BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Promyczek x Księżyc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Promyczek x Księżyc. Pokaż wszystkie posty

22 sierpnia 2025

Od Ćmiego Księżyca CD. Promienistego Słońca

Medyczka westchnęła pod nosem. Chociaż kochała swoją rodzinę, to musiała przyznać, że obecność Promienistego Słońca była dla niej... najbardziej psychicznie męczącą. Kocura było zbyt wiele. Mówił zbyt dużo, zbyt głośno, zbyt blisko jej uszu. A w dodatku, do czego oczywiście sama by się nigdy na głos nie przyznała, była zazdrosna o beztroskie, pozytywne i proste podejście do życia starszego brata. Nie wiedziała, co dzieje się w jego głowie, co skrywa się pod tym kremowym czerepem, ale była pewna, chociaż może przemawiała nią jej potrzeba patrzenia na siebie, jako na klanowego męczennika, że nie było tam tylu zmartwień, tyle frasunków, co u niej.
Przesunęła nosem po łapie, którą podstawiono jej pod nos. W pewnym momencie kocur wzdrygnął się i gwałtownym ruchem odsunął ją nieco, co spotkało się z cichym, karcącym pomrukiem.
— Nie ruszaj — rzuciła, nie ruszając pyska znad poduszki brata.
— Zabolało — odpowiedział kocur, czując potrzebę wytłumaczenia się.
— Nie ważne. — Po tym nastąpiła cisza, podczas której udało się kotce zlokalizować cierń, sprawiający wojownikowi dyskomfort. Delikatnie złapała go w przednie zęby i szybkim ruchem wyciągnęła. Jedna, samotna kropelka szkarłatnej krwi zebrała się w małej rance; medyczka zlizała ją. — Poczekaj.
— Na co? Masz jakieś specjalne, niesamowicie mocne ziółka, które sprawią, że moje łapy będą tak niesamowicie twarde i mocne, że żaden, nawet najostrzejszy kamień nie zdoła się przez nie przebić? I że będę mógł chodzić po rozgrzanych skałach, jakbym miał sarnie raciczki? A może nawet będą odporne na wilcze i borsucze kły i pazury? — Unosząc delikatnie łapę, człapał za siostrą, która nie raczyła nawet odwrócić w jego stronę ucha. Kontynuował niewzruszony: — A masz może coś, co sprawiłoby, że będę całkowicie na to wszystko odporny? Chociaż wiesz... Na jeden księżyc? — Kiedy znów nie dostał odpowiedzi, dodał: — Na jedno polowanie..? 
Nie odpowiedziała. Wzięła patyk, wokół którego owinięta była pajęczyna i w końcu odwróciła się w stronę kremowego, niemal nie uderzając go w pysk. 
— Hej, uważaj trochę, bo mi drugie oko wydłubiesz — zażartował wesoło, chociaż w jego głosie było słychać ziarenko zaskoczenia, a może nawet obawy. Spojrzał na badyl. — Na pewno nie masz nic innego? Wiesz... Bardziej imponującego. — Kotka zmrużyła jasne ślepia i zmarszczyła nosek. Wypluła go z pyska. 
— Zakazi się i umrzesz — powiedziała twardo.
— Optymistka z ciebie, jak zawsze swoją drogą. 
— Usiądź i daj. — Wyciągnęła swoją łapę do przodu. Promieniste Słońce podał swoją. Medyczka oczyściła ją jeszcze raz językiem (bo oczywiście Promyk i tak stawiał ją na brudnej posadzce), a następnie owinęła ją niezbyt grubą warstwą pajęczyny. — Już.
Po tych słowach nie powiedziała już nic więcej. Odwróciła się i milcząc, schowała się w składziku, który dzięki zaangażowaniu Zaćmienia, był pełen wonnych ziół. Usłyszała jeszcze, jak brat dziękuje jej, aby następnie prędkim krokiem odejść i zająć się swoimi sprawami. 

* * *
Teraźniejszość

Wyzdrowienie Promienistego Słońca było niczym dar od Klanu Gwiazdy. W tych ciemnych dniach, które nastały dla Klanu Klifu, takie momenty sprawiały, że Ćmi Księżyc odczuwała jakąkolwiek radość. Oczywiście, wojownik nigdy nie będzie już tak sprawny, zwłaszcza że już kiedy był kocięciem, stracił wzrok na jedno oko, jak zdrowy kot w jego wieku, ale równie dobrze mógłby zwyczajnie nie przeżyć... to zdziwiłoby medyczkę mniej... 
Mimo że opuścił już legowisko sióstr, nie mógł robić... wielu rzeczy, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas. Bardzo ważne było, żeby stawiał się, dość regularnie, na wizyty kontrolne. Co kilka wschodów słońca, z samego rana, zanim jeszcze zdążył wyjść na spokojny patrol lub polowanie, na które wychodzić miał najlepiej w większej grupie kotów, Promyk przychodzić miał do lecznicy, gdzie czekała już Zaćmienie lub Ćma, rzadziej obie. 
Tym razem była to jedynie młodsza z kotek. Po sytuacji z chorym Gąsienicowym Ogryzkiem, o której sama bladooka nie musiała mówić głośno, gdyż niebieski wojownik wziął to w swoje własne łapy, szylkretka rzadko przebywała w obozie i większość czasu spędzała na zbieraniu roślin czy pajęczyn, opadając z sił mocniej i mocniej... 
Raźne, chociaż już nie tak swobodne kroki kremowego kocura rozbrzmiały w jaskini. 
— Dzień dobry — odezwała się Ćmi Księżyc, ubiegając brata. — Jak się czujesz?

<Promyk?>

03 lipca 2025

Od Promienistego Słońca CD. Ćmiego Księżyca

Jako kociak po wypadku Księżyc już jakiś czas temu zastąpił na niebie słońce. Choć nie widziałem go, wiedziałem, że tak było po większym niż zwykle mroku w obozie. Próbowałem więc spać; miałem zamknięte oczy. Mimo niedawnych wydarzeń w obozie wszyscy już odpłynęli. Nawet mamusia Bożodrzewny Kaprys. Ta czuwała nad mną cały czas, nieprzerwanie, słyszałem nawet, że jest teraz ze mną; słyszałem jej oddech. Nawet jak nasza medyczka opatrywała mi moje oko… Moje biedne oko. Nic zbytnio na nie nie widziałem. Jedyne co mi pozostało to żywić nadzieje, że wzrok do mnie wróci. Oby Przodkowie na to pozwolili, wolałbym go nie tracić. A jak już to w walce! Chciałbym móc powiedzieć, że przydałem się i odebrano mi wzrok w honorowy sposób… W moim duchu była tylko nadzieja, że go nie stracę. Nawet teraz, jeśli na nie nie widzę, to może powróci? Nie powiedzieli mi przecież, że nie będę na nie widzieć na pewno! Może Klan Gwiazdy mnie posłucha? Trzeba być dobrej myśli! Może Przodkom spodoba się moje myślenie i w nagrodę pozwolą mi zatrzymać umiejętność widzenia? Oby! Te myśli dodawały mi nadziei, której tak wtedy potrzebowałem. Nadzieja jest taka przyjemna! Chyba dobrze mieć nadzieje, gdy jest się smutnym jak ja teraz. Fakt, nie miałem zbytnio siły myśleć, chciało mi się spać, ale musiałem teraz pozostać o dobrej myśli… Po chwili jednak uznałem, że powinienem jednak spróbować usunąć. Może jutro będzie mniej bolec? Choć zajęło mi to dosyć długo, w końcu zapadłem w głęboki sen.

* * *

Obudziłem się nagle wystraszony. Oddychałem ciężko, wystraszony moim snem. Śnił mi się mój wypadek, śniło mi się, że nikt mi nie pomógł… To był straszny sen, myślałem o nim przez chwile i dopiero po kilku uderzeniach serca coś przerwało te specyficzne myśli. Odwróciłem głowę, by kątem oka przyjrzeć się, co dotyka mojego barku. Spodziewałem się wielu rzeczy, nawet tego, że jest tam duży żuk, ale nie długowłosej, niebiesko-białej srebrzystej koteczki… Moja siostra. Księżyc! Moja biedna siostra. Musiałem ją wystraszyć, tak bardzo wystraszyć tym wszystkim… Powinienem być mądrzejszy i nawet nie dotykać tego patyka... Po chwili dopiero zdałem sobie sprawę z czegoś. Ona przyszła mimo to mnie odwiedzić? Jak miło! Ja na jej miejscu bym chyba tego nie zrobił, tylko się obraził… W każdym razie nie spała; patrzyła na mnie swoimi ślepiami. W ciemności przypomniały mi dwa żółte księżyce w pełni… Ciekawe czy moje oko na stronie niezawiniętej w pajęczyny i liście pyska, wyglądało podobnie do księżyca… W każdym razie odetchnąłem głęboko, dopiero po dłuższej chwili wydychając je. Powiedziałem do niej cicho, najłagodniejszym głosem, jaki potrafiłem wydać;
— Co ty tu robisz? Jest ciemno, powinnaś spać — Miałem wrażenie, że mogła być zmęczona, skoro ja też byłem.
— Bracisz... — Mówiła cicho, jak to miała w zwyczaju, jednak ja jej przerwałem.
— Idź, idź albo się obrażę — odezwałem się. Nie chciałem, aby miała problemy! Dodałem więc po chwili — Nic już do ciebie nie mówię do kolejnego poranka, dziękuje bardzo, masz iść do mamusi Zielone Wzgórze-
Kotka w reakcji na to szepnęła coś pod nosem, nieco jakby posmutniała. Fakt nie chciałem, aby była smutna, jednak nie chciałem też, by miała, problemy. Dlatego siedziałem cicho. Za mój cel ustawiłem sobie nieodzywanie się. Po paru biciach serca moja siostra wstała i zaczęła wychodzić z legowiska medyka. Obserwując tak ją, zdałem sobie ponownie sprawę, jaki ja wyczerpany wtedy byłem. Zamknąłem więc swoje oczy i położyłem głowę na legowisku. Po dłużej chwili przestałem słyszeć jej kroki, myśli były coraz bardziej leniwe. W końcu zasnąłem, a mój sen był głęboki i przyjemny, choć niewiele z niego potem pamiętałem.

* * *
Obecnie

Dzień powoli już się kończył. Wróciłem właśnie z polowania; nie przyniosłem ze sobą do obozu nic. Nie licząc ciernia, który wbił mi się w łapę niedaleko wodospadu. No cóż, czasem bywa i tak. Pocieszałem się, że będę mógł przynajmniej mieć dobry pretekst, by pogadać z siostrami. W takich momentach jak ten cieszyłem się, że obie są medyczkami i mogłem znaleźć je bardzo łatwo. No, chyba że akurat szukały ziół czy czegoś takiego. W każdym razie miałem nadzieje, że zastane je tam gdzie zwykle. Albo, że chociaż jedna z nich będzie w legowisku medyka. Podziękowałem reszcie kotów, z którymi polowałem, po czym oddaliłem się, od nich. Powoli szedłem przez obóz, co jakiś czas witając się z kotami przechodzącymi obok i jednocześnie uważając na to, by nie stawać zbytnio na łapie, w której miałem cierń. To by tylko mogło pogorszyć sprawę, no i bardziej bolało. W końcu minąłem stos zwierzyny i wszedłem do legowiska medyka. Powitał mnie intensywny zapach różnorodnych ziół. Oraz co najważniejsze srebrzysto-biała kotka zajęta akurat ich sortowaniem. Jej głowa była pochylona nad roślinami, wąchając je co jakiś czas oraz przesuwając je łapą w tę czy inną stronę. Nie zauważyła mnie, a raczej nie zwróciła uwagi na moje kroki i zapach. Podszedłem do niej i powiedziałem nieco zbyt głośno;
— Ładnie dziś wyglądasz siostrzyczko — powiedziałem, dodając kolejne zdanie, zanim kotka się odezwała — Gdyby ktoś pomógłby ci się umyć i gdybyś nie była medyczką, jestem przekonany, że kocury z całej okolicy szalałyby za tobą.
Kotka nieco się zjeżyła na nagły dźwięk, jednak szybko opadło jej futro. Odwróciła łeb, w moją stronę pytając:
— Promieniste Słońce? O ci tym razem chodzi? — spytała.
— Chcesz pogadać i mi pomóc? Proszę to tylko drobniutka pomoc, taka wiesz, co ci parę bić serca zajmie. No wiesz tylko chwileczkę. Taką króciutką jeszcze. Nic wielkiego Ćmi Księżycu — Powiedziałem żartobliwym tonem.
— Jaką pomoc? — zapytała ponownie Ćmi Księżyc.
— A taką malutką, naprawdę malusieńką wiesz to nawet problem dla ciebie moja siostro, nie będzie — mówiłem, postanawiając się nieco przy tym powygłupiać.
— O co ci chodzi — pytała nadal swoim cichym jak zwykle głosem.
— Wiesz, byłem na polowaniu, i nic nie złapałem, ale w każdym razie to szedłem sobie i się zamyśliłem no i ten no, trochę mam problem teraz w każdym razie chcesz wiedzieć, co się stało? — mówiłem dalej. Chyba nie powinienem tego tak długo przeciągać, jeszcze się zirytuje.
— Mów — rzekła.
— Mam ciernia w łapie, widzisz? Nie jest duży, wyjęcie jego zajmie ci, no wiesz, tę chwilkę taką króciutką, nawet mniej niż bicie serca — powiedziałem, wysuwając jedną z przednich łap w jej stronę. Dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że chyba nie powinienem używać słowa "widzisz", ale chyba się nie obrazi, prawda? To było w końcu przypadkiem.

<Ćmi Księżyc? Do odpowiedzi zapraszam>

09 września 2024

Od Księżyc CD. Promyczka

Stała w całkowitym bezruchu. Już kiedy Promyczek zaczął przykładać sobie długi patyk bliżej i bliżej pyszczka, intuicja podpowiadała jej, że to zły pomysł. Gałązka była sztywna, ostro zakończona, a z boków wychodziły jej ususzone listki w różnych kolorach. To właśnie je chciał bliżej obejrzeć braciszek. Nie miał zamiaru robić niczego niebezpiecznego, ale pech chciał, że jakaś paskudna, straszna siła popchnęła łapki, a patyk w mgnieniu oka wylądował, no właśnie, w oku kociaka. Jako świadek, Księżyc nie zarejestrowała, na samym początku, co się w ogóle wydarzyło. Wrzaski musiały już się zacząć, ale do uszu kotki dotarły i zostały zarejestrowane przez mózg, kilka uderzeń serca później, jak gdyby świat chciał przytłumić te okropne dźwięki. Szybko jednak doszła do wniosku, że wolała ich nie słyszeć. Płacz przeszył jej grzbiet dreszczem, który postawił futro wręcz pionowo do góry. Zaczęła się trząść. Kremowy za to, wciąż z gałęzią wbitą w oczodół, wierzgał dziko w całkowitej agonii. Nie chciała na to patrzeć. Nie chciała, ale jej oczy były otwarte tak szeroko, jak nigdy przedtem. Nawet nie mrugała; nie potrafiła oderwać wzroku. Podczas wcześniejszej opowieści Promyka cała reszta kociarni zdążyła wybrać się już do spania. Nie było jednak możliwym, aby krzyki i szlochy nie obudziły nie tylko czujnej matki, ale również i innych członków Klanu Klifu. Pierwsza przy srebrnym pojawiła się oczywiście roztrzęsiona Bożodrzewny Kaprys. Nie była w stanie pojąć jakim cudem, przez te kilka chwil, maluch zdążył zrobić sobie taką krzywdę. Kociarnia miała być miejscem całkowicie bezpiecznym. Pozbawionym krzywdy i bólu. A ona miała bronić swoich dzieci, opiekować się nimi i wybijać im z głowy głupie pomysły. Zawiodła.
Kolejne postacie pojawiały się cały czas. Było tłoczno. Coraz więcej kotów ustawiało się przy poturbowanym kocurku. W pewnym momencie nawet jakieś niezidentyfikowane ciemne łapy przewróciły ją. Była im wdzięczna, do kogokolwiek należały. Uderzenie pozwoliło wybudzić się z przerażającego transu. Wreszcie mogła przestać patrzeć na wykrzywiony z bólu pyszczek. Ciągle, mimo wszystko, słyszała dźwięk patyka przebijającego się przez tkanki.
Czuła jak wróbelek, którego zjadła wcześniej tamtego dnia, chce wylecieć jej z brzuszka. Szarpie się i szamota, próbując przecisnąć się przez przełyk; za wszelką cenę chciała go powstrzymać. Oczy zaszły łzawym zwierciadłem, a kolejne spazmy targały małym ciałem. Ostatecznie przegrała zmagania, a opierzona, jasnoróżowa papka wypełzła przez biały pysk. Nikt nawet nie zauważył. Nikt jej nie zauważał. Nie umiała pojąć, ile kotów stało teraz w żłobku. Rozpoznawała obie mamy, które uspokajały rozedrgane, jasne ciałko. Gdzieś mignął jej nakrapiany pyszczek Pani Medyczki; dzięki Gwiezdnym, że tutaj była! Babcia Wir również przybiegła, tak samo wielu innych, których znała głównie z widzenia lub krótkich odwiedzin.
Była całkowicie przebodźcowana. Wszystko migało jej przed oczami, szumiało w uszach, a zapach zwróconego ptaka mieszał się ze słodką, duszącą wonią krwi i żywicy. Oddychała szybko, płytko i bez ładu. Czuła się opuszczona. Nikt się nią nie przejmował.

"Jesteś straszna. Przejmujesz się sobą nawet w momencie, kiedy twój brat cierpi okropne katusze..."

Udało się wyłapać te słowa. Myśli powędrowały daleko w krainę niepewności. Nie wiedziała, co ma robić. Zdała sobie sprawę, że jeśli będą kogoś winić za wypadek Promyczka, będzie to ona. Zrobiła kilka kroków w tył, napotykając w końcu twardą ścianę. Zimny kamień przywrócił ją do prawdziwego, namacalnego świata. Usłyszała głos Zielonego Wzgórza. Złamany, przerażony i tak niecodzienny. Różnił się całkowicie od radosnego i donośnego tonu, który ukochała.
 — Zrób coś Czereśniowa Gałązko! Wyjmij to, mój synek nic nie widzi! — zawodziła prosto w pysk starszej, która, choć również widocznie przejęta, zachowała zimną krew.
— Nie dotykaj. Uszkodzisz oko jeszcze bardziej. — Odepchnęła ciemną łapę, która już sięgała w stronę wystającej gałęzi. Stanęła między dzieckiem a matką. — Potrzebujemy kogoś, kto pomoże nam przenieść Promyczka do naszego legowiska — szylkretka rozejrzała się. Zatrzymała wzrok na Jerzykowej Werwie i Bławatkowym Wschodzie. Skinęła, a dwójka kocurów podbiegła bez chwili zwłoki.
Delikatnie, z pomocą Bożodrzewnego Kaprysu, wzięli, teraz już niemal całkowicie wiotkie, ciałko na grzbiety. Zmęczony bólem i szarpaniną brat nie miał już siły na nic; czasami tylko wydał z siebie żałosny jęk. Spokojnym, miarowym krokiem wojownicy wynieśli go, zmierzając w stronę lecznicy. Widziała, jak znikają z jej pola widzenia, a wraz z nimi, zaczęło też ubywać gapiów. Jak szybko się pojawili, tak prędko rozeszli się z powrotem do swoich legowiska.

Księżyc zaczęła się gorączkowo rozglądać. Czuła się samotna. Nie mogła tego znieść. Była zmęczona psychicznie i fizycznie, a kolejne, okrutne myśli wciąż napływały i zapełniały jej malutką czaszkę. Szukała mamy, szukała Pełni i Zaćmienia. Wydawało jej się, jakby nie widziała, nie była przy nich od wielu księżyców. Zdziwił jej widok nocnej szaty, która siedziała zgarbiona w cieniu. Bardzo rzadko Zielone Wzgórze zostawała z nimi w pojedynkę. Na opuszkach jednej łapy umiała zliczyć takie sytuacje. Nie wyglądała najlepiej. Wypadek Promyczka był jak ostry patyk wbity prosto w serduszko. Wpatrzona w obóz, wyglądała jakichkolwiek znaków. Przy obu bokach siedzieli Pełnia i Zaćmienie. Też widzieli zmagania brata. Posępny nastrój był tak gęsty, że można go było ciąć pazurami. Zielone ślepia nie skrzyły się w ciemności jak zwykle; były matowe i nieobecne. Matka niemal się nie ruszała. Nawet koniuszek ogona, zwykle rozedrgany, leżał płasko między kawałkami mchu.
Wojowniczka została w końcu wyrwana z transu przez delikatny dotyk większej córki. Szylkretka musnęła ją łapką, kiedy kładła się przy jej udzie. Ten niewielki gest przypomniał jej, że przecież ma jeszcze pozostałe pociechy, które potrzebują opieki i wsparcia. Skoro ja tak to dotknęło, a jest wojowniczką, co musiało dziać się w niewinnych serduszkach malutkich istotek? Przysunęła białego do piersi, a Zaćmienie owinęła ogonem. Mimo wszystko uspokajała w ten sposób bardziej swoje nerwy niż ich.
Księżyc wciąż tkwiła w cieniu. Czuła się koszmarnie. Mieszanka winy, współczucia i obrzydzenia na samo wspomnienie. Nie miała siły wstać i położyć się przy mamie. Nogi miała niczym z futerka. Zazdrościła, że pozostała dwójka już spokojnie spała i że od początku była przy czarnym boku. Mieli prościej. Co pomyślałaby Zielone Wzgórze, jakby teraz poczuła, że najmłodsza wyłania się nie wiadomo skąd i wtula w jej brzuch? Byłaby zła? Musiałoby jej przecież przebiec przez myśl, że to wcześniejsze ukrywanie się jest spowodowane wyrzutami sumienia dotyczącymi urazu Promyczka. Podejrzewałaby ją, a potem porzuciła, wyrzuciła nie tylko z klanu, ale i ze swojego serca.
Wcisnęła pysk w łapy. Martwiła się o braciszka. Och... jakże ona się martwiła... Ściskało ją w piersi, a oddychanie przychodziło jej z dużym trudem. Chciałaby móc coś zrobić. Pomóc w jakiś sposób... Ulżyć... Nie miała jednak zielonego pojęcia jak miałaby tego dokonać. Była niepotrzebna, nie potrafiła się na nic przydać. Błądziła jak we mgle.
Nagle poczuła ciężar na uchu. Lekko przestraszona poruszyła nim, żeby strzepnąć owe coś. Delikatny podmuch skrzydełek posłał na jej policzek podmuch. Podniosła wzrok i zobaczyła puchata ćme.
Kochała ćmy...
Stworek miał śliczne jasne skrzydełka w ciemniejsze koła i prążki, a miękkie czułki powiewały na niewielkim wietrzyku. Owad przycupnął przed jej noskiem i patrzył jej prosto w ślepka. Nagle wzbił się w powietrze, a Księżyc skoczyła na równe łapki; zdziwiło ją, że tym razem udało jej się ustać. Podążała za nim, gdy ten skierował się przez opustoszały obóz prosto do legowiska medyczek. Jej uwaga była całkowicie skupiona na obserwowaniu ćmy, więc strach przed przyłapaniem był niemal nieistniejący. Wydawało jej się jakby, nowy przyjaciel specjalnie utrzymywał spokojne tempo, by miała szanse dotrzymać kroku. Zatrzymał się dopiero przed samą jamą. Panowały w niej prawdziwe ciemności. Dopiero po chwili udało się Księżyc wydobyć z mroku jasną postać Bożodrzewnego Kaprysu, leżącej z głową na legowisku, na którym spokojnie i miarowo oddychał Promyczek. Przerażona skierowała wzrok na mordkę brata. Ku jej zdziwieniu patyk został już usunięty, a pół głowy było ciasno owinięte liśćmi i pajęczynami. Spali głęboko.
Ćmi kompan nie wleciał dalej. Niebieska za to zrobiła pierwsze kilka kroków. Teraz już bała się nakrycia przez którąś ze starszych kotek. Jej małe kroki nie robiły jednak zbyt wiele hałasu. Udało się jej dostać do śpiącego pacjenta. Położyła się przy zwiniętych łapach mamy, tak żeby noskiem dotykać kremowego barku. Tyle mogła dla niego zrobić.

<Promyczku?>

06 września 2024

Od Promyczka CD. Księżyc

Z mych kremowych policzków nadal leciały łezki. Spojrzałem w bok, i drugi bok, widząc tylko kamienne ściany i legowiska jak prawie wszędzie w obozie. Chciałbym, aby siostrzyczka nie płakała, by wiedzieć, co powiedzieć mamusi. Przytulić się do krótkiej sierści mamusi i usnąć. Razem z Pełnią, Księżycem i Zaćmieniem! Nie wiedziałem, co zrobić… Jednak wziąłem się na odwagę i rzekłem:
- Bo mamusi, no ten no... - przełknąłem ślinę i wziąłem głęboki oddech, przerywając późniejsze zdania paroma szlochami - No bo… bawiłem się z Księżyc… i zgniotłem żuczka… I się bawiłem, że to wysłania..nik. Takiego strasznego kota… Imieniem Smród i że.. mech nam ukradnie… I zdeptałem go.. I go zjadłem, bo Księżyc wydawała się dziwnie zachowywać…
W tym momencie szybko pobiegłem wśród łapki mamusi i dokończyłem opowieść dalej szlochając, zanim coś powiedziała.
- No i zaczęła… Pła..kać i nie wiedzia..łem co zrobić no i.. Też.. Zacząłem. - Powiedziałem przytulając się do nóżek mamusi.
Księżyc nadal płakała! Było to dla mnie smutne i sprawiło, że bardziej się zdenerwowałem
- Maluchy… - mruknęła cicho, głos kocicy wydawał mi się piękny.
Choć dla mnie wiele głosów było ładnych. Ten akurat sprawił dodatkowo, że poczułem, że wszystko będzie dobrze. Mamusie zawsze miały na wszystko rozwiązanie! Od bolącego brzuszka po bolące łapki! Nawet chciało im się nas myć, mimo, że to takie nudne! Powoli odzyskiwałem spokój, czego nie można powiedzieć o mojej siostrzyce. Ona nadal płakała. Mamusia poszła nieco do przodu, uważając, by nie uderzyć mnie łapką. I położyła się na ziemi obok Księżyc. Polizała jej srebrzyste futerko, próbując ją uspokoić. Ja powoli kończąc szlochanie, poszedłem i przytuliłem się do jej białego jak chmury na niebie brzucha. Łezki powoli przestawały płynąć z oczu moich i Księżyc. Mamusia zawsze wiedziała, jak nas uspokoić! Podejrzewałem, że mamusie musiały dużo siedzieć u starszyzny, bo są mądre, a w końcu starszyzna jest najmądrzejsza! Kocham mamusie. One są wspaniałe! Nie mogę sobie wymarzyć lepszych mam. Powoli poczułem chęć zamknięcia oczu, co natychmiast zrobiłem.
***
Powoli otworzyłem powieki. Leżałem obok mamy i reszty rodzeństwa. Tym razem nie obok tej z czarnym futrem, a tej bialutkiej jak chmurka. Zdziwiło mnie to nieco. Jednak, zamiast się nad tym zastanawiać, ziewałem donośnie. Rozejrzałem się na boki. Widziałem białe futro Pełni oraz szylkretowe futro Zaćmienia. Mech i szare, kamienne ściany obozu. W skrócie nie widziałem Księżyc, co mnie zaniepokoiło. Czyżby nadal płakała? Ta myśl mnie zaniepokoiła. Poza tym nawet jeśli nie płacze, może nie zaszkodzi się z nią znowu pobawić? Wstałem i próbowałem wyjść z legowiska. Usłyszałem nagle głos białej mamusi.
- Promyczku, gdzie ty idziesz? - Rzekła.
- Pobawić się! - Pisnąłem i zacząłem przebierać łapkami w miejscu, chcąc już pójść.
- Czyżby nie było już za późno? - Mruknęła ciszej. Po chwili rozejrzała się i powiedziała ponownie -Może zamiast tego po prostu poszukasz Księżyc?
- Okej, mamusiu.. - Mruknąłem niezadowolony, po czym zacząłem iść.
Idąc tak sobie, zobaczyłem srebrzysto-szare futro należące do mojej kochanej siostry. Ucieszyłem się natychmiast i szybszym krokiem zacząłem do niej iść. Gdy już byłem za nią, krzyknąłem głosem pełnym podekscytowania:
- Cześć księżyc!
Siostrzyczka najeżyła futro i aż podskoczyła ze strachu. Jej oczy były okrągłe jak jajka! Mimo, że moja siostrzyczka nie była największym kotem, wyglądała na dwa razy większą! Rozśmieszyło mnie to nieco. Wyglądała jak wojownik mający iść walczyć! Ale wątpiłem, żeby chciała walczyć ze mną! W końcu byłem większy! Jak na swój wiek byłem wyższy! Wiele kotów mówiło, że będę wysoki jak dorosnę i jak na swój wiek taki jestem!
- No hej księżyc, nie bój się! - Mruknąłem i podszedłem do niej. Po chwili zacząłem przebierać łapkami w miejscu.
- Dzień dobry - odmruknęła cicho.
Nie czekając na to co powie, chciałem zobaczyć co robiła. Szybko ominąłem ją i poszedłem, do tego co obserwowała. Był to patyk, wokoło którego latało parę żuczków. Owy patyk był ciekawy, długi i miał jedną odnogę w bok na końcu. Można by się nim pobawić! To byłoby ciekawe!
- Skąd masz taki patyczek? Wygląda on zupełnie jak… W sumie to nie wiem co! Mogę się nim pobawić? - zapytałem, jednak siostra mi nie odpowiedziała.
Stwierdziłem, że pewnie to znaczy tak. Chciałem jednak, by siostra też miała coś od życia! Stwierdziłem więc, że uraczę ją opowieścią!
- A, Księżyc! Chcę ci coś powiedzieć! Słyszałeś o koci-rybkach? - Miałem ciekawy pomysł na historie! Co prawda nie był straszny, ale to chyba nie szkodzi? Księżyc nadal nie odpowiadała tylko mruknęła coś cicho pod nosem. Zacząłem więc odpowiadać bawiąc się przy tym patykiem - Koci-rybki zawsze mieszkały w morzu, bo lubiły zjadać rybki, nie takie małe tylko duże rybki! Istne pokraki! I takie małe koci-rybki polują w grupach na te śmierdziele! Ale koci-rybki nie są takie fajne! Jak spotykasz koci-rybkę w jej domku to po tobie, bo toniesz, bo one głęboko w wodzie żyją. I nie mają łapek, tylko płetwy i duże zęby! I koci-rybki mogą wychodzić na ląd i tak śmiesznie się wiercą wtedy. Ogólnie koci-rybki mogą się krzyżować z kotkami i wychodzą z tego normalne koty, ale z dużymi zębami. Więc jak widzisz takiego kota to jego rodzicem jest koci-rybka! I uważaj, bo jak spotkasz takiego kota, to on może cię zabrać do swojego domku i utoniesz. I potem cię zje, bo koci-rybki jedzą nie tylko duże rybki, ale też wszystko inne, nawet roślinki! Tak, w morzu jest masa wodnego mchu i są wodne drzewka oraz wodne kwiatki i koci-rybki je jedzą!
Odwróciłem łeb i popatrzyłem w oczy siostry. Wyglądała jakby chciała coś powiedzieć, jednak nie miałem pojęcia co. Oczekując na odpowiedź, wróciłem do zabawy patykiem. Gdy tak się bawiłem patykiem, przyłożyłem sobie jedną odnogę blisko oka. Chciałem przyłożyć gałązkę sobie jeszcze bliżej by zobaczyć go jeszcze lepiej. Jednak, zamiast ruszyć głową, przyłożyłem łapkę do drugiej odnogi i nią nacisnąłem. Nagle, w czasie pojedynczego bicia serca, poczułem straszny ból. Nim zdałem sobie sprawę, co się stało, momentalnie z moich policzków poleciały łzy i pisnąłem z ogromnego bólu…
<Księżyc?>

20 sierpnia 2024

Od Księżyc CD. Promyczka

Dlaczego Promyczek to zrobił? Chciała pokazać mu tylko tego prześlicznego robaczka... Wiedziała jak bardzo ciekawi go świat poza żłobkiem, a ten oto koleżka właśnie stamtąd przyszedł. Lub przyleciał... Księżyc nie była do końca pewna. Na pewno jednak była pewna, że nie miał on żadnych nikczemnych intencji. Małe stworzonko tylko się przechadzało... Nikogo nie ugryzło, nie użądliło. Nawet kiedy drobne łapki zaczęły wbijać go okrutnie w posadzkę, kiedy przewróciły go na grzbiet, odsłaniając poruszające się w przerażeniu pary chudych nóżek, żyjątko tylko próbowało ratować swoje życie, a nie uprzykrzać czyjeś, czy zadawać ból... Jej brat był okrutny. Koty były okrutne. Cały świat był okrutny... Do takiego wniosku doszła. Szybko z jasnych oczu zaczęły spływać duże łzy. Tworzyły mokre smugi na jej pyszczku, a spadając na ziemie, rozpluskiwały się na kamieniu, barwiąc go na ciemniejszy odcień szarości. Nawet miły gest brata czy uspokajające słowa otuchy nie pomagały. Ba! Sprawiały, że czuła się jeszcze paskudniej. Już jego zdesperowany głos był ciężki do zniesienia psychicznie, ale miarka smutku i wyrzutów sumienia przelała się gdy dostrzegła, że i jego żółte ślepka zaczynają wilgotnieć.
"Jesteś okropną siostrą Księżyc... Najgorszą w całym Klanie Klifu. Nie! Najgorszą siostrą, jaka kiedykolwiek żyła! Żeby doprowadzać brata do płaczu? Wstydź się!" Takie myśli kłębiły się w jej główce. Była kilka kroków od całkowitej rozpaczy. Już zaczynała się trząść.
Prawdziwe łzy skapywały teraz i z mordki Promyka. No brawo Księżyc... Koteczka, przerażona, wpatrywała się w jego pyszczek, teraz wykrzywiony w smutku. Nie miała pojęcia co zrobić. Mama się na nią zdenerwuje. Obydwie mamy! Cała rodzina; babcie, dziadek, wujkowie... Wszyscy się dowiedzą, jaką jest straszną osobą. Z brata przesunęła wzrok na wpół zjedzone, wpół wyplute truchło robaczka; jego też zawiodła. Gdyby nie zwróciła uwagi na śliczny czarny pancerzyk i pozwoliła spokojnie dokończyć wędrówkę na zewnątrz, żyłby dalej, wróciłby do domku. Przesunęła ciałko delikatnie łapką; nic. Nie ruszył się, nie powstał magicznie i nie odleciał w bezpieczne miejsce. Czy do Klanu Gwiazdy docierają też duszyczki niewinnych robaczków? Podobno było to wspaniałe miejsce. Być może wielcy przodkowie litują się też nad nimi, skoro wujek Judaszowiec mówił, że są najwspanialsi i najbardziej szlachetni. Miała taką nadzieję...
W tym momencie pojawiła się mama Zielone Wzgórze. Musiała wrócić z porannego patrolu, gdyż pachniała morską bryzą i zroszonymi krzewami. Na pysku malował się szeroki uśmiech, który był niemal jej wizytówką. Najpierw dostrzegła śpiącą partnerkę wraz z Pełnią i Zaćmieniem; chciała odejść, ale w ostatnim momencie jej oczy napotkały dwie malutkie postacie, skryte po drugiej stronie kociarni. Dziarskim krokiem zaczęła podchodzić do syna i córeczki, w końcu dostrzegła ich mokre lica. Nieźle się wystraszyła.
— Hej, hej! Promyczku, Księżyc, moje Wy maluchy, czy coś się wam stało?! — jej drżący głos był cichy; nie chciała alarmować spokojnie drzemiącej Bożodrzewny Kaprys, pewnie była przemęczona ciągłą opieką nad miotem. — Bolą was brzuszki? Łapki? A może główki?! Chcecie się przejść do Pań medyczek?
Zmartwione, zielone ślepia błądziły między jednym a drugim dzieciakiem. Bladooka nawet nie patrzała na matkę, nie chciała, aby ta patrzyła, jaką jest okropną siostrzyczką. Co jeśli Promyk wszystko jej powie, że to jej wina, że płaczę, że to wszystko przez nią? Czy przestanie ją kochać? Wojowniczka wiedziała, że mniejsza nic jej nie powie; przyzwyczaiła się do tego. Skierowała więc wzrok na syna.
— No, Promyczku? Mój ty dzielny łobuzie, co się wam stało?


<Promyk?>


11 sierpnia 2024

Od Promyczka CD. Księżyc

Młody Kocur przyglądał się z zainteresowaniem owadowi. Ten lśniący, jak czasem pojawiająca się na niebie tęcza, czarny pancerz niezwykle go interesował. Jednak po chwili wstał i zaczął deptać robaka swoją małą łapką. Niedługo po tym krzyknął:
- Uważaj! To wysłannik smroda! Chce nam ukraść mech! I potem cię porwać i mnie porwać! Ale nie pozwolę! - po powiedzeniu tego, powrócił do czynności deptania opancerzonego stworzenia, które jak na złość nie chciało umrzeć.
W końcu, gdy stworzonko przewróciło się i udało je się rozdeptać, wydarzyło się coś nieoczekiwanego przez malucha… Jego siostra patrzyła jakoś dziwnie na swoje małe łapki. Zupełnie jakby miała dość! Kremowy Maluch postanowił więc coś zrobić.
- No proszę, Księżyc, ten robaczek nie żyje! Już smród cię nie skrzywdzi, ale zjem go na wszelki wypadek, by jeszcze nie powrócił! - pisnął i zaczął jeść robaka, który o dziwo smakował bardzo niefajnie. Wręcz obrzydliwie! 
Za to srebrzysta koteczka nadal wyglądała na dosyć przygnębioną… A z jej żółciutkich oczek zaczęły lecieć łezki. Wyglądało to jakby szlochy lada moment miały wypełnić żłobek! Maluch chciał uspokoić siostrę, więc szybko zaczął lizać ją po główce, mając nadzieję, że to ją uspokoi. W końcu go uspokaja jak ktoś go myje! Jednak szybko usłyszał ciche jeszcze szlochy. Spanikowany wziął szybko mech i podsunął pod mordkę siostry
- Proszę… to dla ciebie - mruknął cicho, jednak siostra nadal płakała!
Żółciutkie ślepia koty wypełnione łzami spojrzały na kocurka… Wyglądało to tak okropnie!
- No heeej, kuleczko ty śmierdząca, nie płacz - mruknął cicho w ucho siostry, jednak to wydawało się pogorszyć sprawę. 
Szlochy wydawały się nieco głośniejsze! Co prawda nie było ich jeszcze słychać w całym żłobku… Ale lada moment mogło się pogorszyć! I wtedy miałby przechlapane! A tak po zatem nie chciałby, żeby była smutna! Kremowy kocurek powoli zaczął panikować… Nie wiedział, co robić i samemu chciało mu się płakać!
- No weź siostra, bo smród cię porwie - pisnął z paniką w głosie. 
Wtedy szlochy wydały się jeszcze głośniejsze. Kocię, nie wiedzące co miało robić i co źle zrobiło tym bardziej zaczęło panikować!
Oczy zaczęły w końcu piec kremowe kociątko. Łzy popłynęły z oczu młodzika. Był dosyć zdezorientowany tym, że siostra płacze. Co zrobił źle? W końcu nawet jej nie ugryzł! A jako, że był tylko bezradnym kocięciem, płakał właśnie z tej bezradności. Chciał pomóc siostrze, ale to przecież nie pomogło! Co on ma niby zrobić..?
<Księżyc?>

06 sierpnia 2024

Od Księżyc CD. Promyczka

Czy podobała jej się historyjka Promyczka? Ciężko było powiedzieć... Faktycznie, była straszna... Pod tym względem bardzo nie była w jej guście. Nie lubiła się bać, a pech chciał, że to uczucie, które towarzyszyło jej niemal bez przerwy. Co jeśli wybujała wyobraźnia brata sprawi, że straszliwy Smród naprawdę powstanie? Pojawi się w Klanie Klifu i ukradnie kocięta i uczniów?
Przecież to oni są kociętami?! Co ten Promyk wyrabia?! Chce na nich wszystkich ściągnąć złe, złe, bardzo złe rzeczy? Mama Zielone Wzgórze zawsze mówiła, że jak się czegoś bardzo chcę i się o tym dużo myśli, to w końcu dochodzi do skutku. Oczywiście, wiedziałam, że kremowy wcale by tego im nie życzył, chociaż... Widziała jak się przepychają z Pełnią. A jeszcze innym razem mamusia Bożodrzewny Kaprys nie pozwoliła mu samemu wyjść poza żłobek. No i jeszcze wujek Judaszowiec... On na niego nakrzyczał. Czy braciszek byłby zdolny do takich złych życzeń? Niby mówił jej te wszystkie miłe rzeczy; przyjemnie posłuchać takich słów... Może chce by pomogła mu zebrać jeszcze więcej mchu.
— No! Księżyc, siostrzyczko, pośpiesz się, pośpiesz, bo Smród rośnie w siłę z każdym uderzeniem serca! — poganiał ją, zbliżając swój pysk do jej pyska. Poczuła ścisk w gardle. Próbowała uciec wzrokiem od napierającego na nią kocurka, ale ten, znając już zagrania swej siostrzyczki, dzielnie za nim gonił. — Totaaalnie straszna? Nie mów, że nie?! Musiałaś się bać, ty się przecież wszystkiego boisz. Przed własnym cieniem być uciekała, jakbyś mogła. — zażartował i wyszczerzył ząbki, a Księżyc zrobiła krok do tyłu, próbując zasłonić się ogonem. — No nie bądź taka. Przecież wiesz, że żartuje! Jesteś super! Gdybym cię nie miał, kto by ze mną zbierał mech? Ale powiedz, powiedz. Przeraziłaś się?
Koteczka skinęła główką. Uszy miała położone, zwrócone nieznacznie w stronę śpiącej mamy; jej oddech był równy i głęboki, uspokajał małą. Jej nieme wyznanie podbudowało większego. Taki był jego cel; przerazić siostrę tak, by nie umiała w nocy zmrużyć oka! A teraz wyglądała na iście wstrząśniętą! Chociaż... Czy aby na pewno? Faktycznie, na samym początku Księżyc się przestraszyła, nawet teraz gdzieś z tyłu głowy miała widmo porywającego ją łysego, szkaradnego Smroda, ale w razie czego matka ją ocali! Obiecała jej to! Ocali ją przed Mewami, to i wygra ze strasznym Panem. Dodatkowo, gdy próbowała zgubić skrzące ślepia, zauważyła, że pod wierzchnią, najbardziej puchatą warstwą mchu, coś się porusza. Zignorowała ochoczy wzrok Promyka i położyła się, wkładając łapki pod pierś; było bardzo miękko i przyjemnie. Wlepiła oczka w delikatnie wybrzuszające się miejsce. Nosem niemal dotykała ziemi. Nagle zobaczyła pary czarnych nóżek. Miały haczyki; takiego czegoś jeszcze mała nie widziała. Po uderzeniu serca wyłonił się błyszczący, czarny jak noc pancerz. Na końcu zobaczyła malutką główkę ze ślicznymi czułkami.
— Spójrz, Promyczku... — wydukała, bardziej do siebie niż do brata. Ten jednak nasłuchiwał jej uważnie. Również przypadł nisko do ziemi — Śliczny...

<Promyk?>

04 sierpnia 2024

Od Promyczka CD. Księżyc

Śmiech Promyczka było słychać dosyć wyraźnie, głośny rechot wydobył się z gardła kocurka. Młodzik był niezwykle rozbawiony wypadkiem siostry. Myśli, jaka śmieszna jest jego siostra przeszły jego umysł. Pewnie zrobiła to specjalnie by go rozbawić! Może była jakaś taka dziwna, no odludek no ale jak widać, ma jakiś humor! Wracając jednak do rzeczy, siedzący w legowisku kocurek wyszedł z niego tylko po to, by pognać do siostry. Ojj, ale ta Księżyc się rozczochrała! Ale dobra to nie sprawi, że wymiga się od pracy!
- Siostraaa, Księżyyyc wstaaaawaj - powiedział do siostry, przeciągając niepotrzebnie słowa, patrząc, jak jego siostrzyczka wstaje.
Kotka bez słowa wstała, a gdy wydawała się już mieć coś do powiedzenia, kremowo-biały kocurek rzekł, nie pozwalając jej się odezwać:
- Jak skończymy prace, to opowiem ci fajną historię no ten, to chodź! Chodź, muszę mieć jak najlepsze legowisko! - rzekł ponownie Promyk, nie zważając na wyraz pyszczka koteczki.
Srebrna kocica wyglądała na dosyć niezadowoloną i nawet… smutną! Jednak wyższy kocurek nie zauważał tego i planował opowiedzieć jej jakąś straszną (przynajmniej według niego) historie. Na pewno zawrze w niej motyw jakiegoś straaasznego dużego stwora, którego pokonują dzielni wojownicy! Gdy koteczka wstała, dał jej znak, by poszła za nim i dwa kociaki zaczęły się skradać ku innemu legowisku. Powoli wykradł trochę mchu i położył go przed siostrą, by ta go wzięła. Odbiegł od niebieskiej kotki tylko po to, by wziąć więcej mchu z innego legowiska. Tym razem popędził do swojego leża i zaczął uklepywać mech. Księżyc, wydająca się być po prostu zmęczona, zrobiła to samo co brat.
- Promyczku, czemu to robimy? - rzekła nagle cicho Księżyc, dosyć zmęczonym tonem.
- Bo chcę mieć najlepsze legowisko siostra! Ja chcę być jak przywódca, ale w kwestii mchu, najważniejszy! - krzyknął większy kociak.
- Aha…- mruknęła cichym i ponurym tonem koteczka
- Wiesz co siostraa? Ty nawet fajna jesteś! Pomogłaś mi! Lubię cię siostra, fajnie, że mi pomagasz! A teraz ci historie opowiem okeeej? Okeeeej? - stwierdził Promyczek, patrząc na coraz bardziej padniętą kotkę. Kocurek z podekscytowania przebierał łapami. Nie mógł się doczekać, jak opowie jej historie! Kocurek zaczął więc mówić: - Daaaawnooo daaaawno teeeemu nasz klan był w niezwykłym niebezpieczeństwie! Poza obozem na niedostępnych klifach żył sobie bardzo zły, zły stwór nazywany smrodem, bo śmierdział i był brzydki. I łysy i wyglądał jak kot. Ale łysy i bez łapek i ten wił się jak wąż. Bo był zdradziecką żmiją! Noo i ten smród zły raz wkradł się do żłobka i ukradł kocięta, bo był zazdrosny, że te kocięta były ładne a on nie! I porywał je ciągle, a potem zaczął uczniów, bo kocięta się skończyły. I ten smród robił z tych kociąt wojowników, mimo że nie miał takiego prawa i kazał im polować! Bo był złym ko... Czekać czym on był? Uznajmy, że potem to wymyślę. No i dzielni wojownicy przyszli i nazywali się Fajne Zaćmienie, Fajna Pełnia i Pomocny Księżyc. No nazwałem ich po tobie i rodzeństwu naszym. Bo imiona fajne dała nam mamusia! A te inne nazwy w imieniu wziąłem od tego, że rodzeństwo fajne i ty w sumie to też pomocna. I wracając do historii, smród sobie siedział, jak przywódca w swoim legowisku wysoooko na klifie i wtedy ci wojownicy tam poszli i ten. Stwierdzili, że ukradną mu mech, zabiorą kocięta i uczniów. Pomocny Księżyc kradła meeech. Zupełnie jak ty dzisiaj, a reszta ratowała uczniów i kocięta.I ten potem smród się wkurzył, jak oni do obozu wrócili i smród -
Tu pojawiła się przerwa, bo kocurek musiał przełknąć ślinę, jednak szybko wrócił do opowieści:
- Noo i ten smród zaatakował obóz, ale wojownicy go obronili i ten i było fajnie! - powiedział, kończąc opowieść kocurek. Był młody, nawet nie domyślał się, że to nie jest straszne.
Jego żółte oczka były wpatrzone w równie żółte ślepia jego siostry, był ciekawy opinii na jego opowieści przez siostrę.

<Księżyc?>

03 sierpnia 2024

Od Księżyc CD. Promyczka

Słoneczko wpadało do legowiska przez drugie wejście. Pogoda była piękna; wiał ciepły wiaterek, który mieszając się z morską bryzą, dawał orzeźwienie. Mniejsze ptaki ćwierkały, niektóre, nieostrożnie zaglądały nawet do samego żłobka, a gdzieś w oddali szybowały ogromne, białe mewy, skrzecząc głośno. Księżyc podobało się to. Lubiła obserwować co się dzieje dookoła niej, zwłaszcza przyrodę; ta w przeciwieństwie do kotów nigdy jej nie zagadywała, gdy wyczuła jej wzrok na sobie. Wydawało jej się, że wszystko poza żłobkiem działa w całkowitej harmonii. Tutaj panował chaos; nigdy nie czuła się w pełni pewna, czy aby ktoś nie zwali jej się na głowę, czy mama nie odejdzie, czy nie wpełźnie do środka jakiś niespodziewany gość. W miejscach, do których nie miała jeszcze dostępu, każde stworzenie czy przedmiot, było na swoim miejscu i działało w zgodzie z innymi. Nawet patrząc na resztę obozu, nie wiedząc jeszcze, jak nazywa się ranga, którą posiada kot, który przynosi zwierzynę, czy kotka, która pyta się wszystkich o samopoczucie, wiedziała, że robią to, co powinni. Brakowało jej tego tutaj.
Siedziała teraz, zwinięta w bochenek, trzymając łapki pod piersią. W głowie szumiały jej słowa matki, która widząc miejsce, które wybrała sobie córeczka, ostrzegła ją, by zawsze trzymała gardę.
— Widzisz te rozkrzyczane, białe stwory na niebie? — Bożodrzewny Kaprys ułożyła się obok niej, nakierowując łapą jej główkę w stronę ptaków — To mewy. Niezłe z nich spryciule, a takiego małego kociaka jak ty, Księżyc, porwą jednym hapsem...
Koteczka wytrzeszczyła swoje ogromne oczy i wlepiła je w rodzicielkę, na co ta tylko uśmiechnęła się pokrzepiająco i polizała po głowie.
— Nie martw się... O ile będziesz uważać i nie przesiadywać na widoku, wszystko będzie okej — niebieska wtuliła się w przednie łapy królowej i zapiszczała — Zawsze ktoś ci pomoże, wiesz?

Mała wygrzebała się i znów zwrócił pyszczek w stronę brązowookiej; nieśmiało pokiwała głową.
Pozostała więc w cieniu jaskini, tak, by owe "spryciule" nie mogły jej porwać daleko od mamusi. Ta sielanka i tak trwała już za długo jak na standardy żłobka, co nie zmienia faktu, że Księżyc potwornie przestraszyła się brata, który na nią skoczył, cały rozbawiony.
— Dzień dobry Księżyc! Przepraszam, że na ciebie wpadłem! — mimo wszystko, nie była ona głupia. Wiedziała, że nie był to przypadek... Wiedziała też, że ta interakcja nie skończy się dobrze. Zwłaszcza gdy Promyk nachylił się nad jej uchem — Chcesz mi pomóc kraść mech? Jeśli tego nie zrobisz, oddam cię innemu klanowi za pięć myszy!
Rozszerzyła oczy. Złowrogi uśmieszek na pysku kremowego nie wzbudzał wątpliwości, że nie było w ogóle mowy o odmowie... Rozejrzała się po kociarni w poszukiwaniu pomocy.
Bożodrzewny Kaprys spała na swoim typowym miejscu. Zawinięty w jej ogon leżał Pełnia, ledwo widoczny na tle jej białego futerka. Zaćmienie leżała w jej łapach, czyszcząc to siebie, a to co jakiś czas przesuwając mały języczek po matczynym policzku. Wujka Bławatka i jego pociech nie było w jej polu widzenia; musieli wyjść na spacer, gdy była zajęta oglądaniem ptaków.
Ścisk w okolicach boku zmusił ją do szybszej reakcji. Zniecierpliwiony brat, który dobrze wiedział o słabościach mniejszej, czekał na odpowiedź... Najlepiej korzystną dla niego. Księżyc wiedziała, że Promyk nie żartował... Miał wielki apetyt, więc na pewno zjadłby pięć myszy! A jaki ma pożytek z niej? Żaden!
Nieśmiało kiwnęła głową, na co jasny pyszczek nad nią wyszczerzył się zadziornie. Kremowe łapki puściły ją i odskoczyły w kierunku mchu. Pędził, tylko kilka razy odwracając się, by nadzorować poczynania niebieskiej. Bladooka czuła się, jakby łamała wszelkie zasady; nie lubiła brać udziału w występkach. Szła powolutku, cała nastroszona i przerażona. Gdy mijała śpiącą karmicielkę niemal nie wybuchła płaczem.
— Ruszaj się! Jak zrobimy to szybko, nikt nie zauważy! — poganiał ją większy. Niecierpliwie przebierał łapkami, już stojąc nad zielonym płatem, który miała pomóc mu przetransportować. — Tutaj! Tutaj! Złap za bok obok.
Gdy w końcu dotarła na swoje miejsce, zrobiła, jak kazał. Ząbkami wgryzła się, a gdy poczuła napierającą na nią siłę, również zaczęła ciągnąć. Niestety, nie była tak silna i podłużna jak Promyk. Krótkie łapki zaczęły jej się plątać i nie potrafiła nadążyć za ruchami brata. Straciła równowagę i upadła, ale jaskrawooki nie zatrzymał się, tylko przeszurał po niej wielkim kawałkiem mchu. Pod nim mała zdążyła parę razy się przetarzać po suchej trawie i liściach. Kremowy nawet nie spojrzał na poturbowaną, rozczochraną kulkę, która powinna przypominać jego siostrę, dociągnął zdobycz do swojego legowiska, doklepał i ułożył, tak by mu odpowiadała. Dopiero teraz zwrócił ku niej wzrok, a z pyska wyrwał mu się tylko soczysty i głośny rechot.

<Promyczku?>

Od Promyczka do Księżyc

Światło powoli wpadało do kamiennych ścian żłobka, a delikatna bryza sprawiała, że futro kotów było delikatnie rozwiane. Żłobek zawsze był wypełniony mchem, ptasimi gniazdami oraz cielskami karmicielek i kociąt mieszkających tam. Także choć nie był najpiękniejszym miejscem w obozie, można by rzec, że jest chociaż jednym z tych wygodniejszych, ale na pewno najgłośniejszym! Zwłaszcza odkąd zjawił się na tym świecie Promyczek, kremowy kocurek często swoimi harcami doprowadzający innych do bólu głowy. A kto by się spodziewał, że taka mała istotka jest aż taka głośna? Jednak dzisiejszy dzień był inny, w żłobku panowała dziś dziwna cisza. Jednak to nie było tak, że promyczek nagle się uspokoił. Wręcz przeciwnie! Kocurek był zajęty, dosyć specyficznym zajęciem…
- Jeszcze troszkę, no i super - mruknął pod nosem kocurek.
Promyczek szybko wziął w pysk odrobinę mchu wykradzionego z legowiska jakiejś karmicielki i poszedł powoli do legowiska, w którym sam spał, położył tam mech i szybko się na nim położył. Leżał jeszcze chwilę, po czym wstał nieco zirytowany tym, że owa praca idzie mu tak wolno, przecież on musi mieć najbardziej puszyste legowisko w żłobku! W końcu to jego cel. A co gdyby zrekrutować do kradzieży mchu innym swoje rodzeństwo? Szybko rozejrzał się po żłobku. A gdy zauważył srebrno-niebieską kulkę uśmiechnął się. Szybko podbiegł do owej istotki, nie zatrzymując się w odpowiednim momencie. Kocurek przewrócił siostrę, jednak nie przejął się tym zbytnio i niemalże krzyknął:
- Dzień dobry Księżyc! Przepraszam, że na ciebie wpadłem! - w głosie kocurka wyraźnie było słychać, że coś planuje. Dodał potem cicho, wymawiając drugie zdanie żartobliwie - Chcesz mi pomóc kraść mech? Jeśli tego nie zrobisz oddam cię innemu klanowi za pięć myszy!
Promyczek patrzył swoimi żółtymi oczkami na siostrę czekając na jej odpowiedź, mając nadzieje, że mu pomoże.
<Księżyc?>