BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nemezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nemezja. Pokaż wszystkie posty

20 listopada 2025

Od Nemezji

Kocica leżała na boku, starając się znaleźć dogodną pozycję do odpoczynku, co było trudne; jej brzuch był duży, zbyt duży. Czy na pewno spodziewała się trójki kociąt? Może Różana Woń się pomyliła. Co jeśli miała wydać na świat ich większą ilość?
Przez cały czas czuwała, wzdrygając się na każdy krzyk padający z pysków kociąt podczas zabawy. Obecność dwójki kocurów z książęcego rodu w kociarni była dla niej nie do zniesienia; krzywy pysk Szałwiowego Serca przypominał karmicielce o czarnej kocicy z poparzonym pyskiem, a kąśliwe uwagi Błękitnej Laguny sprawiały, że zamiast próbować mu odpyskować, chowała pysk pomiędzy łapami i płakała; książę był święcie przekonany, że ojcem kociąt jest któryś z tych samotników, z którymi w dodatku od początku Nemezja współpracowała.
Zmierzchająca Fala milczał, przyglądając się tej sytuacji, nie decydując się zainterweniować, dopóki Błękitna Laguna sam nie opuścił kociarni. Nemezja z trudem podniosła się z posłania. Gdyby nie samotnicy, zdołałaby przejść przez Klan Klifu, Złote Kłosy i dotrzeć do Betonowego Świata. Oleander by żył, nie decydowałaby się o oddaniu kociąt nikomu, bo o ciąży dowiedziałaby się dopiero po powrocie do Kultu.
– O-odchodzę... Nie jestem tu mile widziana... Mam dość uwag twojego księcia... – oznajmiła, starając się brzmieć tak samo pewnie, jak kiedyś. Otarła łzy. Nawet jeśli miała umrzeć, ona i jej potomstwo, wolała umierać na własnych zasadach, pod drzewem niż tutaj. Nie musiała wcale nikogo oddawać. Wystarczyło, że podzieliła się pożytecznymi informacjami ze Spienioną oraz Mandarynkową Gwiazdą, jak i Algową Strugą odnośnie samotników.
W jej spojrzeniu nie tlił się jednak ogień. Puste spojrzenie zawiesiła na wyjściu z kociarni, które zastawił jej czarny kocur, nakazując powrót na legowisko i zaprzestania robienia scen.
– Uspokój się, wróć na miejsce... – miauknął kocur. Był niczym kolumna zastawiająca otwór do zewnętrznego świata. Nemezja zbliżyła pysk do niego, napierając czołem na jego czoło. Z jej pyska padło wrogim tonem "Przepuść mnie" podczas tej dziecinnej przepychanki. – Ostrzegam Nemezjo... Zaraz... – Nie dokończył. Na jego pysku zagościło zaskoczenie, gdy Nemezja odpuściła, wycofując się do tyłu. Nie wróciła jednak na legowisko.
Akcja porodowa rozpoczęła się wcześniej niż ktokolwiek to zakładał. Zbyt wcześnie. Kocięta powinny urodzić się dopiero za prawdopodobnie kwadrę, przynajmniej według słów Różanej Woni. Piastun dostrzegając, że coś jest nie tak, wyminął przerażoną Nemezję oraz Zmierzchająca Falę w celu sprowadzenia medyczki.

17 listopada 2025

Od Nemezji

Jednym, jak nie jedynym z kotów, który ją odwiedzał była Różana Woń. Starszej medyczce towarzyszyła również młodsza, jednak celem jej wizyt w żłobku były inne koty. Nemezja w trakcie badania milczała, przyglądając się innym rodzinom w kociarni; wygladali na szczęśliwych. Czy ona również mogłaby być szczęśliwa?
– Ich ojcem jest... – podjęła starsza, próbując określić ilość potomstwa, którym Wieczny Ogień pobłogosławił Nemezję
– Oleander. – miauknęła. Przeniosła spojrzenie na szuwary. Poza kociarnią nadal panowała pora nagich drzew, a Nemezja miała wrażenie, jakby spędziła już dwa sezony wśród innych marek i kociąt. – Hah. Był niczym najprawdziwszy rycerz, gdy stanął pomiędzy mną, a niebieskim kocurem należącej do tej samotniczej grupy. – Mimo, że od tamtych wydarzeń minęło kilka wschodów słońca, pamięć o kocurze zaczęła się zacierać w umyśle srebrzystej; jeszcze pamiętała, jak miał na imię, ton jego głosu oraz jego białą szorstkawą sierść... zbrukaną krwią. Czy, gdy minie kolejny księżyc całkowicie o nim zapomni?
Gdy w kociarni pojawił się Szałwiowe Serce, Nemezja wycofała się w głąb schronienia, o mało co nie wypadając spomiędzy sumaków do prosto do wody. Kocur nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem, przyszedł do swojej siostry oraz siostrzeńca, natomiast Różana zganiła ją, żeby się uspokoiła.
– Czy jeśli wydam na świat brązowe kocię, zabijecie go i mnie? – spytała, będąc przekonana, że tak właśnie się stanie, gdyż nadużyła już wystarczająco uprzejmości nocniaków.
– Nikt nikogo nie będzie zabijać – wzdrygneła się, gdy do jej uszu doszedł głos zastępczyni. Chyba zastępczyni. Nie była pewna, czy wśród nich również doszło do jakiś zmian w hierarchii. Spojrzenie, które Algowa Struga utkwiła w Nemezji emanowało wyższością, lecz również dozą współczucia. Nemezja nawet nie zwróciła uwagi, kiedy czarno-biała zajrzała do kociarni; zrobiła to całkowicie bezszelestnie, jakby była najprawdziwszy cieniem duchem... inni ją widzieli, prawda? – Skąd ci to przyszło do głowy...
– N-nie wiem... – przeniosła spojrzenie na piastunów, którzy pielęgnowali wiarę, przekazując ją na młodych członków klanu. – Zastanawiam się też czy powinnam urodzić rude kocięta... Nie chciałabym, aby były kojarzone z P-plusk... – Urwała, zdając sobie sprawę, że nie jest pewna, czy dobrze wymawia imię kocura, z którym o powiązania była wypytywana. Jak mu było? Plusk? Potok? Potokowe Plusknięcie? Zdrajca. Morderca.
Chwilę porozmawiała z zastępczynią. Różana Woń poinformowała obie kocice, że najpewniej Nemezja spodziewa się trójki potomstwa. Trójka. Trzy kocięta, które porzuci. I wszystko wskazywało na to, że ciąża rozwija się prawidłowo, nawet jeśli stan psychiczny Nemezji z każdym kolejnym wschodem słońca ulegał pogorszeniu. Słyszała głosy, których nie było. Widziała pyski kotów, które nie powinny znajdować się w żłobku. Czy jej informacje dotyczące samotników na coś się przydadzą? Czy dzięki podaniu ilości i opisaniu wyglądu tych, którzy zadali jej rany i zamordowali Oleandra, jak i miejsca, w którym najpewniej żyli sprawi, że Klan Nocy wygra starcie pomiędzy wrogiem? Nadal nie rozumiała, dlaczego między tymi grupami doszło do konfliktu. Co jedno mieli do drugich? Chodziło o tereny?
W pewnym momencie Algowa Struga nachyliła się do ucha Nemezji i cicho wyszeptała kilka imion kotów, prosząc, aby Nemezja je zapamiętała. Nemezja słyszała je po raz pierwszy; czyżby te koty nie żyły w klanie? Nie decydując się po raz pierwszy na odmowę, kiwnęła twierdząco, mając nadzieję, że faktycznie zapamiętaj imiona oraz krótką informację i będzie w stanie spełnić prośbę Algowej Strugi. Być może w taki sposób będzie mogła spłacić dług, który miała wobec zastępczyni, kiedy już odjedzie z klanu.

11 listopada 2025

Od Nemezji

Srebrzysta królowa położyła łapę na swoim brzuchu z wahaniem i obawą, jak i z obrzydzeniem. Bała się, że poczuje jakiś ruch, potwierdzający to, co przekazała jej Różana Woń. Ciąża. Nigdy nie planowała zakładać rodziny, nawet, jeśli wiedziała, że związek z Obsydianem wymagałby od nich posiadania potomstwa w przyszłości. Mogła przygarnąć obce kociaki i wmówić wszystkim wokoło, że to są jej i przyszłego starszego dzieci. Czystość krwi Wiecznego zostałaby zachowana – kocica była niemalże pewna, że nie byłaby pierwszą kotką, decydującą się na taki krok. A może nawet ona sama posiadała krew Wiecznego, tym samym tą wyjątkową krew posiadały jej kocięta?
Ojcem kociąt rozwijających się pod sercem Nemezji nie był jednak czarny kocur, a biały samotnik. W dodatku martwy. Nemezja przycisnęła łapy do głowy, gdy przed jej na wpół przymkniętymi oczami ukazał się zakrwawiony pysk Oleandra.
Na co jej to było.
Utkwiła rozbiegane spojrzenie w brązowo-rudym kociaku, który bawił się w żłobku wraz ze swoim rodzeństwem. Korzonek, bo tak miała na imię córka Borówkowej Słodyczy, była pierwszym brązowym kotem, którego miała okazję poznać w Klanie Nocy. Co prawda koteczkę poza brązem zdobiła biel i rudy, jednak zauważyła, że nawet dodatkowe kolory w futrze nie chroniły ją przed krzywymi spojrzeniami co poniektórych.
"Czyli jednak ich nie mordowali. Jeszcze."
Przeniosła spojrzenie na Czyhająca Murenę, u której boku znajdował się Klekotek. Kocię z zaciekawieniem spoglądało na starsze kociaki, jak i na Nemezje, skupiając spojrzenie na jej ranach. Zapytał się o coś matki; Nemezja była pewna, że pytanie dotyczyło jej osoby.
Ruda odwróciła głowę, czując się osaczona. Obecność Zmierzchającej Fali nie poprawiała jej samopoczucia. Kocur chrząknał, przypominając jej o tym, aby nie rozmawiała z nikim, a już na pewno nie z księżniczką i z jej synem.
Wolała z powrotem przebywać na wyspie. Swojej wyspie. Wyspie Nemezji.
– Proszę Pani. Jak nazwiecie swoje kociaki, kiedy już się urodzą? – Jedno z kociąt spojrzało na Nemezje oraz czarnego kocura, który nie spuszczał z niej spojrzenia. Nic dziwnego, że zostali wzięci za parę. Kiedy Nemezja opuszczała żłobek, by udać się za potrzebą, Zmierzchająca Fala jej towarzyszył. Był niczym cień. Nie znikał, kiedy słońce zachodziło. Był zawsze tam, gdzie ona.
Cichy głosik sprawił, że się rozpłakała.
Nie chciała ich nazywać. Nie chciała ich, chociaż Oleander na pewno byłby wniebowzięty na wieść o zostaniu ojcem. Nie chciała, a jednak przystała na propozycję urodzenia kociąt i oddania ich. Nie potrzebowała zbędnego balastu w drodze powrotnej do Betonowego Świata. Koty w kulcie najpewniej zaczęłyby szeptać, uznając, że ta cała sytuacja z wpadnięciem do rzeki była jedynie przykrywką, aby spotykała się z jakimś przybłędą. Jej wiara i lojalność zostałyby podważone, a kocięta u jej boku jedynie potwierdziłyby spekulacje kultystów.
Uczeń piastunki sprawnie odwrócił uwagę ciekawskich kociąt od młodej matki, proponując im historię. Historię, którą częściowo ruda już znała. Otarła łapą łzy, przysłuchując się opowieści. Kocur brzmiał tak, jakby faktycznie wierzył w to, że właśnie w taki, a nie inny sposób powstały koty o różnych maściach. A Nemezja miała nadzieję, że kocięta, które wyda na świat, będą miały futerko w takich barwch, aby mogły wieść spokojne życie w Klanie Nocy. Nawet, jeśli ich nie chciała, jako ich matka powinna zapewnić im bezpieczeństwo. Nawet, jeśli wymagało to oddanie je obcym.
Jednak czy pozostawianie ich w klanie, który miał na pieńku z samotnikami, którzy w taki sposób, a nie inny, urządzili Nemezję był odpowiedzialny? Czy urodzi je tylko po to, aby kiedyś umarły? Wcześniej lub później. Czy nie lepiej, gdyby Różana Woń spełniła jej prośbę, pozbywając się problemu nim ten urośnie?
– P-potrzebuję zaczerpnąć świeżego powietrza... – szepnęła cicho, spoglądając na Zmierzchającą Fale. Kocur poruszył uchem, jednak jego wyraz pyska nie zdradzał żadnych emocji. – Proszę. – Błaganie.
Kocur niechętnie przystał na propozycję Nemezji, udając się razem z nią przed żłobek. Usiadła przy samym wyjściu, niedaleko szuwar. Wyciągnęła pysk w stronę zachmurzonego nieba, a białe płatki osadzały się na jej rudym futrze. Przymknęła oczy, ciesząc się prostotą w postaci opadu białego puchu. Żałowała tylko, że nie miała z kim dzielić tej radości.
– Całkiem tu u was ładnie... Ale mój dom jest o wiele ładniejszy... – miauknęła, mrużąc oczy. W umyśle pojawiły jej się obrazy z przeszłości.
Jako koczownicze grupa nie mieli stałego miejsca zamieszkania, jak tutejsze koty, mimo to oczami wyobraźni kocica widziała przeróżne piękne miejsca, w których bywała dzień lub dwa, a nawet dłużej. Złociste pola, czyste strumienie, zielone doliny i kwieciste polany. W każdym tym miejscu było pięknie. W każdym z tych miejsc towarzyszyli jej bliscy. Jej dom był wszędzie tam, gdzie był jej ojciec, matka i rodzeństwo. Być może oni jedynie przyjęliby z otwartymi łapami jej kociaki. Może jedno z nich, syna, nazwałaby imieniem swojego zmarłego ojca, jeśli byłby do niego podobny?
Wzdrygneła się, gdy zimny wiatr potargał jej sierść. Skuliła się, okrywając łapy i brzuch puchatym ogonem. Zimno zaczęło jej przeszkadzać, mimo początkowego przyniesienia ulgi. Przymknęła oczy i oparła głowę o bok Zmierzchającej Fali, pragnąc namiastki ciepła drugiego kota. Kocica zignorowała fakt, że czarny wzdrygnął się pod jej dotykiem. Może, gdyby nie jej stan, czarny odepchnąłby ją od siebie.
Może zrobiło mu się jej żal? A może uznał, że straciła całkowicie rozum i wzięła go za kogoś innego? A może jemu też było po prostu zimno? Może wszystko na raz?
– Będziesz dobrym przywódcą... – mruknęła sennym głosem. – Lepszym, niż twój ojciec.

Od Nemezji

Razem z Różaną Wonią, w towarzystwie Zmierzchającej Fali, Mewiego Puchu oraz jednego z książąt, Błękitnej Laguny, wybrała się na przymusowy spacer, podczas którego miała pomóc starszej medyczce w pozyskaniu i przetransportowaniu materiałów, mogących się przydać w lecznicy, oraz miała rozprostować kończyny. O zioła Porą Nagich Drzew było trudno, nie mówiąc o ilości, która zadowoliłaby medyków, liderkę i zastępczynię. A jeśli już coś udało jej się znaleźć, roślina nie nadawała się do użytku. Rzuciła cicho przekleństwo pod nosem, gdy odrzuciła przegniłe bagienne ziele. Spojrzała na swoją łapę, w której półtora księżyca temu mieściła się duża dziura, a teraz widoczny był zaróżowiony ślad. Rana zdołała się zagoić na tyle, aby Nemezja nie wymagała codziennych oględzin Różnej Woni i była w stanie na niej w miarę stawać. Lekarstwa Klanu Nocy potrafiły zdziałać cuda. Chód jednak powodował ból u kocicy, sprawiając, że poruszała się, kulejąc. Nie miała szans uciec. No, może przed samą medyczką tak, jednak mając na ogonie trzy kocury, już nie. Zrezygnowana westchnęła, składając modły w myślach do Wiecznego Ognia, aby pora nowych liści przyszła wcześniej i była ciepła.
– Kto cię nauczył rozróżniać zioła? – spytała Różana Woń, podchodząc do więźniarki.
– Mama. Gdybym nie przepadła jak kamień w wodę, najpewniej potrafiłbym rozróżniać ich większą ilość... – miauknęła, spoglądając na Błękitną Lagunę, który strzegł kocic z góry. Kocur ani na moment nie spuszczał z niej spojrzenia, pilnując, aby nie zrobiła nic głupiego. Gdy ich spojrzenia się spotkały, książę przeskoczył na gałąź powyżej. – To bez sensu. Jestem już zdrowa, no, prawie, poruszanie się ciągle sprawia mi trudność, ale mogłabym już odejść, gdyby nie ta umowa... – prychnęła. – Nie ma tutaj nic, co mogłoby się przydać w lecznicy. Dobrze o tym wiesz, a mimo to kazałaś mi udać się z wami na wyprawę...
– Mnie udało się znaleźć przydatne rzeczy. Po prostu ty nie szukasz uważnie. Spójrz, ten kawałek drewna idealnie nadawałby się do łączenia w nim składników na lecznicze papki. – Odkryła mech, pod którym skryty był drewniany przedmiot. Nemezja wywróciła oczami, uznając go za najzwyklejszy śmieć. Dla kotów, które nie prowadziły koczowniczego trybu życia był przydatnym narzędziem, jednak w podróży był jednak zwykłym balastem. Wystarczyło w końcu rozcierać i łączyć medykamenty na kamieniu. – Weź się do roboty.
Wzdychając, przytaknęła. Podniosła się z mokrej ziemi i zaczęła szukać wszystkiego, co mogłoby zadowolić kocicę. Połamany kijek, który można było wbić komuś w oko; płaski kawałek kory, w którym można było trzymać zioła do suszenia; śmierdzące rośliny o długich liściach, z których można było zrobić okład, korzonki...
Udało jej się znaleźć kilka ziół, z którymi ktoś z wiedzą taką, jaką posiadała Różana Woń, był w stanie coś zrobić, jednak ich ilość była mniejsza od reszty zabranych przedmiotów, jak korzonki i patyki do usztywniania łap. Co jakiś czas zatrzymała się podczas poszukiwań, by ocenić, w jakiejś odległości od niej znajdują się pozostałe koty. Zmierzchająca Fala wraz z Mewim Puchem kręcili się przy ścieżce, prowadzącej do obozu, czy też właściwie wyspy Nemezji, natomiast Błękitna Laguna co jakiś czas przemykał nad głową rudej kocicy, zmieniając co chwilę swoje położenie. Gdyby sytuacja tego wymagała, najpewniej w ciągu uderzenia serca znalazłby się na ziemi i odciął drogę ucieczki więźniarki.
– Dureń – parsknęła pod nosem, gdy udało jej się dostrzec czarno-białe futro. Była wściekła na kocura, że z łatwością mógł przemykać wśród koron drzew. Przez kontuzję łapy ruda kocica prawdopodobnie nigdy nie wróci do wcześniejszej sprawności, a to właśnie na wysokości dopiero czuła, że żyje.
Przyjmując nieoficjalne wyzwanie księcia, oparła się przednimi łapami o pień drzewa, starając się na nie wdrapać. Była w stanie wspiąć się dwie lisie długości nim opadła z sił i wylądowała na plecach na ziemi.
– Miałaś szukać ziół, a nie udawać wiewiórkę! – zawołał książę. – Do roboty!
Przekręciła się na brzuch i w tym samym momencie do jej nozdrzy dotarł znajomy zapach. Przytknęła nos do sterty liści, która zamortyzowała jej upadek. Zaczęła węszyć jak najprawdziwszy gończy pies, odgarniając liść za liściem. Na widok rzeczy, które znajdowały się we wnęce skrytymi pod liśćmi otworzyła szerzej oczy. Czy to był jakiś żart?
– Różana Woni... Mogłabyś do mnie podejść? – miauknęła. Minęła chwila, nim u jej boku znalazła się czarna kocica. – Raczej nie przetrzymujecie ziół poza lecznicą, prawda? – Przeniosła spojrzenie na medyczkę, by ponownie skupić spojrzenie na dziurze wypełnionej po brzegi medykamentami. Ktoś starannie przemyślał kryjówkę, jak i zabezpieczenie ziół przed zimnem. – Chyba możemy to uznać jako spłatę mojego długu... I to z pięciokrotną nadwyżką... – Wyszczerzyła się do medyczki, która bez chwili wahania zaczęła przeglądać skarby. Kocica zaczęła do siebie mamrotać nazwy ziół, co jakiś czas dodając, że właśnie tego zioła im brakowało w lecznicy, bądź, że ilość danej roślinności na ich terenach jakoś dziwnie zmalała.

~~~

Nemezja wywiązała się z umowy, którą zawarła z Klanem Nocy. Zajęło jej to krócej, niż początkowo zakładała. Nie miała pojęcia, jakiego kota okradła, jednak cieszyła się, że była o krok bliżej swej wolności i możliwości powrotu do kultu. Wieczny Ogień czuwał nad nią, była tego pewna. Być może siła wyższa sama jej zesłała pod łapy schowek z ziołami jakiegoś samotnika. Gorzej jeśli należał od do tych kotów, z którymi Klan Nocy toczył wojnę. Cóż, nie jej problem.
Ruda kocica była prowadzona na granicę przez garstkę kotów, którzy zostali wyznaczeni do jej odprowadzenia i upewnienia się, że Nemezja faktycznie odejdzie. Wśród nich dostrzegła Algową Strugę. Od ich ostatniej rozmowy, po której została uderzona przez Zmierzchająca Falę w pysk, nie rozmawiały już nigdy więcej, jednak jej pytanie musiało w jakiś sposób aktywować jakiś bodziec w umyśle kocicy, a przynajmniej tak zakładała. Spojrzenie brązowych oczu zastępczyni w tamtym momencie chyba będzie nawiedzać samotniczkę do końca jej żywota.
Mimo, że przekroczyli tereny graniczne klanu, grupa wciąż podążała za Nemezją, jednak była już mniejsza; kilka kotów zostało na granicy. Przeszli jeszcze kilka lisich długości wspólnie, by w końcu Błękitna Laguna oznajmił kocicy, że ma wracać tam, skąd przybyła i już nigdy więcej nie pokazywać się im na oczy.
– Da się zrobić, wasza książęca mość – miauknęła, po czym pochyliła się przed czarno-białym księciem. Przeniosła spojrzenie na pozostałe koty, które towarzyszyły jej w odejściu. Trudno było nazwać tę sytuację pożegnaniem (w końcu żegnać można było się z kotami, z którymi faktycznie udało się wytworzyć jakąś więź i to w dodatku przyjazną). Jedynie szczerze od serca pożegnała się z Różana Wonią, decydując się pochwalić jej po raz ostatni wiedzą medyczną. Gdyby tylko czarna kocica nie była tak związana z Klanem Nocy, być może udałoby się ją zachęcić do odejścia razem z nią. Może w innej rzeczywistości.
Wyprostowała się i przeniosła spojrzenie na nieznane tereny, które rozpościerały się przed nią. Ostatni raz zerknęła w stronę grupy, po czym skierowała się w przeciwną stronę. Łapa przez cały czas promieniała bólem, kiedy to stawiała ją na podłożu. Musiała się dostosować do nowej rzeczywistości i myśli, że po powrocie prawdopodobnie na dobre zajmie się ziołami oraz pomocą przy opiece kociąt oraz chorych.

~~~

Na Oleandra wpadła całkowicie przypadkiem, podczas drogi powrotnej na tereny, na których przed jej zaginięciem koczował kult. Co prawda ich pierwsze spotkanie nie należało do tych przyjaznych (Nemezja została ugryziona w grzbiet, a Oleander dostał pazurami po pysku), jednak końcowo zostali towarzyszami podróży, gdy udało im się dojść do porozumienia – oboje zdali sobie sprawę, że samotnie nie przetrwają księżyca w dziczy, będąc narażeni na ataki dzikich zwierząt bądź spotkanie z innymi kotami, jak te z klanów. Ku zadowoleniu Nemezji, Oleander znał drogę do Betonowego Świata i w dodatku sam do niego zmierzał. Na dźwięk tych informacji, oczy kocicy zaświeciły się jak pięć złoty, a w jej głowie pojawiła się myśl, czy nie zdecydować się wtajemniczyć kocura w wiarę w Wieczny Ogień. Zła wiadomość, która chwilę później podzielił się z nią kocur była taka, że tak czy siak będą zmuszeni przejść przez tereny Klanu Nocy. No, chyba, że chcieli nadłożyć dodatkową drogę. Dla Nemezji właściwie nie był to jakiś większy problem, jednak miała nadzieję, że żaden patrol nie wpadnie na jej trop, kiedy będą przechodzić niedaleko ich terenów i nie uzna, że tak naprawdę współpracowała od początku z wrogimi samotnikami. Nie chciała wpaść na na żadnego z książąt, który patrolowałby granice.

~~~

Krew sącząca się z ucha kocicy spływa po jej pysku. Niebieski kocur uniemożliwiał jej podniesienie się z ziemi, przytrzymując łapą jej głowę. Ilekroć próbowała wysilić się na jej obrót, aby nie spoglądać w puste oczy Oleandru, jej głowa ponownie była przekręcana, zmuszając ją do wpatrywania się w zamordowanego, białego kocura.
– Jesteś pewna, że jest jedną z nich? – spytała ruda kocica, siedząc na jednym z kamieni i łypiąc złowrogo na Nemezje. U jej boku poniżej kamienia siedział brązowy kocur.
– Niecały księżyc temu widziałam ją w towarzystwie patrolu przy granicy. To ona odpowiada za kradzież naszych ziół. Jestem tego pewna! – miauknęła biało-czarna kocica, której połowa pyska była pokryta śladami po oparzeniu. – Poza tym, pachnie jak oni. Powąchaj ją. – miauknęła. Ruda kocica zeskoczyła z kamienia i powąchała Nemezję, która wydała pod jej adresem złowrogie syknięcie. – Słabo, lecz ta charakterystyczna dla nich woń jest nadal wyczuwalna.
– Jak masz na imię? – spytała prawdopodobnie ta, która nimi przewodziła. Nemezja zwlekała z odpowiedzią, jednak kiedy jej łapa ponownie została przygnieciona, zdecydowała się przedstawić, nie chcąc podzielić losu Oleandra. – Ładnie. Pasuje ci. A teraz odpowiedz na moje dwa pytania, Nemezjo. Po pierwsze, dlaczego postanowiłaś nas okraść, a po drugie, co łączy cię z Klanem Nocy?

~~~

Biegła na oślep, co jakiś czas obijając się o drzewo, które znajdowało się na jej drodze. Ilekroć traciła równowagę, momentalnie podnosiła się na równe łapy, aby znaleźć się jak najdalej od kotów, które wzięły ją w niewolę, aby wydobyć od niej informacje na temat klanu, który nie tak dawno udzielił jej schronienia. Mimo, że opadała z sił, parła naprzód przed siebie, do momentu, aż nie potknęła się o korzeń i sturlała z pagórka, lądując pyskiem w płytkiej wodzie.
Wieczny Ogień nie miał jej w swojej opiece. Z chwilą, gdy zniknęła w nurcie rzeki, woda zdołała zmyć z niej błogosławieństwo, pozostawiając jej życie w łapach innych kotów. Mimo promieniującego bólu, przebiegającego przez jej całe ciało, zdecydowała się podnieść. Nie biegła – z trudem szła pomiędzy kolejnymi drzewami. Drzewami, które z każdym kolejnym krokiem wydawały się bardziej znajome.
Po tym, gdy gwałtownie została uderzona w bok, wylądowała na placach. Na widok znajomego pyska jednego z wojowników Klanu Nocy, górującego nad nią, zamarła. Do jej oczu napłynęły łzy, gdy ten zbliżył swoje zęby do jej gardła. Zaczęła się szamotać i histerycznym tonem błagała o możliwość widzenia się z Mandarynkową Gwiazdą, bądź z zastępczynią, mając nadzieję, że jej prośby nie zostaną zignorowane i w zamian za informację o samotnikach, ktoś zdecyduje się ją odeskortować do Betonowego Świata, aby przynajmniej przed śmiercią mogła ostatni raz zobaczyć się z mamą i Iskrą.
Nim jednak trafiła przed oblicze liderki, została do niej wezwana medyczka, aby doprowadzić rudą kocicę do ładu. Różana Woń przecierała mchem pysk Nemezji, próbując zrozumieć jej bełkot, przerywany pociąganiem nosa. Bezskutecznie. Ignorując pacjentkę, jej błagania o przyprowadzeniu kogoś mającego jakąś władze, kocica przystąpiła do opatrywania jej ran. Kiedy łapa medyczki dotknęła nabrzmiałego brzucha, ruda syknęła, podwijając tylne łapy, jak i ogon.
– B-boli... – wymamrotała, przenosząc spojrzenie na Różę, która z niedowierzaniem wpatrywała się w ledwo dychającą kocice, tak jakby fakt, że w tym stanie jeszcze żyje był najprawdziwszym cudem

06 listopada 2025

Od Nemezji

Nastała pora nagich drzew. A z nią w Klanie Nocy nastały zmiany. Zastępczyni, która nie przepadała za Nemezją została wybrana na nową liderkę. Czy ją to dziwiło? Niespecjalnie, w końcu podczas ich pierwszego spotkania sama omyłkowo wzięła ją za przywódczynię grupy. Słyszała jednak, że w ich społeczności była jeszcze druga zastępczyni, Algowa Struga. Z kocicą miała mało interakcji, właściwie dopiero po zasłyszeniu informacji o zmianie władzy w ich klanie czarno-biała kocicą zaczęła doglądać rudej. Najwyraźniej wcześniej ten obowiązek należał do Mandarynkowego Pióra, póki nie była jeszcze Gwiazdą. A wraz ze zmianą funkcji, obowiązek doglądania więźniarki spadł na barki kolejnego kota.
Tak jak srebrzysta emanowała pewnością siebie, to spojrzenie jej siostry były odrobinę cieplejsze, ale również można było w nich dostrzec smutek? Zawsze jednak, gdy kocica zdawała sobie sprawę, że Nemezja jej się przygląda, w jej spojrzeniu pojawiała się wrogość.
– Ty, Algowa Strugo i Mandarynkowa Gwiazda jesteście jak woda i ogień. – miauknęła, skupiając spojrzenie na nurcie tuż przy jej wysepce. To dzięki wodzie ich społeczność była w stanie istnieć. – Słyszałam od jednego z uczniów, że zostało przeprowadzone głosowanie, aby wybrać kolejnego lidera. Mądry wybór, ale również niebezpieczny... Przynajmniej wiesz, kto jest twoim sprzymierzeńcem – I wrogiem, pomyślała. Jednak czy można było tutaj otwarcie mówić o wrogości? W końcu może Alga również darzona była sympatią przez zwolenników obecnej liderki, jednak ich zdaniem to właśnie Mandarynka była tym lepszym wyborem. Podobno od początku srebrzysta kocica była na prowadzeniu, jednak Algowa Struga również zyskała dużą ilość głosów. Za małą jednak, aby zostać przywódcą.
– Jestem wdzięczna każdemu kotu, który zdecydował, że to pod moimi łapami powinien się znaleźć klan. Zadecydował jednak głos większości i to moja siostra została wybrana na lidera. – Zmrużyła oczy. – Czy ty właśnie próbujesz nas skłócić?
– Co? W życiu! Nie mam interesu, aby mieszać się w wasze relacje rodzinne. Po prostu chciałam powiedzieć, że według mnie to ty byłabyś lepszym wyborem. – Ściszyła głos, kątem oka spoglądając na Zmierzchająca Fale zwiniętego w kłębek przy brzegu. No proszę, nawet oddany strażnik potrafił zbijać bąki i sobie drzemał, pozwalając kocicom na rozmowę w cztery oczy. – Gdyby więźniowie mieliby możliwość oddania głosu, miałabyś mój, nawet jeśli nic by nie zmienił. Chociaż pewnie teraz znajdowywałabym się na wyspie, tylko w morskich głębinach, gdybym otwarcie nie poparła kandydatury twojej siostry – westchnęła, przymykając oczy. Może i to dzięki Mandarynkowej Gwieździe żyła, miała w głównej mierze wobec niej, byłej liderce i tym, którzy ją wyłowili ogromny dług wdzięczności, jednak w pomarańczowym spojrzeniu kocicy dało się dostrzec iskrę szaleństwa, czego Nemezja nie dostrzegała w łagodnych brązowych oczach zastępczyni. Może ta iskra wynikała z tego, że straciła bliskich z łap samotników? A może kryło się za tym coś jeszcze. Czy Alga zdecyduje się poinformować siostrę o tej rozmowie z więźniarką? Lepiej żeby nie, chociaż Nemezja miała gdzieś co zdecyduje zrobić czarno-biała. – A właśnie, mam pytanie. Wydaję mi się, że zaczęłam pojmować zasady panujące w waszym klanie, z przynajmniej z całego serca się staram, aby no wiesz, lepiej mi się tutaj żyło póki nie odejdę... Czy, gdyby moje futro nie zdobiło rdzawe futro, a brązowe...
– To pytanie zadaj Mandarynkowej Gwieździe. To ona była tą, która w twoim imieniu poprosiła Spienioną Gwiazdę o azyl i opiekę medyczną.
Nemezja zmrużyła oczy. Algowa Struga ewidentnie chciała ją zbyć. Poza tym ruda przeczuwała jaką odpowiedź udzieliłaby jej liderka. Chciała jednak poznać to co myślała czarno-biała kocica.
– Dobrze, to inaczej. – westchnęła. – Co jeśli w waszym rodzie urodziłoby się kocie, którego futro zdobiłby brąz? – spytała. – Jak brzmiała ta wasza klanowa opowieść... Koty brązowe powstały ze zdradzieckiego błota? O, takiego? – spytała, maczając zdrową łapę w kałuży błotka, powstałego ze śniegu, piasku i ziemi. – Po prostu jestem ciekawa czy wobec swoich potomków i potomków innych kotów bylibyście bardziej wyrozumiali niż wobec takiej przybłędy jak ja, która ranna znalazłaby się na waszych terenach. A z tego co zauważyłam w waszym klanie nie ma kotów o brązowym futrze, nie mówiąc o członkach twojej rodziny... – Dotknęła łapą swojego czoła, dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajdował się krwisty znak. W przeciwieństwie do znaku Algowej Strugi, znak Nemezji był mieszaniną ziemi i piasku i był rozmazany, wyglądając na najzwyklejszy brud. – Chyba ich nie zabijacie, tylko przez sam fakt, że są w kolorze, którego powinniście się wystrzegać? – Uniosła brew, przyglądając się pyskowi zastępczyni. Miała nadzieję, że z pozoru normalny klan nie skrywał tak naprawdę mrocznych tajemnic. Nie zdziwiłaby się, gdyby w klanie zaczęli uważać koty rude za równie zdradzieckie co brązowe. Pluskający Potok był rudy i ta samotniczka, do której Nemezja była łudząco podobna; oboje byli powiązani ze śmiercią członków rodziny liderki. – Bo wiesz, mam brata, którego zdobi brązowe futro. – Kłamstwo. Chociaż Pieniek był dla niej takim bratem, nawet jeśli nie łączyły ich więzy krwi. – I drugiego tak szlachetnego kota, jak on nie ma na świecie. Nijak ma się wasza powiastka względem jego osoby. Cieszę się, że to ja, a nie on skończył w nurcie rzeki. Na mnie przynajmniej patrzycie tylko przez pryzmat bycia samotniczką będącą możliwie powiązaną z zabójstwem kotów z rodziny królewskiej, a on będąc na moim miejscu najpewniej miałby... – Urwała. – Dobrze, że nasze drogi rozejdą się lada moment.

29 października 2025

Od Nemezji

Pora Nagich Drzew zbliżała się nieubłaganie, co ani trochę nie podobało się Nemezji. Powinna już dawno opuścić tereny Klanu Nocy, a jednak jej łapa nadal nie była wystarczająco sprawna, by móc skierować się w stronę Betonowego Świata. Początkowe zapewnienia medyczki, że lada moment wróci do sprawności prysnęły, kiedy Różana Woń zmarszczyła pysk podczas doglądania łapy więźniarki.
– Coś nie tak? – spytała, starając się uspokoić. Nie podobało jej się spojrzenie kocicy. Powodował u rannej jedynie dodatkowy stres. – Ostatnio mówiłaś, że rana się dobrze goi...
– Obawiam się, że Twój pobyt na naszym terenie trochę się wydłuży... Prawdopodobnie to wina wilgoci. Moczyłaś łapę?
– Skąd! Kazałaś mi jej nie moczyć, więc nie moczyłam. Gdybym chciała mieć zgniłą łapę, to pewnie dawno bym to zrobiła, ale nie chcę! Ugh! – syknęła, kiedy medyczka przetarła mchem ranę, by następnie nałożyć na nią śmierdzącą papkę. – Capi jak zgniła ryba...
– I bardzo dobrze, ma "capić". – Mówiąc to poklepała łapą maź, sprawiając Nemezji dodatkowy ból. Ruda kocica zacisnęła zęby, powstrzymując się przed zamachnięciem się zdrową łapą na starszą kocice – Zdajesz sobię sprawę, w jakiej sytuacji się znajdujesz?
– Masz na myśli "jeden błąd, i po mnie"? – spytała, po czym łagodnie dokończyła myśl: – Tak, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Zmierzchająca Fala, Mandarynkowe Pióro oraz Szałwiowe Serce non stop mi o tym przypominają... – prychnęła, liżąc fragment rannej łapy, tuż nad śmierdzącą mazią.
– Gdyby okoliczności twojego pojawienia się na naszych terenach były całkowicie inne, poprosiłabym przywódczynię, abyś na czas rekonwalescencji przebywała w moim legowisku... – mruknęła, podnosząc spojrzenie w kierunku w kierunku zachmurzonego nieba. – Gdyby tak było, kwadra by wystarczła, abyś ponownie była w stanie biegać, spłaciłabyś dług i mogła wrócić do siebie. Czy Mandarynkowe Pióro powiedziała ci czego oczekujemy, jako klan, w ramach oferowanej tobie pomocy?
– T-tak... Jednak niespecjalnie mam ochotę na poruszanie tego tematu. Tak czy siak zostanie przesunięty w czasie, nie zaprzątajmy sobie tym teraz głów, tylko później. – Machnęła łapą. – Obiecałam z nadwyżką zebrać dla ciebie stos ziół, które byłaś zmuszona wykorzystać na moje leczenie. Nie musisz się martwić, dotrzymam danego słowa.
– Dobrze... – mruknęła, kiwając głową. – Trochę ci współczuję. – miauknęła kocica, dotykając łapami futra na grzbiecie kocicy. – O ile faktycznie nie masz nic wspólnego z samotnikami, których poszukujemy, a nie wodzisz nas za nos. Jesteś bardzo pewna siebie... O, kleszcz! – Mówiąc to, przyłożyła mysią żółć, którą zabrała ze sobą na wyspę. Minęło kilka uderzeń serca, nim pajęczak odczepił się od ciała rudej. Sądząc po tym, jak był opity, musiał przez długi czas przesiadywać na grzbiecie kocicy.
– Pewna siebie... Nie powiedziałabym. – parsknęła. – Po prostu zwracam się do was tak, jakbym zwracała się do każdego normalnego kota, który pojawiłby się na mojej drodze, nie ważne, czy byłabym umierająca, czy pełna sił. Wiem, że ten znak na twym czole sprawia, że wśród swoich jesteś ważniejsza od reszty, jednak dla mnie to zwykła plama. Nie czuję potrzeby, aby zastanawiać się nad tym co wypada powiedzieć w twoim towarzystwie, czy też nie... Wybacz. – Uśmiechnęła się, dostrzegając wyraz pyska strażnika. W jego oczach Nemezja musiał być nie wychowanym dzikusem, prostaczkiem, który nie potrafił dobrze zachowywać się w towarzystwie członka rodziny królewskiej. – Jestem tylko prostym kotem, który swą wdzięczność może okazać jedynie za to, że pragniesz mi pomóc i jako jedyna z nielicznych nie łypiesz na mnie złowrogo... Eh. – westchnęła, kiedy spojrzenie kocicy się zmieniło, na bardziej pogardliwe. – Nie jestem waszym wrogiem, przyjacielem tym bardziej. Zostaliśmy zmuszeni do wspólnej egzystencji, ciekawe, jednak czy za sprawą waszych bóstw, czy też moich... – Uniosła spojrzenie w kierunku nieba. Jeden z młodych uczniów, który przyniósł jej posiłek, przypadkowo wspomniał coś o Klanie Gwiazdy. Ciągnący ciekawością, starał się dowiedzieć czy tam skąd pochodziła kocica, również ich czcili. – Opowiedz mi coś o nich. Słyszałam, że czasami jesteś w stanie się z nimi porozumieć. – palnęła, jedną z ciekawostek, którą usłyszała od młodego ucznia. Nie podała jego imienia, ani opisu jak wyglądał, więc nie powinien zostać ukarany. W końcu, kilka młodych kotów przewinęło się przez "jej" wyspę. – Jeśli to prawda, podczas rozmowy z nimi, mogłabyś się dowiedzieć, że nie mam związku z morderstwami i spiskami wobec waszego klanu, ale to szczegół... – dodała, otulając łapy ogonem, dodatkowo sugerując, że być może taka rozmowa z wyższymi bytami rozwiązałaby wszystkie ich problemy, w tym jej. Może dzięki temu mogłaby się przenieść do suchego legowiska medyczki z w którym na spokojnie i szybciej doszłaby do siebie? Przed zastępczynią oraz jej synem, nie zdecydowałaby się na taką śmiałość, jednak przy medyczce czuła się nieco śmielej. Kocica mogła ją otruć, może nawet powinna, jednak zamiast tego zdecydowała się trzymać ją przy życiu, próbując wyleczyć, nie ważne w jaki sposób się do niej odzywała. Być może sama miała ją w nosie, ale jej wiara, zasady i inne rzeczy kazały jej postępować tak, a nie inaczej? Może Klan Nocy nie różnił się tak bardzo od Kultu, w którym przyszła na świat? Czy mogła ją nazwać pierwszym sprzymierzeńcem, czy też kotem, który wierzył jej na słowo i nie starał się doszukiwać w jej słowach oraz gestach obłudy?

Wyleczeni: Nemezja

22 października 2025

Od Nemezji CD. Mandarynkowego Pióra

Czuła na sobie wzrok Mandarynkowego Pióra; nie musiała nawet podnosić spojrzenia na srebrzystą kocicę, by wiedzieć, że ta tylko czekała na chociażby jej jeden zły ruch, aby móc zatopić zębiska w jej gardle. Na szczęście Nemezja miała wprawę w ignorowaniu matczynych uwag, jak i spojrzeniach, co postanowiła wykorzystać również tym razem. Różana Woń, mimo że nie wyglądała na zadowoloną z jej obecności, jak i faktu, że musi zająć się jakaś przybłędą, objaśniła jej, jak powinna dbać o łapę, aby nie wdało się w nią zakażenie. Nemezja zamiast mówić, kiwała głową na znak, że rozumie. Nie miała za dużo do zapamiętywania. Wystarczyło nie moczyć opatrunku ani go nie ściągać, dopóki medyczka nie zarządzi inaczej. Dało się zrobić!
Uważnie przyjrzała się swojej opatrzonej łapie. Nie wyglądała źle, była szansa, że jej nie straci. Podziękowała medyczce za pomoc i poświęcony czas.
– Mandarynkowe Pióro, tak? – zwróciła się do kocicy, która w tej chwili rozmawiała z młodszym kocurem, który przeprawił się na wyspę mającej na czas bliżej nieokreślony stać się domem Nemezji. Być może zastępczyni rozmawiała z synem, a może wnukiem? Albo z jakimś zwykłym kotem z ich grupy, z którym nie wiązały ją żadne więzy. Srebrzysta przechyliła głowę w stronę więźniarki na dźwięk swojego imienia. – Dziękuję – mówiąc to, pochyliła głowę przed zastępczynią, decydując się okazać jej, jak i innym kotom, wdzięczność za ratunek i zgodę, na pozostanie na ich terenach, do czasu, aż nie wyzdrowieje. Po akcie wdzięczności została szorstko poinformowana, że nim będzie mogła odejść, będzie zobowiązana spłacić dług wdzięczności za okazaną pomoc, na co niemalże natychmiast przystała.
Tylko w jaki sposób? Tego nie wiedziała.
~~~
Kocur, który został wyznaczony do jej pilnowania, Zmierzchająca Fala, jak się okazało, nie należał do rodziny Mandarynkowego Pióra, mimo podobnego wyglądu do starszej kotki. Za to inny kocur, który zdołał ją kilkukrotnie odwiedzić na wyspie, już tak. Niebieski point kilkukrotnie zdołał ją odwiedzić, być może chcąc się upewnić, że jest bliżej przekręcenia się, a nie wyzdrowienia. Zdołała nawet wymyślić mu przezwisko przez wzgląd na kilka cech wyglądu rzucających się w oczy. "Krzywa morda" zwany w Klanie Nocy jako Szałwiowe Serce, obdarowywał Nemezję podobnym spojrzeniem, co jego matka, a być może nawet i gorszym. Prawdopodobnie, gdyby nie strażnik, zakończyłby żywot rudej parę wschodów słońca temu. Nie przepadała za chwilami, kiedy to on zamiast innych kotów zadawał jej pytania, na które całe szczęście nie znała odpowiedzi. Nie musiała przynajmniej rżnąć głupa i zmyślać. Nie znała nikogo, kto by pasował do opisów kotów, których poszukiwali, jak i również imion, które podali.
– Jest straszny... I nie mówię tutaj o jego wyglądzie! – miauknęła do strażnika, kiedy książę odszedł wystarczająco daleko. Odwróciła się do niego plecami, wlepiając spojrzenie w czarnego kocura. – Sądząc po tym, jak wygląda, musiał stoczyć nie jedną walkę... Powiedz mi, Falo. Dlaczego ciebie nie zdobią rany bitewne? – Powoli zbliżyła się do kocura, na oko jej rówieśnika. Wciąż nie bardzo rozumiała, dlaczego młody kot był wybrany do jej pilnowania, a nie jakiś starszy. Może dla kocura była to swego rodzaju kara? Pilnowanie rannej więźniarki. A może zastępczyni liczyła na to, że przez zbliżony wiek, kocurowi uda się wydobyć z Nemezji prawdziwe informacje na temat jej pochodzenia? Cóż, dobrze myślała. A Nemezja gryzła patyki, nie chcąc się wygadać przed obcym, będącym lojalnym wobec swojej społeczności. – Czyżbyś unikał walki, bo boisz się, że wrogie pazury oszpecą ci pysk?
– Widzę, że zdążyliście się spoufalić – prychnęła Mandarynkowe Pióro, stawiając łapę na wyspie i otrzepując się z nadmiaru wody. Nemezja odwróciła się w stronę zastępczyni, gdy kocur pochylił głowę w jej kierunku. – Doszły mnie słuchy, że narzekałaś na swój przydział jedzenia. Podobno był za mały... Jak dla mnie i tak za dużo dostajesz. Nie polujesz, nie jesz.
– Nie polujesz, nie jesz – wymruczała niewyraźnie pod nosem, nie zastanawiając się zbytnio nad odpowiedzią. Ciekawe, jak miała polować z tą łapą. – Wiem, że nie jestem tu mile widziana. Dlatego zależy na szybkim powrocie do zdrowia i próbie odszukania bliskich. A wam zależy na szybkim pozbyciu się problemu w postaci dodatkowej gęby do wykarmienia... Mamy ten sam cel! Czyż to nie wspaniałe? – W jej spojrzeniu dało się dostrzec entuzjazm, jak i próbę przełamania lodów z zastępczynią. Nie była ani jej wrogiem, ani przyjacielem. Dlaczego ona i jej rodzina tego nie potrafiła pojąć. – Dlatego chciałabym...
– Nie obchodzi mnie, co byś chciała – przerwała jej. Cóż, najwidoczniej jedna ryba, ptak czy mysz będzie musiał jej wystarczać na cały dzień. – Cel mojej wizyty jest zgoła inny niż dyskusja o ilości piszczek, które otrzymujesz. Przyszłam poinformować cię o tym, w jaki sposób nam się odwdzięczysz za udzieloną pomoc.
– Oh. Świetnie! – miauknęła. Była ciekawa, co takiego wymyślili. – Sama o tym myślałam, w końcu nie ustaliłyśmy szczegółów... I doszłam do wniosku, że przecież mogę zaoferować pomoc odnośnie pozyskania informacji na temat kotów, których szukacie! Poza tym mogłabym pomóc w uzupełnieniu zapasów ziół, które Różana Woń była zmuszona użyć w trakcie mojej kuracji. I to z nadwyżką! – oznajmiła zastępczyni, w końcu nic innego nie miała do zaoferowania, oprócz pomocy w zdobywaniu potrzebnych informacji oraz podstawowej wiedzy medycznej.

<Mandarynkowe Pióro, wspaniała przyszła liderko? I myślę, że można będzie zakończyć sesję, żeby jej nie ciągnąć w nieskończoność>

19 października 2025

Od Nemezji

Skulona leżała na jednej z wysepek, mając całkowicie w nosie wydarzenia, którymi żyły koty udzielające jej schronienia. No dobrze, tak właściwe nie miała ich wcale w nosie. Czy tego chciała, czy nie, dowiedziała się, co miało mniej-więcej miejsce w sercu obozu, gdy jeden z kotów, który przyniósł jej posiłek, splunął jej pod łapy i nazwał lisim łajnem, odrzucając marną piszczkę prosto do mułu. Powód pierwszy? Bycie samotniczką o nieznanym pochodzeniu, która w niezbyt sprzyjającym momencie znalazła się w Klanie Nocy. A drugi? Podobieństwo do jednego z najświeższych zdrajców; podobno był rudy, jak i ona i, o ironio, miał niebieskie oczy. Mogła podziękować Pluskającemu Potokowi, że nie potrafił usiedzieć na tyłku i zachciało mu się spiskować przeciwko liderowi. Czy komuś z jego rodziny. Nie znała dokładnych szczegółów, koty nie chciały się dzielić z nią informacjami i jedynie pobieżnie udawało jej się uzyskać jakieś wieści, podczas ich własnych prywatnych rozmów, które, gdy tylko miała czas, a miała go dużo, starała się złożyć w jakąś konkretną całość.
Spojrzała na swoją łapę, która dzięki doglądaniu przez Różaną Woń zaczęła się goić. Całe szczęście łapa, nie zaczęła gnić, nie trzeba było jej amputować. Jednak stawanie na niej wciąż było wyzwaniem dla kocicy. Była niemalże pewna, że gdyby Pieniek oraz Iskra zajęli się jej raną, o wiele szybciej stanęłaby na łapy.
Obserwowała brzeg, co jakiś czas przeskakując spojrzeniem na swojego strażnika, który pilnował, aby nie zrobiła nic głupiego. Z wielką przyjemnością księżyc temu odwaliłaby jakąś akcję, niestety stan zdrowia jej na to nie pozwalał. Rozciągnęła się na piaszczystej powierzchni, decydując się na rozmowę ze strażnikiem; po raz pierwszy to ona ją zainicjowała, a nie on.
– Dostałam mniejszy przydział jedzenia niż zazwyczaj. Jestem głodna... – miauknęła, lecz kot nie raczył się odezwać do niej ani słowem. Przez dłuższą chwilę wydawała przeróżne dźwięki, mające naśladować burczenie brzucha, jednak również to nie przyniosło skutku. W końcu podniosła się na łapy, podkurczając tę, która była poddana kuracji. Pokuśtykała do leżącego strażnika przy brzegu i bez skrępowania walnęła się na jego grzbiet, i nim została zrzucona, krzyknęła mu do ucha: "Głodna jestem!"
– Wiem, że pilnowanie mnie i utrzymywanie przy życiu jest całkowicie bezsensowne, ale skoro już to, tak czy siak, robicie, za co jestem wam po stokroć wdzięczna, to moglibyście mnie odpowiednio karmić, abym szybko wróciła do formy i mogła spłacić swój dług wdzięczności... – Resztę słów wypowiedziała leżąc na plecach, na piaszczystym terenie i mając zamoczone tylne kończyny w wodzie. Syknęła w momencie, w którym się obróciła. – Ugh. Strasznie jesteś drażliwy...
– Jeszcze słowo, a odgryzę ci język, przybłędo. Na zbyt wiele sobie pozwalasz!
– Bo mnie nie obchodzi, kto kogo zabił, ale za to dbam o swoje potrzeby? Jak dla mnie moglibyście się wszyscy wymordować i niespecjalnie by mnie to ruszyło. Chociaż byłabym wdzięczna, gdybyście zostawili przy życiu medyka. Spójrz, Różana Woń jest niezastąpiona. – Skinęła na swoją łapę. – Swoimi umiejętnościami medycznymi przewyższa moją mamę. Jest chyba moim ulubionym kotem w całym waszym klanie – wymruczała. Co prawda uważała, że Pieniek, mimo młodego wieku, był sto razy lepszym medykiem od kocicy, jednak czarno-biała znała inne sposoby leczenia. Byłaby ciekawym nabytkiem do kultu, jednak wiedziała, że nie ma co otwierać pyska do kocicy z rodu i informować jej o swoim prawdziwym pochodzeniu. Wątpiła, czy komukolwiek powinna mówić o kulcie. – Dobra, niech ci będzie. Przykro mi z powodu waszych tragedii i nieszczęść. Na całe szczęście nie miałam na nie wpływu. Nie, z żadnym Pluskiem i Potokiem nigdy wcześniej się nie widziałam... – prychnęła, gdy strażnik nachylił się w jej stronę, odsłaniając zęby. Kilkukrotnie zdążyło się jej być wypytywanym przez inne koty o powiązania z kocurem, z którego powodu była nieco gorzej traktowana. Jak dla niej mógł umrzeć. Ona i pozostali byliby szczęśliwi. – Waszej liderce i zastępczyniom opowiedziałam dokładnie o swoim pochodzeniu. Po co miałabym kłamać? Że niby specjalnie wpadłam do rzeki i przebiłam łapę gałęzią? – Ugryzła się w język, by nie zwyzywać kota od przygłupów. – Mi też nie odpowiada sytuacja, w której się znalazłam. Nie jesteś jedynym – mruknęła. W końcu udało jej się normalnie usiąść, jednak ból łapy przez cały czas jej doskwierał. – Ja chcę tylko wrócić do rodziny... Pewnie uznali mnie za zmarłą... – Ostatnie zdanie wypowiedziała nieco łagodniej. Jej siostra w momencie, w którym zniknęła w rzece, musiała przeżyć zawał. Matka pewnie również, gdy tylko usłyszała o tym, co się stało. Była ciekawa czy szukali jej wzdłuż rwącego nurtu. Pewnie niejedną noc spędzili na przeczesywaniu brzegu, aż w końcu uznali ją za zmarłą. Uśmiechnęła się na myśl, że Iskra mogła opacznie zrozumieć jej wyznanie i stworzyć historię, jakoby zamiast związku z Obsydianem, wolała się rzucić w otchłań wód. Ach, żałowała, że nie może zobaczyć wyrazu jego pyska i jego ojca na dźwięk tych wieści. Potarła łapą pysk. 
– N-na co się gapisz?! – odwróciła się plecami do strażnika, nie chcąc, aby ten gapił się na nią, gdy płacze. – Wciąż jestem głodna... – burknęła, pociągając nosem.

15 października 2025

Od Nemezji

Odległa przeszłość
Ruda kotka oparła się przednimi łapami o grzbiet karmicielki, z zaciekawieniem przyglądając się jej dużemu brzuchowi. Koteczka, starając się ignorować piorunujące spojrzenie matki, obserwowała z ogromną uwagą każdy najmniejszy ruch kociąt. W końcu, gdyby wewnątrz szylkretki znajdowało się jedno kocię, nie miałaby tak ogromnego brzucha, prawda?
– Nic dziwnego, że chciałaś mieć kolejne kocięta. Obsydian jest głupi i śmierdzi. Kradnie mi zabawki. No i nikt go nie lubi... – miauknęła, stwierdzając najprawdziwszą prawdę. W odpowiedzi szylkretowa kocica zaśmiała się, a Dama zaczęła przepraszać za zachowanie córki.
– To prawda. Jest z niego mały śmierdzioszek, który nie przepada za kąpielami. Mam nadzieję, że jego bracia i siostry będą się nieco od niego różnić.
– Czy każda kotka, która jest w ciąży, ma tak duży brzuch? – spytała cicho Iskra, kuląc się przy łapach matki. – Ty też taki miałaś, mamo?
– Nie, nie każda. To zależy od ilości kociąt. Im większy brzuch, tym więcej kociąt, ale to nie reguła. Muszą się przecież pomieścić – wytłumaczyła córce. – I tak, mój brzuch był duży. W końcu nosiłam w nim ciebie i twoich braci... – Ostatnie słowo zaakcentowała, nie spuszczając spojrzenia z niebieskookiej kocicy.
– To ja w takim razie chce mieć jedno kocię i mały brzuch! – wtrąciła Nemezja, przeskakując przez królową.
– To nie od ciebie zależy, jaką ilością kociąt zostaniesz pobłogosławiona. Może jednym, a może większą ilością.
– Lepiej, żeby Wieczny Ogień jej nie błogosławił... Nie potrzebujemy w kulcie więcej kotów z wścieklizną. – Nemezja wykrzywiła pysk, gdy w norze rozbrzmiał chłopięcy głos. Zjeżyła się, przybierając bojową pozycję, gdy zbliżył się do niej starszy kocurek. Ignorując koleżankę ze żłobka, czarny zbliżył się do matki i zetknął się z nią czołem. – Jak się czujesz, mamo? Podsłuchałem rozmowę Starszych i podobno...
– Wszystko jest w najlepszym porządku, Obsydianie. – Na pysku kocicy pojawił się uśmiech, gdy starała się uspokoić syna. Przeniosła spojrzenie na swoją rówieśniczkę i niemo się z nią poruzumiała.
– Iskro. Nemezjo. Będę potrzebować waszej pomocy. Twojej też, Obsydianie.
– Ale dopiero co wróciłem z treningu... I chciałem spędzić czas z mamą! – prychnął, jednak dopiero, kiedy szylkretka poprosiła, aby udał się razem z rudymi kocicami, posłusznie opuścił norę i razem z nim skierował się w teren.
Na polanie dołączyli do kociąt bracia Nemezji i Iskry, dokazując pomiędzy paprociami. Praktycznie cały dzień spędzili poza obozem na zabawie. Czy to była ta pomoc? Dopiero kiedy zaczęło zmierzchać, powrócili do obozu, jednak nie do nory, w którym przebywały królowe i ich młode.
Nemezja, nie robiąc sobie nic z ciężkiej atmosfery panującej w obozowisku, radośnie skoczyła naprzód, wprost pod łapy Rubinu. Kocur zmierzył ją spojrzeniem, sprawiając, że ruda się po raz pierwszy w życiu skuliła. Bez słowa wyminął kocięta. Nawet nie raczył spojrzeć na Obsydiana, gdy ten zapytał się go o to, jak się czuje mama i czy przed pójściem spać, mógłby spędzić z nią trochę czasu.
– Lepiej będzie, jak odwiedzisz ją dopiero jutro. Damo, zajmij się nim – mruknął, dołączając do pozostałych Starszych na skale, na co ruda kocica starała się zagonić dzieciarnię do nory, w której spały starsze koty.
Nemezja wpatrywała się w norę naprzeciwko, z której wyszedł jeden z kotów; na jego łapach dostrzegła krew. Poruszyła noskiem i już miała zadać matce pytanie, gdy kocica skarciła ją, nakazując milczenie. Popychając niektóre z kociąt, zagoniła je do nory, w której cała siódemka zniknęła.
– Będziecie spać dzisiaj razem ze mną i z mamą. Cieszycie się? – spytał rudy kocur, na co Ogień z radością wskoczył na jego grzbiet. – Chodź Obsydianie. Nie stój tak – zwrócił się do syna Starszego, zachęcając, aby się obok nich położył.
Kocur nerwowo zastrzygł uszami, spoglądając w stronę wyjścia.
– No chodź śmierdzielu! Jutro odwiedzisz mamę! A dzisiaj śpisz w nogach! – zawołała Nemezja. – Au! – krzyknęła, gdy została pacnięta łapą przez matkę w łebek.

23 września 2025

Od Nemezji do Mandarynkowego Pióra

Stojąc na jednym z głazów, spoglądała na zielone tereny znajdujące się po drugiej stronie rzeki. Oprócz wysokiej trawy, w obrębie brzegu nie dostrzegła ani jednego drzewa. Kult Wiecznego Ognia omijał otwarte tereny, uważając je za niebezpieczne miejsca dla tak dużej grupy kotów. Kocięta były łatwym celem dla drapieżników, które opuszczały las wychodząc na żer. Tamte koty musiały być doprawdy głupie, skoro kryły się jedynie wśród wysokich traw. Być może na tyle głupie, aby łatwo je przekonać do swej wiary i zyskać nowych członków, którzy za jakiś czas przyczynili się do powiększenia ich grupy.
– Co za miejsce... Nie do życia. – Skrzywiła pysk. Przeniosła spojrzenie na Iskrę, która w przeciwieństwie do swojej siostry z zachwytem spoglądała na rosnące na wzgórzu kwiaty.
– Jest pięknie! Och, Nemezjo. Gdybyśmy mieli tyle roślin na wyciągnięcie łapy, żadne choroby nie byłyby nam straszne. Powinniśmy wziąć z nich przykład i porzucić koczowniczy tryb życia! – Zdając sobie sprawę, co powiedziała, kocica przyłożyła łapkę do pyska.
– Takie słowa z pyska Kapłanki... – Wyszczerzyła do siostry białe zęby. – Cicho! Idą!
Rozciągnęła się na kamieniu i pochyliła łebek. Skupiła spojrzenie na dwójce kotów przechadzających się wzdłuż brzegu. Jeden z nich miał ten sam kolor futra co ona, tyle, że w nieco w jaśniejszym odcieniu. Oba koty należały raczej do starszych przedstawicieli, co mogło być zarówno pomocne podczas rozmowy i nawróceniu na jedyną, prawdziwą wiarę, jak i również mogło być przeszkodą. Najlepiej byłoby, aby trafiły na grupkę kotów w swoim wieku lub młodszych, jednak te rzadko zapuszczały się w te okolice. Raz czy dwa, miała okazję zauważyć grupę kotów, które z wyglądu i sposobu w jaki się zachowywały mogły być w zbliżonym do niej wieku.
– Pójdę do nich – miauknęła. Zeskoczyła z kamienia i ruszyła w kierunku rzeki, a dokładniej gałęzi tworzącej niezbyt stabilny most. – Poczekaj tutaj i w razie czego udaj się do starszych, gdyby coś mi się stało...
– Oszalałaś?! Chcesz sama wejść na terytorium obcych? Pamiętasz co mówił Krzemień?
– Tak, oszalałam! Ale lepsze jest szaleństwo niż przymusowy związek z kotem dla dobra kultu. Wolę się w inny sposób przysłużyć.
– C-co?
No tak, Iskra nic nie widziała na temat partnerstwa własnej siostry. Zapomniała się z nią tym podzielić, a może i nie chciała. Na dobrą sprawę Nemezja była ciekawa czy sam Obsydian wiedział, co Starsi dla nich w przyszłości zaplanowali. Jeśli tak, to dobrze to maskował podczas treningów.
– Nie zrozum mnie źle – mówiła, stawiając powoli kroki na chyboczącej się gałęzi. Przełykając ślinę, spoglądała co jakiś czas na rwący nurt, w którego tafli odbijało się rude futro, rozciągając sylwetkę kotki. – Z całego serca kocham kult, nie mam zamiaru go porzucać, ale... Są rzeczy na które nie mogę się zgodzić. Hej, wy...– zawołała w stronę patrolu składającego się z kotów z Klanu Burzy, gdy ci kierowali się z powrotem w głąb terenów
To była ostatnia rzecz, jaką kocica powiedziała, nim wpadła do rzeki. Na przemian wystawiała głowę ponad taflę, by już po chwili następna fala ją zakrywała. Nie była w stanie wydać z siebie krzyku o pomoc. Być może, gdyby udało jej się zwrócić uwagę kotów po drugiej stronie, któryś by rzucił się jej na pomoc. Chociaż nie, na pewno lament Iskry przykuł uwagę tutejszych, jednak na pomoc rudej kocicy było za późno. Z każdym uderzeniem serca odpływała coraz dalej, prosto w kierunku delty. Nie ważne ile siły wkładała, aby dopłynąć do brzegu, był za wysoki, a nurt zbyt silny, dla kogoś takiego jak ona.
~~~
Żyła. Cudem przeżyła porwanie przez nurt rzeki. Z tego szczęścia, pomimo faktu bycia przemoczoną, z jej oczu popłynęły łzy. Uniosła spojrzenie, aby podziękować swojemu wybawcy, a może i wybawcom... W końcu kilka par oczu wpatrywało się w nią, prezentując różne emocje.
– To pewnie Burzaczka. – Zarejestrowała słowa jednej z kocic, która nieufnie spoglądała na Nemezję. – Musiała wpaść do rzeki podczas polowania na królika, gdy nie wyrobiła na zakręcie – parsknęła
Bury kocur zbliżył się do Nemezji i bez większego skrępowania ją obwąchał.
– Nie pachnie jak Burzak. Jej sierść nie śmierdzi królikiem tylko trawą i sosną. I... – Poniuchał. – Popiołem?
– To w takim razie Wilczaczka? – Kocica uniosła brew. – Co prawda mamy z nimi sojusz, ale co ona robiła po tej stronie terenów...
– Nie jestem żadną Wilczaczką... – prychnęła Nemezja, starając się podnieść. Syknęła z bólu, gdy położyła prawą przednią łapę na błotnistym podłożu. Musiała się w nią zranić w trakcie płynięcia z nurtem. W takim stanie nie miała żadnych szans przeciwko bandzie kotów, które rzucały jej nieprzychylne spojrzenia.
"Czym jest ten Wilczak? Brzmi jak obelga!"
– A co jeśli ona...? – szepnął kolejny kot.
– Cicho!
Z pobliskich zarośli wyłoniła się srebrzysto-czarna kocica. Uniesiona głowa, jak i ogon oraz pewne siebie spojrzenie w jednej chwili uświadomiło Nemezję, kogo miała na dzień dobry okazję spotkać. Na płomienne języki! Czyżby miała tę przyjemność wpaść na samą przywódczynię grupy tych kotów? Chyba tak, patrząc po reakcji pozostałych.
– Co to za zgromadzenie! Powinniście patrolować... Co to jest? – Krew w żyłach rudej zawrzała, gdy Mandarynkowe Pióro zmierzyła ją spojrzeniem
– Właśnie próbujemy się tego dowiedzieć. Wyłowiliśmy ją z rzeki... Najprawdopodobniej pochodzi z Klanu Burzy, jednak pachnie jak Wilczak...
– Jestem... – Już miała się przedstawić, gdy przeniosła spojrzenie na łapę, a dokładniej ranę znajdującą się na niej, z której sączyła się krew. Dziura była dość spora i miała wrażenie, że widzi, jak coś brązowego z niej wystaje. Czyżby gałąź? – Wiecie co, myślę , że to nie jest w tej chwili ważne. Mógłby mi ktoś pomóc nim się wykrwawię? – spytała, mając nadzieję, że chociaż jeden z zebranych ma pojęcie o medycynie i okaże serce niedoszłemu topielcowi. Bo ona w tej chwili nie miała siły, aby ruszyć się chociażby na krok chociażby po mech, a poza tym obawiała się, że powiększy ranę. – W zamian będę wam dozgonnie wdzięczna i się przedstawię.

<Mandarynkowe Pióro? Proszę nie wciskać do rzeki, ona ma marzenia i musi jeszcze zaopiekować się kimś. Ewentualnie można zawsze spróbować ją przehandlować do Klanu Burzy chociażby w zamian za oddanie części terenów. W końcu na pewno Królicza Gwiazda nie pamięta pyska każdego rudzielca, a przez fakt, że to rude i ma niebieskie oczy można wcisnąć kit, że jest spokrewnione z kociętami Sójki, których Sójka nie umiała się doliczyć. Zgubiła jedno. Chyba, że zechcecie zatrzymać tanią siłę roboczą, która będzie dźwigać głazy na swych plecach i marudzić, ale to zawsze można zakneblować. Albo sprezentujecie sojusznikom topielca>

19 września 2025

Od Nemezji

Odkąd dowiedziała się, że matka wraz z ojcem zaplanowała jej przyszłość z chwilą jej narodzin, czuła się zdradzona. W szczególności przez ojca. Gdyby nie rozmowa z Dymkiem w lecznicy, prawdopodobnie żyłaby w niewiedzy przez kolejne kilkanaście księżyców. Ilekroć mijała się ze Starszym, rzucała mu spojrzenie spode łba, będąc pewna, że to on przekonał jej rodziców, aby jedna z ich córek w przyszłości została partnerką jego syna. Iskrę wiązała kapłańska przysięga, a jej na dobrą sprawę nic. Nie miała żadnej wymówki, dzięki której mogłaby się wywinąć z zaszczytu jaki ją spotkał. No chyba, że nagle zdecydowała się porzucić bycie Niosącą Ogień i oddała się kapłańskiej służbie. Na to jednak było za późno. I nie miała zamiaru zrezygnować z tego, na co tak ciężko pracowała.
Mimo, że od dwudziestu wschodów słońca była zdrowa, nadal była stałą bywalczynią w lecznicy. Pod pretekstem pomocy medykom, żaliła się Pieńkowi nad niesprawiedliwością losu. Przez większość czasu rozmowa między kotami była tak naprawdę monologiem Nemezji, do czasu, aż czekoladowy kocur nie wsadził do pyska rudej kwiatu rumianka.
– Uspokój się – polecił medyk, przyglądając się, jak kocica przeżuwa zioło. Początkowo starał się ignorować miny jakie robiła, jednak ostatecznie na jego pysku wkradło się rozbawienie. – Zamiast się nad sobą użalać, powinnaś zacząć szukać plusów. Nie wiem jak ty, ale ja widzę ich od groma.
– Naprawdę? Czyli co, chcesz się zamienić? – Wypluła liść. – No słucham.
– Z przyjemnością bym to zrobił, ale obawiam się, że Obsydianowi oraz pozostałym kotom bardziej przydam się tutaj w lecznicy razem z moją wiedzą medyczną. – Strzepnął uchem. Na policzkach kocura pojawił się delikatny rumieniec. – Jestem na przegranej pozycji. A poza tym... – Nemezja wywróciła oczami, domyślając się co kocur ma zamiar powiedzieć. Jakby rozmawiała z matką! Jednak na szczęście w przeciwieństwie do niej, Pieniek oprócz gadania potrafił również słuchać. – Wiesz, że nie znoszę być w centrum uwagi. W lecznicy to co innego – uprzedził kocic, widząc, że ta ma zamiar otworzyć pysk.
– Ugh... – Stęknęła kocica, kładąc się na wolnym legowisku
– Pamiętasz co ci powiedziałem? Szukaj pozytywów.
– Sęk w tym, że nie widzę żadnych! – krzyknęła – Będę uziemiona w obozie. I tak się skończy moja kariera Niosącej Ogień... Skończę wśród innych matek w żłobku, wśród zasmarkanych kociąt... Mogłam zostać tą Kapłanką!
– Słowa starszych to rzecz święta, niech każdy o tym pamięta! – miauknął kocur, cytując wierszyk, który każdy z kultu zasłyszał będąc kociakiem – To samo tyczy się ich rodziny. Niby wszyscy jesteśmy w Kulcie równi, ale tak naprawdę między nami, a nimi jest przepaść, którą nieważne jak bardzo byś chciała przeskoczyć, nie jesteś w stanie. A to wszystko z powodu, że ONI są JEGO potomkami. Żywym dowodem, że kiedyś kroczył wśród nas. – Uniósł wzrok w kierunku ołtarza. Pochylił głowę. – Przypomnę ci, że to dzięki poparciu Koral mogłaś rozpocząć trening z kotami, których Starsi darzą największym zaufaniem. – Starał się tłumaczyć, jednak dostrzegając, że to nie przynosi skutku, starał się mówić prostszym językiem. – Zostając partnerką Obsydianu będziesz miała szansę pomóc takiej kolejnej pyskatej Nemezji – fuknął, uderzając ogonem o łapę kocicy, zganiając ją z posłania. – Rozumiesz?
Przez dłuższą chwilę kocica nie odrywała wzroku od pyska medyka.
– Rozumiem... – prychnęła, zdając sobie sprawę, że Pieniek miał rację. Co prawda nie do końca w stu procentach się z nim zgadzała, ale zaczęła dostrzegać pozytywy, których kazał jej szukać. Dzięki zdobytej pozycji, mogła przyczynić się do zmian, dzięki którym Kult stałby się jeszcze lepszy i silniejszy. A przynajmniej w jej mniemaniu. No chyba, że swoimi chęciami wprowadzenia pewnych zmian zostałaby uznana za kogoś pokroju Łuny... Tylko, że w przeciwieństwie do kocicy, nie miała zamiaru zrzucać winy na istotę boską, a śmiertelników. – Jak myślisz, czy Łuna żałuje, że się od nas odłączyła? – podjęła cicho, mając nadzieję, że nikt ze starszych pacjentów nie usłyszał jej pytania
– Nie wiem... Bardziej zastanawia mnie to, czy udało jej się przeżyć noc, a jeśli tak, to czy kolejnego dnia nie została zaatakowana przez tutejszych, podczas szukania schronienia. Krzemień mówił, że te koty, które żyją na północ od nas, są dość terytorialne i trudno się z nimi porozumieć. Tę szramę, którą ma na pysku, zrobił mu jeden z nich, gdy zamierzał nawrócić ich na naszą wiarę. Chcąc uniknąć potyczki, raczej będziemy...
– Będziemy musieli nadłożyć drogi, chcąc się dostać do Betonowego Świata... – dokończyła za kocura.
Przypomniała sobie, jak obserwowała z zarośli koty znajdujące się po drugiej stronie terenów, tuż za rzeką. Śmiało mogła zgodzić się z Krzemieniem odnośnie ich bzika na punkcie znaczenia terytorium. O podobnych porach dnia pojawiali się w tych samych miejscach, znacząc roślinność znajdująca się wzdłuż rzeki, nie zdając sobie sprawy, że po drugiej stronie, wśród sosen, tymczasowo schronienie znalazł cały kult Wiecznego Ognia, a nie tylko jego jeden przedstawiciel.
I wtem w jej głowie pojawiła się myśl. Szalona i być może samobójcza, ale gdyby udało jej się ich wcielić do kultu, wszystkich na raz, Starsi mieliby wobec niej dług wdzięczności. I wcale nie musiałaby zostawać niczyją partnerką, aby komukolwiek w przyszłości pomóc
– Wieczny Ogień nad nami czuwa Pieńku. Mamy jego błogosławieństwo, czuję to! – miauknęła, by chwilę później bez pożegnania wybiec z lecznicy

17 września 2025

Od Nemezji

– Jak się masz?
– To chyba ja powinieniem zadać ci to pytanie – parsknął Obsydian, spoglądając z góry na Nemezję, zajmującą jedną z leżanek w lecznicy. – Jesteś pierwszym przypadkiem przyszłej Niosącej Ogień, która zachorowała na kocięcy kaszel... To chyba znaczy, że nadal jesteś tylko kocięciem. Tylko takim wyrośniętym.
– Naprawdę, zabawne... – Poprawiła futro na jednej z przednich łap, by następnie w związku z atakiem kaszlu zasłonić nią pysk. – Pieniek mówił, że to zwykłe przeziębienie i jeśli przez siedem wschodów słońca nie będę wychodzić na zewnątrz, to wyzdrowieję. – Wytarła pyszczek. – Przyznaj się, przyszedłeś się upewnić czy jestem bliżej niż dalej odwalenia kity...
– Masz mnie. A tak serio, ojciec mi kazał sprawdzić jak się miewasz ty i pozostali chorzy. – Wzrok przeniósł na pozostałych pacjentów w lecznicy. Od ostatniego razu większość kotów wyzdrowiała. Chociażby Żarnowiec wrócił do pełnienia swojej funkcji, mimo że wciąż nieco kuśtykał na tylną łapę. Mama i Iskra kazały mu się oszczędzać, ale rozmowa z nim nie różniła się za bardzo od mówienia do drzewa. Chociaż w przeciwieństwie do rudego, one potrafiły słuchać. – Zbyt szybko zgasł. On i pozostali – rzucił, mając utkwione spojrzenie na pustym legowisku.
Nawet jeśli Nemezja ustaliła sobie za cel pokonanie we wszystkich sprawnościach syna Starszego i udowodnienie pozostałym, że kotki nie muszą wcale szkolić się w głównej mierze na Kapłanki, medyczki oraz między innymi mamki, nie miała serca, aby kpić ze śmierci jego młodszego brata, którego wraz z innymi kociętami zabrała pandemia kaszlu. Wiedziała jaki to ból stracić członka rodziny mimo, że chwilową satysfakcję na pewno dałoby jej zakpienie z czarnego. W przeciwieństwie do kocura, ona straciła tylko ojca, a Obsydian matkę i młodszego brata. Nemezja zastanawiała się przez długi czas czy starszy obwinia Węgielka za śmierć ich matki, jednak widząc, jak ten przeżył śmierć kociaka, otrzymała odpowiedź na nurtujące ją pytanie. Pod tą skorupą, którą wytworzył kocur krył się o dziwo bardzo wrażliwy kot, z którym szło czasami normalnie porozmawiać, pozwalając sobie na przekomarzania. Jak na ironię musiała dostrzec jego wrażliwe wnętrze właśnie teraz.
– Jeśli wierzyć słowom mojej siostry, to ich...
Głosy na zewnątrz lecznicy z każdą chwilą przybierały na sile, odbijając się od kamiennego sklepienia. Wśród nich dało się usłyszeć głos Starszego oraz łkającej kocicy. Obsydian strzepnął uchem, a na jego pysku wkradł się grymas, który ukrył za przybraniem kamiennego wyrazu, godnego przyszłego Starszego. Nemezja, zaciekawiona wydarzeniami rozgrywającymi się poza lecznicą, wyciągnęła łebek w kierunku wyjścia, mając nadzieję, że uda jej się chociaż coś zobaczyć, a nie tylko wyrywkowo wyłapywać pojedyncze słowa.
– Co się dzieję? Czy to Łuna? – spytała. Znowu zakasłała, tym razem łagodniej niż przedtem.
– Obawiam się, że tak... – mówiąc to odwrócił się w kierunku wyjścia.
Szylkretowa kocica, po utracie swoich wszystkich kociąt, była w rozsypce. Jej opuchnięte i czerwone od łez oczy, wskazywały na to, że przepłakiwała każda wolną chwilę, nawet tę przeznaczoną na sen. Puste spojrzenie miała utkwione w łapach Starszego, który publicznie łajał kocice za herezję, jakiej się dopuściła. Koty w tłumie szeptały sobie nawzajem na ucho, komentując zachowanie kocicy, ale również uniesiony ton starszego. Nakazał jej przeprosić za bezbożność i powrócić do pozostałych mamek, jednak kocica nie drgnęła ani kroku.
– Odchodzę...
– Słucham?
– Odchodzę. – Podniosła głowę, spoglądając wyzywająco na pozostałych Starszych. – Nic mnie już nie trzyma w waszej grupie. Obiecaliście nam schronienie, a zamiast niego... – wysyczała, by chwilę później pozwolić sobie na rzucanie obleg w stronę Starszych i wyzywaniu reszty członków kultu od ślepców.
– Dość!
Mimo, że Pieniek ciągnął rudą kitę kocicy, nakazując jej powrót na posłanie i schowanie się pod futrami, niebieskooka jak zaklęta przyglądała się w wejściu Obsydianowi, który wkroczył pomiędzy Łunę, a starszych. Łuna właśnie zaskarbiła sobie sympatię Nemezji, jednak również w oczach kocicy malowała się jako skończona idiotka. Rozpacz po utracie potomstwa była zrozumiała, ale żeby obarczać winą o to starszych, a w szczególności Wieczny Ogień? Musiała chyba spaść z drzewa. Tak się kończy słuchanie Pieńka. W końcu to on mówił, że rozgniewaliśmy czymś Wieczny Ogień. Kocica musiała to wziąć bardzo do siebie.
– No proszę. Wykapany ojciec. – Zagwizdał Dymek, gdy udało mu się podkuśtykać do wejścia. Za namową Nemezji oparł się o jej bok. Kocica na chwilę przeniosła spojrzenie na starego, wyliniałego kocura. – Rubin kilkadziesiąt księżyców temu zrobił podobnie, gdy Migot najadł się szaleju i zaczął głosić niestworzone rzeczy, namawiając koty do odwrócenia się od wiary przodków... – Mlasnął językiem. – Przed twoim kawalerem maluje się świetlana przyszłość Starszego, który poprowadzi nas i sprawi, że będziemy jeszcze bliżej Wiecznego Ognia niż teraz. Ma to we krwi.
– M-moim kim? – Potrząsnęła łbem, wbijając zaskoczone spojrzenie w starszego, który zachichotał w odpowiedzi.
Kocica nie zarejestrowała momentu wyprowadzenia szylkretki poza obóz, w towarzystwie starszych staży Niosących Ogień, po tym jak oficjalnie mamka wyrzekła się wiary i wyraziła chęć odejścia. Jej zapach unosił się jeszcze przez kilka wschodów słońca, aż całkowicie zanikł. Jedynie kępka charakterystycznie wyglądającej szylkretowej sierści, znajdująca się w gnieździe zięby, wskazywała na to, że ktoś taki jak Łuna kiedykolwiek istniał.

09 września 2025

Od Nemezji

Nemezja niepostrzeżenie wyślizgnęła się do prowizorycznej lecznicy z zamiarem odwiedzenia jednego z braci, który uległ wypadkowi podczas nocnego zwiadu. Żarnowiec leżał na jednych z posłań zrobionych ze sporych rozmiarów liści, a tuż obok niego znajdowała się Iskra. Arlekinka pokrywała jedną z tylnych łap kocura zielonkawą maścią, która najprawdopodobniej były jakieś przeżute zioła, by chwilę później usztywnić łapę pacjenta patykiem i owinąć ją liściem oraz pajęczyną. Kotka przeniosła spojrzenie na pozostałe posłania. Żadne nie było puste, na każdym leżał jakiś kot, niekiedy nawet dwa na jednym. Zmarszczyła pysk, gdy jej spojrzenie zatrzymało się na dłużej na szylkretowej kocicy i jej małym kociaku, który na pewno nie liczył więcej niż dwa księżyce. Malec z trudem łapał oddech, a każde jego otworzenie pyszczka kończyło się kaszlem.
– To nie jest zwykły kocięcy kaszel... – Wzdrygnęła się, gdy brązowy pysk zbliżył się do jej ucha. – Lepiej się do nich nie zbliżaj.
– Cześć Pieńku. Widzę, że macie aż tak łapy pełne roboty, że musicie korzystać z pomocy kapłanek... – Spojrzenie ponownie skupiła na siostrze, która zajmowała się kolejnym kotem potrzebującym opieki medycznej. – Co masz na myśli, mówiąc, żebym się do nich nie zbliżała...?
Brązowy kocur nie odpowiedział, zamiast tego strzepnął uchem i pyskiem wskazał na pozostałych pacjentów, którzy tak jak Żarnowiec ulegli wypadkowi podczas zwiadu.
– Musieliśmy rozgniewać Wieczny Ogień. Dlatego ledwo wiążemy koniec z końcem od zeszłej Pory Opadających Liści. Zwierzyny brakuje, a pysków do wykarmienia coraz więcej... By chwilę później brakowało młodych, które umierają przy najzwyklejszym przewianiu, nieważne ile ziół na wzmocnienie spożyją... On umrze. Tak jak pozostałe kocięta... Jej serce tego nie wytrzyma...
Słuchała z ogromną uwagą słów uzdrowiciela. Czasami mówił od rzeczy, zagadkami, ale teraz nawet całkiem w prosty sposób jej przekazał, że w ich grupie wykluła się jakaś choroba, na którą podatne są głównie kocięta. Kocięta, które miały być przyszłością kultu i głosić wiarę o Wiecznym Ogniu, gdy starsi zgasną. I mimo, że współczuła kociakowi oraz jego matce, miała nadzieję, że choroba nie zacznie atakować starszych kotów.
– Pieńku... Ja...
– Może zamiast gadać, wzięlibyście się do roboty. – Pieniek skinął łebkiem i bez słowa się oddalił. – Ty również, Nemezjo. – Z pyska rudej kocicy wydobył się krótki warkot, gdy jej spojrzenie spotkało się ze złotymi oczami z niewiele starszym od niej kocurem, synem jednego ze Starszych. – Może i dostałaś pozwolenie, aby ćwiczyć razem z nami, ale w tej chwili twoja obecność jest bardziej potrzebna tutaj w lecznicy, a nie poza nią. Ojciec zrozumie twój brak obecności podczas dzisiejszego zwiadu. – Nemezja żałowała, że nie może strącić tego głupiego uśmiechu z jego pyska. – Chcesz zgłosić sprzeciw?
– N-nie... – Mówiąc to przenosiła spojrzenie na kolejne z kociąt, które jak wcześniejszy malec z trudem łapało oddech. U jego boku nie znajdowała się matka. Siedział sam, starając się nie rzucać w oczy i nie przeszkadzać nikomu w pracy. Wyminęła kocura i wgramoliła się na posłanie. Mimo ostrzeżeń Pieńka, przesunęła do siebie czarnego jak smoła kocurka, którego złote ślepka świeciły niczym gwiazdy. – Twój brat to okropny gbur, wiesz Węgielku? – Podjęła na dzień dobry, a w odpowiedzi kocię zakasłało. – Zaraz zawołałam Iskrę, da ci coś na ten okropny kaszel. – Musnęła końcówka ogona nosek malucha, starając się go rozweselić. Była ciekawa ile czasu mu pozostało.

01 września 2025

Od Nemezji

Zielone ślepka wodziły z zainteresowaniem po otwartych bezdrzewnych terenach, będących tuż na wyciągnięcie łapki. Ruda kotka ostrożnie stawiała kroki po leśnym runie, co jakiś czas odwracając się do tyłu, na każdy najmniejszy dźwięk. Nie zdając sobie sprawy, że tuż nad nią, bezgłośnie "szybował drapieżnik", wyszła spomiędzy drzew i powoli zbliżyła się do zbiornika wody, wokół którego dostrzegła rosnące zioła. Upewniając się, że w obrębie pięciu długości ogona nie znajduje się żaden inny kot, przystąpiła do zrywania ziela.
W tym samym czasie wśród koron drzew przemykała z gałęzi na gałąź Nemezja, podążając w ciszy od dłuższego czasu za swoją siostrą. Gdyby nie prośba matki, nie byłoby jej tutaj. Miała inne rzeczy na głowie, chociażby trening z braćmi. Ale nie! Musiała się upewnić, że Iskra nie będzie rozmawiała z obcymi i wróci z wyprawy po zioła cała i zdrowa.
Dlaczego Iskra jako jedyna z jej rodzeństwa miała zakaz rozmowy z obcymi?! Nie, żeby jej tego zazdrościła, raczej współczuła, że kocica nie może przemawiać w imieniu Wiecznego Ognia i nawracać koty na jedyną, właściwą ścieżkę.
Nemezja nie potrafiła pojąć zamiłowania siostry to wszelkich rodzajów ziół. No dobrze, może trucizny sprawiały, że nieco ożywiała się podczas lekcji matki na temat zielarstwa, ale kiedy chodziło o rośliny, które trzeba było spożyć, aby nie bolał brzuch, oczy same jej się zamykały.
– No szybciej! Już wystarczająco tego zielska nazbierałaś! – zawołała, zeskakując o jedną gałąź w dół. Ostrożnie przeszła wzdłuż gałęzi, aby w kilku susach znaleźć się jeszcze niżej. Odbijając się od pieńka, znalazła się na ziemi.
– N-nemezja?! Wy-wystraszyłaś mnie! Jak długo tu jesteś?
Przeniosła spojrzenie na siostrę, która w pośpiechu starała się pochwycić zioła, które upuściła.
– Wystarczająco długo, aby być pewną, że nie mam zamiaru podejść do testu na Kapłankę. – Otrzepała się, mierząc spojrzeniem Iskrę. – N-U-D-Y! – Mimo narzekania, chwilę później pochwyciła w pysk kępkę ziół, aby nieco ulżyć siostrze podczas drogi powrotnej. Łebkiem skinęła, dając znać, że mogą ruszać.
Droga powrotna w mniemaniu Nemezji strasznie się dłużyła. Gdyby poruszała się na wysokościach, już dawno byłaby w obozie. Jednak Iskra nie przepadała za wspinaczką. Prawdopodobnie byłaby pierwszą, która by zginęła w sytuacji, w której jedyną szansą na przeżycie byłoby wdrapanie się na drzewo, bądź budynek. Kocice wróciły do prowizorycznego obozu wraz z zajściem słońca. Nim się rozdzieliły, po przekazaniu ziół, niebieskooka musnęła końcówką ogona arlekinke po barku, by już po chwili cicho powiedzieć: 
– Powodzenia. Niech Wieczny Ogień oświetla ci drogę!
Może i nie lubiła ziół. Może i Iskra była najbardziej denerwującą kotką na świecie, z którą darła koty od pierwszych chwil swojego życia przez całkowicie inne podejście do niektórych rzeczy oraz styl życia. I to nie raz. Ale była również jej siostrą. Jej jedyną, najukochańszą siostrą, której życzyła jak najlepiej.