jedynym kotem, z którym mogła zamienić kilka zdań, był Szakłakowa Łapa. Wróć, jego też ciężko było złapać - zwykle albo robił coś z Żółwią Łapą, albo skupiał się na treningach. Nawet po całym dniu ciężkiej pracy potrafił doskonalić umiejętności na tyle, na ile potrafił. Do Szałwiowej Łapy dotarło, że jej brat zrobił znacznie większe postępy, niż ona. Chyba trochę się obijała podczas swojego treningu... Nawet na Zgromadzeniach się nie odzywała. Obiecała sobie solennie, że teraz weźmie się do roboty i dogoni Szakłaka. Być rodzeństwem z jednego miotu i zostać mianowanym później? Przecież to wstyd! Koniec cackania się, teraz dopiero zacznie się praca!
Zauważyła, że Szakłakowa Łapa wraca z treningu nie tylko z Rybim Ogonem, ale i ze Spienioną Falą. Wywołało to spore zainteresowanie, nie tylko wśród jego najbliższych przyjaciół, ale i u całego legowiska. Kiedy liliowy został sam, Szałwiowa Łapa zdecydowała się zagadać:
- Dlaczego Spieniona Fala była z wami na treningu? Stało się coś?
- Sam chciałbym wiedzieć! - prychnął. - Mam nadzieję, że komuś nie podpadłem.
Szakłak był chyba zbyt zmęczony, aby znowu pracować nad swoimi technikami walki i umiejętnościami łowieckimi, dlatego razem z siostrą przysiadł niedaleko stosu zwierzyny (która nawiasem mówiąc, zaczynała być niestety coraz chudsza, bo pora nagich drzew robiła swoje). Porozmawiali chwilę. Tak naprawdę, to Szałwia nie była pewna, jaki był temat konwersacji. Od słowa do słowa, od ostatnio złapanej ryby, przez kocięta Żurawinowego Krzewu, aż po stare zapachy lisa na granicy. Chyba tego teraz potrzebowała. Miło było nareszcie się do kogoś odezwać i pogadać o byle czym, zwłaszcza jeśli ten ktoś był twoim kochanym braciszkiem.

~wieczorem~

Liliowy przespał chwilę, a Szałwia była przy nim do momentu, kiedy podeszła do nich Rybi Ogon. Ceremonia mianowania! Nareszcie! Szakłakowa Łapa był rozentuzjazmowany, a siostra posyłała mu rozświetlone radosnymi błyskami spojrzenie żółtych oczu. Była niemal tak podekscytowana, jakby mianowano ją samą. Cóż, teoretycznie Szakłak miał tę samą krew, co ona, więc to, że wkrótce mu dorówna, nie było tak odległym marzeniem. Czekoladowa zauważyła natomiast, że jej brat nieco się denerwuje, więc dodawała mu otuchy, jak mogła - zaczęło się od pojedynczych liźnięć, ale przed samym mianowaniem kocur był wręcz „ulizany” przez siostrę. W końcu nadeszła ta ważna chwila. Żwirowa Gwiazda zwołała zebranie klanu. Szakłak niepewnie zrobił krok naprzód, po czym zdecydował się wystąpić dalej. Sama ceremonia przebiegła szybko i bezboleśnie, przynajmniej dla widowni. Teraz stał przed nimi kot o nowym imieniu - Szakłakowy Cień! Samo wypowiadanie tego imienia przyprawiało Szałwię o dreszcze. To brzmiało tak dumnie! A sam Szakłak przybrał bardzo majestatyczną pozę. Trzeba przyznać, to ogromne wydarzenie! Wszyscy zaczęli się zwracać do młodego wojownika nowym imieniem i składać mu gratulacje. Ależ Szałwia była dumna! Z pewnością będzie wielkim wojownikiem! Tylko czasami przez jedno ucho wkradała jej się myśl, że smutno będzie bez Szakłaka w legowisku. Na szczęście, ponieważ kotka posiadała dwoje uszu, to przez drugie owa myśl wypadała. Cóż, postanowione - od jutra zaczyna się ciężka praca!

<Szakłakowy Cieniu? Wow, ale to świetnie brzmi 0-0>

18 kwietnia 2019

Od Szałwiowej Łapy CD Szakłakowej Łapy

Szałwiowa Łapa przyglądała się wszystkiemu z ukrycia. Stała pod wiatr, więc mogła być pewna, że samotniczka jej nie wywęszy. Ona natomiast widziała i czuła ją doskonale. Zauważyła, że bok i kark czarnej, długowłosej kotki o niespokojnie połyskujących, zielonych oczach przecinała spora szrama. Doskonale zdawała sobie sprawę, że Kodeks Wojownika każe przepędzać wszystkie koty, które ośmielą się postawić łapę na terenie twojego klanu, ale czekoladowa nie widziała powodu, aby przybyszów traktować z taką agresją. Przecież ci wszyscy samotnicy mogą o niczym nie wiedzieć. Skąd mają wiedzieć? Kto im powie, że panują tu takie, a nie inne zasady? Nikt nie mówi, że obce koty będą pokojowo nastawione, ale nikt też nie twierdzi, że będą bezlitosnymi bestiami, które od razu rzucą ci się do gardła. Nie zamierzała pozwolić, aby jej klan głodował z powodu samotników czy pieszczoszków, ale nie chciała być niesprawiedliwa w stosunku do Klanowi Gwiazdy ducha winnych kotów. Nie podobały jej się takie niezasłużone akty agresji. Bo po co?
Swoją drogą, czuła do brata niemały podziw. Musiała w nim drzemać ogromna odwaga, skoro sam jeden zdecydował się stanąć oko w oko z nieznanym sobie kotem. Mimo wszystko dobrze, że Rybi Ogon była w pobliżu - pomyślała kotka. Co gdyby intruz okazał się wyjątkowo silny i zaprawiony w boju? W prawdzie Szakłakowa Łapa potrafił niemal tyle, co pełnoprawny wojownik, ale zawsze istniała możliwość, że przegra potyczkę. Chciała dać bratu sygnał, że jest tuż za nim, ale w taki sposób, aby samotniczka - kimkolwiek była - jej nie zauważyła. Spojrzeniem przepalała liliowemu dziurę w głowie, ale nie przyniosło to rezultatów. Przewróciła oczami i nerwowo zamachała koniuszkiem ogona. Zaszeleściła przy tym kilkoma listkami i nareszcie udało jej się zwrócić uwagę brata. Skierował wzrok w stronę jej kryjówki, ale nie miała pojęcia, czy ją zauważył. Teraz albo ją do siebie przywoła, albo każe zostać na miejscu...

<Szakłakowa Łapo? Gawronie?>

11 kwietnia 2019

Od Szałwiowej Łapy CD. Szakłakowej Łapy

Szałwiowa Łapa obudziła się. Zastrzygła uszami i mrugnęła kilka razy, żeby przyzwyczaić się do światła słonecznego. Legowisko uczniów było już niemal całkiem opustoszałe. Musiała spać dosyć długo. Podniosła się i chwiejnym krokiem podreptała do wyjścia z legowiska uczniów, przez które wpadały blade promienie. Nawet takie chwilowe odczucie ciepła było miłą odmianą od chłodnych, porywistych wiatrów pory opadających liści. Kotka pławiła się chwilę w cieple, po czym wystawił łebek przez wejście do legowiska.
- Eh, strasznie zimno - mruknęła do siebie, szczękając zębami. Po chwili zjadła lekko wychudzoną myszkę, po czym podeszła do niej Jagodowa Skórka.
- Dzień dobry, Szałwiowa Łapo! - miauknęła liliowa. - Dziś idziemy na trening z Szakłakową Łapą, cieszysz się? - mówiąc to, na jej pysku malował się radosny uśmiech.
- Naprawdę? Świetnie! - ucieszyła się. Kochała swojego brata, a przez ostatnie księżyce każde z nich zaczęło mieć własne zadania i poświęcało sobie coraz mniej czasu. Czekoladowa nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy, a wspólny trening nareszcie będzie okazją do spędzenia razem dnia. Rodzeństwo przywitało się przyjacielskim liźnięciem i za mentorkami wyruszyło ku Błotnistej Zatoczce. Szałwiowa Łapa zadrżała już któryś raz z kolei, kiedy silny wiatr przedzierał się przez jej gęste, półdługie futro.
- Zimno ci? - zapytał czule Szakłakowa Łapa.
- Nie, nie, wszystko w porządku - jej słowa zaprzeczały temu, co widział liliowy kocurek, bowiem chwilę po wypowiedzeniu tych słów, kichnęła. Dopytywał się jej jeszcze, czy na pewno jest pewna, ale dawało to taki sam rezultat jak poprzednio. W końcu dał sobie spokój i dalej szedł w ciszy. Szałwiowa Łapa pomyślała, że źle byłoby zmarnować wspólny czas na wędrówkę w milczeniu, więc zabrała głos:
- Podobają ci się treningi z Rybim Ogonem? Wydaje się całkiem miła - rzuciła ukradkowe spojrzenie na mentorkę brata. Liliowy ożywił się nagle i zaczął opowiadać siostrze o prawdopodobnie wszystkich treningach, jakie odbył z czarną kocicą. Potok słów samoistnie wylewał mu się z pyszczka, a z jego szumu Szałwia zdołała zrozumieć tyle, że Szakłak umie już całkiem sporo i nawet lubi swoją mentorkę, tylko na nerwy nieźle działa mu Łzawy Taniec, która potrafi skutecznie odciągnąć Rybi Ogon od wcześniej ustalonego rozkładu zajęć. Nagle, Szakłakowa Łapa zamilkł i lekko rozdziawił pyszczek. Czekoladowa domyśliła się, że coś zwęszył. Gestem ogona nakazał jej ciszę i upadł do przysiadu łowieckiego. Szałwiowa Łapa zrobiła to samo, bo nie chciała zaprzepaścić bratu szansy na zaprezentowanie swoich umiejętności przed wojowniczkami. Sama nie ruszała się z miejsca i podziwiała zdolności łowieckie kocurka. Bezszelestnie podszedł do beztroskiego piszczka i jednym kłapnięciem szczęk pozbawił zwierzątko życia. Bezwładne, szarobure ciałko zwisało z jego pyszczka, kiedy z dumnym uśmiechem podążał w stronę siostry. Upuścił zwierzynę i prędko ją zakopał, po czym obydwoje potruchtali za mentorkami.
- Rybi Ogon musi naprawdę dobrze uczyć, skoro umiesz tak świetnie się podkradać - miauknęła Szałwiowa Łapa z podziwem.
- Przecież ci mówiłem! - mruknął Szakłak z zadowoleniem. Resztę podróży spędzili na przyjacielskich przekomarzankach. Kiedy dotarli, kotka skupiała się głównie na treningu. Musiała przyznać, że jej brat od ich ostatniej próby siły, stał się znacznie bardziej wymagającym przeciwnikiem. Tylko czasami Szałwiowa Łapa posyłała przelotne spojrzenie żółtych oczu w stronę terenów Klanu Klifu, w głębi duszy mając nadzieję, że między krzewami ujrzy ognistoczerwone futro Makowej Łapy.

<Szakłak? Przepraszam, że tak długo nie było odpisu ;^;>

26 marca 2019

Od Szałwiowej Łapy CD Makowej Łapy

(Niby nikt nie miał kontynuować, ale jest to dalsza część opka Makowej Łapy)
~księżyc temu~
Czekoladowa zastrzygła uszami. Gdzieś między zaroślami usłyszała głos Jagodowej Skórki oraz inny, którego nie potrafiła rozpoznać. Widocznie jego właściciel nie należał do Klanu Nocy, ale nie był też włóczęgą - wyraźnie wskazywał na to zapach. Szałwiowa Łapa zagrzebała złapaną wcześniej nornicę i znowu upadła do przysiadu łowieckiego. Brzuchem niemal szorowała po ziemi, ale była pewna, że kimkolwiek był rozmówca Jagodowej Skórki, nie zdoła jej zauważyć. Przekradła się cicho między krzewami. Żółtymi oczami szukała luki w baldachimie liści, ale nie udało jej się. Nerwowo wychyliła głowę z bezpiecznej kryjówki i ujrzała przed sobą zdenerwowaną mentorkę. Skierowała wzrok w tę samą stronę, co liliowa i zobaczyła ognistorudego kocura. Widziała go na swoim ostatnim zgromadzeniu... A przynajmniej tak się jej wydawało. Cóż, nawet jeśli, to nie zdołali wtedy zamienić ani jednego słowa. Tak naprawdę, to wtedy nie miała nawet zbytniej ochoty zawierać znajomości poza granicami własnego klanu. Teraz coś się jakby "przestawiło". Była bardzo ciekawa jak może wyglądać codzienne życie poza granicami terytorium Klanu Nocy, a ta niechęć była prawdopodobnie spowodowana wstydem, tylko kotka nie chciała do siebie dopuścić tej wiadomości. Szałwia jednak ostatnimi czasy stwierdziła, że taka postawa jest bardzo dziecinna i zmieniła swoje nastawienie. Klan Klifu sąsiadował z nim, ale kotka nigdy nie zapuszczała się w głąb ich terenu. Ba, nie mogła tego zrobić, bo Kodeks Wojownika surowo tego zakazywał. Czy jednak zakazany owoc nie smakuje najlepiej? Czy to, co zabronione, nie kusi najbardziej? Rudy stanął na chwilę w szaleńczym pędzie. Rzucił za siebie przelotne spojrzenie soczysto zielonych oczu, prawdopodobnie po to, aby sprawdzić, czy jest ścigany, ale trafił prosto na wzrok czekoladowej terminatorki. Poczuła, jakby wpadła do lodowatej wody, jakby piorun spadł na nią prosto z nieba, jakby ktoś trzepnął ją w łebek kamieniem. Uczeń Klanu Klifu szybko stracił z nią kontakt wzrokowy i znowu popędził przed siebie ze zdobyczą. Szałwia stała w osłupieniu i wpatrywała się w krzewy, za którymi zniknął koniuszek ogona kocurka jeszcze przez wiele uderzeń serce. Z czegoś w rodzaju szoku wyrwało ją dopiero nerwowe prychnięcie Jagodowej Skórki. Szałwiowa Łapa podeszła do niej chwiejnym krokiem i zapytała:
- Kto to był?
- To Makowa Łapa z Klanu Klifu - warknęła liliowa. - Zabrał nam zwierzynę, ale nie będę się zniżać do jego poziomu. Nie zamierzam wkraczać na ich terytorium - mruknęła nieprzyjemnie. Czekoladowa nie odpowiedziała, a złość mentorki spływała po niej jak po kaczce. Tak szczerze, to nawet nie mogła się skupić na tym, co mówiła. Myślami nadal wracała do momentu, w którym spojrzenia jej i Makowej Łapy się spotkały. Może nie każdy wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, ale ta istnieje. Po prostu nie objawia się od razu. Najpierw pojawia się jako zauroczenie, później dopiero przeradza się w poważne uczucie. Jeśli chodzi o Szałwię, to było nawet za wcześnie, aby mówić o jakimkolwiek zauroczeniu, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że kocur nie wpadł uczennicy w oko. Po jakimś czasie, obydwie kotki postanowiły wrócić do obozu. Dopiero, kiedy dzieliło je od niego kilka króliczych skoków, terminatorka zapytała:
- Powiesz o tym Żwirowej Gwieździe? - starała się udawać obojętność, ale nie była pewna, czy wyszło to przekonująco. Fakt, to nie było w porządku, że Makowa Łapa polował u nich (a przynajmniej tak wynikało z tego, co słyszała), ale nie chciała, żeby mocno mu się oberwało.
- Nie wiem - odparła zamyślona Jagodowa Skórka. - Z jednej strony, to tak naprawdę przecież nie głodujemy, a może Klan Klifu akurat potrzebował tych ryb, ale z drugiej, to Kodeks Wojownika zakazuje wkraczania na terytorium innych klanów. Nie podoba mi się to - ucięła. Kocice rozeszły się każda w swoją stronę po wejściu do obozu. Szałwia zauważyła, że jej mentorka udaje się do legowiska wojowników, nie do przywódczyni. Ale co, jeśli Żwirowa Gwiazda jednak jakoś się dowie?
<Żwirowa Gwiazdo? Makowa Łapo? Ktoś coś?>

24 marca 2019

Od Szałwiowej Łapy

Tonące Słońce zginęła. To naprawdę robiło wrażenie, przynajmniej niezbyt pozytywne. Faktycznie, ona i Szałwiowa Łapa nie były ze sobą blisko, ale mimo wszystko należały do jednego klanu. A klan jest jak jedna, wielka rodzina. W rodzinie też może być różnie, popełnia się błędy, ale trzeba dążyć do zgody, a to, że słabo się kogoś znało, na pewno nie zwalnia z krótkiej, ale jednak żałoby po zmarłym. Niegdyś srebrzyste futro wojowniczki przybrało teraz kruczoczarny kolor. Błękitne oczy spoglądały mętnie w nieskończoną otchłań. "Czym ona sobie na to zasłużyła? Klanie Gwiazdy, zaopiekuj się nią" - pomodliła się w duchu. Nie mogła wiedzieć, że srebrna była zamieszana w ciemne sprawki kręcące się wokół Czystej Gwiazdy. Ba, nie wiedziała nawet, kim owa Czysta Gwiazda może być. Nawet jeśli ktoś miał z nią styczność, to zdecydowanie nie rozpowiadał o tym na prawo i lewo. Ciemny Las mógł robić, co chciał, a Klan Nocy był sparaliżowany strachem. "Co, jeśli to Klan Gwiazdy zesłał na nią błyskawicę?" - myśl zaświtała Szałwiowej Łapie w głowie. Szybko jednak ją od siebie odsunęła, ponieważ Tonące Słońce niczego nie zrobiła, prawda? Nie, na pewno nie. Co mogłaby zrobić? Wzrok czekoladowej powędrował w stronę Dryfującego Obłoku. Kto jak kto, ale medyk może potrafiłby odróżnić przypadek od znaku od Klanu Gwiazdy. Kotka już miała się udać w jego stronę i zapytać, co myśli, ale powstrzymała ją Pstrągowa Łapa, kładąc koniuszek ogona na jej ramieniu.
- To straszne - mruknęła buraska niespokojnym głosem, wpatrując się w leżące na środku obozu ciało. - Myślisz, że bardzo cierpiała?
Szałwia przez dłuższą chwilę nie odpowiadała. Zwizualizowała sobie lecący z nieba ogień, który z siłą niedźwiedzia musiał uderzyć w bezbronną wobec takiego zagrożenia wojowniczkę.
- Mam nadzieję, że nie zdążyła poczuć bólu - posłała siostrze zatroskane spojrzenie. Nie miała pojęcia, czy jej słowa mogą mieć jakiekolwiek pokrycie w rzeczywistości. Jednak trudno się dziwić, medycyna nie była jej mocną stroną. Po chwili cały klan ze Żwirową Gwiazdą na czele ostatni raz podzielił języki z Tonącym Słońcem. Co innego im pozostało? Buntować się, że Klan Gwiazdy pozwolił na tak okrutną śmierć? Szałwiowa Łapa wiedziała, że przecież srebrnej kotce nie wróci to życia, a Klan Gwiazdy z pewnością robi wszystko, co może, aby jej i jej pobratymcom dobrze się żyło. Czekoladowa objęła wzrokiem swoje rodzeństwo oraz miot Jagodowej Skórki. To traumatyczne przeżycie dla całego klanu, a wsparcie najbliższych mogło być teraz nieocenioną pomocą.
- Powinniśmy zostać z nią na noc? - zapytał Szakłakowa Łapa po krótkiej ciszy.
- Myślę, że nie ma takiej potrzeby - stwierdził Komarza Łapa. - Fakt, należy jej się godne pożegnanie, ale na tym nasza rola się kończy.

~wieczorem~

Kotce ciężko było zasnąć. Miała wrażenie, że duch zmarłej krąży po obozie i przygląda się życiu, którego nie była już częścią. Przysunęła się jak najbliżej innych legowisk. Chciała czuć ciepło ciał najbliższych jej kotów. Chciała być pewna, że ma ich przy sobie. Przecież mogła ich stracić ot, tak! Mogła im się, chociażby ześlizgnąć łapa podczas przeprawy po Wodnych Głazach... albo mogli trafić na jakiegoś Dwunoga, który zabierze ich do swojego gniazda i zrobi z nimi Klan Gwiazdy, wie co. Życie było kruche jak wyschnięty liść. Ale czy wola życia nie była silna niczym wicher podczas Pory Nagich Drzew? Można żyć dobrym życiem i zginąć. Nie można w takim razie poddawać się na samym początku i nie pozwalać sobie na dobre życie. Każda przeciwność losu czyni cię silniejszym. Każda pomyłka uczy poprawnego działania. Każda porażka pokazuje, że możemy coś w sobie poprawić. Szałwiowa Łapa po raz ostatni ogarnęła legowisko uczniów ciepłym spojrzeniem i zapadła w głęboki, twardy sen.

<Kociaki z miotów Jagódki i Imbirki? Można zrobić tajm skip do następnego ranka>