Przeszłość
Ubliżałoby jej? Pokręciła lekko łebkiem. Martwiło ją, jak siebie postrzegał wojownik. Dla niej był najwspanialszym kotem na świecie i ponad nim. Nie było tak wspaniałego drugiego kota, jak on. Po prostu nie było i naprawdę chciała mu to pokazać. Udowodnić, że się mylił. Pokazać mu czym była miłość, której doświadczyła od kociaka.
— Tak, właśnie to znaczy. Jesteś moim partnerem, promyczkiem pośród ciemności. Ciepłem kojącym moją duszę i serce. Jesteś kimś więcej niż tylko kotem, jesteś całym moim światem. Czułam to do ciebie, odkąd byliśmy uczniami. Zależy mi na tobie najbardziej ze wszystkich. Chcę być przy tobie i iść przez to życie łapa w łapę, bark w bark — wymruczała ciepło i liznęła go czule w pyszczek. Kocurek spojrzał na własne łapy niepewnie.
— Nie w-wiem... — zaczął, ale głos prędko go zawiódł, łamiąc się. Przełknął nerwowo ślinę. — Nie wiem, czy jestem taki, jak myślisz — poruszył kikutem ogona dość niespokojnie.
— Ciągle się b-boję... i cały czas robię coś niewłaściwie, nawet teraz... nie wiem, co powinienem powiedzieć — wymruczał cicho, patrząc na nią wreszcie dość nieśmiało.
— I co z tego? Każdy się czegoś boi. Nie ma kotów bez wad i lęków — miauknęła ze spokojem. Przycisnęła swój pysk do jego i przymknęła oczy.
— Ale... gdy spędzam czas z tobą, czuję się chyba pewniej. Nie czuję się tak nerwowo i nie podskakuję na każdy ruch ze strony pobratymców. Chciałbym, chyba... żeby tak pozostało. To znaczy... nie, tak... t-tak... — westchnął.
— Jeśli naprawdę chcesz kogoś takiego jak ja, za partnera, to... c-chciałbym być twoim partnerem, już na zawsze — powiedział, lekko się wahając. Słuchała jego dalszych słów w milczeniu. Nie oceniała go, bo nie miała powodu. W jej niebieskich oczach wojownik był po prostu idealny. Zawsze był i nic nigdy tego nie zmieniło, a wręcz przeciwnie, bo po ostatnim spotkaniu z glonojadem, utwierdziła się tylko w swoich przekonaniach. Nie odsunęła od niego pyska. Wdychała jego zapach.
— Nie masz racji. Masz szlachetne serce i mądrość, której większości brakuje. Masz w sobie dużo empatii, o którą w tych czasach naprawdę ciężko. Szczególnie u tych z rodu. — rzekła cicho i liznęła kocurka w pyszczek.
— Tylko nie chcę, żebyś... żebyś się rozczarowała. Nie jestem odważny jak inni wojownicy. Nie jestem szczególnie mądry czy silny... — wyspowiadał się jej wręcz, kładąc po sobie uszy raz jeszcze. Wyciągnął swoją przednią łapę i położył ją ostrożnie na tej należącej do szylkretki.
— Nie zawiedziesz mnie, nigdy nie zawiodłeś. Pragnę spędzić resztę życia przy twoim boku. Nie chcę nikogo innego, bo moje serce już dawno ci oddałam — dodała cicho i się uśmiechnęła. Gdy kocurek położył łapkę na jej, Szafirek bardzo delikatnie wstała. Położyła się od strony jego grzbietu i bardzo delikatnie przewróciła go na siebie, otulając ogonem.
— Kocham cię, z całego serca — wyszeptała czule i liznęła go w uszko.
***
Ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici trwał w najlepsze, ale Urodziwy Szafirek czuła się dosyć samotna. Nie chodziło jej o to, że nie mogłaby z kimś pogadać. Po prostu tęskniła za Kasztankiem, którego tu nie było. W pewnej chwili usłyszała znane jej kroki, a jej serce zabiło mocniej. Jej ukochany podszedł do niej i polizał ją po mordce.
— Szafirku, jak się czujesz? — zapytał lekko nieśmiało. Nie mogła się powstrzymać przed podskoczeniem na równe łapki.
— Kasztasiu...jesteś! — wymruczała zachwycona. Skinęła łebkiem w podzięce w stronę pary młodej, liderki i zastępcy. Odwzajemniła liźnięcie, przyciskając się do boku kocura.
— Wcześniej średnio, a teraz przewspaniale. A ty chmurko? — wymruczała cicho. Chwilę później usiadła i wtuliła się w kocura, uspokajając emocje. Spojrzała na przód, gdzie stała para młoda. Teraz u boku Kasztanka mogła skupić się całkiem na ceremoni.
— Nie spodziewałem się... tylu kotów... ale to dlatego prawie nikogo nie ma w obozie — powiedział, wsłuchując się w ceremonię.
— Dziękuję, że pytasz — powiedział jeszcze.
— Trzcinowy Szmerze, Żmijowcowa Wicio czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci? — rozległ się głos Mandarynkowej Gwiazdy. Szafirka skupiła się na tej chwili, ale była wyczulona na kocura.
— Przysięgam — padło z pyszczka młodej pary. Szafirka niemal czuła tę ekscytację, którą musieli czuć Trzcinowy Szmer i Żmijowcowa Wić.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość nieprzerwanie rozjaśnia wasze życia niczym świetliki na łąkach porą zielonych liści! — chwilę po tych słowach nadszedł czas na rzut żabą. Szylkretce nie zależało na złapaniu żaby, ale potraktowała to jako dobrą zabawę. Chwilę później ruszyła z kocurem, by uczestniczyć w wydarzeniu. Co prawda nie udało jej się złapać żaby, ale skoro Kasztanek też był i tyle jej wystarczyło.
— Chodź serduszko — wymruczała. Musnęła ogonem grzbiet kocura i zaprowadziła go nieco na bok.
— Usiądźmy, dziś się cieszmy ślubem Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici, a jutro lub pojutrze będę chciała z tobą pogadać o pewnej kwestii. Nie, nie jest to nic złego. Po prostu chciałabym poruszyć temat który jest dla mnie niezmiernie ważny — wyszeptała czule, kładąc łapę na jego i liżąc raz jeszcze w pyszczek.
— Czy...jest ci smutno, że nie złapałem tej żaby? — zapytał, z lekkim niepokojem spoglądając na wojowniczkę.
— Co? Och nie, nie skarbie. Kichać na tę żabę — wymruczała łagodnie. Przytuliła kocura do siebie, kładąc pysk na jego łebku. Zaczęła cicho mruczeć, by go uspokoić. Kilka uderzeń serca później, cofnęła się lekko. Spojrzała w jego oczy tymi swoimi niebieskimi.
— Jesteśmy parą od jakiegoś czasu i za to dziękuję każdego dnia. Zawsze będę dziękować, że Klan Gwiazdy mi cię zesłał — zaczęła kojącym głosem.
— Bardziej chciałabym zapytać, czy byś chciał...nasz ślub... — zaczęła cicho.
— Nie musisz mi teraz odpowiadać, bo to bardzo ważna decyzja. Mogę czekać na odpowiedź tak długo, jak będziesz potrzebował czasu, więc proszę, nie czuj się tym obciążony. Mamy czas... — wyszeptała. Siedzieli tak w ciszy, otoczeni przez donośny gwar, a na mordce kocura było widać wyraźne zamyślenie. Wreszcie, gdy uniósł lekko łeb i spojrzał na czekającą cierpliwie kotkę, otworzył pysk, ale początkowo nic się z niego nie wydobyło poza wypchniętym z płuc powietrzem, którego potem nabrał nosem już normalnie.
— Myślisz, że... nie przyniosę ci wstydu? Że sobie poradzę? — powiedział trochę do siebie. Szylkretka uśmiechała się łagodnie.
— Oczywiście, że sobie poradzisz piękny — wymruczała czule. Była gotowa zrobić wszystko, by kocur w siebie uwierzył. Kochała go tak bardzo, że zrobiłaby dla niego wszystko.
— Ja...dużo się dzieje, ja... bardzo bym chciał — kontynuował.
— Och? To wspaniale mój drogi promyczku, bo ja też bym bardzo tego chciała — wymruczała. Jej serduszko biło jak szalone, a szafirkowe ślipka błyszczały czystym, nieskażonym niczym uczuciem. Otarła się o niego i polizała w nosek, policzek i łebek. Słysząc jego słowa, pokiwała lekko głową.
— Chodź, damy im wspólny prezent. — wymruczała i przejechała ogonem po jego grzbiecie, ostatecznie otulając go nim i prowadząc powoli do nowożeńców z pakunkiem w pyszczku. Wstał ze swojego miejsca, po czym ruszył u boku Urodziwego Szafirka i gdy znaleźli się przed parą, pochylił przed nimi łeb w geście szacunku. Szylkretka poszła jego śladem i również pochyliła łeb.
— Chcieliśmy życzyć wam wszystkiego, co najlepsze Trzcinowy Szmerze i Żmijowcowa Wicio. Dziękuję również za zaproszenie mnie i pozwolenie przyjść Kasztankowi — wymruczała. Po czym przysunęła bliżej podarek. Było w nim kilka kolorowych, matowych i oszlifowanych przez wodę szkiełek w kolorze oczu młodej pary i ich kociąt. Do tego był również bursztyn z zatopionym owadem. Szukała tego bardzo długo. Chwilami wątpiła, że znajdzie.
— To prezent od Kasztanka i ode mnie — miauknęła łagodnie.
Teraźniejszość
Urodziwy Szafirek obudziła się dosyć wcześnie rano. Przeniosła wzrok na śpiącego u jej boku Kasztana. Przyglądała mu się przez chwilę. Gdy wojownik spał wyglądał tak uroczo. Oczywiście, kiedy nie spał, również był wspaniały i to nie podlegało dyskusji. Widok tego spokoju radował serce szylkretki, ale i rodził w niej chęć ochrony ukochanego przed złem całego świata. Pragnęła go chronić. Zawsze.
— Zawsze będę przy tobie. Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić, a jeśli ktoś spróbuje, odpowie przede mną — wyszeptała, przykrywając kocura ogonem. Chciała zapewnić mu ciepło. Do tego nie budziła go, bo mieli jeszcze czas. Uważała, że ciemny potrzebował jeszcze chwili spokoju przed kolejnym ciężkim dniem.
<Przypalony Kasztanie? Czy wiesz, że wyglądasz słodko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz