Gdy Rozkwitająca Szanta urodziła kocięta, Wróżka, jak się okazało była jedną z pierwszych kotów nie należącej do rodziny kocicy, która przyszła odwiedzić nowych członków Klanu Burzy.
– Jak mają na imię? – spytała się Wiecznej Królowej, nachylając się do jednego z kociąt, który uniósł w jej kierunku pyszczek – Ten, który śpi zwinięty w kłębek nazywa się Śniątko. Ten rudy, nazywa się Kołysanek. A ten, na którego spoglądasz nazywa się Księżyc...
– Księżyc... pasuje mu! – miauknęła, zniżając mordkę w kierunku małego ślepego oseska, by chwilę później dotknąć się z nim delikatnie noskiem, tuż po tym jak powiedziała do niego: – Witaj na świecie Księżycu. Nazywam się Wróżka. Zostaniemy przyjaciółmi?
– So...? – Kocię zmrużyło ślepia wyglądając przy tym jak obeschnięty ogórek, patrząc na rozmazany świat i jeden biały pyszczek przed nim. Nie miał pojęcia o czym kotka mówi, był to tylko jakiś dźwięk, na który odpowiedział mlaśnięciem. Nie miał w ogóle pojęcia, że być może właśnie zyskał pierwszego przyjaciela.
┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦---
Wróżka, mimo, że była niewiele starsza od synów Rozkwitającej Szanty, opiekowała się nimi niczym najprawdziwsza mamka, pilnując, aby żadne z nich nie zrobiło sobie krzywdy podczas zabaw. Tak było również w tym momencie, kiedy to ruszyła z pomocą niebieskiemu kocurkowi, którego oczka były zamglone i w tejże chwili leżał plackiem na podłożu.
– Ostrożne Księżycu... – mówiąc to nachyliła się, aby pomóc kocurkowi się podnieść z ziemi. Otrzepała jego futerko z grudek ziemi.
Stał tak, dając się otrzepywać. Nie, żeby bardzo potrzebował, to było bez sensu, musiał przecież dogonić resztę. Z resztą, czego nie widział, tego nie było, prosta logika. Nie widział niewidzialnego brudu na swoim futrze, więc czemu miałby sobie tym zawracać głowę?
– Nic mi nie jest – Mruknął. Wróżka zdecydowanie za bardzo się przejmowała. Gorzej niż mama! Niby zawsze była gdzieś obok, ale na pewno mamą nie była, mamę miał tylko jedną.
– To już ja ocenię... – miauknęła, sprawdzając każdy centymetr ciała kocurka, chcąc się upewnić, że ten upadek nie zrobił mu jakiejś większej szkody. Jeśli by coś mu się stało musiała go zabrać do medyków. – Tak, nic ci nie jest. – mówiąc to obdarowała kocurka uśmiechem.
– No mówiłem – Nadąsał się, marszcząc pyszczek. Aurat medyków miał już dość w swoim życiu. – A ty się nie chcesz bawić? Bawimy się w belka. A potem w chowanego, ale to ja mam szukać.
– Chcę, tylko... Tata nie lubi, jak moje futerko jest brudne od ziemi i pyłu. A przy bieganiu łatwo o to... Mogę popatrzeć jak się bawicie i dopiero do was dołączę, jak będziecie się bawić w chowanego. Mogę ci pomóc w szukaniu, co ty na to?
– Dobsze, to choć – Poszedł w stronę dźwięku, szukając reszty rodzeństwa, dreptając pewnie po żłobkowym podłożu. – A czemu nie moszesz mieć bludnego futelka? Mama nas myje, wasza nie?
– Myje... Myje... Nawet częściej niż inne mamy – zaśmiała się na słowa kocurka. – Moje futerko jest całe białe... – Zamyśliła się na moment – Jest jaśniejsze od twojego futerka i nie przecinają go żadne pręgi. Nie ma na nim żadnych wzorków. Każdy, nawet najmniejszy paproch na nim widać.
– Wiem co to biały – Rzucił luźno – Tak mi się zdaje – Dodał po chwili. — Ale to f takim lazie moszesz się bawić! Bo będziesz myta! No choć, pobawimy się w belka! Albo w kopanie dołów, lubię kopać doły. Potem w nie wpadam wiesz i mama jest zła i potem mam ziemię pod pazólkami i jest sucha i olopna ale dziula jest fajna.
– No... Dobrze. – mimo początkowej niepewności, zgodziła się na wspólną zabawę z kocurkiem. Rzadko miała okazję do wspólnej zabawy z braćmi, Lotos nie chciał się brudzić, a Biały ciągle spał.
– Jej! A idziemy po Śniaka i Kołysanka? Czy chcesz się bawić sama? – Spytał jeszcze, zatrzymując się w połowie drogi. Też nie miał nic przeciwko zabawie w dwie osoby. Zazwyczaj bawił się sam, czasem z jednym rodzeństwem, a z całą dwójką to aż tłok. Z resztą, był pewien, że jego towarzystwo nie jest im konieczne do szczęścia.
<Wróżka?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz