BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzemień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzemień. Pokaż wszystkie posty

09 września 2022

Od Krzemienia

Starość go dopadła, odbierając radość z życia. Nigdy nie spodziewał się jej dożyć. Pamiętał swoją młodość, która zaczęła się na ulicach Siedliska Wyprostowanych. Było ciężko żyć z taką patologiczną rodziną. Jego siostry dość szybko zmarły w tym niebezpiecznym świecie, więc i on nie wierzył, że będzie mu dane jej doczekać. Stracił wszystko co miał, uciekł i rozpoczął swoje życie na nowo. Właśnie tu, w Owocowym Lesie. Przyzwyczajenie się do życia w tak ogromnej społeczności nie było łatwe. Został jednak zaakceptowany, a jego życie rozkwitło. Tu był ten raj, gdzie był w stanie odpocząć. Ta sielska cisza, przyjaciele i ukochane osoby. Nawet został ojcem. Nie był w tym najlepszy, bo sam nie miał dobrych wzorców, ale starał się tak jak mógł, by dać wsparcie swoim dzieciom. 
No i teraz mógł czekać tylko na wnuki. 
Przeszłość na nowo jednak go dopadła przez Krwawnika, który wywlekł na wierzch jego brudy. Nie miał już sił na intrygi Komara. Bóle stawów i dodatkowe denerwowanie się, nie były przyjemne. Wspomnienie młodości, tej siły jaką dzierżył, obaw, że stanie się taki jak ojciec... Teraz to zniknęło. Wygrał. Pokazał swojej matce, że udało mu się pozostać krzemieniem; zwykłym kamieniem, który nie zapalił iskry, powodującej okropny pożar lasu. Żył tak jak chciał, bez pobudzenia swojej mrocznej natury. Zakochał się w pięknej kotce, która nie doceniała swojej bieli futra, tak jak on nie doceniał swojej czerni. Byli podobni do siebie. Każdy z nich pragnął być kimś innym. To właśnie ich połączyło.
A Bez... Jego futro mignęło mu gdzieś w obozie. Uparciuch ciągle do niego przychodził, rysując coś na ziemi. Nadal nie potrafił wybić mu z głowy tego, że uznał go za swojego ojca. Bardzo go to irytowało. Brzoskwinia nie była chętna, aby powiadomić syna o prawdzie, dlatego ten zaczął go na starość męczyć. Nie mógł przed nim uciec, udawać, że się go nie widzi. Jednak teraz, gdy siwizna przyozdobiła mu pysk, docenił tego skrzywdzonego przez los kocurka. Mimo, że był dla niego okropny, nie kryjąc się z niechęcią do białego, czuł że ten po jego śmierci, będzie cierpiał równie mocno, co jego rodzina. Dlatego też, gdy przyszedł do niego, ten ostatni raz, przytulił go. Chciał odejść bez wyrzutów sumienia. A co do tego, że jego czas się kończył, był pewien. Każdy dzień był coraz bardziej męczący. Spędzał go na drzemaniu, rozmawiając od czasu do czasu z Ziębą. To już nie było życie, tylko wegetacja. Bóle łap, złe samopoczucie i żarcie zielska... Na dodatek ogólny głód w klanie. To wszystko przełożyło się na jego stan zdrowia. 
- Nie poddawaj się, nigdy - miauknął do białego, który rzucił mu pytające spojrzenie. 
Poklepał go łapą po grzbiecie, uśmiechając się. Może kiedyś, gdy do niego dołączy w zaświatach, uda mu się wytłumaczyć, że wcale nie byli spokrewnieni. Teraz jednak chciał dać mu radość, by zapamiętał go właśnie takiego. Zwykłego staruszka, który pragnął przebaczenia. 
Gdy Bez odszedł, przyszła jego prawdziwa rodzina. Zięba wiedziała, że było z nim źle, przez co zagoniła jego dzieci, by spędziły z nim chwilę czas. To dużo dla niego znaczyło. Dowiedział się dzięki temu, że radzili sobie w życiu, ale wnucząt to raczej nie doczeka. 
- Cieszę się, że wyrośliście na silnych wojowników. - miauknął. - Opiekujcie się mamą i sobą nawzajem. Rodzina jest najważniejsza. 
- Nie mów tak, jakbyś miał nas już opuścić! - fuknął Szpak. 
- Nie zostało mi już wiele czasu. Nie smućcie się. Jestem z was dumny. Gdziekolwiek trafie po śmierci, czy też zniknę, bo nic na mnie nie będzie czekać, wiedzcie że was kocham. 
Te słowa powtarzał wciąż, gdy przychodzili do niego jeszcze przez kilka dni. Jednak w pewnym momencie, nie miał sił otworzyć oczu. Odszedł. A jego historia dobiegła końca. 

08 września 2022

Od Krzemienia cd Krwawnika

— To może jestem wyjątkiem. — miauknął już spokojniejszy. — Jeszcze masz jakieś pytania? — Zmrużył oczy, bo naprawdę chciał kontynuować trening lub go już zakończyć. 
— Tak. Co byś zrobił, gdybym umarł i wina spadłaby na ciebie? Klan widział, jak się ciebie boję — przypomniał.
No i znów zaczynał? Czy przypadkiem już mu nie powiedział kilkukrotnie, że nie zamierzał go zabijać?! Naprawdę go irytował. I to bardzo. Sądził, że wybił mu już te myśli z głowy. 
— Nie umarłbyś, bo ja bym cię nie zabił. — prychnął. 
— A jakby ktoś inny mnie zabił, ten prawdziwy morderca? — mruknął z przejęciem.
— Gdyby tak było, to miałbym alibi, bo nie wychodzę z obozu bez towarzystwa. Zwykle jednak spędzam ten czas ze swoją partnerką w obozie, gdzie wszyscy nas widzą. Nie mieliby podstaw, by mnie obwiniać.
— A jakbym teraz się zabił? To byłoby podejrzane, bo wyszedłeś ze mną, a ja drżałem, gdy ruszyłem za tobą. Widzieli to, wiesz?
Nastroszył się, patrząc na niego z niepokojem. Wierzył, że ten wariat mógłby być do tego zdolny. Nie zdziwiłby się, gdyby odebrał swoje życie tylko po złośliwości, by patrzeć na jego koniec. Jednakże... jaki miałby w tym cel, prócz zniszczenia mu życia? Nadal nie rozumiał czym się kocur kierował. 
— Nie pozwolę ci na to. — Zrobił krok w jego stronę. — Ani nawet się waż robić coś tak głupiego. To akt tchórzostwa, a ty mi na tchórza nie wyglądasz, Krwawniku.
— No to cię martwię, bo pozory mylą. Jestem ogromnym tchórzem. Jak każdy w Owocowym Lesie. Po prostu niektórzy lepiej udają — rzucił.
Zmierzył go spojrzeniem. Jego słowa przeczyły temu co sobą prezentował. Tchórz niezdolny byłby odebrać sobie życie, a tym bardziej zastraszać i podskakiwać do silniejszego od siebie. 
— Nie jesteś tchórzem. Po tym co zaprezentowałeś, gdy śmiałeś mi się w pysk w obliczu śmierci oraz przez twoje liczne groźby, nigdy w to nie uwierzę. Nie jestem głupi Krwawniku i wiem, że tylko udajesz. 
Wojownik spojrzał na niego z zaskoczeniem. 
— O co ty mnie znowu posądzasz? — prychnął. — Twoje domysły zaczynają mnie nudzić i denerwować, ja przynajmniej umiem schować dumę i przyznać się do strachu.
— Posądzam cię tylko o to, że jesteś odważny, a nie tchórzliwy. Udowodniłeś mi to swoimi czynami. To nie są żadne moje spekulację. — odpowiedział mu, ignorując jego dalszą wypowiedź.
— Oh, uważasz, że czyny są ważniejsze od słów? — miauknął z przekąsem. — Myślałem, że choć na starość się mądrzeje, to ty jesteś wyjątkiem i całkowicie zgłupiałeś. Jak słyszę, czasem potrafisz zaskoczyć. — Uśmiechnął się z wyrazem uznania.
— Mądrość to nie tylko słowa, to ocena sytuacji i łączenie faktów. Gdybym był mysim móżdżkiem, nigdy nie przeżyłbym jako samotnik tylu księżyców. Tam głupcy są likwidowani w pierwszej kolejności. Powiedz Krwawniku, co byś zrobił, gdybyś na swojej drodze spotkał obce koty w przewadze liczebnej, które chciałyby cię zabić?
Spróbował go czegoś nauczyć, chociaż powoli zaczynał poddawać się co do jego osoby. Zdawało mu się jakby każde słowo, które do niego wypowiadał, odbijało się od jakiejś niewidzialnej ściany, a kocur wciąż nadawał to samo. 
— Uciekłbym. Jak tchórz, który wie, że przez liczebność nie ma szans na zwycięstwo. Mógłbym spróbować ich zagadać dla odwrócenia uwagi, ale jednocześnie starałabym się po prostu odsunąć od nich jak najdalej. A jak by mnie zabili, to trudno. Może uznaliby cię w klanie za winnego — rzucił z rozbawieniem.
— Dobrze powiedziane. Tchórz ma większe szansę na przeżycie niż odważny dureń, który chce coś sobie udowodnić. Tak działa natura. Przestań mi dogryzać. To był tylko przykład. Tu nie ma samotniczych gangów. Nie zbliżają się do lasu.
— Nie znamy dnia, gdy im się nie zachce nas najść. A może jakaś większa grupa kotów zdecyduje się nas zaatakować? Jesteś nierozsądny, nie biorąc pod uwagę tak oczywistych opcji — prychnął.
— Jedyne co nam zagraża to klany. Patrolujemy z tego powodu tereny. Nikt tu nas nie zaatakuje, a nawet jeśli, przegonie intruza lub uciekniemy do obozu. Samotnik chcę tylko jednego, przeżycia. My nie mamy żadnej piszczki, którą chciałby nam ukraść, więc nie będą sprawiać problemów, gdyby nas potencjalna grupa przyuważyła. Nie zabijają dla rozrywki, chyba że trafi się jakiś świr. — wyjaśnił mu.
— No to chyba mam powody do obaw, bo jeden stoi przede mną — rzucił ze znużeniem czarny.
Żyłka mu zapulsowała. Nienawidził jak ten go wyzywał. 
— Ten świr już sobie idzie, więc się nie obawiaj — syknął wkurzony, kierując kroki z powrotem do obozu. Po drodze jeszcze zaorał pazurami drzewo, by opanować złość na kocura.

<Krwawniku?>

27 sierpnia 2022

Od Krzemienia cd Krwawnika

—  Nie kłap tak jęzorem. Podczas walki nie ma czasu na pogawędki —  warknął, atakując go tak, by go powalić
Krwawnik ledwo co uchylił pysk, by coś powiedzieć, a zaraz uskoczył w bok. Boleśnie zderzył się z ziemią, ale chwila moment i znowu zerwał się na równe łapy. 
— Ale to nie walka, tylko trening. To logiczne, że musimy gadać. Mogę cię przynajmniej pytać o dokładne wyjaśnienia. — stwierdził. — Na przykład: Czemu jesteś taki niemiły?
—  Chciałeś bym szkolił cię jak mój ojciec. To szkole. Uczysz się na błędach poprzez obserwację, a nie przez rozmowę. Każde twoje otwarcie pyska sprawia, że tylko się dekoncentrujesz, o jak tak - powiedział, dając mu lepe na pysk. Było to satysfakcjonujące. Czarno-biały go wkurzał, więc widok jak ledwo co radził sobie podczas walki, sprawiał mu przyjemność. 
Wojownik skrzywił się, patrząc na niego spod byka.
— Ty to chyba lubisz się z Janwocem, co? — parsknął. — Obaj staruchy, co się lubią znęcać fizycznie nad młodszymi — dodał.
— Nigdy nawet nie wymieniliśmy się słowem. Nie znam go. — Zatrzymał się przed kolejnym atakiem, widząc że to bezsensu, bo dzieciak wolał się wygadać. — Sam chciałeś bym cię uczył walki, którą używają samotnicy. To nie znęcanie się. Prawdziwy wojownik musi poznać ból, by później nie popełnić błędu, gdy ugryzienie sprawi, że przez chwilę przestaniesz myśleć. Jeżeli masz z tym problem, możemy tu zakończyć. Jednak nigdy nie pojmiesz tego stylu, gderając jak rozpuszczony bachor, próbując wytrącić mnie z równowagi. Podczas walki się nie gada. Używa się pyska, tylko do gryzienia, by pokonać przeciwnika, a nie wzbudzić w nim litość czy gniew. 
Widział jak ten kiwał ze znużeniem głową, grzebiąc pazurami w ziemi. Spokojnie, tylko spokojnie. Jeszcze szlak go nie trafił. Przeklinał Komara i jego długi jęzor. Po co się wygadał temu smarkowi?! Tak dobrze żyło mu się w spokoju, a ten dzieciak doprowadzał go na granice wściekłości. 
— Oh, masz rację panie mądry Krzemień. Pan jak zwykle geniusz, ja głupek. Pan lepszy od całego klanu, prawda? — zamruczał. — Taki się czujesz... — rzekł ciszej.
No i znowu bezsensowna paplanina. Czemu to ciągnął? Powinien zostawić kocura samego i niech radzi sobie sam. Dał mu lekcje? Dał. To, że smarkacz nie starał się nic a nic, nie było jego winą. 
— Nie zamierzam dalej z tobą dyskutować. Uważaj sobie co chcesz — prychnął, odwracając się od niego i odchodząc.
— A gdzie zamykasz? — wymamrotał, podnosząc na niego wzrok. — Pędzisz do Agresta? Znowu będziesz go wykorzystywał, stary zboczeńcu?
Stanął, machając ogonem i czując jak mu żyłka pulsuje. 
— Nie. Mam cię po prostu dosyć gówniarzu — warknął, wysuwając pazury. 
Nie rzucił się na niego, chociaż bardzo go teraz kusiło, by przeorać mu pysk. Nie sądził, że doczeka się momentu, gdzie ktoś wytrąci go z równowagi. Powstrzymywanie się było trudne, ale wykonalne. Nie mógł dać się sprowokować. Już raz wojownikowi się to udało. Nie był głupi i zdawał sobie sprawę, że chciał, aby pękł. Tylko jaki miał w tym wszystkim cel? Zgodził się go szkolić, marnował na niego swój czas, a ten zamiast wziąć się do roboty, zachowywał się... o właśnie tak. 
— Masz mnie dosyć? — parsknął z rozbawieniem. — Oj przestań Krzemień, nie rozśmieszaj mnie bardziej. Wiem, że lubisz takich młodych jak ja. To obrzydliwe, zdajesz sobie z tego sprawę? — mruknął. — Szkoda, gdybym rozpowiedział o twoich zainteresowaniach...
— Tak mam cię dosyć! Twój głos jak i te głupie aluzje mnie denerwują... — zawarczał. — Jedyną ochotę jaką teraz mam to... — zamilkł, zaciskając mocno pysk. Nie powie przecież, że kusiło go rozerwanie mu pyska i wsadzenia tego jego jęzora do gardła. Nie mógł wyprowadzić się z równowagi. Nie mógł. Tyle księżyców minęło i przez ten czas był zdolny opanować gniew i swoją naturę. Ten dzieciak nie mógł tego teraz zniszczyć. — Jeżeli zaczniesz rozsiewać plotki, nie masz co liczyć, bym cię dalej szkolił.

<Krwawnik?> 

29 lipca 2022

Od Krzemienia cd Krwawnika

Nadal nie pogodził się z faktem, że Krwawnik wiedział o jego ojcu. Nikt więcej w Owocowym Lesie nie mógł się o nim dowiedzieć, bo jak nic zwalą wszystkie te morderstwa na niego. Pomyślą, że ma w sobie krew mordercy, to na pewno zacznie mordować. Nie mógł zostać wygnany z klanu zwłaszcza, że powoli dopadała go starość. To byłyby jego ostatnie chwilę jako samotnika, gdyby do tego doszło. Musiał pomyśleć nad planem treningowym z kocurem. Ojciec trenował go bardzo dawno, lecz ciało nadal pamiętało. Po prostu będzie improwizować i po problemie. 
Kiedy czarny wrócił do obozu, po treningu z uczniem, skierował do niego swoje kroki. Niechętnie zmierzył go spojrzeniem. Dzieciak budził w nim wstręt i odrazę. Musiał jednak zacząć go szkolić, póki nie był jeszcze aż taki stary. Wątpił czy z bolącymi stawami, dałby radę go czegoś nauczyć. 
- Krawniku - zaczął, siląc się na miły ton głosu. - Spotkajmy się w lesie przy ogrodzeniu do sadu - miauknął, wymijając go i kierując się w tamtą stronę.
Specjalnie wybrał to miejsce, by po skopaniu jego zadka, zmuszać go do wspinaczki. On robił to za młodu, ale na murach, to ten będzie skakał po ogrodzeniu, aż nie rozwali sobie tego głupiego ryja. 
Czarny podniósł na niego wzrok. Przełknął ślinę i zadrżał, ruszając za nim chwiejnym krokiem. No tak. Aktorzyna nie mogła wyjść z roli. Żałosny pomiot. 
- Ale nie pędź tak - poprosił łagodnie. - Jak na staruszka masz w sobie całkiem dużo sił.- zmienił tonacje, gdy znaleźli się w odpowiedniej odległości od obozu.
- Nie jestem jeszcze umierający - prychnął, odwracając się do niego z mordem w oczach. - Co z ciebie za podły oszust. Tak udawać przed całym klanem ofermę życiową - syknął.
- Nikogo nie oszukuje. Wstydliwy ze mnie kocurek, nie mam odwagi rozmawiać z tymi wszystkimi przerażającymi wojownikami w obozie - wymruczał. - Zresztą, mój mentor był porażką. Staruch, który na nic nie miał sił. Nie mógł mnie nauczyć niczego porządnego.
Skrzywił pysk.
- Tak. Bardzo wstydliwy. Tak bardzo, że potrafi mi grozić i śmiać mi się w pysk. - Napiął się. - To zaczynamy trening. Ja mam jeszcze siły, by porządnie cię przetrzepać - po czym bez ostrzeżenia rzucił się na niego.
Wojownik spiął się, nie spodziewając się tego nagłego ataku. Gdyby nie mocniejszy powiew wiatru, który wręcz zmusił go do uskoczenia w bok, skończyłby marnie.
- Na to liczę. Skoro twoim rówieśnikom łamią się już kości, to musisz być niezwykle dobrze wytrenowany, skoro masz w sobie tyle sił - stwierdził, choć oddech już mu zaczął drzeć. Uśmiechnął się jednak prowokacyjnie i wyprostował. - Jak na profesjonalnego mordercę jesteś dobrym nauczycielem.
- Nie jestem mordercą - powiedział do niego zirytowany. - I żadnym profesjonalnym. Po prostu byłem uczony jak walczyć, by przeżyć. Teraz ty się tego nauczysz. Nie będzie zmiłuj i żadnych zasad. Musisz przechytrzyć wroga tak, by się odsłonił - wytłumaczył, niechętnie dzieląc się z nim tą wiedzą. 

<Krwawnik?>

Od Krzemienia cd Agresta

— Więc obserwowałem go trochę, kiedy na przykład jadł. Nie wyglądał wtedy na smutnego, ale w sumie jakbym ja miał płakać, to też po jedzeniu. — przyznał szczerze. — Chociaż on ogólnie raczej neutralną minę miał. Też widziałem, jak ze dwie osoby do niego podchodziły, ale wtedy on im coś mówił i odeszły. — Wzruszył ramionami. — W ogóle zauważyłeś, że ma blizny na łapach? To dziwne. Chociaż... ty też masz blizny, więc nie wiem, czy ta informacja nam wiele daje.
Prawda. Blizny nie mogły stanowić o czyjejś winie. Krwawnik sam mu to wytykał, kiedy oskarżał o zamordowanie jego rodziny. On również mało co dowiedział się o kocurze. Kiedy wychodził z uczniem na trening, nie mógł go śledzić, bo na pewno trudno byłoby mu się skryć i nie zostać wykrytym. Nawet jeśli był jakiś szemrany, to miał wątpliwości, czy ukazałby się w swojej prawdziwej formie przed kociakiem, który mógł wszystko im wypaplać. 
Westchnął.
— Może rzeczywiście jego oskarżenia, to były tylko jakieś emocjonalne słowa. Dajmy sobie jeszcze kilka dni, jak nic nie zauważymy, to uznamy, że jest czysty. — zaproponował młodzikowi. 
Agrest zgodził się z nim, po czym ich drogi się rozeszły. 

***

Krwawnik był jednak szemranym typem. Jak mógł dać mu się tak podejść?! Był pewien, że Komar wypaplał mu, kto był jego ojcem. Inaczej nie mógł posiąść tej informacji. Wiedział tylko on i Szyszka, a dawna liderka już dawno leżała wiele warstw pod ziemią. Teraz dzieciak miał na niego haka, którym zręcznie operował. Trzeba było porzucić obserwowanie go. Zresztą już tego nie potrzebował, bo na własnych oczach przekonał się, kim on był. Nie zdziwiłby się, gdyby to on stał za morderstwami. W klanie udawał pięknie bezbronnego, skrzywdzonego przez życie kota, a przy nim? Arogancja się z niego wylewała strumieniami. Działał mu na nerwy. Nienawidził tego smarkacza. 
Natknął się na Agresta, który widząc jego niezbyt dobry humor, skierował do niego kroki. Zacisnął pysk, siadając i waląc ogonem po ziemi. 
— Coś się stało? — zwrócił się do niego. 
— Wstałem lewą łapą — skłamał. Musiał kryć tego bachora, przez co aż frustracja wylewała się z niego strumieniami. — Co do Krwawnika... Jest czysty. Niczego podejrzanego nie zauważyłem. Porozmawiałem też z nim nieco. Możesz przestać już go obserwować. 

<Agrest?>

16 lipca 2022

Od Krzemienia cd Krwawnika

— D-dlaczego to zrobiłeś? — wydukał, zatrzymując się przed nim i spoglądając na niego oskarżycielsko. — Czym ci one zawiniły? Mścisz się na mojej rodzinie tylko przez to, że za dużo dowiedziałem się na twój temat? — jęknął, a widząc jego reakcje, odskoczył w tył, wydając z siebie westchnięcie pełne bólu. — Stokrotka… Była mi tak bliska, moja wspaniała siostra, którą ty… którą ty tak po prostu i bestialsko zabiłeś! — wykrztusił. 
Rozejrzał się na boki. Co on robił?! Chciał, aby wszyscy się o tym dowiedzieli i by zaczęli go oskarżać o coś, czego nawet nie zrobił?! Grupa wojowników skierowała na nich spojrzenia, a on się cały spiął. Nie potrzebował kolejnych plotek na swój temat. Dzieciak łkał i trząsł się przed nim, jakby naprawdę wierzył w to co mówił. Ale dlaczego on? Ostatnio wypytywał go o jego ojca, fakt, lecz nie podał mu żadnych konkretnych informacji. Przeraziło go jednak to, że wiedział prawdopodobnie kim on był. Jeden tylko kot w Owocowym Lesie oderwał komuś łapę. Czermień. Gdyby to wyszło dalej, mógłby pożegnać się z miejscem, które przez wiele księżyców służyło mu za dom. Nie miał zamiaru wracać do roli samotnika i żyć na wygnaniu, zataczając rodzinne koło. 
- Nie zabiłem twojej siostry, Krwawniku. Uspokój się - starał się mu to wytłumaczyć. - Nie morduje kotów. Nie oceniaj mnie przez moje blizny. One zostały zadane mi przez złego kota, a nie przez walkę z niewinnymi. A jak nadal mi nie wierzysz, to wiedz, że przez ostatnie dni byłem z Ziębą i ona poświadczy, że nie mogłoby mnie być tam, gdzie zginęła twoja siostra. - miauknął.
Miał nadzieję, że to uspokoi ucznia. Bardzo nie podobało mu się to, że koty giną oraz to, że został wytypowany na mordercę. Nie był złym kotem. Nigdy nie chciał się stać taki jak ojciec. 
Krwawnik uniósł na niego wystraszone spojrzenie, jakby trawił jego słowa. Chciał by mu uwierzył. Nie miał zamiaru stawać oko w oko ze wściekłą Błysk; swoją ciotką, która pewnie gdyby dowiedziała się, czyim był synem, wygnałaby go bez wyjaśnień. 
- Nie jestem mściwy, Krwawniku. - jeszcze dodał. - To, że skądś dowiedziałeś się o moich korzeniach nie znaczy, że chciałbym cię skrzywdzić. Proszę, nie rozpowiadaj tych głupot po obozie. 

<Krwawnik?>

27 czerwca 2022

Od Krzemienia do Agresta

Do jego uszu dotarły plotki, że Krwawnik oskarża o morderstwo kolejnego kota. Sądził, że był jedyny, a tu proszę. Nie wiedział czy to wynik emocji, czy też plan idealny. Musiał dowiedzieć się czy jego podejrzenia były słuszne i zrzucanie winy na wszystkich, nie było czymś więcej. Dlatego też pochwycił młodego wojownika na uboczu, gdy wybierał się na polowanie. Czy to on był odpowiedzialny za te wszystkie śmierci? A może padł ofiarą czarno-białego? Przyjrzał mu się uważnie. Nie wyglądał mu na takiego, co mógłby zabić kota.
- Stój - miauknął, zachodząc mu drogę.
Widział jak w jego oczach zalśnił błysk niepewności. Nie miał jednak wrogich zamiarów. Musiał tylko dowiedzieć się prawdy.
- Słyszałem, że Krwawnik oskarża cię o morderstwo swojego brata. To prawda? Zabiłeś go?
Kocur spojrzał na niego zdębiały.
- Nie… oczywiście, że nie. Nigdy bym go nie skrzywdził - wykrztusił. - Ja… mogę ci wytłumaczyć dlaczego on mnie podejrzewał.
- No słucham. Dlaczego? - Usiadł, owijając ogonem łapy.
- No więc byliśmy ze Stokrotką na treningu walki. I ja nie wiem jak dokładnie do tego doszło, ale w trakcie zacząłem myśleć o tym mordercy. Byłem… no zły, że on tak okrutnie zamordował Drewno i mojego brata. Gdy się ocknąłem, okazało się że ją z-zraniłem. Użyłem pazurów i przejechałem po jej policzku. To nie było umyślne, przysięgam! - Położył łapę na swoim sercu. - No i Krwawnik przyszedł do mnie po tym treningu. I ja rozumiem, że się zmartwił o swoją siostrę, ale… oskarżać mnie o morderstwo? I to jeszcze własnego brata? Sam nie wiem, jak powinienem się czuć.
Zmarszczył czoło. Rzeczywiście to brzmiało wiarygodnie. A coś słyszał o tym incydencie.
- Mnie też oskarżył o morderstwo. Pewnie dlatego, bo jestem pobliźniony. Coś nie podoba mi się to jego zrzucanie na wszystkich winy. Może chciałbyś pomóc mi ustalić o co naprawdę chodzi? Pomimo śmierci swoich bliskich zachowuje się normalnie. Nie płacze po kątach. Owszem na początku tak robił, ale teraz... jak tak go obserwuje, to nie widzę po nim żałoby.

<Agrest?>

Od Krzemienia cd Mrówki

Cieszył się tym dniem samotnie. Tak jakoś się złożyło, że wszyscy wybyli z obozu, a on został. Może powinien również zapolować? Rozmyślania na te tematy przerwało mu pojawienie się Mrówki. Był z niej dumny. W końcu udało jej się zostać upragnioną wojowniczką. Potrzebowała więcej czasu niż reszta, ale wierzył, że zrobiło jej to tylko na dobrze.
Kotka podeszła do niego niespiesznym krokiem, po czym usiadła naprzeciwko niego.
- Jeśli pierwszy dobiegniesz do starego drzewa, to przez księżyc chodzę za ciebie na poranne patrole. Jeśli ja wygram, to będziesz musiał wyświadczyć mi przysługę. Chyba, że nie dasz rady, staruszku? - uśmiechnęła się zadziornie.
Uniósł wyżej głowę, zaskoczony przez jej propozycję. Chciała się ścigać? Najwidoczniej nikt nigdy nie wyrasta z kocięcych księżyców.
Przechylił pysk, udając zastanowienie. Poranne patrole nie stanowiły dla niego żadnego problemu i tak wstawał o świcie, zmuszony przez dawne nawyki. Za to ciekawiła go jej przysługa. Co takiego mogła od niego chcieć? Sądził, że na wszystkie pytania zdążył jej odpowiedzieć, podczas trwania ich treningu.
- Och, Mrówko, co ja z tobą mam - westchnął, jednak i na jego pysku rozkwitł uśmiech. - Niech już ci będzie. - Wstał ciężko.
Też ci los. Wojowniczka zmuszała go do rozgrzewki!
- Ustawmy się tutaj i liczymy do trzech - poinstruowała, kierując wzrok przed siebie.
Stanął obok, powtarzając po niej kroki. Drzewo z tego co pamiętał było kawałek stąd, ale na pewno da radę tam dobiec. Nie wiedział tylko czy miał jakiekolwiek szanse z młodą i energiczną Mrówką.
Oj... przeczuwał swój wielki upadek.
- Jeden... - zaczęła odliczanie. Wbił wzrok przed siebie, napinając łapy. - Dwa... Trzy!
Popędzili.
Wykonywał sus za susem, byle dobiec pierwszy. Starość jednak nie była przyjemna, bo poczuł po chwili, że znacznie zwalnia. A trzeba jeszcze było uważać na różne przeszkody, takie jak gałęzie czy kamienie, o które można byłoby się potknąć. - Pierwsza! - zakrzyknęła kotka z triumfalnym uśmiechem, stając na linii mety.- Gratulację! - zasapał. - To wiszę ci teraz przysługę. O co chodzi?

<Mrówko?>

24 kwietnia 2022

Od Krzemienia cd Krwawnika

Jego syn nabawił się kataru. Na początku nie chciał iść do medyczki, która według jego mniemania nie należała do prawidłowo wyszkolonych osobników, ale po jego stanowczych namowach w końcu zgodził się do niej zajść. Dostał od niej jakieś roślinki i po kilku dniach objawy ustąpiły. Na szczęście. 
Powoli jego życie wracało do normy. No... prawie. Nadal nie mógł znieść widoku Błysk i dziwił się, że Komar nadal nic z nią nie zrobił. Tak ciągle miauczy i miauczy jaka ona zła, a postawić się jej nie może? Z tego co słyszał, to miał poparcie, więc co stało na przeszkodzie, by zrzucić ją z stołku lidera? 
Nagle jakiś obcy uczeń do niego podszedł. Kojarzył go z wyglądu, lecz nie był jakoś blisko z młodzikami. Co takiego się stało, że kocur do niego przyszedł?
— W czymś ci mogę pomóc? — spytał zielonooki, czując się niekomfortowo bliskością młodszego.
— Nie. Nie sądzę — odparł. — Po prostu byłem ciekawy.
Zdziwił się. Nie rozumiał tej odpowiedzi. Czego był ciekawy? Chodziło mu o kwestie treningowe czy jakieś inne rzeczy?
— Czego? Nie wiem, czy jestem w stanie ci cokolwiek wyjaśnić — przyznał.
— Myślę, że moje pytanie nie jest trudne — stwierdził. —Te blizny… Masz ich tak dużo, a nie wyglądają na wynik walki z jakimiś dzikim stworzeniem. Oczywiście mogę się mylić. Jeśli jednak mógłbym wiedzieć, to skąd je masz? Czyżby ktoś cię kiedyś skrzywdził? – spytał, udając przejętego i zmartwionego losem tak naprawdę nieznajomego mu kota. — Serce mi się kraja na ten widok — dodał, choć czuł, że w tym momencie przesadza. 
Spiął się nieco. Już dawno nikt nie pytał go o blizny. Minęło tak wiele księżyców, a wszyscy ciekawscy już przywykli do jego wyglądu. Jednak wraz z nowym pokoleniem przybywało nowych głów, które zerkały w jego stronę. Najwidoczniej kocur nie był wyjątkiem. Nie lubił nigdy zbytnio rozmawiać na te tematy, ale uczeń nie był przecież niebezpieczny. Zresztą... był już dość dorosły, by przestać przejmować się tym, że ktoś znajdzie na niego hak w tym, że ojciec w młodości go bił. Komar do dnia dzisiejszego nie zdradził jego tajemnicy, więc wychodziło na to, że nikt nigdy nie dowie się o jego zbrukanej krwi. 
- To...? Ah... nie musisz się martwić. To stare blizny. Nie bolą - miauknął. - Zrobił mi je ojciec, podczas... dość ciężkiego treningu. Był samotnikiem o dość... ostrej łapie. Ot. Cała ich historia
Uczeń spojrzał na niego z pewnym zaciekawieniem w oczach, a na jego pysku pojawiło się coś na wzór troski, ale niezbyt szczerej. 
 - To straszne, że ojciec, który powinien być wzorem do naśladowania i kotem godnym zaufania, może zafundować własnemu dziecku takie piekło - westchnął, kręcąc z niedowierzaniem głową. - Ja swojego nawet nie znam - rzucił, ale nie rozpaczał nad tym zbyt długo, bo zaraz wrócił do poprzedniego tematu. - A... Jaki był dokładnie twój ojciec? Czujesz, że jesteś do niego w jakiś sposób podobny? - zapytał bezpośrednio.
Zmieszał się słysząc kolejne pytania. Nie lubił rozmawiać o ojcu. Był zamkniętą częścią jego życia. Uwolnił się od niego i zaczął życie na nowo tu, w Owocowym Lesie. A teraz... teraz wspomnienia wróciły, tak jakby nie minęło od tych chwil tyle księżyców. 
- Był... złym kotem. Widać to po moim ciele. Nie jest to ciekawy temat do rozmowy - poinformował go, kuląc uszy ku tyłowi. - Nie. Ja nie jestem jak on - warknął pod nosem, czując pewną irytację. 
Nigdy nie chciał być kojarzony z Czermieniem, dlatego to pytanie ugodziło go, mimo że było tylko ciekawskim pytaniem ucznia. 
- Skąd to wiesz? - spytał natychmiastowo, nie dając mu ani chwili na przemyślenia. - Łatwo wytykać wady innych, ale dostrzec je u siebie jest już znacznie ciężej. Może ci się wydawać, że jesteś lepszy, dobry i takie tam, ale rzeczywistość może się znacznie mijać z twoim spojrzeniem na świat - wyjaśnił, stojąc nieruchomo i wpatrując się intensywnie w wojownika.
Zdziwienie oraz niechęć zagościło na jego pysku. Czy ten kot właśnie próbuje mu wyperswadować, że może być jak swój ojciec? To nonsens! Nie bił swoich dzieci, kochał Ziębę oraz nie był żadnym seryjnym mordercą! Walczył z tymi myślami tak długo, bo prawie przez całe swoje życie, lecz teraz... pozbył się go na dobre, by teraz to miało wrócić, przez słowa czarnego? 
- Bo wiem. Znam siebie i znałem go. Nie wdałem się w niego i dzięki niebiosom. Był potworem o którym nie chcę sobie przypominać. - to powiedziawszy wstał i odszedł od ucznia. 
Niestety, był mysim móżdżkiem jeżeli sądził, że to wystarczy. 
- Może ten potwór się po prostu jeszcze nie obudził, ale siedzi w twoim wnętrzu? - Podniósł głos, by zwrócić nie tylko uwagę kocura, ale i innych wojowników. - Może tak naprawdę znasz swoją mroczną stronę, ale próbujesz ją schować, przez co nieustannie oszukujesz samego siebie? - powiedział to znacznie ciszej, ale tak, by Krzemień go usłyszał.
Zacisnął pysk i podszedł do Krwawnika. Widział zaciekawione spojrzenia klanowiczów i czuł na karku jak sierść mu się jeży. Nie mógł pozwolić by czarny tak o, rozpowiadał o nim zmyślone historie, bo jeśli zaczną węszyć? Pytać? To wtedy jego sekret mógł się wydać. Zbliżył pysk do kocura tak, aby dokładnie mu się przyjrzał. 
- Zatkaj pysk. Nic o mnie nie wiesz. 
Uczeń zdawał się niewzruszony słowami wojownika. W jakiś sposób potwierdzało to tylko jego domysły. 
- To prawda. Wydajesz się tajemniczy, ale słyszałem wiele plotek na twój temat i postanowiłem zbadać ich autentyczność, bo nie wiem, czy mogę czuć się bezpiecznie, jeśli po obozie klanu kręci się syn jakiegoś psychopaty, po którym mógł odziedziczyć mordercze skłonności - stwierdził ze stoickim spokojem. - Tyle ostatnio kotów umiera, zarówno starszych jak i młodych, a to sprawia, że boję się o swój los - przyznał z pewnego rodzaju żalem w głosie.
- Nikogo nie morduje, ani nie mam morderczych skłonności. Żyje w Owocowym Lesie dłużej niż ty i nikt w tym czasie nie zginął przez żadnego kota. Nie uczono cię, by nie wierzyć plotką? W ogóle kto je rozpowiada? - Machnął ogonem zły.
- Słyszałem różne rzeczy, tu i ówdzie. Różne opinie padały na twój temat, a jeszcze ciekawsze rzeczy mówiono o twoim ojcu. Coś o odgryzionej łapie... - mruknął, wzdrygając się z obrzydzeniem. - Zresztą, skoro jesteś niewinny, to dlaczego się tak denerwujesz tym tematem? - spytał, robiąc krok w tył. - Naprawdę, jesteś przerażający...
Co takiego? Skąd on wiedział... Tylko Komar mógł o tym słyszeć... Widząc jak uczeń robi krok w tył, poczuł jak serce mu zamiera. Był straszny? No... zdenerwował się fakt, ale nigdy by nie zaatakował ucznia! Nie mógł uwierzyć, że Komar bawi się teraz z nim w kolejną grę, zamiast zrzucić Błysk z piedestału. Pokręcił tylko głową.
- To stek bzdur i kłamstwa - miauknął tylko tyle, kierując kroki poza obóz. Musiał ochłonąć i zostawić tego dzieciaka daleko w tyle. Miał nadzieję, że za nim nie ruszy, bo... no właśnie? Co zrobi? Potwierdzi jego przypuszczenia, że był niebezpieczny? 

<Krwawniku?>

Wyleczony: Szpak

10 kwietnia 2022

Od Krzemienia cd Mrówki

 - Czy kiedyś będziemy umieli dogadać się z lisami i wyjdziemy poza Ogrodzenie? - Mrówka nie ukrywała swojej ciekawości. Przeniosła wzrok na mentora, oczekując od niego odpowiedzi. - Gdybyśmy dogadali się z lisami, mogłyby stać się naszymi strażnikami. Babcia mówiła, że Klan Nocy to wrogowie. Jeśli będziemy potężni, będziemy mogli się zemścić za doznane krzywdy. 
Nie miał pojęcia czy było to możliwe. Lisy były dość... niebezpieczne. Słyszał o nich historie, jednak nigdy żadnego nie spotkał. O Klanie Nocy też nie mógł się wypowiedzieć, bo mało co o nich wiedział. Tylko tyle, że niegdyś zrównali Klan Lisa z ziemią, dając początek Owocowemu Lasowi. Trudno było być mentorem, z obcego świata, który miał szkolić dalsze pokolenie, samemu nie znając do końca losów społeczności. Mrówka jednak oczekiwała na jego słowa.
- Co do lisów to nie mam pojęcia, Mrówko. Owszem... gdybyśmy się z nimi dogadali, to pewnie byłoby to korzystne dla Owocowego Lasu. Jednak... mało kto zna ich język. A Klan Nocy... jak wiesz, nie jestem stąd, więc historie, które słyszysz, są dla mnie tym samym co dla ciebie. Ale to musi być zły klan, skoro tak potraktował waszych przodków. 
Uczennica wyglądała nieco na zawiedzioną, że nie znał odpowiedzi na jej pytania. No nic, musiał zająć ją czymś innym. 
- Chodźmy poćwiczyć walkę, co ty na to? 
Kotka pokiwała głową. Oddalili się od ogrodzenia, kierując kroki w inną stronę.

***

Nareszcie. Uczennica jego i Perkoza w końcu przeskoczyła tą trudność jaką był trening i udało jej się zostać wojowniczką. Był dumny, chociaż wciąż ciążyło mu zmęczenie tym co się działo w ich nowym domu. Po śmierci córki starał się być lepszym ojcem, więc teraz będzie mógł mieć więcej czasu na wspólne polowania z pozostałą dwójką. 
- Gratulację - miauknął do nowo mianowanej. - Dziękuje ci za wspólne księżyce. Obyś teraz wykorzystała to czego cię nauczyłem. Chociaż lisy nie stanowią już dla nas zagrożenia, to lepiej mieć się na baczności - westchnął. 
Nadal miał problem do Błysk, która podjęła tak pochopną decyzję. Dziwił się, że Komar nadal z tym nic nie robił. Sądził, że po takiej ilości czasu, wypowie bunt i będzie mógł żyć bez tej liderki w spokoju. Bo teraz budziła w nim odrazę i nie mógł na nią patrzeć, co dopiero słuchać jej słów. Nadal przed oczami miał w końcu to, jak przez jej fatalne zarządzanie stracił córkę. 

<Mrówka?>

19 marca 2022

Od Krzemienia cd Mrówki

 - Dzisiaj poznasz sztukę przetrwania. Czyli jak sobie radzić, gdy będziesz zdana na siebie.
Mrówka zastrzygła uszami, wbijając żółte ślepia w mentora. 
Widział zainteresowanie w oczach kotki, cieszył się z tego. Dobrze wiedział jak ważna jest samodzielność. Życie uczyło go tego od pierwszych chwil. Gdyby nie to, że potrafił walczyć o swoje życie, pewnie go dzisiaj by tu nie było. Klanowe koty za bardzo polegały na sobie. Dostrzegł to, gdy tylko wstąpił w szeregi Owocowego Lasu. Tutaj każdy pełnił jakąś role, uzupełniał braki innych. A co gdyby taki kot został sam? Jak przetrwałby bez wiedzy na ten temat? Tu był bezpieczny dom, a za ogrodzeniem niebezpieczny świat. Sam fakt, że mieli za sąsiadów lisy, był idealnym przykładem. Dlatego też obiecał sobie, że jego uczennica nauczy się wszystkiego, czego sam się nauczył. 
- To będzie skomplikowana sprawa - ostrzegł ją na wstępie. - Musisz wiedzieć gdzie szukać schronienia, jak maskować ślady i swój zapach oraz najważniejsze... walczyć. Ale o walce pomówimy później - miauknął. 
Ruszył przed siebie, nakazując to samo Mrówce. Krok za krokiem zbliżali się do niedużej jabłoni, której gałęzie były dość nisko. 
- Gdy zbliża się noc, najlepiej spać na drzewie. Są nory, ale nie wiadomo kto w nich mieszka. 
- A jakby były puste? - zapytała.
- Myśl zawsze tak jakby nic nie było porzucone. Wejdziesz do takiej nory, a później jej mieszkaniec wróci i co zrobisz? - Pokręcił głową. - W Owocowym Lesie mieszkamy na drzewach. To pozwoli ci na zapamiętanie, że drzewa są bardziej bezpieczne do samotnego spania niż krzak czy dziura w ziemi. - Wskoczył na najbliższą gałąź, oczekując na swoją uczennice. Kotka wybiła się i chwile męczyła z dojściem do niego, ale na szczęście udało jej się usiąść tuż obok. - Jak zauważyłaś nie ma tu gniazda, więc łatwiej spaść. Dlatego też pokaże ci jak najlepiej spać, by w nocy nie zlecieć na ziemię - zaczął ją instruować jak powinno się ułożyć ciało oraz łapy, a następnie obserwował jak Mrówka próbuje powtórzyć i zapamiętać to ułożenie. Musiał przyznać, że zabawnie to wyglądało, lecz na jego pysk nie wstąpił ani gram uśmiechu. Trzeba było zachować pozory, w końcu był to trening. 
- Nie jest to wygodne - zauważyła. 
- Prawda. Jednak trzeba sobie radzić by przeżyć. 

<Mrówka?>

24 lutego 2022

Od Krzemienia cd Perkoza

 Nie wiedział jak mieli we dwójke uczyć Mrówke. Uczennica miała problemy, fakt. Dość długo jej schodziło zostanie wojownikiem, ale... no właśnie. Go wychowano w innej kulturze. Nie zamierzał jednak bić jej, tak jak jego ojciec, by zmusić do motywacji. Błysk przydzieliła więc do pomocy Perkoza. Tylko on był młody... Wątpił, by jego pojawienie się jakoś sprawiło, że kotka nagle poderwie się na równe łapy i uda się na trening. No chyba, że ich relacja z uczeń - mentor zamieni się na bardziej... partnerską. Wtedy nie zdziwiłby się gdyby to podziałało. 
Motywacja do trenowania kotki jednak powoli go wypalała. Po tym jak stracił córkę, był bardzo cięty na każdą decyzję Błysk. Co z tego, że udało jej się przekonać lisy do pokoju? Mogła o tym pomyśleć wcześniej, a nie skazać ich na głód! Wtedy jego córeczka by żyła! 
Komar ucichł coś z knuciem, jednak wierzył, że to była tylko cisza przed burzą. Nie chciał jednak mieszać się dosłownie w jego plany. Już i tak wykorzystał go nie raz, przez co żywił go niego urazę. Jednak... Zobaczyć upadek liderki... To by było coś co z chęcią by przyklasnął. 
Uniósł głowę spod łap i spojrzał na młodego kocura, który właśnie zjawił się na ich wspólny trening. Był pełen energii, nie to co on. Zięba złapała kaszel, przez co całą noc spędził z nią, bojąc się najgorszego. Stracili przecież medyka, a uczennica szkoliła się u podejrzanych klanowiczów. Nie wierzył, że byli w stanie jej nauczyć czegoś pożytecznego. Mimo to kotka poszła do Plusk i wzięła od niej jakieś zioła. Tak samo jak Olsza, Blask i Krecik. Nawet Ważka i Tajfun z Sadzą i Kuklikiem wchodzili i wychodzili dziękując za złagodzenie ich problemów zdrowotnych. Był zdumiony... 
— Witaj, Krzemieniu. — miauknął, wpatrując się w jego oczy, z uprzejmym, bystrym błyskiem oczu, który starał się przewertować wojownika na wylot. 
- Witaj - odpowiedział mniej entuzjastycznie, zmęczony swoim życiowym pechem. - Mrówki nadal nie ma. Jak zwykle się spóźnia. Może pójdziesz po nią? 
Miał nadzieję, że wojownik się zgodzi. Nie miał ochoty szukać kotki. Tak naprawdę... mało co chciał.

<Perkoz?>

Wyleczeni: Zięba, Olsza, Blask, Krecik, Ważka, Tajfun, Sadza, Kuklik


04 lutego 2022

Od Krzemienia

 To był niczym zły sen. Wyprostowani pojawili się tak nagle! Chaos jaki wybuchł trudno było opisać. Wiedział jednak, że rozdzielił się z Ziębą i swoimi dziećmi. Każdy uciekał, każdy szukał schronienia. Nie było jednak gdzie się ukryć. Bezwłose łapy chwytały za skórę i wsadzały do dziwnych pudeł, kilka kotów padło w szamotaninie martwych. 
Sam mógł paść ich ofiarą, gdyby nie to, że wiedział jak radzić sobie z tymi istotami. Wychował się w końcu w ich siedlisku. Wręcz uczył się unikać ich łap od urodzenia. Ta wiedza przydała mu się właśnie w tej chwili, gdy szybko umknął przed siatką.
Rozglądał się przez ten cały czas po okolicy, pomagając rannym ewakuować się oraz szukając wzrokiem swojej rodziny. Nie mógł ich teraz stracić! Słyszał krzyki, płacz, masę kolorowych futer, ale nigdzie nie dostrzegł tych najbardziej poszukiwanych. 
Kazano mu uciekać, ktoś miauknął by się ruszył i tak... tak opuścił Owocowy Las, który trawiły niewidzialne płomienie.

***

Na szczęście jego rodzina ocalała. Spotkali się w dawnym obozowisku jakiegoś Klanu Lisa. Był wtedy bardzo szczęśliwy. Spędzał cały czas ze swoimi dziećmi, wręcz troszcząc się o każde z osobna, pomimo ich prychnięć i niechęci do czułości. Ale musiał! Musiał im pokazać jak wiele dla niego znaczyli! Dopiero teraz to pojął, gdy mógł ich stracić w ciągu kilku chwil! 
Mimo tego, że stracili dom, byli razem i to się liczyło. Miał również nadzieję, że Błysk znajdzie sposób z tej sytuacji. Na razie mieli zostać tutaj i stworzyć nowy dom. Według niego nie był to dobry pomysł. Przekonał się o tym zwłaszcza wtedy, gdy wybrał się na polowanie. Mało zwierzyny, zapach lisów i samotników... To były jałowe i zdradzieckie bagna. 

***

Każdy głodował. Dawno nie czuł się tak bardzo jak w dzieciństwie. Jego organizm przyzwyczaił się do pełnych posiłków i taka nagła zmiana, po tylu księżycach sprawiała, że tracił coraz więcej sił. Zięba również odczuła brak pokarmu. Raz widział jak płakała, jednak nie chciała nic mówić. Martwił się o nią, a najbardziej o Melodyjkę, która nie miała ochoty na nic. Leżała ciąglę na posłaniu, mówiąc że jest zmęczona. Zachęcał ją do jedzenia, dzieląc się z nią tym co udało się im złapać przez cały dzień. Było to jednak zbyt mało dla takiej ilości kotów. Sam mocno schudł, tak jak reszta, więc gdy jego córka pewnego dnia nie obudziła się, czuł że tak dalej nie wytrzyma. 
Pełen emocji, które wręcz z niego ociekały, dotarł do legowiska liderki. Wpadł tam, powstrzymując łzy oraz chęć wygarnięcia jej, że ta cała sytuacja to jej wina. Jego córka nie żyła! Zaraz dowie się o tym Zięba i cały klan! Nie chciał widzieć jej łez, jej bólu, który teraz rozrywał mu wnętrzności. Trzęsąc się przed kotką, wzbudził w niej niepokój. Słyszał jak pyta co się stało, a go zalewa powoli krew.
- Nie żyje. Moja córka. Nie żyje! Przez ciebie! - wyrzucił z siebie. - Zaraz wszyscy tu wymrzemy! Te tereny są przeklęte! Nie ma pożywienia, jesteśmy słabi! Jak chcemy przeżyć mając za sąsiadów lisy?! Czemu kazałaś nam się tu zatrzymać?! Mogliśmy pójść dalej! Gdziekolwiek, gdzie byłby pokarm! - warknął na nią.
Widział jak na jej pysku pojawia się żal i współczucie. Zapewniła, że robi co może, ale to było dla niego za mało. Za mało. Melodyjka nie żyła! Zabił ją głód! Głód, który mógł zabić ich wszystkich! 
Słysząc wrzask Zięby i jej płacz zrozumiał, że to już się stało. Znalazła, dowiedziała się, że Melodyjka już nigdy nie odezwie się do nikogo. Odwrócił się do liderki tyłem, tracąc do niej resztki szacunku. Nie dziwił się, że jego ojciec wybrał samotnicze życie. Klan umierał, a oni mieli umrzeć wraz z nim? Absurd! Może i przysięgał przed Szyszką, że będzie wierny, ale teraz? W takiej sytuacji? Jak mógł pozwolić, by jego rodzina umarła?! Jak mógł na to biernie patrzeć?! Na razie jednak było coś ważniejszego... Zięba. Podbiegł do kotki i zamknął ją w uścisku, czując jak jej łzy moczą mu futro. 
Komar zatrzymał na nim swój wzrok. Zacisnął zęby. Może jednak trzeba zawrzeć sojusz i skończyć z rządami Błysk raz na zawsze... 

10 grudnia 2021

Od Krzemienia

Trudno było zapomnieć o tym wszystkim, co działo się księżyce temu. Wpatrywał się we własne łapy, czując jak grunt ucieka mu w zawrotnym tempie. Co miał robić? Przecież... zabił. Przypadkiem, ale jednak. Dokonał czegoś niewybaczalnego. 
Mimo to... musiał żyć jak dawniej. To było najtrudniejsze. Miał rodzinę, dzieci... Nie potrafił jednak dać im tego czego pragnęły. Bał się, że nauczy ich czegoś, co skończy się dla nich źle. Doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby nie Czermień i jego nauki, nigdy by do tego nie doszło! A co jeśli będzie również takim złym ojcem? 
Zięba zaczęła się o niego martwić. Wypytywała go gdzie był, nie wierząc w te bajeczki Komara. Nie umiał jej odpowiedzieć. Nie mógł. Widziała, że coś go trapiło, ale dała mu czas, za który był wdzięczny. Sam musiał poradzić sobie z tym co miało miejsce. 
Siedział więc całe dnie obserwując życie w obozie, wahając się czy podejść do dzieci i partnerki. Mimo odizolowania wiedział znacznie więcej o problemach w Owocowym Lesie niż przed tym. Okazało się, że wielu wojowników było poważnie chorych! 
Posłonek dziwnie kulał i dopiero za namową Puchacza, który również cierpiał na podobną dolegliwość, udał się do medyczki. Później minął go Słonecznik krzywiąc się z bólu, gdy stawał na łapie, doradził mu, aby z tym udał się do Niezapominajki, nim jeszcze mógł nią ruszać. 
Następnymi chorymi była Kostka, przed którą wzrokiem skrył się za drzewem, Zimoziół, Mak, Słonecznik, Fiołek, Plusk, a nawet jego córka Melodia! Czuł się tak źle z tym, że nie wiedział o jej złym samopoczuciu. Był koszmarnym ojcem! Tylko to teraz potwierdził...
Następnego dnia wcale nie było lepiej i współczuł bardzo medyczce, która zapracowana ledwo dawała sobie radę, by coś przekąsić. Z rana przyniósł jej posiłek, co przyjęła z wdzięcznością, a on mógł zobaczyć trzęsącego się z zimna Komara, który jęczał kotce, by się pośpieszyła. Ten widok był przezabawny i z chęcią do tego wracał, gdy ponownie usiadł pod drzewem. Raróg, Tajfun, Fretka i ostatecznie kolejna z jego córek w niedługim czasie odwiedziły medyka. Gdy Świt wyszła, podszedł do niej pytając czy wszystko gra. Kotka rzuciła mu tylko zniesmaczone spojrzenie i odeszła niczym się z nim nie dzieląc. 
Wspaniale...
Nie chcąc dłużej przesiadywać w jednym miejscu, udał się na polowanie. Śnieg jednak dość mocno prószył, przez co nie zauważył, gdy podczas pogonią za myszą, walnął boleśnie ogonem o drzewo. Jak nic go zwichnął! Tak więc zmuszony był obejść się smakiem i dołożyć Niezapominajce więcej pracy. Ta jednak nie skomentowała jego przybycia. Widział jednak jak jej oczy ledwo co są w stanie się skupić na zadaniu, więc gdy w miarę go ogarnęła, szybko wyszedł, dając kotce odpocząć i być może również się wykurować. 

Wyleczeni: Posłonek, Puchacz, Słonecznik, Kostka, Zimoziół, Mak, Fiołek, Melodia, Niezapominajka, Plusk, Daglezja, Krzemień, Komar, Raróg, Zimoziół, Tajfun, Fretka, Świt

11 listopada 2021

Od Krzemienia

Nie mógł uwierzyć w słowa Błysk. Jak to jego dzieci, miały już zostać uczniami? Przecież w Owocowym Lesie, kociaki zaczynały szkolenie od sześciu księżyców! Jego młode oczywiście były zadowolone, już się podekscytowały treningami i swoimi mentorami. On jednak... nie był z tego zadowolony. Tak samo jak Zięba, która machała niezadowolona ogonem. 
- A jeśli coś im się stanie? Ja wiem, że nas życie nie oszczędziło i musieliśmy dorosnąć szybciej, ale... nasze kocięta? - Spojrzała na niego tak, jakby miał coś zrobić. 
Nie wiedział jednak co. Błysk teraz była liderką, a z tego co się niedawno zorientował - jego ciotką. Ciekawiło go, czy Szyszka się z nią podzieliła tą wiedzą. Zapewne nie, bo ta raczej nie trzymałaby go tu dłużej. 
- Wiem... - westchnął tylko. - Ale nie martw się, postaram się mieć ich na oku. - Wskazał małe kuleczki. 

***

Wracał z polowania, kiedy nagle ktoś skoczył mu na grzbiet. Ból jaki go przeszył sprawił, że zachwiał się i upadł na ziemię. Uniósł głowę, wypuszczając piszczkę z pyska. Komar. No tak... oczywiście. Sądził, że o nim zapomniał, lecz wcale tak nie było.
- Widziałem, że nie podoba ci się decyzja Błysk. 
Nie miał pojęcia do czego to zmierzało, ale nie podobał się ten jego szeroki uśmiech. Wstał, lecz poczuł, że z jego barkiem coś jest nie tak, skrzywił się. 
- Jeszcze raz tak zrób, a wyrwę ci ogon - syknął. 
- Tak? Tak jak twój tatuś Pędrakowi łapę? 
Zamarł. Przeklnął pod nosem. Jak on go nie znosił. 
- Czego chcesz? - miauknął tylko, chcąc mieć za sobą tą rozmowę. 
- Ja właśnie przychodzę w jego imieniu. Wiesz... Coś mu dolega, a Niezapominajka uważa, że jego czas jest policzony. Chciał, abyś go odwiedził ten ostatni raz. 
Przeszedł mu po grzbiecie dreszcz. Jak to...? Przecież starszy nigdy nie był zadowolony, kiedy pojawiał się w zasięgu jego wzroku. Czy może już tak oszalał, że uważa go za Czermienia i go przeklnie? Nie miał zamiaru tam iść, lecz Komar by mu tego nie odpuścił. 
- Dobra - miauknął tylko i skierował kroki w stronę obozu. 

***

Pędrak wyglądał żałośnie. Jego klatka piersiowa ledwo co się unosiła. Widać było, że nie zostało mu dużo życia. Po co właściwie tu przychodził? Czuł, że to nie skończy się dobrze. 
Widząc jak wchodzi, kocur skrzywił pysk.
- Jesteś... - wyharczał. 
No dobra, nie spodziewał się, że naprawdę po niego posłał. Sądził, że to nieśmieszny żart niebieskiego wojownika.
Usiadł tylko, milcząc. Co miał niby powiedzieć? 
- Wiem coś ty za jeden. Wiem... co zrobiłeś tej kotce... Oni nie widzą tego. - Kocur powoli się uniósł na łapy. - Pamiętasz smak mojej łapy? Do dziś to mi się śni, w kółko i w kółko. A ty wróciłeś. Nie zostało mi już dużo czasu... Dlatego... Zrobię to... to co zawsze chciałem. 
Starszy ostatkiem sił rzucił się na niego, wbijając swoje kły w jego łapę. Wrzasnął, próbując go z siebie zrzucić, ale jego uścisk szczęk był mocny. 
- Co tam się dzieję? - rozległy się głosy z zewnątrz, a czyjś parszywy głos odpowiedział. 
- Nic takiego, to Pędrak. Biedak cierpi - To Komar. 
Co tu się działo?! 
Upadł na ziemię, a jego instynkt odpowiedział sam; kopnął kocura w brzuch, powodując, że ten odczepił się od jego ciała, wypluwając krew. Obserwował jak wije się w konwulsjach, a następnie przestaje się ruszać. 
Zabił go.
Stał tak, dysząc i patrząc na nieruchomego starszego. O rany... przecież... przecież... Rozejrzał się za drogą ucieczki, lecz niczego nie dostrzegł. Było stąd tylko jedno wyjście, wyjście przed obliczę tych wszystkich kotów. 
Siedział tam, jak słup, próbując wymyślić wyjście z tej sytuacji. Na Gwiazdy! Nie chciał przecież go zabić! Łapa go piekła, ale będzie żył... O czym on myślał! 
Wmurowało go w ziemię, nawet nie odezwał się, gdy Komar go trącił w ranną łapę, a go przeszył ból. 
- No chodź. Nikogo nie ma na zewnątrz - zapewniał.
Nie wierzył mu. Bał się. Tak bardzo bał. Niemożliwe, że nikogo nie było. Stali tam, czekali, chcieli zobaczyć kto wyjdzie. A jak już opuści to miejsce, zobaczą Pędraka. Martwego. Połączą kropki. Błysk dostrzeże kim był. Zabiją go, wygnają. Umrze w samotności... 
- No rusz się - Kocur popchnął go, co nieco go wyrwało z myśli. 
Nie chciał opuszczać tego miejsca. Ani robić kroku ku światłu. Pokręcił głową. 
- Eh... Normalnie jak kocię. I ty się nazywasz wojownikiem? Ruchy! 
Ruszył. Powoli wyglądając na zewnątrz. Nie było nikogo przed wejściem. Nikt nie dostrzegł, że właśnie opuścił miejsce zbrodni. Szedł za Komarem, który prowadził go wgłąb terenów. Łapa bolała bardziej, ale on szedł. Musiał. Aby tylko nikt nie wpadł na jego trop. 
- Czekaj tu - polecił znikając za ogrodzeniem. 
Patrzył na krew na swojej łapie. Jak to się stało? To było tylko kopnięcie... śmiertelne. Był potworem. Maszyną do zabijania, tak jak mówił Komar, tak jak chciał ojciec. Łzy spłynęły mu po policzkach. Jak teraz spojrzy Ziębie w pysk? A swoim kociaką? Przecież to się wyda! Nie było szans na odkupienie. To był wypadek, wypadek. 
Czyjeś łapy zajęły się jego skaleczeniem. Nie znał kotki. Była chyba samotniczką. Nastawiła mu bark i odeszła w swoją stronę, miaucząc coś do siebie. Czemu nie poszli do Niezapominajki? Czemu wmieszana w to była jakaś obca? Co tu się działo? 
- No i jak się czujesz? - zapytał Komar, tak jakby przed chwilą nie zrobił czegoś niewybaczalnego. 
- J-ja... n-n-nie za-zabiłem go... 
- Zabiłeś. - Te słowa były niczym zimna woda, wylana mu na głowę. 
Złapał głębszy oddech, jak tonący, chwytający ostatnie powietrze przed spotkaniem z ciemną tonią. 
- Zabiłeś, ale nikt się nie dowie.
Spojrzał na niego zaskoczony. Jak to?
- Pędrak i tak miał już umrzeć. Niezapominajka znajdzie go martwego i tyle. Nie ugryzłeś go, tylko kopnąłęś, nie ma śladów. Dziwna śmierć, tyle. 
Tyle? Co on właściwie mówił?! Przecież chronił go! Mordercę! Komar był nienormalny! Jak miał o tym zapomnieć, gdy to zrobił? Zabił. 
- Ja... ja... nie chcę... 
- Na to już za późno. Ogarnij się - westchnął. - Taki stary a ryczy. Koszmar. Nie rób niczego głupiego - to powiedziawszy odszedł, zostawiając go samego pod ogrodzeniem. 
Wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić. Może sen przyniesie mu ukojenie? 

***

Sen nie przyniósł tego czego oczekiwał. Właśnie szedł, szedł targany emocjami przez tereny niczyje. Zostawił za sobą Owocowy Las. Nie zamierzał odchodzić. Wróci. Ma dzieci, partnerkę... nie mógł ich tak zostawić jak tchórz. Mimo wszystko musiał tam dotrzeć. 
Pewnie się zmartwili jego zniknięciem. Czuł jednak, że Komar wymyślił jakąś bajeczkę, w którą uwierzyli i tak naprawdę nikt się tym nie przejął. A on? On szedł dalej...

***

Samotne drzewo na polanie. Tak dawno tutaj nie był. To był ostatni raz, kiedy ich widział. Swoich rodziców. Jeden z nich leżał zakopany tuż pod jego łapami. Wrzasnął jak ranne zwierzę, uderzając łapami o ziemię. 
- Dlaczego?! Dlaczego ty?! Czemu nie oddałeś mnie Kukułce?! Mogłeś podrzucić pieszczochom! Czemu mnie wychowałeś! Nienawidzę cię! Nienawidzę! Niszczysz mi życie nawet po śmieci! Daj mi spokój! Słyszysz?! 
Cisza. Na co on liczył? Po śmierci nic nie ma. Mimo to, emocje opadły, gdy to zrobił. 
Oparł się o drzewo i zapatrzył na horyzont, gdzie majaczyły domy Wyprostowanych. Obserwował jak słońce zachodzi, a czyjaś sylwetka siada tuż obok niego. 
Zdziwiony zwrócił pysk w stronę Kukułki. 
- Wróciłeś... - powiedziała tylko. 
Zestarzała się. Widział to po jej pysku. Jej sierść straciła blask. Zacisnął zęby. Wiedział, że i na nią przyjdzie pora. 
- Wróciłeś... - powtórzyła. - Kim w końcu jesteś? 
Zapatrzył się na swoje łapy. 
- Ja... Starałem się być Krzemieniem. Wychodziło mi to. Mam... partnerkę i dzieci. Byłem szczęśliwy. Ale... 
- Ale? 
- Zabiłem... niewinnego kota. On... zaatakował mnie, bo myślał, że jestem... nim... - Pociągnął nosem. 
- A jesteś nim? Pamiętasz co ci mówiłam? To ty decydujesz czy krzemień rozpali ogień, który wszystko strawi. Jedna iskra...
- Jedna iskra... - Zadrżał. - Czy to była ona? - Spojrzał na nią zaniepokojony. 
Wzruszyła ramionami. 
No tak. Skąd mogła to wiedzieć? Minęło tyle czasu, nie znali się tak dobrze jak wcześniej. 
- Mój czas się również zbliża. Nie umrę jednak ze starości, to wstyd dla samotnika. 
Jej słowa go zaciekawiły. Spojrzał na nią zaskoczony. Co miała na myśli? 
- Nornica... - To jedno słowo sprawiło, że sierść stanęła mu dęba. 
- Ona? Doszła do władzy? Jak... - Jego pysk został zatkany przez puchatą kitę. 
- Odejdź. Wróć do swojego domu i zapomnij o mnie. Miasto nie jest już twoim domem. To co się tu dzieję, nie zmienisz tego. - Wstała i ostatni raz spojrzał w jej zielone oczy, które po niej odziedziczył. 
Zniknęła. 
Poczuł jak łzy ponownie moczą jego futro. Ojciec w takiej chwili dałby mu pewnie w pysk. Był taki słaby... taki... delikatny... chociaż był mordercą. Postanowił posłuchać matki. Wrócił do Owocowego Lasu, zapomniał o tym co się stało przy drzewie. O pożegnaniu i ostatnich słowach. Mimo to nie mógł zapomnieć o Nornicy i tym, że jej rządy mogą im zaszkodzić. 

Wyleczony: Krzemień

23 października 2021

Od Krzemienia cd Szyszki

Spędzał z Ziębą i maluchami tyle czasu, ile był w stanie. Czasami nawet zbyt dużo. Robił to z prostego powodu. Nie chciał natknąć się na Komara. Kocur już od wielu dni o nic się nie ubiegał, co przyjmował z ulgą. Oznaczało to jednak, że niedługo pewnie to się zmieni. 
Szpak wytrącił go z ponurych myśli, zadając masę pytań. Niebieski był naprawdę ciekawski. Gdy on sam był w jego wieku, takie pytania równały się z policzkiem w pysk. Cieszył się więc z tego, że jego maluchy mogły mieć normalne dzieciństwo. Na razie dobrze szło mu w roli ojca. Ciekawe czy zmieni się to za jakiś czas, gdy zaczną dorastać. Świt już była na dobrej drodze do zostania kopią swojego dziadka. Przez jej kolor futerka, myślał że wdała się w matkę, ale jej aroganckie obycie, jak i brojenie, z każdą chwilą się o nią martwił. Nie miała przecież wzoru do naśladowania, który nauczyłby ją bycia kimś złym. A jeżeli to przeszło przez niego? Nie miał pojęcia jak kocięta dostają się na ten świat. Co się dzieje w brzuchu kotki, że dostają takie, a nie inne ubarwienie oraz charakter. Zawsze uważał, że to drugie kształtuje się przez życiowe doświadczenia... Córka nie miała jednak żadnych przeżyć, które doprowadziłyby ją na drogę mroku. 
Starał się z nią o tym rozmawiać, ale kotka zawsze nie miała ochoty na "pouczenia". Zięba nawet próbowała mu w tym pomóc, ale kociak był zbyt uparty. Melodia za to była jej odwrotnością. Tu było widać, że mała cieszy się z życia i stara się korzystać z niego całą sobą. Zawsze podziwiał jak w takiej małej główce jest tyle pomysłów. Na dodatek córka odziedziczyła nie tylko po nim sierść, ale i oczy, co sprawiało, że była jego małą kopią, tak jak Świt dla Zięby. Tylko Szpak miał szarawe futerko, które pewnie wynikało z wymieszania obydwóch kolorów. 
- Tata! Opowiedz o kodeksie! - prosił Szpak, łapkami opierając się o jego łapę. 
- Nie! Nie chce już tego słuchać! Ciągle chcesz słuchać o tym kodeksie! - fuknęła niezadowolona Świt.
Wiedział, że cokolwiek powie, nie zaspokoi potrzeb wszystkich maleństw. 
- To może opowiem wam jakąś historyjkę? - zaproponował. 
Na to słowo, Melodyjka wyskoczyła zza futra matki, zatrzymując się po drugiej stronie jego łapy.
- Taaak! Proszę! 
Szpak skrzywił pysk, ale pokiwał głową. W końcu to też jakaś forma zdobywania informacji. Świt chciała się ewakuować, ale Zięba chwyciła małą za kark i umościła pomiędzy swoimi łapami. 
- Nie uciekamy droga panno. Samotność tobie szkodzi. 
Biała chcąc nie chcąc musiała więc zostać z rodziną, krzywiąc obrażona swój pyszczek. Wyglądało to uroczo, ale nie śmiał jej tego wytykać, bo kto wie... jeszcze wpadnie na jej czarną listę. 
Uśmiechnął się na to, bo jego dzieci chcąc nie chcąc były urocze. 
- No dobrze... To dawno, dawno temu... 

***

"- Masz piękną rodzinę. Cieszę się, że odnalazłeś spokój i szczęście. - miauknęła, śledząc zabawę kociąt. - Wiedziałam, że dobrze robię przyjmując cię do Owocowego Lasu i nie bacząc na twoje pochodzenie. Jedynie sprawa twojego ojca zawsze chodziła mi po głowie, jednak nigdy nie patrzyłam na ciebie przez krew, tak jak nie patrzę na Błysk, lecz na charakter i serce, a twoje jest naprawdę waleczne."
To co wtedy czuł było nie do opisania. Ten strach, panika rodząca się w jego ciele, a później zaskoczenie. Szyszka... ona wiedziała? Czyżby to była wina Komara? A może zauważyła podobieństwa między nimi jak Pędrak? I o co chodziło z Błysk? Miał masę pytań, które nie mogły przejść mu przez gardło. Ściskało się boleśnie, nie pozwalając na wypowiedzenie choćby słowa.
"Przybliżała się i szepnęła mu do ucha, tak, żeby to zostało między nimi. 
- Wiedziałam od pewnego czasu. Nie wiem, czy to prawda, ale nie oczekuję, że mi ją zdradzisz. Tutaj jesteś po prostu Krzemieniem i jestem z ciebie dumna."
Patrzył na grób, przypominając sobie jej słowa. Szyszka zmarła niedługo po tym, a czuł się tak, jakby żyła i skądś go obserwowała. Była jego mentorką, wiekową liderką, ale i swego rodzaju przyjaciółką. Jej słowa naprawdę wiele dla niego znaczyły. Nie mówił nikomu, co go wtedy spotkało, ale było oczyszczające. Jej słowa... dodały mu sił i nadziei na to, że każdy zasługuję na własne życie, swoją szansę, a czyny rodziców nie powinny tego odbierać. Była mądrą, kochającą kotką, która potrafiła znaleźć w każdym dobroć. 
- Tak... - miauknął, powstrzymując cisnące mu się do oczu łzy. - To prawda... Gdziekolwiek teraz jesteś, wiedz, że to prawda. Wtedy nie mogłem ci tego powiedzieć. Stres... - westchnął. - Stres mnie zmroził. Dziękuje, że dałaś mi szansę i cię nie zawiodłem. Obyś spotkała się ze swoją rodziną i była szczęśliwa, skakała dalej po drzewach i... i dalej była po prostu Szyszką. - Spojrzał na grób. Otoczony był masą szyszek, które każdy po zniesieniu zakazu, przynosił z lasu. On również jedną przyniósł. Z miejsca, w którym spał, nim natknął się na siatkę i Owocowy Las. Położył ją tuż obok innych, dziękując dawnej liderce za dom jaki mu dała, bezpieczny, spokojny, różniący się od tego w Siedlisku Wyprostowanych. 

08 października 2021

Od Krzemienia

 Zaczęło się! Nie mógł nadal w to uwierzyć, ale zaczęło się. Niezapominajka była już na miejscu, pomagając Ziębie przy porodzie. On stał przed wejściem do żłobka, kręcąc się to tu to tam, próbując powstrzymać nerwy. Teraz zaczynało się prawdziwe wyzwanie. Martwił się, czy podoła temu, na co się zgotował. Kocięta były w końcu takie małe i nieporadne! Nadal pamiętał swoje dzieciństwo, pomimo tylu księżyców. Naprawdę nie chciał, aby historia zatoczyła koło. Chciał być dobrym ojcem... ale... ale jak? Nie miał żadnego wzorca. Dla niego ojciec był strasznym kocurem, który sprawiał ból.
Wziął głęboki oddech. Poradzi sobie... na pewno... poradzi... o nie... nie. Jednak nie poradzi. Chciał odbiec w las, aby tylko wyrzucić z łba, to co go czekało. Nie mógł jednak zostawić partnerki... Nie w takiej chwili!
- Rodzina się powiększa? - rozległ się tuż obok głos znanego w całym Owocowym Lesie, niebieskiego osobnika.
Spojrzał na Komara zaskoczony. Nigdy do niego nie podchodził, nie gadał, z czego się cieszył. Słyszał o jego trudnym charakterze i tym, że sprawiał problemy. Co się stało, że nagle teraz go zauważył?
- Tak... - Odwrócił wzrok na wejście do żłobka, ale medyczka jeszcze nie wyszła.
- To chyba potrwa dłużej - stwierdził.
Westchnął i skupił na nim uwagę.
- Czego chcesz?
- Czemu od razu myślisz, że coś chcę? - Pokręcił głową. - No dobra... coś... usłyszałem... i chciałem o tym z Tobą porozmawiać.
Co takiego niby usłyszał, że musiał do niego zagadać? Chyba Bzowi nie udało się rozpowiedzieć wszystkim przez gesty i obrazki, że według niego są rodziną? Spiął się, rozglądając za jakimś ustronnym miejscem. Jeśli to było to, musiał wytłumaczyć kocurowi, że on i syn Brzoskwinki nie byli spokrewnieni.
- Na chwilę... - miauknął, odchodząc w miejsce, w którym na drzewach nie roi się od podglądaczy. Komar podążył za nim i upewniwszy się, że zostali sami czarny otworzył pysk. - To nie tak.
Niebieski zdziwił się, bo jeszcze nawet nie otworzył pyska, a ten mu zaczął się tłumaczyć. Musiało go to zainteresować, bo rzucał mu zachęcające spojrzenie. A jeśli się pomylił i kocurowi nie chodzi o Bza? Nie chciał rozpowiadać o tym... nie ufał wojownikowi, że zachowa to dla siebie. Zapadło więc niezręczne milczenie.
- Co nie tak? - spróbował go zachęcić do zwierzeń.
- A o co chodzi? O czym chciałeś porozmawiać? Nie mam zbyt dużo czasu. Zięba rodzi... powinienem tam być.
- To nie jest twój największy problem w tej chwili - zaczął, wbijając w niego wzrok. - Usłyszałem coś od Pędraka... - Czarny spiął się. Pędrak... kocur, który został niegdyś zaatakowany przez jego ojca. Znał go... zajmował się nim w ramach szkolenia na wojownika i zauważył, że ten niezbyt dobrze znosił jego obecność. Tylko, że w jego przypadku mało co mówił. Czyżby Komarowi udało się od niego czegoś dowiedzieć?
- Co takiego?
- Coś... dziwnego. Zapytał mnie, czemu Czermień chodzi po naszym obozie... dziwne nie?
Na dźwięk imienia ojca serce prawie mu zamarło. Nie... nie, nie, nie... chyba nie domyślił się? Nie mógł. Jego ojca na pewno znał z opowieści, nie mógł wiedzieć jak wyglądał. Spróbował skryć niepokój, ale zawsze wychodziło mu to słabo.
- Bardzo dziwne... to ten... morderca... Szyszka mi opowiadała. Ale... przecież go nie ma w obozie...
- A skąd wiesz? Może jest?
Pokręcił głową.
- Szyszka by o tym wiedziała... znała go... - Z każdą chwilą czuł, że to był błąd, aby z nim porozmawiać. Łapy paliły go do ucieczki, powrotu do Zięby i oczekiwania na potomstwo.
- Szyszka? Przecież jest już stara. Może nawet i ślepa.
- Pędrak też... ma przywidzenia - kontynuował.
- A może o ciebie chodzi? - zasugerował. - No spójrz na siebie... Skąd masz te blizny? Czemu nikomu nie mówiłeś skąd je masz? Zabiłeś, zmieniłeś imię i wróciłeś, pod nosem Szyszki... Może trzeba ją uświadomić... co zrobiła? - zagotowało się w nim ze złości. 
Zacisnął pysk. Nie był swoim ojcem! Nie byli do siebie podobni! Tylko sierść ich łączyła, nic więcej! Komar blefował. Nie mógł po jednej rozmowie z Pędrakiem uznać, że to on. I od razu chciał lecieć z tym do Szyszki? Oszalał? Nie miał dowodów! To niemożliwe, aby dopadła go przeszłość. Miał przecież żyć spokojnie, założył rodzine... Teraz nie mogło to się posypać.
- Co? Zaniemówiłeś Czermień?
Wbił w niego nienawistny wzrok.
- Nie nazywaj mnie tak - syknął pod nosem. - Nie jestem nim. Mylą ci się koty.
- Na pewno? - Zbliżył się. - Nie sądze. Opis się zgadza...
Zamrugał zaskoczony. Opis? Co ten Pędrak mu nagadał?!
- Nie jestem nim - starał się zachować spokój, ale z każdym uderzeniem serca było to trudne.
- Też masz naderwane ucho...
- Nie... - Pokręcił głową zaczynając się cofać.
- Tak. Masz - Komar jak nigdy nic nadal zgrywał twardziela, widząc jak ten zaczyna panikować.
- Nie jestem nim - powtórzył.
- Jesteś!
- Nie!
- Tak!
- On nie żyje! Widziałem jego ciało! - wrzasnął.
O na gwiazdy co on zrobił?! Oddychał ciężko, patrząc na zadowolonego z siebie Komara.
- Znałeś go? No, no... Przysłał cię tu, aby zabić Szyszkę?
- Nie! - Pokręcił szybko głową. - Nie! Nikogo nie zabije.
Czuł się znów jak osaczona zwierzyna. Oddech nadal mu się nie uspokoił, a uśmiech Komara tylko sprawiał, że po grzbiecie przebiegały mu dreszcze.
- Wiesz... Możemy zawrzeć układ. Opowiesz mi skąd się znaliście, a ja nie rozpowiem o tym w klanie. Szyszka pewnie by cię zabiła - stwierdził widząc jego panike w oczach. - Robi w końcu wszystko, aby ochronić Owocowy Las.
W jego słowach była prawda. Gdyby wiedziała... był pewien, że byłoby po nim. Ten niepokój w nim trwał, odkąd usłyszał opowieści o Czermieniu, przekazywane przez koty, pamiętające jego występki. Czuł się niczym mysz zagoniona w kąt. Pokiwał więc głową, siadając.
- No to słucham.
- Ja... i on... To... - zwlekał z odpowiedzią.
- No dalej! Bo nie zdążysz zobaczyć swych dzieci, może pierwszy i ostatni raz.
Przełknął ślinę i pokiwał głową.
- To był mój ojciec. Ja nie wiedziałem, że żył w Owocowym Lesie. Przypadkiem... tutaj trafiłem - powiedzenie tego na głos było jedną z najgorszych rzeczy. Komar teraz miał go w garści. Mógł zrobić wszystko... zniszczyć mu życie albo zachować to dla siebie. I to przez jego głupotę!
- Chce wiedzieć więcej. Mów, uderzenia serca mijają...
Spuścil głowę na swoje łapy. Nikomu nie opowiadał o tym. Nawet Ziębie... a musiał. Musiał, bo wkopał się, sprowokowany przez tego chłystka...
Tak więc opowiedział mu o ojcu, o życiu w mieście, o Kukułce i ostatecznej walce pomiędzy tymi dwoma. Z każdym słowem czuł, że kręci sobie ciernie na szyję.
- Więc... wiesz jak mordować koty, tak? - zadał nagle pytanie niebieski.
On chyba nie chcę, aby... aby kogoś zamordował? Pokręcił głową na nie, lecz te pewnie dostrzegł w jego zachowaniu wahanie.
Komar wstał i uniósł głowę wyżej, aby podkreślić swoją władzę.
- Mów. Już. Bo zacznę nazywać cię Czermieniem przy wszystkich.
Rozszerzył oczy. Co takiego? On oszalał tak? Widział jednak, że kocur nie żartował. Był do tego zdolny...
- Tak... - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Wiem jak to się robi. Ale! Nigdy nikogo nie zabiłem - podkreślił to zdanie.
- Szkolił cię, abyś zabił Szyszkę? - dopytywał.
- Nie... Matkę. I tego nie zrobiłem. Nie jestem taki jak on.
- Dobrze, Czermieniu. Już się nie tłumacz. - Poklepał go po ramieniu ogonem. - Lepiej wracaj do Zięby i swoich dzieci.
Nadal stał i patrzył się na wojownika, a jego wyraz pyska musiał wydawać się zabawny. Nie zniesie tego, jeżeli ten będzie mówił do niego imieniem ojca!
- Nie zwracaj się tak do mnie - syknął.
- Bo zabijesz mnie? - Jego spojrzenie i wypowiadane słowa były wystarczające, aby czarny zerwał się z miejsca. Szybkim krokiem wrócił przed żłobek, łapiąc oddech za oddechem. Czemu zaczął panikować? Łapy trzęsły mu się, a w głowie nadal miał odpowiedź, którą chciał wtedy zadać.
Tak...
- Wszystko w porządku? Już po wszystkim. Masz trójkę kociąt, Czermieniu - na te słowa podniósł gwałtownie głowę na medyczkę.
- Coś ty powiedziała?
- Że już po wszystkim, Krzemieniu. Masz trójkę kociąt. Sam sprawdź - Wskazała ogonem na wejście do żłobka, po czym odeszła. Stał tam jeszcze chwilę, próbując zrozumieć co się stało. Przesłyszał się? Prawdopodobnie tak... Uniósł głowe i dostrzegł Komara, który siedział ze swoimi przyjaciółmi i uśmiechał się w jego stronę. Nie czekał dłużej, od razu wszedł poznać swoje dzieci i zniknąć wojownikowi z oczu.

***

Kocięta były małe i nieporadne. Pchały się do mleka Zięby, a stres jaki mu towarzyszył, zaczął opadać. Trójka maluchów była ciekawą mieszanką. Kotka Melodyjka była czarna, Szpak - niebieski, a Świt biała.
- Mam nadzieję, że nie będzie jej ciężko w życiu - westchnęła Zięba, patrząc na córkę.
- Poradzi sobie. Tak jak ty - zapewnił ją.
Stres opuścił jego ciało. Tylko wśród bliskich mógł naprawdę odpocząć, dlatego też przesiedział z ukochaną prawie cały dzień.

***

Wracał z polowania, bez ani jednej zdobyczy. Nie mógł się dzisiaj na niczym skupić. Nadal miał w pamięci wczorajszą rozmowę. Rozmyślał nad tym długo. Starał się znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji, ale na daremno. Był w pułapce.
Nagle usłyszał głos, który sprawił, że jego łapy się zatrzymały.
- Do nogi, Czermień.
Zacisnął pysk i wbił wściekły wzrok w Komara, który jak nigdy nic siedział na drzewie.
- Przestań - syknął do niego.
- Mówiłeś, że nie zabijasz - przypomniał mu, widząc jak ten na niego patrzy.
- Ty mówiłeś, że nie będziesz mnie tak nazywać.
- Przy wszystkich. A jesteśmy sami. No już. Nie będę się powtarzał. No chyba, że jednak chcesz, abym wszystko wyśpiewał Szyszce.
Wydał z siebie bardzo nieprzyjemny warkot, po czym skierował łapy w stronę drzewa.
- Czego chcesz?
- No wiesz... Błysk mnie ostatnio wkurzyła, więc masz wrzucić jej gałęzie akacji do legowiska. - rozkazał.
Jego ogon zaczął obijać się na boki. Klnął pod nosem na Komara oraz na siebie, że wpakował się w to gówno.
- Nie chcę się bawić w twoje kocięce zagrywki. - Odwrócił się do niego tyłem, lecz nie zrobił kroku.
- Stój! Nie pozwoliłem ci odejść. Należysz do mnie. No chyba, że jednak wolisz pożegnać się z życiem. Ostatnio Szyszka coś mówiła, że słyszała jak mówię do ciebie Czermień.
Zamarł.
- Co? Naprawdę?
- Nie. Ale może się to zmienić. Więc jak będzie?
Warknął ponownie, uspokajając swoje nerwy, gdy okazało się to nieprawdą. Ten kocur dosłownie wpakuje go do grobu.
- Zrobię to - miauknął.
- Bardzo dobrze. Czekam na twój powrót.
Nie odpowiedział na to. Udał się do jedynej akacji, którą widział w Owocowym Lesie. Podróż trochę trwała, a zrywanie gałęzi pokaleczyło mu pysk, jednak... jednak złość jaka w nim zaczęła się zbierać, kipiała, przelewając się na biedne drzewo. Miał gdzieś, że po tym będzie bolał go pysk. Tylko łamanie gałęzi i ból sprawiało, że mógł jeszcze kontrolować to uczucie, które odkąd Brzoskwinka mu odmówiła pomóc, pojawiło się i nie znikało, a rosło w siłę.

***

- Wyglądasz jakbyś kogoś zabił - stwierdził Komar, patrząc na jego zakrwawiony pysk.
- Tylko drzewo - odrzekł beznamiętnie. Właśnie wrócił z akcji, w którą wkopał go niebieski. Schował gałązki w mchu, który następnie przytargał aż na drzewo, gdzie spała Błysk. Tam je porozkładał i zszedł nie wzbudzając podejrzeń. Przynajmniej taką miał nadzieję.
- Udało się? - dopytywał.
Pokiwał mu głową, czekając aż ten z łaski swojej da mu już na dzisiaj spokój.
- Świetnie! - ucieszył się. - To teraz idź przynieś mi coś do jedzenia.
No tak... jasne... czego się spodziewał? Odwrócił się i udał się do stosu ze zwierzyną. Chwycił mysz i wrócił z nią do Komara.
- Co to ma być? Obrzydlistwo. - Pacnął to łapą, odsuwając z odrazą. - Sam sobie jadaj takie stare piszczki. Chcę świeżą.
Westchnął i ponownie skierował kroki w stronę stosu. Chwycił jeszcze ciepłego wróbla, którego niedawno ktoś przyniósł i wrócił do kocura.
- No. To już wygląda lepiej. Ale nie śliń tego już! - Czekał, aż posiłek spocznie mu pod łapami, lecz nie doczekał się. Czarny zacisnął mocniej szczęki, przepoławiając piszczkę na pół. Wypluł ją następnie na ziemię i odszedł, pozostawiając Komara z jasną wiadomością.
Że jeszcze się porządzi, a tą piszczką będzie on...
Dziwne, ale nie czuł się z tego powodu źle. Po Komarze nie płakałby. Za to... uwolnił.
Wrócił do swojego legowiska i postanowił uciąć sobie drzemkę, gdy usłyszał jak ktoś woła Szyszkę. Spanikowany rozejrzał się i dostrzegł jak Komar do niej idzie. Od razu zerwał się na równe łapy i w kilka chwil stanął tuż przy niebieskim i liderce.
- Co się dzieję Komarze? Krzemień? - Czarna spojrzała nagle na kocura, który prawie się połamał schodząc z drzewa.
- Krzemień... - zaczął, ale szybko jego pysk został zatkany przez jego ogon.
- Pomagam mu - wyjaśnił liderce powód przyjścia do niej Komara. - Chciał zapytać czy mogę chodzić z nim na patrole. Czuję się niepewnie sam, a nikt nie chce z nim chodzić - palnął pierwszę co przyszło mu do głowy.
- No dobrze. To miłego patrolu - Uśmiechnęła się do nich, wracając do swojego legowiska.
Zostali sami.
- Bbffbff ple - Niebieski odsunął od siebie czarne kłaki, wypluwając je na ziemię. - Uznam to za przeprosiny.
- Przeprosiny? - zapytał zdziwiony.
- Tak. Wkopałeś się na dodatkowe patrole ze mną - Uśmiech mu pojaśniał. - Będziemy się świetnie bawić.
Wojownik odszedł, zostawiając go samego z tą informacją. Cholera... rozejrzał się za jakimkolwiek rozwiązaniem, lecz dojrzał tylko świadków tego zdarzenia, którzy zdziwieni szeptali między sobą. No tak... nikt z własnej woli nie zadaje się z Komarem, a on właśnie przyznał przed Szyszką, że chcę mu pomóc. Właśnie popełnił kolejny błąd w swoim życiu.

29 września 2021

Od Krzemienia

 Obudził go poranny deszcz. Nie ma co! W Owocowym Lesie można było się zahartować, mieszkając na drzewie, które dopiero co rozwijało liście. Ziewnął, zeskakując na ziemię. Od razu skierował kroki do stosu ze zwierzyną, łapiąc w pysk całkiem dorodnego ptaka. Na pewno się Ziębie spodoba. Postanowił nie brać sobie śniadania, nie teraz. Musiał się zająć ukochaną, która od jakiegoś czasu, grzała tyłek w żłobku. Wieść o tym, że udało im się i zaciążyła był jak sen. Nadal nie mógł w to uwierzyć! Mimo to cieszył się bardzo, tak samo jak biała. Ciekawe jakie maleństwa się im urodzą... 
Wszedł po cichu do środka, natrafiając na rozbudzone spojrzenie partnerki. Położył jej pod łapy posiłek, siadając obok. 
- Nie śpisz? - zapytał.
- Skąd! głodna jestem i się tak zastanawiałam, gdzie byłeś. Ale na szczęście nie musiałam cię budzić, bo się zjawiłeś - zaśmiała się, od razu zabierając się za piszczkę. - Mmm... A nie było wiewiórki? O! Znajdź mi kosa i żabę.
Żabę? Chyba się przesłyszał. Wbił w nią zdziwiony wzrok, co musiało wyglądać głupio, bo pacnęła go ogonem po nosie. 
- No co? Nigdy nie jadłam, a musi być pewnie smaczna. 
- No dobrze... Postaram się coś znaleźć. - Otarł się o nią, po czym życzył jej dobrego dnia, wychodząc na polowanie. 
Eh... i gdzie on miał zacząć poszukiwania? Nigdy na to nie polował. A jeśli jej zaszkodzi? Odkąd nabrała masy, strasznie mu marudziła. A to głowa ją boli, a to krzyż, co chwilę chcę jeść coś innego, wymyślając coraz lepsze potrawy. Ciekawe czy Nornica też tak się zachowywała... Jeśli tak... To jego ojciec musiał mieć ciężko, co oczywiście mu się należało! 

***

Nie udało mu się dostać w swe łapy żaby, ale gdy tylko wrócił do obozu z kilkoma myszami, Zięba nie wyglądała na nieszczęśliwą. Chwyciła w pysk obie, zajadając się nimi ze smakiem. To było straszne... Tak pochłaniać tyle jedzenia. Ale przecież miała w brzuchu ich dzieci, więc co się dziwił... 
Biała zakaszlała, co wzmogło jego czujność. 
- Źle się czujesz? - dopytywał. 
- No... W sumie powinnam odwiedzić medyka...
Westchnął. No tak. Wszystko na ostatnią chwilę, póki nie zauważy... Zaprowadził ją do Niezapominajki, która dała jej coś na kaszel i znów mogli cieszyć się chwilą razem.

***

Nadal nie mógł w to uwierzyć, ale dostał uczennicę. I to nie byle jaką. Córkę Kostki - kotki, która za bardzo za nim nie przepadała. Pewnie była zła, gdy się dowiedziała... Mimo to... Miał to gdzieś. Bardziej zdziwił go fakt, że Szyszka uznała, że był gotów poprowadzić kogoś przez świat. Szkolił się w końcu w dzikim Siedlisku Wyprostowanych, a szkolenie pod okiem Szyszki, było tylko korekcją jego błędów w brutalności. Może stwierdziła, że to, że Zięba była w ciąży, będzie idealnym treningiem przed prawdziwym ojcostwem? 
Miał nadzieję, że nie nawali! 
Ceremonie pamiętał jak przez mgłę. Nadal to do niego nie docierało! Od razu skierował kroki w stronę gniazd, na których spali uczniowie. 
- Mrówko? Czas na trening!

<Mrówko?>
Wyleczona: Zięba

21 września 2021

Od Krzemienia

Siedział przed białą, która uśmiechała się do niego szeroko. Jej sierść była pokryta masą błota, przez co wyglądała jak błotny potwór. Nie powiedział jej tego jednak, pewnie obraziłaby się na zawsze. Pora Nowych Liści była dla niej ładna. Deszcz, rozmiękła ziemia, to coś co lubiła Zięba. A on? On się do tego dostosował. Niedawno urządzili sobie błotną zabawę, którą oczywiście przegrał. 
- O rany! Ale emocje! Nigdy tak dobrze się nie bawiłam! - zawołała rozpromieniona. 
- Nigdy? 
- Nigdy! Moje rodzeństwo nie lubiło się brudzić - wyjaśniła, zbierając się z ziemi. 
Ruszyli dalej przez las. Nie było zbyt ciepło jak na tą porę, ale zabawa nieco ich rozgrzała. Przysiedli na jakimś pniaku i wsłuchali się w szum liści. 
- Słyszysz nasz obiad? - zapytała, węsząc w powietrzu. 
- Nie. Ale... - to powiedziawszy zeskoczył i odsłonił ukrytę pod mchem wiewiórki. 
Od razu dostał pacnięcie w bark. 
- O, ty! Przygotowałeś je? - zapytała zaskoczona. 
Uśmiechnął się tylko do niej, podając jej piszczkę. Nie mógł przecież jej powiedzieć tego wcześniej. Zepsułby tylko niespodziankę. 
Pogrążyli się w posiłku, a później podzielili się językami. To była chyba dobra pora, aby ponownie ją zaskoczyć.
- Ziębo? - Kotka przerwała lizanie go za uchem i spojrzała na niego pytająco. Zatonął w tych oczach... Dopiero, kiedy ta zasłoniła mu łapą nos, ocknął się z tego zamroczenia i zachichotał. - Przepraszam. Jesteś taka piękna, że nie jestem w stanie się wysłowić. 
To sprawiło, że kotka zarumieniła się pod sierścią, dalej czekając na to, co miał do powiedzienia jej partner. 
- Ziębo - spróbował jeszcze raz. - Przemyślałem sprawę i... tak. To już czas na kocięta. - Nie zarejestrował tego, gdy został przewrócony, przez radosną kotkę. Tyle się naczekała, była cierpliwa i teraz... teraz mieli to zrobić. 
- Jesteś cudowny! Ale długo ci to zajęło, wiesz? - udała oburzenie, jednak za chwilę znów pysk ozdobił jej uśmiech. - To chodźmy. - Pomogła mu wstać i zaciągnęła w ustronne miejsce. 
To była udana randka. 

Od Krzemienia

- Idź sobie. Nie będę mu nic tłumaczyć - powiedziała do niego machając ogonem. - Sam się baw w kalambury. 
Jedyne co zrobiła, to pokręciła głową, wskazując na Krzemienia i patrząc się na Bza. 
Co takiego? Więc taka była jej odpowiedź? Nie chciała mu pomóc? Ogarnął go gniew. Pierwszy raz coś takiego odczuwał. Zawsze był spokojnym kotem, stronił od tych negatywnych emocji. życie bardzo dało mu w kość, więc starał się teraz nadrobić stracone miłe chwilę. Ale... coś takiego? To było tak nagłe, że aż go zdziwiło. 
Czy tak czuł się ojciec, gdy robił coś nie po jego myśli? 
Wbił wzrok w kotkę, rzucając jej naprawdę dość wrogie spojrzenie. Teraz mógł straszyć kociaki z tym wyrazem pyska i masą blizn. 
- Nic dziwnego, że Bez szuka ojca. Skoro ma taką matkę. Matkę, która nie chce mu nic zdradzić, która się odwraca dupą do przyjaciół  - prychnął i wyszedł zostawiając tą dwójkę samą sobie. 

***

Po tej akcji odbiegł w las. Daleko, najdalej od obozu. Musiał pozbyć się gniewu. Zięba nie mogła go zobaczyć w takim stanie. Wkurzony walnął łapą w drzewo, pozostawiając na korze rysy. Dyszał, próbując opanować tą nową emocję. Czy naprawdę tak dużo wymagał? Chciał tylko, aby ten kociak zrozumiał! Zrozumiał, że nie był jego ojcem! 
To było takie trudne? 
Wiedział jak zareagowałaby Zięba, gdyby ktoś zaczął o tym plotkować. Zostawiłaby go. W końcu nie powiedział jej o kociętach! Które de facto nie były jego! Nie ma to, jak znaleźć raj na ziemi, a później go stracić. Nie chciał tego. Nie chciał już tracić nikogo, a zwłaszcza Zięby. Kochał ją, kochał szczerą miłością. To było cudowne uczucie. Chciał się w nim zatracić, założyć rodzinę... 
Ale najwidoczniej, nie to było mu pisane. 
Spojrzał w swoje odbicie w beczce, do której zebrała się deszczówka. Czermień - Krzemień. Matka go ostrzegała. Mógł zamienić się w ojca... czuł to. Dopiero teraz to zrozumiał. Nie chciał jednak podążyć jego śladem. Zamordować i zostać wygnany z Owocowego Lasu jak niegdyś on. Musiał się opanować. Musiał... 

***

Nadeszła Pora Nowych Liści, a wraz z tym pytanie. Zięba chciała posunąć się o krok dalej w ich relacji. Słysząc to, przełknął gule w gardle. Czy spełni się w roli ojca? Nie miał dobrego wzorca. Jednak... chciał tego. Chciał ustabilizować swoje życie jeszcze bardziej. 
Siedział i zastanawiał się co robić. Kotka dała mu czas do namysłu, a on... on czuł się pusty. A co jeśli potraktuje swoje kocięta jak Bza? Chyba to nie była dobra opcja... 
Widząc jak Brzoskwinka wraca z polowania, rzucił jej tylko obrażone spojrzenie. Nadal pamiętał o tamtej sytuacji i nie wybaczył tego kotce. Ona mu pewnie też nie, tych słów. Ale nie żałował. Powiedział prawdę i czuł się z tym naprawdę dobrze. 

<Brzoskwinko?>