Nemezja niepostrzeżenie wyślizgnęła się do prowizorycznej lecznicy z zamiarem odwiedzenia jednego z braci, który uległ wypadkowi podczas nocnego zwiadu. Żarnowiec leżał na jednych z posłań zrobionych ze sporych rozmiarów liści, a tuż obok niego znajdowała się Iskra. Arlekinka pokrywała jedną z tylnych łap kocura zielonkawą maścią, która najprawdopodobniej były jakieś przeżute zioła, by chwilę później usztywnić łapę pacjenta patykiem i owinąć ją liściem oraz pajęczyną. Kotka przeniosła spojrzenie na pozostałe posłania. Żadne nie było puste, na każdym leżał jakiś kot, niekiedy nawet dwa na jednym. Zmarszczyła pysk, gdy jej spojrzenie zatrzymało się na dłużej na szylkretowej kocicy i jej małym kociaku, który na pewno nie liczył więcej niż dwa księżyce. Malec z trudem łapał oddech, a każde jego otworzenie pyszczka kończyło się kaszlem.
– To nie jest zwykły kocięcy kaszel... – Wzdrygnęła się, gdy brązowy pysk zbliżył się do jej ucha. – Lepiej się do nich nie zbliżaj.
– Cześć Pieńku. Widzę, że macie aż tak łapy pełne roboty, że musicie korzystać z pomocy kapłanek... – Spojrzenie ponownie skupiła na siostrze, która zajmowała się kolejnym kotem potrzebującym opieki medycznej. – Co masz na myśli, mówiąc, żebym się do nich nie zbliżała...?
Brązowy kocur nie odpowiedział, zamiast tego strzepnął uchem i pyskiem wskazał na pozostałych pacjentów, którzy tak jak Żarnowiec ulegli wypadkowi podczas zwiadu.
– Musieliśmy rozgniewać Wieczny Ogień. Dlatego ledwo wiążemy koniec z końcem od zeszłej Pory Opadających Liści. Zwierzyny brakuje, a pysków do wykarmienia coraz więcej... By chwilę później brakowało młodych, które umierają przy najzwyklejszym przewianiu, nieważne ile ziół na wzmocnienie spożyją... On umrze. Tak jak pozostałe kocięta... Jej serce tego nie wytrzyma...
Słuchała z ogromną uwagą słów uzdrowiciela. Czasami mówił od rzeczy, zagadkami, ale teraz nawet całkiem w prosty sposób jej przekazał, że w ich grupie wykluła się jakaś choroba, na którą podatne są głównie kocięta. Kocięta, które miały być przyszłością kultu i głosić wiarę o Wiecznym Ogniu, gdy starsi zgasną. I mimo, że współczuła kociakowi oraz jego matce, miała nadzieję, że choroba nie zacznie atakować starszych kotów.
– Pieńku... Ja...
– Może zamiast gadać, wzięlibyście się do roboty. – Pieniek skinął łebkiem i bez słowa się oddalił. – Ty również, Nemezjo. – Z pyska rudej kocicy wydobył się krótki warkot, gdy jej spojrzenie spotkało się ze złotymi oczami z niewiele starszym od niej kocurem, synem jednego ze Starszych. – Może i dostałaś pozwolenie, aby ćwiczyć razem z nami, ale w tej chwili twoja obecność jest bardziej potrzebna tutaj w lecznicy, a nie poza nią. Ojciec zrozumie twój brak obecności podczas dzisiejszego zwiadu. – Nemezja żałowała, że nie może strącić tego głupiego uśmiechu z jego pyska. – Chcesz zgłosić sprzeciw?
– N-nie... – Mówiąc to przenosiła spojrzenie na kolejne z kociąt, które jak wcześniejszy malec z trudem łapało oddech. U jego boku nie znajdowała się matka. Siedział sam, starając się nie rzucać w oczy i nie przeszkadzać nikomu w pracy. Wyminęła kocura i wgramoliła się na posłanie. Mimo ostrzeżeń Pieńka, przesunęła do siebie czarnego jak smoła kocurka, którego złote ślepka świeciły niczym gwiazdy. – Twój brat to okropny gbur, wiesz Węgielku? – Podjęła na dzień dobry, a w odpowiedzi kocię zakasłało. – Zaraz zawołałam Iskrę, da ci coś na ten okropny kaszel. – Musnęła końcówka ogona nosek malucha, starając się go rozweselić. Była ciekawa ile czasu mu pozostało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz