Mewa od kilku dni czuła, jak w jej uchu pulsuje ból, jakby ktoś wsypał do niego żarzący się węgiel. Drapała się, przekrzywiała głowę. Ale to nic nie dawało, wiedziała, że sama sobie nie poradzi. Kiedyś doszły do niej plotki o uzdrowicielce żyjącej w mieście. Jej imię nie było jej znane, lecz wiedziała, że musi się do niej udać. Choć serce waliło jej, jak szalone, udała się do miasta.
—
Miasto było dla Mewy obce, pełne drażniących w nozdrza zapachów, smrodu dwunożnych, hałasów i nieznanych alejek. Aż w końcu na podwórzu pachnącym kurzem i dymem spotkała dziwną kotkę,
— Hm… Pachniesz… Lasem, jesteś z lasu, mam rację? — Uzdrowicielka zaczęła. Mewa od razu wiedziała, że to ona. Pachniała liśćmi oraz kilkoma ziołami. A wokół niej było mnóstwo błyszczących się rzeczy.
— Szukam kogoś, kto mógłby wyleczyć moje ucho. Strasznie mnie boli, a w lesie nie mam do kogo się zwrócić! — mruknęła ze spokojem biała kotka, próbowała zachować spokój, mimo iż jej ucho dawało jej znaki, że prędko powinna znaleźć lekarstwo.
— Mów mi Izyda, przynieś mi coś fajnego, a ja wyleczę twoje ucho.
Mewa skinęła głową niechętnie. „Co to jest coś fajnego?!” Syknęła w myślach. Oddaliła się troszkę od uzdrowicielki, a jej drogę nagle zaszedł dwunożny. Z jego rąk wypadł mały świecący się okrąg z dziwnym znakiem na środku. „Hm… świeci się! Tak jak inne rzeczy od Izydy!” Mewa bez zastanowienia złapała w zęby pieniążek i prędko pobiegła do liliowej kotki. Zgrabnie i szybko wbiegła do alejki, wyrzucając monetę przed Izydę, najwidoczniej się jej spodobało – jej oczy były wpatrzone z błyskiem w okrągły pieniążek.
— Takiej jeszcze nie miałam! Ale super! — Uzdrowicielka się zachwycała nowo nabytym skarbem.
— Pokaż to swoje ucho, prawdopodobnie jest to infekcja, więc dobrze, że mnie szybko znalazłaś. — Oglądała uważnie ucho białej kotki. Mewa co chwilę krzywiała się z bólu. Liliowa wzięła aksamitkę i zaczęła działać. Jej ucho miało zapach ziół, była to przyjemna woń. Izyda przypadkowo ukłuła Mewę pazurem. Biała kotka nerwowo machnęła ogonem.
— Oj, przepraszam koleżanko! — mruknęła ze spokojem, kontynuując swoją pracę. Izyda się uśmiechnęła i wydobyła z siebie słowa, którą dawały ulgę.
— Pst! I gotowe! — Usiadła naprzeciwko mewy, wyczekując na jej reakcję.
— O tak. Dziękuję! A i jestem Mewa. Chyba się nie przedstawiłam. — Również się uśmiechnęła. — Ja już będę wracać, nadchodzi wieczór. Dziękuję! — Wstała i powoli zaczęła się kierować już w stronę lasu.
— Dobranoc Mewo, również dziękuję. — Izyda ziewnęła i również odeszła w swoją stronę.
Księżyc powoli wznosił się na nocnym niebie, Mewa już prawie była w lesie. Mijała ostatnie brudne kamienice. Miejsca, takie jak te budziły w niej niepokój. Zaczęła przyspieszać, aby szybciej znaleźć się na terenach Klanu Wilka.
—
Kotka dotarła już do domu. Las pachniał przyjemnie, nie tak, jak brudne miasto. To ją cieszyło. Mniej cieszyło ją to, że jest środek nocy. Biała kotka ziewnęła i zwinęła się w kłębek, jedynie wystawiła głowę, aby nie narażać swojego obklejanego w ziołach ucha na inne problemy. Natychmiastowo zasnęła, a ciepłe, przyjemne leśne powietrze koiło jej nozdrza. Nie musiała się już martwić okropnym smrodem potworów. Nocne ptaki co jakiś czas wydobywały z siebie przeróżne odgłosy. Ich śpiew był jak kołysanka. Idealna do usypiania kociaka.
Biedna.
Każdego wieczoru zastanawiała się, jak to jest nadal żyć z rodzicami, obwiniała za to wszystko Klan Gwiazdy. Razem z tymi myślami towarzyszyły jej koszmary, może i na dobrego partnera, lecz… on nie jest, jest wspaniałym ojcem. On nie jest jej kochającą mamą.
—
Słońce już prawie wschodziło, mimo zmęczenia Mewa wstała. Rozprostowała kości oraz łapy obolałe od wczorajszej wędrówki do miasta. Nie czuła już nic, żadnego bólu ucha, pieczenia ani swędzenia.
— W końcu! Uwolniłam się od tego! — Kotka zaczęła radośnie podskakiwać, Izyda razem z obietnicą wyleczyła jej ucho.
Wyleczeni: Mewa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz